Powinnam sobie nastawić przypomnienie w komórce, że mam czasem to nie tylko pisać, ale jeszcze gdzieś wrzucać.
„Blake" vel Tom Collin vel mężczyzna wielu aliasów, pogwizdywał w fotelu, zadowolony. Jego wspólnicy zganili go za narażanie karku, ale czymże byłoby życie bez odrobiny ekscytacji? Zresztą, kogo innego miał dopuścić do sprawy tak kluczowej jak komórki obiektu Ch4 po przemianie? Kogoś poniżej ścisłego kierownictwa? Wykluczone. A ze ścisłego kierownictwa tylko on się nadawał, pozostali mężczyźni byli albo za starzy, albo zbyt słabi fizycznie – pań zaś narażać nie należało. Byli w końcu dżentelmenami, intelektualistami, elitami dawnego świata.
Zepchniętymi do rynsztoka. Przez dawnych panów, co bolało tym mocniej. Nie jako zdrada, tej zawsze należy oczekiwać od polityków, tylko jako dowód głupoty. Dlaczego zaufali ShinRze, dlaczego uznali, że zawsze będzie im dostarczać pieniądze, laboratoria i świeże obiekty? Przecież systemy padają, zwłaszcza te tyrańskie. Powinni byli przygotować sobie plan B. Wówczas Upadek nie zastałby ich nad próbówkami, stołami, w trakcie badań, zdziwionych nagłym końcem raju naukowego, który rychło się przerodził w koszmar, w polowanie na wszystkich, którzy brali udział w tym, co obecna władza nazywała „nieetycznymi procedurami", a media, hojnie przez tę władzę dotowane, „zbrodniami, torturami, eksperymentami na ludziach". Och, wielu z nich, ci mniej znani, dostało wybór: pracować dla zwycięzców, pod ścisłą kontrolą, skoszarowani w tajnych rządowych budynkach, pod strażą. Nowa tożsamość, ukryta egzystencja, grzeszny sekret nowego ładu. Wielu przystało, chcąc uniknąć śmierci, zachować choć resztki dawnego życia i Tom ich nie winił.
On jednak, jak inni z jego kolegów, nie czuł ani wyrzutów sumienia, ani żalu, ani, nade wszystko, nie zaspokoił swojej ciekawości. Chciał kontynuować prace, chciał poszerzać możliwości ludzkiego organizmu, chciał poznać Lifestream, tę „duszę" Planety na wskroś, by móc jej użyć dla rozwoju ludzkości. Postęp, ewolucja, rozwój – to imperatywy, to podstawy człowieczeństwa, jeśli rządzący zamierzali się wycofać, napotkawszy opór przyrody, jeśli zamierzali nazywać byty, które jeszcze parę lat temu badano w laboratoriach, nadprzyrodzonymi, jeśli chcieli czcić coś, co niemal poznali, zgłębili, niemal ujarzmili – to dla niego nie było w tym nowym świecie miejsca. Tamci zrzekali się, wyrzekali prawa do władania światem; on tego czynić nie zamierzał, nigdy.
Tacy jak on musieli się ukrywać. Dobrze, więc. Mieli wiedzę, znajomości, archiwa, mieli cel i palącą żądzę poznania. Mieli dawniej przywileje i władzę, którą chcieli odzyskać. Najpierw jednak musieli uciec. Tamte miesiące Tom wspominał najgorzej. Chaos, panika, kolejni znajomi ginący bądź to w samosądach, bądź to w akcjach dawnego podziemia, bądź to, później, z tej samej ręki, która dawniej nie tylko ich karmiła, lecz również zlecała im te „zbrodnie".
Rufus, mawiali niektórzy z jego kręgu, zwłaszcza psychologowie, ma wyrzuty sumienia. Poznał ludzi, których niegdyś skazywał i teraz myśli o nich jako o znajomych, więc ma poczucie winy. Rufus przejawia sporo cech ze spektrum psychopatii, jest dyktatorem, może niemal szaleńcem – poczucie winy zmazuje krwią. Jednak Tom w to nie wierzył. Według niego premier był po prostu cynicznym graczem, podobnie jak Tuesti. Walczył o przetrwanie, jak oni sami, o władzę, ot, wszystko. Nie ma co dorabiać ideologii do biznesu. Wobec czegoś Collin równie spokojnie postanowił odrzucić wszelkie sentymenta, jeśli je posiadał, by również zająć się biznesem. W tych mrocznych, niepewnych czasach, razem z grupą kilkunastu kolegów założyli coś na kształt – cóż, organizacji przestępczej. Skupili się na wytwarzaniu oraz handlu narkotykami, stymulantami, dopalaczami wszelkiego rodzaju.
Jak na improwizację poszło im całkiem nieźle. Nic dziwnego, byli przecież geniuszami, pomyślał pobłażliwie, dlaczego miałby oczekiwać czegoś poniżej?
Drzwi trzasnęły. Martin Sartiss. Nie zapukał, co Toma nieco zirytowało. Owszem, Martin był jego prawą ręką, zaufanym pomocnikiem, ważną osobą w ich mafii, owszem, miał świetne kontakty z SOLDIER, ze względu na swoje dawne badania i pozycję asystenta – był wówczas podobno miły, delikatny, współczujący, pamiętający o urodzinach, co zaskarbiło mu wdzięczność elitarnych korporacyjnych oddziałów. Nadal jednak stał ładny szczebelek niżej na drabinie ich organizacji, powinien więc okazywać szacunek. Żaden dowódca nie może pozwolić swoim podwładnym na nonszalanckie traktowanie hierarchii. Zwłaszcza taki, który gra o władzę, gra poniekąd samotnie, na pewno nie do końca z poglądami oraz pragnieniami niektórych kolegów-założycieli.
