Rozdział 10
- Czyli nadal kochasz Rose.
Skrzywiłem się słysząc dobitność w głosie Albusa.
- To nie do końca tak.
- A jak? - spytał wieszając u sufitu różdżką czerwono-zieloną girlandę.
- Każdy by się przestraszył gdyby zobaczył zwłoki przyjaciółki! Ty też.
- Ale to był sen, kto normalny się tak zachowuje? Jakby to nie był ktoś ważny to nie krzyczałbyś jego im...
- Czy ty nie rozumiesz, - przerwałem - że ja się nie orientuję, że to sen? W ogóle o tym nie myślę, to się po prostu dzieje a ja reaguję.
Albus zamilkł i zagryzł wargi rozważając coś w myślach. Szliśmy powoli wzdłuż pustego korytarza. On magicznie ozdabiał holl, a ja przeglądając książkę "100 dekoracji na 100 okazji", proponowałem mu nowe zaklęcia. Zerknąłem na zegarek. Jeszcze trzydzieści minut bawienia się w prefekta i przerwa.
- No dobra, może to był impuls, ale czemu się tak o nią zamartwiasz? Crepundio!
Albus nie dał po sobie poznać, że jest zazdrosny. Jedynie ręka lekko mu zadrżała gdy wyczarowywał bombki na przyniesionym przez Hagrida dorodnym świerku. Ładna, granatowa bombka z reniferem spadła z głuchym trzaskiem na posadzkę, a prefekci rozwieszający światełka na końcu korytarza spojrzeli na nas rozdrażnieni. Machnąłem różdżką usuwając resztki bombki.
- O ciebie też bym się zamartwiał - odrzekłem cicho, obserwując jego reakcję.
- Gdyby co? - Albus zaprzestał tworzeniu ozdób i odwrócił się do mnie.
- Gdyby do naszego dormitorium wtargnął poplecznik Voldemorta w celu zamordowania nas.
Albus wrócił do poprzedniej czynności.
- Nie było żadnego zagrożenia ze strony Voldemorta. Jakiś dzieciak próbował dostać się do nieswojego domu i ze strachu oszołomił koleżankę Rose.
- Ale mi się to śniło!
- No! Sam przyznajesz, że to był tylko sen, więc w czym rzecz? Podaj jakieś kolorystyczne - dorzucił przyglądając się ocalałym z wojny rzeźbom. Byliśmy już na końcu korytarza. W naszym kierunku zmierzały Rose z Niną.
- To ty się czepiasz, że krzyknąłem przypadkowe imię we śnie! Przestań być zazdrosny! Więc, no właśnie, w czym rzecz? Może spróbuj Aurumsio? - syknąłem, bo Rose była już niebezpiecznie blisko.
Albus zamienił posąg karła na złoty w momencie gdy dziewczyny stanęły obok nas.
- Naczelni mówią, że już możemy iść na przerwę, a potem zostaje tylko ósme piętro, bo pani Pomfrey nie zgadza się na dekoracje w skrzydle szpitalnym - oznajmiła Nina.
- Ósme? Przecież tam nikt nie zagląda!
Rose wzruszyła ramionami.
- Czyli nikt nie będzie nam przeszkadzał.
- Wielkie pocieszenie - skwitowałem.
Od kilku dni prefekci byli zwalniani z poobiadowych lekcji, by zająć się dekorowaniem zamku i ośnieżonych błoni. W ostatnich latach popularność zdobyło zostawanie w zamku na święta, toteż do przyozdabiania i czyszczenia przykładano się bardziej niż zazwyczaj.
Na korytarzach pachniało już choinką i piernikami, zbroje śpiewały kolędy, a szare i zwyczajne dotychczas ściany, ukazywały zimowe pejzaże. Dziedziniec i ścieżka do jeziora została odśnieżona, a wzdłuż niej poustawiano lodowe rzeźby Świętego Mikołaja w saniach, z workiem i pośród reniferów, którym Irytek odrąbywał części ciał i wbijał w ścieżkę, tak by wystawały ponad śnieg. Uczniowie i tak raczyli się zimą przez okna, bo chociaż śnieg nie padał, minusowe temperatury były nie do zniesienia.
