A Little Game
Just close your eyes forget your name
Forget the world, forget the people
And we'll erect a different steeple
This little game is fun to do
Just close your eyes, no way tolose
And I'm right there, I'm going, too
Release control, we're breaking through
Pogrzeb odbywa się wcześnie rano. Hannibal ubrał się w czarny garnitur i krawat oraz ciemnoniebieską koszulę. Jest jedną z pierwszych osób, które się pojawiły zaraz po Komendancie Lewisie i byłej żonie zmarłego. Reggie i Mitchel krzątają się po kaplicy usuwając najmniejsze nawet, wcześniej niezauważone, usterki. Jedna z różowych róż stojących w wazonie niedaleko trumny, lekko przywiędła. Reggie wyjmuje ją i podaje ją byłej pani Casson. Ona patrzy na kwiat niewidzącymi oczami z miejsca, w którym siedzi w pierwszym rzędzie. Reggie wychodzi i przynosi taką samą różę tyle, że w dużo lepszym stanie i z mokrą, zieloną łodyżką.
Mitchel mrozi brata wzrokiem za rozlaną po podłodze wodę. Bracia kłócą się cicho o to, który z nich ma posprzątać. Szef domu pogrzebowego sam rozwiązuje ten problem wchodząc do sali z mopem i wciskając go w ramiona Reggie'go a potem wychodzi trzymając w dłoniach podkładkę z klipsem. Reggie spogląda na mop to na swojego brata a potem bez słowa sprząta wodę z posadzki. Mitchel pozwala mu się tym zająć wyraźnie usatysfakcjonowany, chociaż zbyt świadom miejsca w którym się znajdują aby szerzej to okazać.
Hannibal przygląda się kobiecie z różą. Jej oczy są suche ale zaczerwienione w kącikach. Zrobiła minimalny makijaż oczu i twarzy; żadnej szminki, czy tuszu do rzęs. Kwiat zwisa w jej dłoni aż do podłogi. Kobieta wygląda na osłupiałą.
-Przepraszam. - Mija chwila. Hannibal dotyka ramienia kobiety, płosząc ją. Wpatruje się w Hannibala szeroko otwartymi oczami. - Proszę o wybaczenie.
-Nic się nie stało. - Chrypie złamanym szeptem kobieta. - Przestraszył mnie pan. Ja...łatwo się płoszę. - Kobieta kiwa głową spuszczając głowę. - Mitchel powiedział, że to pan zaaranżował wszystko.- Hannibal potwierdza skinieniem głowy i siada obok niej. - Jak się pan nazywa?
-Hannibal Lecter. - Oczy kobiety bardzo przypominają oczy Willa kiedy on bardzo chce nawiązać kontakt wzrokowy chociaż wie, że to dla niego zbyt wiele. Omiatają spojrzeniem policzki Hannibala i sięgają nawet jego czoła ale potem się cofają.
-Och, tak. Pan jest tym lekarzem. - Hannibal potwierdza lekkim skinieniem głowy. - Dobrze. Jestem Enid. Enid Santos. - Kobieta ściska dłoń Hannibala. Jej dłoń jest maleńka i drobna w porównaniu z jego dłonią. Kobieta pachnie delikatnie grejpfrutem i skoszoną trawą. Ten późniejszy zapach prawdopodobnie związany jest z jej domem. Ten pierwszy to piękne, lecz subtelne perfumy.
-Śmierć bliskiej osoby zawsze jest trudna.- Głos Hannibala przerywa jej milczenie. W oczach kobiety pojawiają się łzy.
-James i ja nie byliśmy sobie bliscy od lat. - Mówi kobieta z lekko kpiącym uśmieszkiem. Hannibal czuje otaczający ją lekko kwaśny zapach środka przeciwlękowego zmieszany z otaczającymi ją naturalnymi aromatami. Najwyraźniej wypaliła wcześniej kilka mentolowych papierosów, zapach dymu nadal trzyma się jej włosów. - Bywał trudny.
-Ale kiedyś go pani kochała. - Kobieta odpowiada mu śmiechem, który ma jednak w sobie nutę żalu. To wzmacnia stężenie zapachu środka przeciwlękowego w jej organizmie i sprawia, że zapach grejpfruta staje się słodszy, bardziej świeży. Przypomina trochę zapach strachu ale jest nieco lżejszy. To tylko stres i żal połączony z pustym żołądkiem.
-Kochałam go, kiedy byliśmy młodzi, głupi a śluby były w modzie. - Kobieta kiwa głową a jej usta wyginają się w lekką podkówkę.
-Nie mieliście dzieci? - Kobieta napina się. - Przepraszam, to nie mój interes. - Jej ramiona opadają niszcząc jej postawę i sprawiając, że jej czarna sukienka marszczy się. - Powiedziano mi, że on nie miał żadnej rodziny poza panią.