A w takiej pozycji właśnie się znajdował. Na początku, kilka lat temu, był jednym z głównych zwolenników sojuszu z powstającymi sektami. Pozwoliłoby im to na zdobycie funduszy, lojalnej siatki dystrybucji, szpiegów, informatorów, agentów wpływu, ślepo wiernych pracowników – oraz królików doświadczalnych. Po krótkim namyśle wybrali wierzenia związane z Sephirothem. Po pierwsze, były naprawdę tajne, przyzwyczajone do działań w podziemiu; obecny rząd w końcu obwołał ich bóstwo źródłem wszelkiego zła i zbrodniarzem. Po drugie, niezależnie od oficjalnej symboliki, łatwo było je powiązać z tą, na której byłym ludziom ShinRy zależało najbardziej: dawnej, utraconej chwały. Chwały korporacji, ale też SOLDIER czy ludzkości, która nie uginały karku przed Planetą. Powiązania tamtego z Lifestreamem a teologii sekt z modlitwą, wizjami i świętym opętaniem dodatkowo ułatwiało sprawę. Narkotyki, serum wzmacniające zdolności wojowników, podawanie mako – wszystkie te eksperymenty zyskiwały sakralną otoczkę.
Posłuszne owieczki, prowadzone to na ścinanie futra, to na rzeź. Collin był więcej niż zachwycony. Niektórzy z założycieli jakby mniej. Nie chodziło o moralność, raczej o obawy związane z kontrolą „fanatyków" oraz samym Sephirothem, który, jak podnosili niektórzy, przecież faktycznie ma wpływ na Lifestream i Gaję. Tom uważał te drugie za bzdury i przesądy, obawy powiązane z zarządzeniem religią zaś za nierozsądne. Miał przywódców ruchu za ludzi biznesu, którzy zwietrzyli interes, podobnych sobie, sądził więc, iż wszystkie kwestie da się rozwiązać kolejnymi umowami. Czysta ekonomia.
Wtedy przekonał całą organizację, ale protesty nigdy do końca nie ucichły, choć następne lata dowiodły jego racji – zarówno sekta, jak ich małe „laboratorium" rosły w siłę. Podjęli współpracę z tymi SOLDIER, którzy odmówili rządowi i woleli pozostać wolnymi strzelcami. Oferowali coś więcej niż płacę oraz opiekę medyczną (koktajl, jaki dostawali ci młodzi mężczyźni, zwłaszcza w końcowej fazie, gdy dbano raczej o ilość niż jakość, musiał mieć różnorakie efekty uboczne; wiedza o nich była używana jako smycz najpierw przez kompanię, teraz przez państwo), oferowali utracone poczucie godności. Efekt był oszałamiający. Ich mała mafia nie tylko wytworzyła stymulanty dające krótkotrwałą moc i szybkość SOLDIER, nie tylko wynajdywała, eksperymentalnie, substancje wpływające na wrażliwość na Lifestream. Nie tylko udało się im stać w cieniu, nadal niespenetrowanym przez siły rządowe, daremnie próbujące odkryć, kto stoi za nowymi, popularnymi narkotykami. Nie. Im niedługo uda się odtworzyć całą procedurę, co pozwoli im na tworzenie własnych ulepszonych wojowników, pewnie doskonalszych nawet niż ci korporacyjni – teraz, kiedy mieli tkanki Valentine'a do badań, rzecz stawała się całkiem realna. A to pozwoli im na zrealizowanie planu pierwotnego.
Powrotu do władzy i przywilejów. Dodajmy do tego zemstę na firmie, która ich wykorzystała, a potem zaszczuła, zaczęła zabijać – za wykonywanie własnych rozkazów!
Część jego kolegów, nawet z grona założycieli, nie chciała jakoś spojrzeć na sprawę z tej perspektywy. Sekta, mówili, urosła znacznie, zaczyna działać niezależnie, zaczyna żądać, by działali zgodnie z jej religijnym kodeksem, grozić, gdy odmawiają. Wyniki badań nad Lifestreamem wskazują na pewno anomalie, ludzie naszprycowani substancjami mako-podobnymi lub też mako-pochodnymi zdecydowanie za często mówią o połączeniu z jedną świadomością, podejrzenie konkretną. Rząd węszy coraz bardziej, ktoś w końcu pęknie. Spokojnie, mówili, działajmy ostrożniej, bo inaczej utracimy, cośmy dotąd zdobyli.
Collin miał ich za tchórzy.
— Tom? — bąknął nieśmiało Sartiss.
Szef ignorował go ładne parę minut, przeglądając papiery, nucąc pod nosem, jakby tamten w ogóle nie wszedł do pokoju.
— Pukaj. Jestem zajęty — oznajmił teraz lodowato.
— Przepraszam — tamten aż poczerwieniał ze wstydu.
Tak wyraźny dowód podporządkowania i żalu wystarczył, by złagodzić rozdrażnienie Collina.
— Nic wielkiego się nie stało, po prostu na przyszłość pamiętaj. Co się stało?
— Musieliśmy ewakuować laboratorium pod Siódmym Sektorem. Kilka dni temu. Turki zaczęły węszyć, bo Krina tam widywano, mówili, że zejdą w kanały.
Tom zbladł, przymrużając oczy. Za szybko jednak powiedział „hop".
— Dlaczego mnie o tym nie powiadomiono wcześniej? — warknął.
— Mnie też nic nie powiedzieli. Dowiedziałem się od jednego z chłopaków, który pomagał w przenosinach. Wiesz, ciężki sprzęt, te sprawy. Karl nam nie powiedział, bo to jego okręg, a musiał podejmować decyzje szybko, więc nie miał czasu na konsultacje. Potem uznał, że jak się dowiesz na miesięcznym zebraniu, to będzie OK., w końcu to już jutro. Tak przynajmniej twierdzi.
— Przepytałeś go? — mruknął Collin, zaniepokojony i rozeźlony.