- I po co to wszystko? - spytał Albus gdy spojrzał przez okno kiedy wspinaliśmy się na ósme piętro. Kilku pierwszoroczniaków powsiadało na kulawe renifery i rzuciło na nie Vingardium Leviosa. Ścigali się teraz szybując dwie stopy nad ziemią i wpadając raz po raz w zaspy.
Szliśmy po wąskich schodach na końcu orszaku prefektów i ich pomocników, ale Albus dał niewerbalny znak, że chce mi coś przekazać, więc zatrzymałem się i zacząłem wiązać buta.
- O co chodzi?
- Myślisz, że jak postanowi McGonagall i reszta? ZLW-owcy mają zostać w zamku na święta czy normalnie pojadą do domu?
- Nie mam pojęcia - odparłem szczerze. - Ale bezpieczniej będzie w domach, nie sądzisz?
- No, może. - Albus nie wyglądał na przekonanego - Ja bym wolał zostać.
- Profesor McGonagall twierdzi, że wszyscy ze Związku mają wrócić do domów. Ale nie wszyscy się z nią zgadzają. Flitwick na przykład uważa tak jak ty, Al, że tu jest bezpieczniej.
- Skąd wiesz?
- Powiedziała mi - w jej głosie zabrzmiała duma.
Spojrzałem wymownie na Albusa, a on wzruszył ramionami. Po chwili zagadnął:
- A wiesz czy wprowadzą u nas w domach jakieś nowe super-zabezpieczenia?
Rose, wyraźnie zadowolona, że tylko ona spośród naszej trójki zna plany zarządców ZLW, ociągała się z odpowiedzią aż do końca spiralnych schodów, które kończyły się korytarzem ósmego piętra gdzie czekali na nas prefekci.
- Kominki zostaną zupełnie odłączone od sieci fiuu, a co sześć godzin kontrola z Ministerstwa.
- Dobra, moi drodzy! Proszę o uwagę, bez zbędnego przedłużania. Rick, Nina, wy zajmiecie się tą częścią, w której teraz jesteśmy. Taylor, Amy, klasy po lewej stronie korytarza. Lisa i Joey po prawej. Rose i ja...
- Nie - Rose przerwała prefektowi naczelnemu - Ja będę z Albusem i Scorpiusem.
- No dobrze - lekko zdziwiony chłopak spojrzał na swoją towarzyszkę - wy idźcie do schowka na końcu korytarza. Trzeba tam trochę posprzątać, ale nie musicie go dekorować.
Oddałem prefektom "100 dekoracji na 100 okazji" i powlokłem się za Rose i Albusem, którzy już zmierzali do zaokrąglonych drzwi na przeciwko.
Ósme piętro było ciche, puste i brudne. Rose z niesmakiem pociągnęła za zakurzoną klamkę i weszliśmy do dusznego pomieszczenia. Kiedy drzwi się za nami zamknęły, utonęliśmy w mroku. Poczułem, że Albus chce zrobić krok na przód, ale zatrzymałem go ręką. Było coś złowieszczego w tym nieczystym powietrzu.
- Lumos - szepnęliśmy równo.
Dobrą decyzją było nie posunięcie się w ciemność, bo tuż przed nami ukazały się szare kształty.
- Co to? - rzucił w przestrzeń Albus.
Rose odgarnęła włosy na bok i zbliżyła się do ciemnego zarysu, wysokiego na jakieś dwa metry. Skierowaliśmy tam wszyscy różdżki, zostawiając resztę pomieszczenia wolną od światła.
Rose wyciągnęła rękę z zamiarem dotknięcia tego dziwnego zjawiska.
- Rose - syknąłem.
Ale jej dłoń już przetarła gładką powierzchnię, ścierając z niej kurz.
Albus też przetarł dłonią rzecz.
- To kamień chyba, nie uważacie? - spytał niepewnie Albus.
Nie odpowiedziałem, tylko przeszedłem ostrożnie kilka kroków w bok, by zobaczyć "kamień" od boku.