-To prawda. - Ona uspokaja się lekko i na chwilę umyka wzrokiem w bok aby otrzeć łzę z oka umieszczonego dalej od Hannibala. On podaje jej chusteczkę. Enid przyjmuje ją po chwili zastanowienia. - Kiedy był mały, umarła mu matka. Jego ojciec zginął w wypadku na łodzi kiedy mieszkaliśmy w Kalifornii.
-Nie miał rodzeństwa?
-Miał brata, który zginął w Afganistanie. Ma też wuja od strony matki, ale nigdy nie był blisko związany z jej rodziną. Nie potrafił pogodzić się z jej śmiercią.
-Nie miał łatwego życia.
-Och. - Kobieta maskuje westchnienie chusteczką Hannibala. On kładzie dłoń na jej ramieniu a ona opiera się o niego, osłaniając oczy jego chusteczką. Ciało Hannibala jest jej oparciem. Hannibal myśli, że gdyby ją ugryzł, jej krew smakowałaby grejpfrutem. Oczywiście, wie lepiej, środek przeciwlękowy zamaskowałby inne smaki, ale mimo jego obecności, kobieta i tak pachnie wspaniale. Nie potrafi powstrzymać się przed wdychaniem jej zapachu. Jej ramiona drżą pod jej ramieniem. To sprawia, że wydaje się, że znacznie mniejsza i bardziej krucha.
-Był dobrym człowiekiem, wbrew powszechnej opinii. - Mówi kobieta odsuwając się od Hannibala. Unosi głowę z gracją i upartym poczuciem godności. Hannibal docenia to, że chociaż nie potrafi być silna ze względu na Cassona, potrafi jednak być silna dla siebie samej. Pociąga nosem i ociera oczy chusteczką. - Nie był ideałem. - Mruga, trzepocząc rzęsami o pobladłe brązowe policzki. Pasowałaby do Cassona, przynajmniej pod względem estetycznym; jego jasna skóra do jej brązowej skóry, jego cienkie blond włosy do jej grubych brązowych.
Kobieta oblizuje usta wpatrując się w zamyśleniu w otwartą trumnę. Jej opuchnięte od łez usta, formują cienką kreskę koloru arbuza. Łzy nie wracają. Prostuje się na krześle. Hannibal zdejmuje dłoń z jej ramienia i przysłuchuje się jej oddechowi patrzy jak jej klatka piersiowa unosi się z każdym wdechem i opada z każdym wydechem. Jest już spokojna.
-Dzielnie zginął. - Hannibal nie ścisza głosu mówiąc to. Kobieta nadal równo oddycha.
-Lewis ma go za bohatera.
-A co pani o nim myśli? - Kobieta spogląda na niego. Poranne słońce wpadające do pomieszczenia przez znajdujące się za nimi okno rozświetla jej brązowe jak kora drzewa oczy niczym płomień.
-Myślę, że on jest martwy, Doktorze Lecter.-Jej skóra jest idealna. Żadnych zaczerwienień. Żadnych śladów łez. W jej oczach nadal widać płomienie, ale ona nie jest zła. - Jakaś smutna, samotna kobieta zaczepiła go na pustym parkingu i zadźgała na śmierć.- Kobieta odwraca wzrok. - Stał się przez to celebrytą i wszyscy znają jego nazwisko, a jednak siedzimy teraz na jego pogrzebie, a wokoło widzę samych gliniarzy. - Śmieje się gorzko.
-Ja nie jestem policjantem. - Hannibal uśmiecha się kiedy zauważa jak unosi się kącik jej ust. - Ci, którzy go chwalą nie czują potrzeby aby go opłakiwać. Jego śmierć uczyniła go dla nich sławnym, jako męczennika. Pogrzeb nie jest uprzejmością, którą wyświadczamy zmarłym, jest raczej sposobem w jaki umożliwiamy żywym ostatnie pożegnania. - Kobieta mnie w palcach biały materiał. Po chwili jej dłonie się rozluźniają.
-Co pan tutaj robi jeżeli nie jest pan policjantem? Dlaczego to pan dla niego zrobił? James nic dla pana nie znaczył.
-Mój przyjaciel pracuje w FBI. Spędził tu ostatni tydzień szukając Fontaine Preston.- Enid spuszcza wzrok i kiwa głową. - Kilka dni temu zachorował i jego przełożony poprosił mnie o pomoc.
-Jest pan jego lekarzem?
-Obaj jesteśmy konsultantami FBI. Nieoficjalnie jestem także jego terapeutą.
-Gdzie pan mieszka?
-W Baltimore.
-Przyjechał pan tutaj specjalnie dla pacjenta? - Pyta kobieta, wpatrując się w Hannibala.
-Tak. - Ona nie mówi nic a z jej twarzy nie da się niczego wyczytać. - Przyjechałem tu także aby złapać mordercę. - Na ustach kobiety pojawia się drżący uśmiech. Zamyka oczy i przez chwilę oddycha głęboko. Potem wstaje.
-Spędzę z nim trochę czasu zanim zaczniemy. - Mówi cicho. Jej palce mną skrawek białego materiału to w tę to w tamtą stronę. - Dziękuję, że mnie pan wysłuchał.