Karl się dotąd nie mieszał specjalnie w politykę. Owszem, nie akceptował tej Toma, lecz nie przeciwdziałał jej aktywnie, skupiony tylko na badaniach. Świata nie widział poza nimi. Wolał też myśleć o mutowaniu zwierząt, odtwarzaniu gatunków, rozwoju konkretnych gatunków na ludzkie potrzeby – dla wojska, rolnictwa, medycyny – niż eksperymentowaniu na ludziach. „Nasz gatunek jest idealnym, szczytowym etapem ewolucji" mawiał „z mieszania w nim nic dobrego nie przyjdzie". Wiecznie roztargniony, zamyślony idealista. Stereotypowy naukowiec. Cud, że przetrwał te pierwsze miesiące po Upadku.
A teraz zaczynał motać. W bajeczkę o zapomnieniu czy nieuwadze Collin nie wierzył; aż tak oderwany od życia Karl nie był. Do tego Martin, który sam z siebie, jak wynikało z opowieści, którą teraz przedstawiał, postanowił poszukać odpowiedzi, śmiał żądać wyjaśnień od przełożonego. Rzutki, ambitny, inteligentny. Póki co bardzo oddany, przydatny podwładny. W przyszłości mógł przecież zapragnąć władzy dla siebie.
— Trzeba było przyjść do mnie — uciął wyjaśnienia Tom. — Podszedłbym jakoś Karla, jesteśmy na tym samym stanowisku, byłoby prościej… Teraz to już spalone, już wie, że my wiemy — dodał surowo.
Sartiss się skulił. Bąknął przeprosiny, które zostały zbyte machnięciem dłonią. Nic nie zmienią.
— SOLDIER są chociaż zadowoleni? — spytał Collin.
— Bardzo. Woleliby, żeby ten pies zdechł, ale wiedzą, że rzecz jest szykowana na SOLDIER, nie potwory, więc mogła na niego dziwnie zadziałać. Chcieliby tylko wiedzieć, kiedy skończymy prace nad antidotum i szczepionką – żeby móc ruszyć w bój, oczywiście — zachichotał nerwowo.
— Skończymy, jak skończymy. Damy im znać. Chyba nie chcą, żeby niedopracowana formuła pozabijała ich kolegów? — sarknął. — Odtrutki zawsze są trudniejsze. Są niezadowoleni z warunków naszej współpracy?
Martin znów się tłumaczył, że to nie to, że wcale nie tak, że przecież widzą, jak wiele daje im stowarzyszenie naukowców. Tom nawet nie słuchał. Potrzebował pokazu siły, nie wyjaśnień. To, że najemnicy się rwali do boju było zrozumiałe i oczywiste.
— Niektórzy pytali, czy nie moglibyśmy wrócić do planu... zintensyfikować działań... wie pan, żeby pozbawić Strife'a statusu człowieka. Oficjalnie.
Collin uniósł brwi.
— A po co? Nie sądzę, żeby to w ogóle było możliwe, Shinra, jeśli będzie trzeba, nawet sfałszuje dokumenty, ale w ogóle – po co? Strife zostanie najwyżej jego własnością. Nic na tym nie zyskamy.
— Ale jeśli rozwiniemy tę broń, tę truciznę, to on – przecież prawie go mieliśmy, gdyby Krin nie zwiał, tylko poczekał do utraty przytomności, to tamten by zginął. Nasi będą mieli szansę — stwierdził z odcieniem pasji Sartiss. — I chcieliby – chcieliby być kryci.
Ach, no tak. Za zniszczenie mienia firmy nie pójdą na krzesło. Niewątpliwie prawda. Co nie zmieniało faktu, że, jak właśnie przypominał Martinowi, muszą najpierw skończyć prace nad antidotum i usprawnić wytwarzanie trucizny. Mają też przed sobą wielką operację: rzucanie nowych środków lub silniejszych wersji starych na rynek, uzależnienie przynajmniej pół miliona ludzi – wierni klienci – przejęcie władzy w kilkunastu grupkach przestępczych, destabilizacja społeczeństwa – napuszczania ekstremistycznych grup na narkomanów zawsze jest banalnie proste – akcja medialna, która ujawni skalę problemu narkotykowego, postawi rząd w złym świetle, wymusi na nich działania, które z kolei przyniosą klęskę i wyniosą przynajmniej kilku sprzyjających organizacji liderów. Praca rozłożona na sporo ponad rok, pierwsza faza zaczynała się za kilka tygodni, maksymalnie miesięcy. Nie mają teraz czasu na zajmowanie się konającym psem korporacji.
— Ale jeżeli on wyżyje — oznajmił uroczystym tonem Tom — to powiedz swoim przyjaciołom, że na pewno za jakiś czas, jak już problemy i napięcia związane z obecną operacją ucichną, wrócimy do temu. To nie jest złe rozwiązanie; nawet bez wielkiego polowania z pewnością pogorszymy relacje Strife'a z rządem, jego stan raczej też się nie od takiego szumu nie poprawi... Wrócimy do tej dyskusji. Na pewno.
Do dyskusji zawsze wrócić można.
— W międzyczasie – gdyby SOLDIER mogli... powęszyć, poszukać ludzi, którzy ocaleli z pogromu w Nibelheim, rozumiesz, byli poza miastem, uciekli dość szybko – gdyby mogli ich poszukać, stworzyć mi bazę nazwisk i miejsc zamieszkania, nawet niekoniecznie aktualnych, byleby cokolwiek – byłby wdzięczny.
Sartiss spojrzał na niego pytająco.
— Jasne, ale... Chodzi ci o te możliwe osobliwości genetyczne? — zrozumiał. — Wywoływane pokoleniami żyjącymi właściwie tuż obok Lifestreamu? Chcesz do tego wrócić?
