Ostatnimi czasy trochę się zablokowałam pisarsko. Jest to straszne uczucie; chce się pisać, wręcz ciągnie autora do pustych, białych kartek wordowskich plików, ale nie może wydusić z siebie jednego, sensownie zbudowanego zdania. Mam nadzieję, że ten epizod jest przynajmniej chwilowo za mną.

Dlatego:
Miłego czytania.


Niebo było jasne, rozciągało się szeroką błękitną wstęgą nad spieczonymi błoniami Hogwartu. Tafla jeziora w pełnym słońcu wyglądała niczym lustro, otulone miękką ramą żółtawej trawy. Korony drzew Zakazanego Lasu poruszały się bezgłośnie pod wpływem lekkiego wiatru, przenoszącego także z miejsca na miejsce zabłąkaną foliową torebkę, przytarganą tu przez podmuchy zapewne aż z Hogsmeade.

Wszystko wydawało się ciche i puste. Dla Harry'ego była to jednak cisza przed burzą.

Przeciął opuszczone błonia, wpatrując się w wysokie wieże zamku. Zmaltretowana przez prażące słońce trawa uginała się i chrzęściła pod jego stopami. Widział już błyszczące odbitym światłem szklarnie i krzątający się w jednej z nich czarny kształt. Przyspieszył kroku.

Kiedy powietrze przeszył dźwięk ostrego, głośnego brzęczenia, drzwi szklarni otworzyły się, ukazując szeroką sylwetkę Neville'a. Jego koszula miała podwinięte rękawy, a spodnie wisiały luźno na biodrach, ukazując opalony pas skóry na brzuchu. Neville uśmiechnął się i pomachał mu, a następnie szybko wytarł czarne od ziemi dłonie o materiał dżinsów i podciągnął je za szlufki do góry. Gdy Harry podszedł bliżej zauważył, że na czole jego przyjaciela perli się pot, a cały tył jego koszuli jest mokry. Musiał pracować w szklarni od samego rana.

- Cześć, Harry! – Neville podał mu rękę, drugą poklepując go po plecach. Kiedy Harry spytał go, czy mu nie przeszkadza, Neville roześmiał się. – Jasne, że nie! Rozsadzam mandragory dla drugoklasistów.

Weszli do środka i Harry'ego natychmiast uderzyła fala gorąca. Nagrzana szklarnia. Świetnie.

- Co tam u Hanny, Nev? – spytał, pociągając za ciasno przylegający do jego szyi kołnierzyk. W końcu westchnął i rozpiął szatę oraz kilka guzików koszuli. Potem przypomniał sobie, że jest czarodziejem i rzucił zaklęcie ochładzające. Poczuł się, jakby połknął kilkanaście kostek lodu. Wzdrygnął się gwałtownie, dziękując Merlinowi, że Neville stoi odwrócony do niego plecami, porządkując coś na jednym z długich stolików. Ponad jego ramieniem zauważył stojące rzędami na blacie skrzynki, w których w linii rosło kilka małych, kępiastych roślinek o czerwonych liściach. Natychmiast przypomniał sobie lekcję zielarstwa. Przestąpił z nogi na nogę, zastanawiając się, czy to dobry pomysł, by dla bezpieczeństwa wyczarować sobie parę nauszników.

- Hanna jest w ciąży – wyznał nagle Neville i Harry zapomniał o wszelkich swoich zmartwieniach, dotyczących mandragor. Spojrzał na swojego przyjaciela i uśmiechnął się szeroko.

- Gratulacje, Neville.

Ślub Hanny Abbott i Neville'a tuż po wojnie był dla wszystkich zaskoczeniem. Ona była cichą, nieśmiałą dziewczynką z krótkimi blond warkoczykami. Zawsze trzymała się na uboczu, czy to w czasie lekcji czy podczas spotkań GD. On może i był cichy i nieśmiały, ale drugą wojnę z Voldemortem spędził w pierwszym szeregu, uczestnicząc w wyprawie do Ministerstwa Magii, reaktywując GD i zdobywając sławę po odcięciu głowy Nagini. W dodatku nigdy wcześniej nie widywano ich razem.