- Albus, to chyba nie jest zwykły kamień... - usłyszałem drżący szept Rose. Słowa jednak coraz bardziej się ode mnie oddalały. Zacząłem zauważać coś, co nadawało pewien sens tej twardej bryle. Uniosłem różdżkę wyżej i odsunąłem się, by spojrzeć w kamienną, zimną twarz trolla.
- Słodki Jezu...
- Scorpius! Nic ci nie jest? - Rose i Albus przeszli w moją stronę.
- Nie, tylko spójrzcie na to. - Poświeciłem na wyciosany w skale profil.
- Tak jak myślałam. Nie ruszajcie się - rozkazała, a sama cofnęła się do drzwi.
- A możemy oddychać? - syknął poirytowany Albus. - Powiedz nam chociaż, gdzie jesteśmy?
- Tutaj prawdopodobnie ukryto po wojnie rzeczy o trzech cechach: wartościowe, zniszczone, no i nie dające się naprawić.
- A jakie ma znaczenie ogromny, przerażający, kamienny troll?
- Prawdopodobnie historyczne, sentymentalne.
- Rose, o co chodzi? - spytałem, bo Krukonka cały czas świeciła różdżką na zakurzoną podłogę, uporczywie się w nią wpatrując.
- Wydaje mi się, że ktoś tu jest. Są ślady w kurzu.
Powiedziała to spokojnie, cicho i z pewną nutą przestrogi w głosie, tak, że doskonale zrozumieliśmy to, co chciała nam przekazać. Natychmiast unieśliśmy różdżki i cofnęliśmy się by widzieć trolla od frontu. Nagle wpadł mi do głowy dobry pomysł.
- Homenum Rewelio!
Nic się nie wydarzyło.
- Świetny pomysł, stary - pochwalił mnie Albus, ale Rose mruknęła ,,ktoś mógł rzucić zaklęcie zwodzące" a my milcząc, niechętnie musieliśmy przyznać jej rację.
- Ha! Spójrzcie - Rose niemal bezgłośnie podeszła do wyrwy w barierze złożonej z rupieci, a my stanęliśmy obok niej.
Ktoś (albo coś) wykopał ją tuż obok wejścia, tak, że trudno było ją dostrzec. Miała niecały metr wysokości, ale była dość szeroka. Przeciętny mugol nie zwróciłby uwagi na taką wyrwę chociażby na wysypisku śmieci, ale można było zauważyć wyraźne ślady magii. Bogato zdobiony, miniaturowy kredens nie unosiłby się samoistnie, podparty jedynie kilkoma stosami pożółkłych papierów. Spojrzeliśmy po sobie.
- Co to? - spytała z lękiem Rose.
- Ja mogę sprawdzić.
Zerknąłem na Albusa, lekko zaskoczony jego nagłym przypływem odwagi, ale kiwnąłem głową.
Kucnął powoli, wyciągając zapaloną różdżkę przed siebie.
- I?
- Tunel.
- Można się było tego spodziewać. Scorpius, osłaniaj nas - rozkazała Rose, a sama kucnęła obok Albusa.
Stanąłem plecami do nich, mając naprzeciwko lewy profil trolla i wyłapując wzrokiem kształty przedmiotów, ale większość miała narzucone na siebie szare płachty. Usłyszałem jakieś zaklęcia rzucane przez Rose i Albusa.
- Jest bezpieczny.
- Skąd ta pewność? - spytałem.
- Stuprocentowej nie mamy, ale, no... - zaciął się Al.
- Chyba chcemy trochę posprzątać? - pomogła mu zadziornie Rose.
Odwróciłem się do nich i uśmiechnąłem blado. Perspektywa raczkowania po szkolnej posadzce w nieokreślonym celu wydawała się okropnie lekkomyślna, ale...
- Pewnie. Mogę wejść pierwszy.
W tunelu było ciasno, zimno i okrutnie ciemno, bo trudno było iść na czworaka i jednocześnie oświetlać różdżką drogę. Przejście do pewnego momentu prowadzone było przy ścianie, tak, że wystarczyło przytulać się do ściany i pełznąć do przodu, ale w pewnym momencie tunel skręcał w prawo, odrywając się od stabilnego oparcia, a tym samym - zwężając. To wymagało większego skupienia. Zrobiliśmy chwilę postoju i ruszyliśmy, trzymając różdżki w zębach. Po paru minutach poruszania się w pełnej grozy ciszy, odezwał się idący w środku Albus.