Collin przytaknął. Jeśli wszystko się uda, wreszcie będą mieli czas i środki. A to była interesująca możliwość badawcza. Coś w genomie tych ludzi musiało być, skoro śmiertelność wśród obiektów eksperymentalnych z Nibelheim była zdecydowanie najniższa, za to udanych przypadków zaimplementowania S-komórek było właśnie najwięcej.
— Coś jeszcze? — dodał.
Martin zacisnął wargi.
— Nie rozmawiałeś z sektą — zauważył.
— Bo i nie ma potrzeby. Fosca histeryzuje. Sekta, owszem, żąda coraz więcej, tym bardziej nie możemy pokazywać, że to robi na nas wrażenie. Zamierzam zażądać od nich nowej dostawy obiektów oraz stworzenia siatek dystrybucji narkotyku – to będzie prawdziwa próba sił. Jeśli odmówią, odetniemy ich na chwilę od funduszy, od tych ich świętych narkotyków... Zobaczysz, że wrócą do nas z podkulonym ogonem. Ale nie zamierzam trwonić sił, które będą wówczas potrzebne, na zbędne dyskusje teraz.
Drugi mężczyzna pokręcił głową.
— Niektórzy SOLDIER mówią...
— Żołnierze zawsze są przesądni.
— ...że tamci mają prawdziwą moc. Że widzieli – słyszeli – że mówili im rzeczy, jakie tylko bóstwo albo Sephiroth mogliby wiedzieć. O przeżyciach w Wutai. O ich treningach. O ich koszmarach.
Tom wybuchnął śmiechem.
— To są dobrzy psychologowie z niezłą siatką informacyjną, ot, wszystko. Zapewniam cię, że koszmary i historie żołnierzy wszystkich czasów i frontów są dość podobne. Tamci po prostu zgadują. Możesz to przekazać swoimi przyjaciołom. A teraz, proszę, zostaw mnie samego – i poproś tutaj Karla. Dzwoniłem do Levinasów, wiesz? Miło mnie przyjęli. Nawet nie wiedzieli, co porabia ich synek... Uświadomiłem ich. Sądzę, że Ida nie posiada się z radości. Niewielkie od odwrócenie uwagi, ale zawsze się przyda. W każdym razie, może nawet wpadnę im złożyć wizytę, spytaj Karla, czy byłby zainteresowany, co u jego starych znajomych, pod takim pretekstem może wystawi nos z gabinetu.
„A jak już wystawi i tu przyjdzie" pomyślał mściwie „to się go wymagluje. Kto, gdzie, jak, dlaczego. Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie niż uwierzę, że ta niezguła tak nagle, sama z siebie, postanowiła się włączyć w politykę firmy".
'
'
Rufus klął w myśli siebie i wszechświat, jak przy każdej dłuższej podróży samochodowej. „Marnotrawstwo czasu" myślał wściekły „przeklęte nudności, przeklęte podsłuchy, przeklęta odległość". Nie mógł czytać ani oglądać obrazów w trakcie jazdy, natychmiast dostawał bólów głowy, mdłości, tego typu uroczych sensacji. Dla człowieka przywykłego do wiecznej pracy wymuszone minuty bezczynności – mógłby słuchać raportów, ale nie ufał ścianom – były udręką. Zwykle starał się je wykorzystać na drzemkę, odzyskanie energii, niekiedy przebranie ubrań, odświeżenie, lecz zmiana garnituru na czarny – tym razem już w dobrym rozmiarze, wysłał asystentów na zakupy – zajęła mu dosłownie chwilę, oka zaś nie zmrużył. Nerwy, prawdopodobnie. Reno co prawda podobno znalazł jakiś trop w sprawie Strife'a, co prawda Cissnei – pani Cecylia – wysłała prośbę o pilny kontakt, więc pewnie coś miała, ale Cloud nadal chorował, nadal nie zidentyfikowali trującej substancji, nadal nie znaleźli Krina, nadal nie – miliony „nadal nie", co oznaczało, że prezydent wciąż był bezsilny.
Do tego dochodziły kwestie polityczno-biznesowe: stałe zamieszanie wokół premiera, zlecenia tworzenia projektów ustaw, spotkania z lobbystami, wywiady, szarpanina o wpływy, uśmiechy oraz uściski dłoni. Shinra przypomniał sobie, iż musi do końca tygodnia, koniecznie, obejrzeć prace w konkursie na pomnik dla ofiar zamachów terrorystycznych. W końcu, jako główny fundator, przewodniczył tej nieszczęsnej komisji. Do tego kwestie dyplomatyczne – wutajscy dostojnicy wciąż praktycznie ignorowali szefa rządu, negocjując i przekazując informacje czy zaproszenia tylko Felicii albo WRO, przez Yuffie. „Co, oczywiście, nie przeszkadza tym zachodnim gadom w pobieraniu nieziemskich opłat, podatków i bahamut wie, czego jeszcze, od mojej forsy" sarknął w duszy Rufus. Cudzoziemscy bankowcy mieli pod ręką argument nie do zbicia: tylko poza granicami kraju dawne pieniądze kompanii były bezpieczne. W Edge'u tak Reeve, jak rozmaite zrzeszenia poszkodowanych tylko czekały, by położyć na nich łapy. Co prawda teoretycznie musieliby najpierw wygrać procesy (co byłoby o tyle trudne, że cały gotówkowy majątek firmy został już przekształcony w kapitały kilku fundacji, a nikt nie odpowiada prywatnymi środkami za grzechy rady nadzorczej, prawo własności jest święte – i jedynie prywatne pozwy mogą to zmienić – nominalny majątek firmy był zresztą śmiesznie niski, coś koło ćwierci realnego budżetu, niecały bilion dżili; prezydent nie był głupi, po dokonaniu paru przelewów na prywatne rachunki w zamieszeniu po Meteorze, wyczyścił serwery do cna), wątpił wszakże, by Tuesti czekał na wyroki – po prostu poprosiłby Shelke o zajęcie kont mniej legalną drogą. Włamanie się na strony wutajskich banków nie wchodziło w grę, arystokracja monarchii nigdy by tego nie wybaczyła.