Okazało się jednak, że pasują do siebie niczym dwie części tej samej układanki. Kochali zielarstwo, byli lojalni, sprawiedliwi i wyrozumiali. Hanna wykupiła od Toma „Dziurawy Kocioł" i pogodziła się z tym, że Neville większość swojego czasu będzie spędzał w Hogwarcie. Ułożyli sobie życie.

Gdy mówiono im, że mimo wszystko podjęli decyzję o małżeństwie zbyt szybko, Neville odpowiadał cierpliwie, że później to za późno. Jak widać wojna także daje dobre lekcje.

- Dzięki. – Jego uśmiech rozjaśnił szklarnię niczym drugie słońce. Harry westchnął po raz kolejny i powachlował się ręką. Grzywka przykleiła mu się do twarzy. – No dobrze. Koniec pogaduszek – powiedział, zacierając ręce i opierając się plecami o stół. – Co dla mnie masz?

Harry wyjął różdżkę i przywołał tajemniczą roślinkę. Doniczka zawisła w powietrzu, obracając się niczym mały zabawkowy bąk. Powoli zwalniała, wytracając impet. W końcu całkowicie się zatrzymała i popłynęła przez gęste, gorące powietrze w stronę Neville'a.

- Znaleźliśmy to przy ostatniej ofierze – przyznał Harry, obserwując twarz przyjaciela, która na razie nie wyrażała żadnych uczuć. Poczuł niepokój. A co jeśli nawet Neville nie będzie wiedział, czym jest ta roślina?

Neville przypatrywał się roślince uważnie, a następnie potarł policzek, rozmazując na nim smugi ziemi. – To chyba ostryż. – Poczłapał w stronę biurka i wyciągnął jedną z grubych ksiąg, leżących w jego kącie. Przygryzł wargę i przerzucił kilka kartek. Dotarł już niemal do środka, gdy ją zatrzasnął i pokiwał głową. – Tak, to ostryż. Nie byłem na początku pewien, ponieważ to roślina mugoli. Bylina z rodziny imbirowatych.

- Użycie? – zapytał, myśli wirowały mu w głowie. Mugolska roślinka i pęknięte bębenki jakoś nie chciały ze sobą współpracować.

- Stosuje się go w medycynie. Przyspiesza gojenie ran, ma właściwości przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne – odpowiedział szybko Neville. – Nazywa się go także szafranicą lub żółcieniem.

Harry otarł z czoła pot i przeczesał włosy. Koszulka przykleiła mu się do pleców, w ustach miał sucho. Uśmiechnął się jednak z wdzięcznością do Neville'a, jeszcze raz mu pogratulował i dopiero wtedy wyszedł z sauny, którą była szklarnia. Natychmiast orzeźwił go wiatr.

A więc ostryż.

~~...~~

Dom Ginny pachniał zupą pomidorową, kotem i zmywaczem do paznokci. Był mały i cichy, jeśliby nie liczyć głośnego miauczenia domagającej się uwagi Brandy. Kiedy wszedł do środka, zatopiła swoje długie pazury w jego spodniach, podniósł ją więc na ręce i opadł na obitą czerwoną skórą kanapę. Ginny wpadła do pokoju po kilku sekundach, bosa i potargana.

- Ach, to tylko ty – wydusiła, trzymając się dłonią za serce. Miała na sobie długi biały t-shirt i wyglądała, jakby zapomniała założyć spodnie. Jednak kiedy podniosła ręce nad głowę, by związać krótkie włosy w kitkę, koszulka podwinęła się do góry ukazując krótkie szorty. Jej paznokcie u nóg miały kolor krwistej czerwieni, takiej jak płaszczyk dziewczynki z jego snu. – Krzycz jak wchodzisz!

– Krzyczysz za nas dwoje. – W odpowiedzi tylko prychnęła i potrząsnęła głową. Wtedy coś zauważył. – Nowa fryzura?

Ginny uśmiechnęła się do niego i odgarnęła zabłąkany kosmyk z twarzy. Gdy się schyliła, reszta włosów wysunęła się z kucyka, a gumka spadła na podłogę. Westchnęła z udręką.