- Myślę, że tunel się kończy. Co tam widzisz, Al? - zawołał z nadzieją w głosie.
- To co ty, mój przyjacielu. Ale skąd takie przypuszczenia?
- Zrobiło się jakby więcej miejsca. Jak na początku.
- Rose, jakie masz zdanie? Rose? Zatrzymałem się czekając cierpliwie na przyjaciół. Po chwili dołączył do mnie Albus.
- Szła tuż za mną... Rose!
- Ciiiiii - uciszył nas damski głos, z którego trudno było odczytać emocje.
- To ona? - spytałem Albusa najciszej jak się dało.
- Tak.
I wtedy usłyszeliśmy jej zduszony okrzyk.
- Rose!
- Albus, Scorpius! Wiejcie! - Nie minęło dziesięć sekund, a Rose była zaraz za Albusem. - Ktoś tu idzie!
Pobudzeni nagłym przypływem adrenaliny popędzieliśmy obijając kolana o podłogę i raniąc się w żebra wystającymi ze ścian fragmentami różnorakich przedmiotów. Nie trwało to jednak długo. Błysnęło i wszyscy troje zostaliśmy oszołomieni. Poczułem tylko jak zaklęcia mnie obracają na plecy i jak sunę bezwładnie po podłodze za Rose i Albusem skrępowanych w tej samej pozycji. Domyśliłem się, że ten, kto nas targa spowrotem do wyjścia, używa magii niewerbalnej. W końcu, kiedy nasza trójka leżała u stóp kamiennego trolla, zostaliśmy odczarowani. Wstaliśmy szybko rozglądając się. Przed drzwiam stał...
- Profesor Flitwick?!
- Proszę nie wrzeszczeć, panie Malfoy. - Otworzył drzwi i gestem wyprosił nas z magazynu.
- Panie profesorze, gdzie byli?
- Wracać do pracy, ważne, że już ich mam - fuknął gdy ciekawscy prefekci wyjżeli z klas - a tobie, Ashtons, dziękuję za informację.
Kiedy korytarz opustoszał, zmierzył nas surowym spojrzeniem, tak rzadko goszczącym na jego twarzy.
- Jestem zawiedziony...
- Ale przecież mieliśmy tam posprzątać, tak? - zdenerwowałem się.
- Panie Malfoy, proszę nie przerywać. Tak, ósme piętro wymaga porządków, ale czy nie zauważyliście znaku zakazu wstępu do tego składziku? Poza tym co wy sobie wyobrażaliście wchodząc do tunelu dla skrzatów domowych?
- Skrzatów domowych? - wybałuszył oczy Albus.
- Proszę nie przerywać. Tak, skrzatów domowych. A co wy myśleliście? Dwoje prefektów, i to z szóstego roku, pełza w skrzatnym przejściu jakich w zamku jest wiele... Proszę nie przerwywać! - zwrócił się tym razem do Rose, ale jego mina zrzedła gdy zobaczył, że Krukonka próbuje pohamować płacz. Tym razem zaczął nieco łagodniej. - Muszę odjąć dwadzieścia punktów Ravenclawowi i czterdzieści Slytherinowi. To wszystko. Lepiej idźcie już do dormitoriów.
Staliśmy tak dopóki nie zniknął nam z oczu na schodach.
- A tak serio, to w sumie co sobie wyobrażaliście, że jest na końcu? - spytałem z ciekawością, jakbyśmy zagrali w jakąś grę, którą trudno przejść.
- To żałosne - załkała Rose i odeszła za Flitwickiem.
Spojrzałem na Albusa z nadzieją na wyjaśnienie, a ten na drzwi za nami.
- Wcale nie ma żadnej informacji, że nie wolno tu wchodzić - prychnął.
- Stary dureń - odparłem i z ulgą czując, że jesteśmy w podobnym nastroju, powlekliśmy się na dół.