W związku z powyższymi faktami oraz szczerą nienawiścią zachodniego społeczeństwa wobec korporacji, wszelkie dochody polityka obłożono w Wutai osiemdziesięcioprocentowym podatkiem. Co gorsza, niedługo szykowano kolejną podwyżkę nie tylko podatków, lecz również opłat bankowych – eleganckie zaproszenie, jakie biznesmen dostał od przydzielonego mu „doradcy finansowego" dowodem. Doprawdy, gdyby nie fundacje, paręset miliardów, które porozsyłał po innych terytoriach oraz krajach, kilka kolejnych, które oficjalnie pozwolono mu włożyć w NeoShinRę – z osobistych środków, zarzekał się przed sądami i komisjami, ze spadku po matce (który w rzeczywistości wynosił sporo mniej niż pół miliarda, z czego większość przedmiotów i akcji, więc poszła z dymem wraz z wieżowcem), który nigdy nie należał nie tylko do kapitału firmy, lecz nawet do jego ojca, zawsze do Rufusa, a młodszego Shinry nikt przecież nigdy o nic nie pozwał – gdyby nie te firmy-córki, przedsiębiorstwa prowadzone przez podstawione osoby – bahamucio ryzykowna sprawa – gdyby nie te wszystkie desperackie metody, premier miałby ledwie kilkanaście miliardów przychodu, w większości, co gorsza, ze spekulacji, lokat, nie biznesu (wyprowadzenie pieniędzy z wutajskich kont, stale obserwowanych czujnym okiem Shelke, musiało odbywać się ostrożnie, małe sumy, wieki przerzucania przez zależne podmioty). Jak na korporację, która rządziła światem i miała adekwatny do tego budżet, wynik tragiczny. Machinacje prezydenta poprawiały go parokrotnie – wciąż nie dość. Nie dość, by wypłukać smak porażki, pardon, klęski, z ust.
„Te wszystkie komisje" szepnęło coś złośliwie w umyśle blondyna, podsunęło obrazy pod powieki „ci ludzie, ci marni urzędnicy albo sędziowie, wszyscy bez wyjątku wyniesieni łaską twojego ojca, wszyscy bez wyjątku drżący przed nim, gotowi zrobić wszystko, by się przypodobać, jak psiaki – pamiętasz? Och, jak mogłeś drwić. Jak mogłeś ledwie kojarzyć ich nazwiska, jak płaszczyli się przed tobą – dzięki staremu. A potem, kiedy stałeś przed nimi, kiedy łgałeś im w żywe oczy, płaciłeś szalone sumy księgowym, informatykom, wszystkim, byleby każdy szczegół grał formalnie, byleby mimo wszystko nie uwalili – pamiętasz? Te błyski satysfakcji, te wszystkie dociekliwe, upokarzające pytania, te mnożone przeszkody – jacy byli szczęśliwi, mogąc ci dokopać. Jak nie mogłeś nawet ironizować, okazać śladu arogancji, bo ukradliby twoje pieniądze, w majestacie tego nowego, przeklętego prawa – jak uśmiechali się do Reeve'a. Jak pytali, drążyli, jak się wyzłośliwiali... Sam sobie stworzyłeś to upokorzenie, chłopcze, sam opłacałeś AVALANCHE, sam dajesz forsę WRO, ściskasz rękę Reeve'owi, chociaż twój ojciec zdrajców zrzucał ze szczytu wieży; sam przegrałeś, sam włożyłeś sobie jarzmo, by poprowadzili tryumfalny pochód...".
Szyba była zimna, czoła uderzało o nią w rytm wybojów, zauważył nagle. Pojął, że prawie zasnął i odrzucił wszystkie te majaki krótkim, wysyczanym z prawdziwą złością w głąb siebie samego: „dosyć. To decyzje starego do tego doprowadziły, To on wyjałowił Planetę, on stworzył Sephirotha, to on rozpoczął kampanię w Wutai, wplątując firmę w politykę. To przeszłość. Wszystko przeszłość. Naprawiłem jego błędy, przeczekałem, ukryłem pazury i wróciłem do władzy. On umiałby tylko miotać się w bezsilnym pompatycznym, operowym gniewie – dosyć".
Właśnie dlatego nienawidził nic nie robić, zaraz przychodziły głupie myśli. Powinien skupić się na teraźniejszości, na tym, że Reeve w trakcie konferencji zdobył, według szacunków, od dwudziestu do trzydziestu pięciu procent kontraktów. Poza tym planował coś dużego na koniec – Rufus ciągle nie wiedział, co, nie mógł przeciwdziałać. Już podpisanych umów nie straci, ale co z dalszą współpracą?
Dział naukowy WRO zatrudniał wielu z byłych naukowców ShinRy. Genialnych zbrodniarzy, zbrodniczych geniuszy. Płacono im hojnie. Prezydent znał tłumaczenia Tuestiego, takie same, jak wszystkich przywódców w historii: inaczej pójdą do mafii, zaczną tworzyć broń albo narkotyki dla przestępców i naszych wrogów, czy nie lepiej wykorzystać tę wiedzę dla dobra społeczeństwa? Premiera niewiele to obchodziło, był ostatnim, który przykładałby wagę do moralności – sam jednak nie mógł mieć żadnych powiązań z tamtymi ludzi, społeczeństwo oraz eksAVALANCHE patrzyli mu na ręce (zresztą, nie ufał lojalności badaczy). Reeve'owi, o ironio, nie. W efekcie ten ostatni zyskiwał przewagę, w oczach blondyna, rzecz jasna, nieuczciwą.