- Jest koszmarna. Jak mam pracować z tym – tu ostentacyjnie uniosła w górę kępkę krótkich włosów. – wpadającym mi ciągle do oczu?

Harry wstał z kanapy, zapominając o Brandy. Spadła z jego kolan, głośno miaucząc. Uderzyła go w nogę ogonem w wyrazie niezadowolenia. Harry jednak nie przejął się jej humorami, podszedł do Ginny i położył dłonie na jej policzkach. Delikatnie uniósł jej głowę.

- Wyglądasz pięknie – powiedział i pocałował ją w czoło. Ginny niemal mruczała, musiała się tego nauczyć od swojej kotki. Sekundy później jednak wzięła się w garść, wyprostowała i uwolniła z kojącego uścisku.

- Ugotowałam zupę. – Położyła dłonie na biodrach tak, że wyglądała niemal jak jej matka, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. – Chcesz trochę?

Kiwnął w zamyśleniu głową. Ginny była zawsze podobna do Molly. Taka odważna, silna, dzielna. A jednocześnie całkowicie od Molly różna. Pani Weasley poznała Artura, tuż po szkole wyszła za niego za mąż, założyła dom, urodziła i wychowała siódemkę dzieci, przeżyła dwie wojny, a teraz zajmuje się wnukami. Ginny natomiast straciła po wojnie całą pewność siebie. Kiedyś co rok miała innego chłopaka, teraz czuła, że brakuje jej tego, czego pragnie najbardziej: miłości. Jednego jednak była pewna, tego rodzaju miłości, którego potrzebuje, nie chce i nie dostanie od Harry'ego.

Wiedząc jednak, jak bardzo zależy Ginny na odzyskaniu pewności siebie (i po epizodzie z farbowaniem włosów na blond – największy błąd w jej życiu tuż po użyciu dziennika Riddle'a, jak sama przyznała), starał się zwracać uwagę na te małe drobiazgi, jak nowa fryzura czy ubrania. Zazwyczaj mu nie wychodziło. Ginny jednak doceniała jego troskę.

- Idziesz czy nie? – Po zdaniu nastąpiła długa sekwencja tłukących się naczyń. Długa cisza; Harry wstał i z niepokojem podążał w stronę kuchni, a potem głośne: - Nic mi nie jest!

Uśmiechnął się pod nosem. – Wiesz, ze Hanna jest w ciąży?

Znów dźwięk rozbijanych talerzy i ciche, mamrotane pod nosem przekleństwa. – Z Nevillem?

- A z kim innym? – spytał, wchodząc do jasno oświetlonej kuchni. Zatrzymał się w progu i zamrugał. Żadnych porcelanowych skorupek, zero stłuczonego szkła. Ginny stała przy kuchence i różdżką wprawiała w ruch mieszająca w garnku łyżkę. Zmarszczył brwi.

Usiadł przy stole, a dziewczyna postawiła przed nim talerz pełen parującej zupy. Zauważył, że uśmiecha się triumfalnie kącikiem ust, gdy myślała, ze nie patrzy. Cwaniara.

- Jeśli to będzie córeczka, Neville obiecał dać jej na imię Ginewra.

Ginny wypuściła talerz z ręki. Pomidorowa, którą do niego nalewała, rozlała się po podłodze, niosąc za sobą drobinki grubego, białego fajansu. Spojrzała na niego ze złością kątem oka, zaklęciem naprawiając wyrządzone szkody. Potem koniec różdżki wycelowała w niego. – Harry Jamesie Potterze, mam nadzieję, że pamiętasz, jak dobre były moje upiorogacki.

~~...~~

Ulica Pokątna była niemal pusta. Niespodziewane zjawisko, jak na ostatni tydzień sierpnia. Harry przewidywał jednak, że za chwilę wszystko wróci do normy – właśnie przestał padać ulewny deszcz i kramarze powoli wypychali wózki na ich prawowite miejsca, zdejmując z nich wcześniej Imperviusa. Powietrze było chłodne i naozonowane, wreszcie zakończyły się parzące upały ostatnich dni. Odetchnął głęboko i upewnił się, że Ron za nim idzie, oglądając się przez ramię.