Przewagę, którą należało zlikwidować, jeśli rywalizacja działów rozwojowych w ogóle ma mieć sens, dumał biznesmen, wpatrzony w przyciemniane szyby limuzyny. Próbował już – parę tygodni temu poinformował o wszystkim Strife'a, oczekując, że tamten urządzi przewodniczącemu WRO co najmniej awanturę lub, kto wie? a nuż drobną rzeź. Efekt był całkiem inny: chłopiec przeżył sekundy załamania tak silnego, iż nawet Rufus poczuł się... niezręcznie, a Cloud, doszedłszy do siebie postanowił zachować wszystko w tajemnicy, by nie wywoływać problemów w parlamencie. „Postawa obywatelska, bahamucia krew, godna pochwały – tylko co z ja tego mam?",
„A co on ma z tego, że zrobił, czegoś od niego chciał? Truciznę w żyłach. Łoże śmierci" zakpił znowu głos niepewności. „To dwie całkiem różne sprawy, to rozżaleni samorządowcy, wściekli najemnicy...". Zbył prawie-wyrzuty-sumienia Shinra. „Doprawdy?" te nie zamierzały poddać się tak łatwo „a kto w takim razie wsadził tę toksynę Krinowi w dłoń? Burmistrzowie z zapadłych wiosek?".
Fakt. Premier zaczął rozpaczliwą analizę ostatnich posunięć: Tuesti dał przecież policji, policja zaś, naciśnięta, turkom, wgląd do akt naukowców. Wstępne śledztwo nie wykazało ani śladu powiązań – możliwe, oceniał polityk, tamci ludzie wiedzieli, że tylko ochrona organizacji trzyma ich przy życiu, raczej nie ryzykowaliby wygodną egzystencją. Jeżeli chodzi o pozostałych, tych którzy po zniszczeniu Midgaru zniknęli, ich akta miała NeoShinRa; wyjęto je, tak samo, jak przy każdym zamieszaniu, przy każdym nowym narkotyku; jak przy każdym wyjęciu bez efektu. Nikt ich nie widział. Jakby zapadli się po ziemię.
Dojeżdżali do „7th Heaven". Gorsze drogi, domy ze śladami zniszczeń, pojedyncze wyrwane płyty chodnikowe. To nie była zła dzielnica, ale też nie ścisłe, lśniące od wieżowców centrum – czy raczej trzy przecznice na krzyż, mające udawać tętniącą życiem metropolię. Większości mieszkańców nie miało pieniędzy na samochód ani paliwo, więc na puściutkich ulicach spokojnie bawiły się dzieci, wypoczywały zwierzęta. Limuzyna prezydenta spłoszyła właśnie jakieś grające w piłkę maluchy, które zaraz zresztą zaczęły biec za nią, pełne podziwu. Shinra przez moment chciał rzucić im jakieś drobne, potem jednak uznał, że gest byłby arogancki. Tutaj mieszkała głównie klasa średnia – uczciwa klasa średnia, drobnica przestępcza wybrała inny teren – ciężko pracujący obywatele, nie żebracy.
Oczywiście, w tym lśniącym, szklanym „śródmieściu", którym Reeve tak lubił się chwalić przed zagranicznymi oficjelami oraz dziennikarzami, zbudowano nowoczesny, podziemny parking, zwykle nawet w miarę zapełniony. Najnowszymi, najdroższymi markami, prosto z Rocket Town albo Wutai. W tej drogiej architektonicznej błyskotce zmierzch, tutaj przynoszący szaroniebieską ciemność, wypłukujący świat z kolorów, iskrzył milionem jaskrawych barw, neonów, reklam, sprytnie złapanych ostatnich promieni, zmieniających drapacze chmur w czerwone, pomarańcze lub złote proporce – czy może raczej pochodnie.
Nie, żeby biznesmenowi to przeszkadzało – po prostu dzięki takim populistycznym obserwacjom dostał się do parlamentu. Notował je więc nawykowo, nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie wygłosić jakieś spontaniczne przemówienie bądź rzucić kąśliwą uwagę w wywiadzie.
Za minutę powinni być pod barem, więc myśli Rufusa wróciły do chorego. Richard – doktor Levinas – twierdził, że niebezpieczeństwo powikłań tak ciężkich, by zmuszały do przeszczepu szpiku zostało chwilowo zażegnane. Czy na stałe, za to nie ręczył. Przeszczep szpiku wymagał obecnie pieniędzy, sali, personelu i dawcy, co czyniło tę procedurę, jak wszystkie transplantacje, luksusem prawie niedostępnym. Shinra mógł bez trudu dostarczyć trzy pierwsze, sęk w tym, iż bazy dawców zostały spustoszone w trakcie chaotycznych lat po Upadku – ludzie umierali jak muchy, śmierć bynajmniej nie czyniła wyjątków dla zarejestrowanych dawców. Strife nie miał rodziny – ale prezydent wiedział, że chłopiec należy do hordy jego przyrodnich, bękarcich braci, sprawdził to kiedyś po cichu. Nie chciał jednak wywlekać sprawy na światło dzienne.
„I daj losie, bym nie musiał" skwitował, mijając ostatni zakręt. Levinasowi raczej ufał, jednak sekret powierzonym dwóm osobom nie jest już sekretem – a tam w grę wchodziłby jeszcze personel medyczny, Tifa, znajomi Clouda. Pomijając już efekt, jaki na Strifie mogłyby wywrzeć takie informacje. Pomijając już potencjalne źródło szantażu. Z drugiej strony, gdyby stan chorego miał się pogorszyć, to lepiej, by procedury były przeprowadzone wcześniej, zgodność szpiku sprawdzona.
Przed „7th Haeven" ktoś stał, wyczekując. Valentine. Polityk sklął w myśli własne zapomnienie – tamten już wrócił, zrzucił przebrania, uporządkował legendę dla Yuffie – wszystko zgodnie z zasadami, więc gdzie indziej miałby przebywać? To, że przy okazji miał okazję dopaść biznesmena sam na sam to tylko miły bonus.
— Vincent — Rufus rozciągnął usta w uśmiechu, wychodząc z auta; otwierający drzwi turk miał już przygotowaną broń.
Słusznie, bo tamten doskoczył do nich, chwycił blondyna za klapy i wysyczał:
— Przypomnij mi, jak się umawialiśmy, chłopcze.
Shinra machnął ręką na swoich agentów, by nie otwierali ognia – napastnik go nie zabije, lecz z pewnością chętnie poturbowałby obstawę.
— To nie moja wina, nie mogłem przewidzieć, nie powinniśmy o tym rozmawiać na ulicy...
Zaciśnięcie metalowych szponów na garniturze przerwało mu w pół zdania.
— Jak się umawialiśmy, chłopczyku? — W oczach szpiega płonęła kontrolowana, zimna furia.
— Że będziesz mi pomagał, jeżeli uznasz to za stosowne, a w zamian nie będę w żaden sposób krzywdził Clouda. I nie zamierzałem tego zrobić, to jacyś przeklęci separatyści...
— Dość — warknął brunet; ochrona obserwowała sytuację, napięta do granic. — Nie zabiję człowieka, który pił z Tifą bruderszafta, nie pod jej domem, ale czy próbujesz mi wmówić, chłopcze, iż dotrzymałeś danego słowa? Pod oknem, gdzie Cloud leży, zmorzony chorobą, konający?
— Klnę się na wszystko — polityk uparcie odmawiał użycia formy „pan", wolał też nie próbować imienia, mogło wytrącić rozmówcę z równowagi — że nie miałem żadnych, choćby śladowych informacji, które wskazywałyby na istnienie takiego niebezpieczeństwa. Nie mogłem mieć pojęcia. Dotrzymuję umowy. To sam Cloud mi niejednokrotnie utrudnia, na przykład w tej sprawie z uwłaszczaniem mieszkań albo prywatyzacją lokali w centrum, albo fundacjami... — chciał kontynuować, lecz Valentine prychnął z gniewną drwiną:
— Nie zmieniaj tematu, chłoptasiu, to ci nie pomoże. Twoja pomoc ma drugie dno...
— Każdy sądzi po sobie — odparował płynnie Rufus.
— Doprawdy? Myślałem, że raczej po faktach: Cloud leży nieprzytomny pod kroplówkami, a premier twierdzi, że zrobił wszystko, co mógł? Papierowy to rząd, papierowa władza.
— Idź więc do Reeve'a.
— Chłopczyku — z głosu Vincenta zniknęło nagle zdenerwowanie, zastąpione zjadliwą ironią — nie pyskuj starszym. Przeproś.
Shinrze zadrgały mięśnie szczęki, leciutko, on sam jednak poczuł. Przypływ złości – jak ktokolwiek, szczególnie już ten staromodny, melodramatyczny („konający", dobre sobie) turk, w swoim czasie nieumiejący nawet obronić ukochanej kobiety, potem unikający życia dobre trzy dekady – dekady, na wszystkie przywołania! – śmiał go traktować z taką wyższością, śmiał żądać przeprosin, śmiał...
— Nie chcesz przemyślanego raportu? — rzeczony agent najwyraźniej nie zamierzał czekać. — Wystarczą ci wczesne obserwacje? W porządku. Ale informacje odrzucone przez ciebie wracają na wolny rynek. Ktoś mi pewnie zapłaci za kolejny dowód na powiązania między sektami, naukowcami a rynkiem narkotykowym... Może nawet WRO albo policja. Ktoś z władz właściwie powinien takie rzeczy wiedzieć, chyba nawet nie wezmę od nich pieniędzy, po prostu im powiem, z obywatelskiego obowiązku — deliberował głośno szpieg.
Prezydent westchnął w duchu.
— Jest mi naprawdę przykro z powodu choroby Clouda, zwłaszcza, że miała ona prawdopodobnie bezpośredni związek z wykonywaniem próśb parlamentu – nie korporacji, pragnę podkreślić – wobec czego ciężar odpowiedzialności spoczywa, pośrednio, także na mnie. Żałuję, bardzo. Nie chciałem go nigdy widzieć w takim stanie — krągłe zdania, prosto z przemówienia; miał nadzieję, iż to wystarczy.
— Słowa, słowa, słowa — zakpił Valentine.
— Przykro mi, Vince — wypowiedział więc tamten; wyrazy brzmiały, jakby wyciągano je mu z gardła bosakami; nie odmówił też sobie złośliwego zdrobnienia imienia.
— Bardzo głupie błędy — eksturk pchnął go nagle, leciuchno, lecz polityk stracił równowagę, ledwo złapał się drzwi; brunet skomentował: — Kiepski refleks, zły balans. Jakie cienie ty ukrywasz pod tym telewizyjnym podkładem? — spytał.
Rufus się skrzywił, bąkając coś o granicach prywatności.
— Chłoptasiu — Valentine mówił z politowaniem — powinieneś się kłaść wcześniej. Posłuchaj, premierze — nagle spoważniał — decydujesz o losach kraju. Tifa mówiła mi, że nie zmrużyłeś oka – chcesz rządzić w takim stanie? Uważasz, że twoje „premierowanie" nie ucierpi na chronicznym zmęczeniu? Że znajdziesz najlepsze opcje, podejmiesz najwłaściwsze wybory? Wyłącz komórkę, zamknij drzwi i idź spać, inaczej złożysz swą główkę na kolanach Reeve'owi w trakcie konferencji.
— Nie siedzimy koło siebie — biznesmen, zmęczony, odsunął agenta, by wejść wreszcie do baru.
— To rozwalisz państwo błędną decyzją. Co wolisz — z tyłu dobiegł teatralny szept Vincenta.
Lockhart siedziała przy kontuarze, wpatrzona w drzwi.
— Vince! — zawołała. — Czyś ty próbował go zabić?