Gdy Ron zauważył jego spojrzenie, odkleił nos od szyby wystawowej sklepu z miotłami i dogonił go szybkim krokiem. Zignorował fakt, że Harry przewrócił oczyma. – Więc ostryż, tak? Nasza tajemnicza roślinka?

Ktoś za nimi przestąpił z nogi na nogę, Harry poznał to po szumie szaty. Postanowił zignorować natręta, myśląc, że to ktoś, kto zechce poprosić go o autograf. Nie takie rzeczy zdarzały się już na Pokątnej.

- Neville mówił, że używa się go w lekach – powiedział, przeczesując włosy ręką. Przyklejała się do nich wilgotna mgiełka, unosząca się w powietrzu. Zaczynały przez to oklapywać i wpadać mu do oczu. – Przychodzi ci coś na myśl?

Usłyszał podążające za nimi ciche skrzypienie kół rdzewiejącego wózka. Gdy już miał się odwrócić, dźwięk nagle ucichł. Zatrzymał się jak wryty, Ron z zaskoczeniem przystanął tuż obok niego. Pocierając ręką kark i muskając przydługie, rude włosy, obrzucił ulicę podejrzliwym spojrzeniem.

- Coś się stało, Harry?

Harry jednak wpatrywał się w posiwiałą czarownicę, ugiętą pod ciężarem wieku. Opierała się ciężko o uchwyt wózka, cienkimi strumieniami wody z różdżki podlewając doniczki z małymi kwiatkami. Harry wykonał widoczny tylko dla Rona gest ręką, mówiący mu, by poczekał. Sam podszedł bliżej kobiety, która popatrzyła na niego wodnistymi, brązowymi oczami. Od razu wyczuła w nim klienta; wyprostowała się, prezentując ustawione w równych rzędach ceramiczne, ozdobione delikatnymi wzorkami doniczki i ich zawartość – czarną ziemię, z której wyrastały małe, smukłe kwiatki z kielichowatymi płatkami, na krańcach zmieniającymi kolor z zielonego na różowy.

Posłała mu uprzejmy uśmiech i ruchem dłoni zachęciła do podejścia jeszcze bliżej. – Kurkuma, młody panie. Bardzo tanio. Sykl za sztukę.

Harry spojrzał na nią pustym wzrokiem. – To ostryż?

- Tak, tak. Kurkuma, młody panie. Tanio. Może być dwadzieścia knutów. – Jej głos był słaby, ale natarczywy. Była niczym sęp, który odnalazł cel. Już wyciągała uschniętą rękę, by złapać go za przegub, lecz nagle drzwi restauracji, przy której stali, otworzyły się z rozmachem, niosąc za sobą ciche pobrzękiwanie dzwoneczka. Z wnętrza wraz z ciepłem i zapachem indyjskich potraw wydostał się wysoki, chudy mężczyzna. Rona nie zaszczycił spojrzeniem, jednak gdy zobaczył Harry'ego, jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Wąskie usta uformowały coś w rodzaju wielkiego „O".

- Harry Potter – szepnął, sięgając do kieszeni i wyszarpując różdżkę. Ku zdziwieniu wszystkich obecnych nie wycelował jej w Harry'ego, lecz w siebie. – Nie pójdę do Azkabanu!

- Spokojnie, nikt nie chcę cię wsadzić do Azkabanu, Nott – zapewnił Harry, przypominając sobie chorowitego Ślizgona, z którym w Hogwarcie miał eliksiry. Teodor Nott. Thomas Night. Powoli podniósł ręce, pokazując Nottowi puste dłonie. – Nie rób nic…

- To ja zabiłem Thomasa! – wykrzyknął rozpaczliwym tonem, jego ręka trzymająca różdżkę gwałtownie zadrżała. – Avada Ke…

- Drętwota – powiedział ktoś znudzonym głosem i Nott opadł na ziemię w rozbłysku czerwonego światła. Harry'emu ukazał się Ron, skrzywiony na widok bezwładnego ciała. – Ślizgoni to idioci.

Harry posłał mu spojrzenie pod tytułem „I mnie to mówisz?", a następnie przeniósł Teodora na wyczarowane nosze i aportował się do Ministerstwa wraz z Ronem.

Koniec części X.