— Nie, nie próbował. Nie martw się, proszę — Shinra zamrugał, zaskoczony jej niepokojem. — O mój sen też nie, nie ma powodów..
— Z całym szacunkiem, wygląda pan na zmęczonego, panie premierze — dobiegło ze szczytu schodów barytonem Levinasa; przed nim zbiegała Marlene ze stetoskopem na szyi. — Nieomal skrajnie wyczerpanego. Jeszcze dzień, może dwa, może trzy, i pan zemdleje albo zacznie mieć urojenia, panie premierze.
— Dziękuję za poradę, ale mam swojego doradcę zdrowotnego, więc...
Medyk przerwał mu:
— „Doradcę"? Osobiście wolałbym po prostu lekarza. Mają szersze prerogatywy, mogą nakazać, na przykład. W każdym razie, prosiłbym pana o jak najszybszą konsultację z pańskim „doradcą", panie premierze. Niech on coś panu przepisze. Ja mógłbym od ręki...
— Dziękuję za propozycję, panie doktorze. Porozmawiam z panem wieczorem, jeżeli znajdzie pan czas.
Obecni spojrzeli po sobie, zdumieni nagłą zmiana zdania.
— Wykręci się czymś — prychnął agent.
Dziewczyna machnęła ręką w geście rezygnacji, zaraz potem wskazała na bar.
— Przygotować wam coś, panowie?
„Pobudzającego" chciał poprosić prezydent, zdał sobie wszakże sprawę, że tylko ją zdenerwuje bardziej, wybrał więc sok. Poza tym, dzisiaj zamierzał skończyć kilka zaczętych projektów, na czele z tym pomnikiem, odebrać raport Valentine'a, obmyślić strategię informacyjną, przygotować się na spotkanie z Gregiem Loorem, omówić z Richardem kwestię transplantacji... po tym wszystkim powinien właściwie znaleźć parę godzin na sen, zamknąć wystarczająco wiele spraw, by ukoić nerwy.
Porozmawiał trochę z gospodynią na tematy neutralne. Grzeczność oraz autentyczna ciekawość – manipulacje zbudowane są z danych – nakazywała. Kobieta sprawiała wrażenie zawsze czujnej, przynajmniej przy nim, czemu się nie dziwił. Jeszcze kilka dni temu miał w jej życiu status najwyżej „znanego wroga", teraz nagle awansował na znajomego, który nocował pod jej dachem. Dała nawet turkom pokój, żeby sobie posiedzieli, kiedy biznesmen czuwał przy Cloudzie, czyli praktycznie całą poprzednią noc. Szum aparatury wprowadzał w prawie medytacyjny stan, dodawał kolejną warstwę do poczucia odpowiedzialności – a poczucie odpowiedzialności wiązało się po trosze z kontrolą, po trosze z czymś jeszcze, czego Rufus nie umiał określić, jednak było ważne.
— Moi... współpracownicy sądzą, że musimy coś powiedzieć społeczeństwu. Że otrucie SOLDIERa jest zbyt poważne, by zostawić sprawę plotkom i domysłom. Samorządy się martwią, podobno ludzie zaczynają przebąkiwać o powrocie geostigmy. Jeżeli czegoś im nie powiemy, może wybuchnąć panika — przeszedł wreszcie do rzeczy. — Masz jakieś życzenia co do oficjalnego komunikatu? Coś, co koniecznie powiedzieć, coś, co koniecznie zataić?
— Vincent? — zawołała Tifa.
Blondyn westchnął w duszy.
— Musimy go w to mieszać?
— Nie ufam ci — odparła spokojnie Lockhart. — Vincent jest… łatwiej cię rozszyfruje. I całą sytuację. Zaufam jego zdaniu.
Wir kolorów i pęd powietrza. Brunet już był przy nich. Zanosiło się na ciężką przeprawę. Shinra zaczął:
— Urządzamy konferencję prasową. To Felicia nalegała — położył nacisk na imieniu, z nikłą nadzieją, że dawna znajomość z Veldem zmiękczy trochę Valentine'a. — Pytałem się Tify, czy jest coś, co chciałaby, żeby koniecznie powiedzieć społeczeństwu – albo coś, czego sobie nie życzy.
— Po pierwsze — stwierdził autorytatywnie szpieg — on ci nie wyświadcza przysługi, pytając o zdanie, Tifa. Cokolwiek powie, wystarczy jeden telefon do Priscilli i mamy sprostowanie. Po drugie – z tego samego względu niespecjalnie ma znaczenie, co powiedzą. Będą zachowawczy, z pewnością. Tak, Strife choruje, nie, nie wiedzą na co, czy to trucizna, czy to zamach – nie mogą powiedzieć. Chodzą plotki – nie będą komentować. Ale państwo prowadzi intensywne śledztwo i mają już kilka tropów, zaraz dojdą do sprawców, proszę, komendant oddelegował oddział, korporacja swoje turki, WRO też się włączyło. W tej sprawie jesteśmy jednomyślni i tak dalej. Ten typ przemowy. Chcesz, że powiedzieli coś więcej? Niech dodadzą, że stan chorego jest stabilny i idzie ku lepszemu, że go na pewno wyleczymy, że dziękujesz za wsparcie, którego ci udzieliła dzielnica i obcy ludzie, za wszystko. Takie podniosłości. Pierwsze spłoszy bandytów, drugie będzie z twojej strony ładnym gestem.
Premier doskonale wiedział, że lekarz wcale nie był pewien, czy chory rychło powróci do zdrowia, ale o tym zdecydowanie nie należało wspominać. Wyzdrowieć kiedyś musiał, zakładał prezydent. Nie pozwoli się Cloudowi znowu wymigać od odpowiedzialności i zostawić go na placu boju naprzeciw wściekłego społeczeństwa, zdecydował. Trzymał się tej dyrektywy.