-Oczywiście. - Kiwa głową Hannibal i kobieta odchodzi. Czarna sukienka sięga jej smukłych kolan. Spódnica unosi się lekko w czasie obrotu, wyglądałaby pięknie obok Jamesa Cassona. Jak Kleopatra stojąca u boku gotowego do bitwy Marka Antoniusza. Podobnie jak Kleopatra żyje dłużej niż jej wojownik, trzymała u piersi żmiję nie zdając sobie z tego sprawy.
Hannibal wstaje i odwraca się ku drzwiom. Jack rozmawia z Komendantem Lewisem siedącym w tylnym rzędzie ze wzrokiem wbitym w podłogę. Jack i Beverly Katz stoją po jego obu stronach. Myszowaty brunet, Peter Goodwin wpatruje się przed siebie niewidzącym wzrokiem podczas kiedy siedząca obok niego Alana stara się go uspokoić.
Nigdzie nie widać Willa. Reggie przechodzi obok Hannibala niosąc w ręku stos tektrurowych teczek oraz duze kartonowe pudło pod drugim ramieniem. Jeden z uczestników pogrzebu potrąca go i z teczek wysypują się papiery. Reggie szamocze się z pudłem odstawiając je a potem klęka aby posprzątać bałagan. Hannibal klęka obok niego i podaje mu te papiery, których nie mógł dosięgnąć.
-Pozwól, że to wezmę. - Hannibal wskazuje pudło a Reggie podaje mu je z uśmiechem wdzięczności. Hannibal wychodzi za nim do jednego z biur na tyłach budynku i ustawia pudło tam, gdzie wskazuje Reggie. Zatrzymuje się słysząc słowa drugiego mężczyzny.
-Ten Will Graham wykonuje strasznie ciężką robotę, co? Tak jak wy wszyscy w FBI.
-Nie pracujemy w FBI.
-Ale siedzicie w tym tak samo głęboko jak Komendant Lewis, a raczej...-Pstryka palcami. - Crawford...prawda?
-Zdarza się, że tak. - Przytakuje Hannibal.
-To musi być męczące. Obserwowanie wszystkiego co ludzie są zdolni zrobić sobie nawzajem.
-Will jest naprawdę świetny w tym co robi.
-Nie wątpię. Po prostu wydaje mi się...- Reggie prostuje nierówny stos teczek, które musi jeszcze odstawić na odpowiednie półki. - Wydaje mi się, że miły z niego facet.
-To prawda. - Reggie się uśmiecha a Hannibal wie, że on wie. - Kiedy go poznałem nie szukał przyjaciół.
-Więc stał się pan jego przyjacielem. - Obaj wybuchają śmiechem.
-Głupstwem byłoby nie skorzystać z okazji. - Reggie mruczy w zamyśleniu. Zawsze zachowywał się doroślej niż ludzie w jego wieku, ale w garniturze wygląda na dużo starszego niż jest.
-Wygląda na to, że niedługo zaczynamy, Doktorze Lecter. Jeszcze raz dziękuję za pomoc w organizacji pogrzebu Agenta Cassona. Miło jest dla odmiany pracować z kimś kto wie co robi. - Dodaje, mając na myśli swojego brata. Hannibal pochyla głowę czując się jakby zdał jakiś egzamin. Wychodzi z biura i w korytarzu natyka się na Willa stojącego w progu z przewieszoną przez ramię kurtką.
-Podwiózłbym cię, Williamie. - Will zamiera na dźwięk jego glosu i gwałtownie się odwraca.
-Potrzebowałem spaceru. - Mówi ze wzrokiem utkwionym w poły marynarki Hannibala.
-Zatrzymałeś się przy boisku do baseball'a?
-Tak. - Will umyka wzrokiem w bok. Jego spojrzenie pada na trumnę i zatrzymują się tam przez moment, zanim łapie spojrzenie Hannibala i wbija wzrok w ich buty. - W drużynie gra pewien dzieciak. Ja w pewnym sensie...- Will milknie nagle i krzywi się myśląc o tym co zostało niewypowiedziane. -Sam nie wiem.
-Wczułeś się w jednego z chłopców z drużyny.
-Najpierw wczułem się w jego ojca, potem w dzieciaka. - Will wygląda na zadowolonego, że nie musiał opowiadać co dokładnie zaszło. Hannibal postara się aby teraz było mu łatwiej.- Apodyktyczny, zaborczy...dzieciak go nie znosi, baseballu zresztą też.
-Jak myślisz dlaczego to właśnie oni przykuli twoją uwagę?- Hannibal wprowadza Willa do pokoju, żeby Reggie nie musiał ich okrążać. Kiedy mężczyzna ich wymija Hannibal zauważa jego uśmiech. Kładzie dłoń w dole pleców Willa i kreśli nią okręgi. W gardle Willa więźnie powietrze, które miało wydostać się z jego płuc.
-Naprawdę będziemy robić to teraz? - Pyta Will nachylając się do Hannibala.
-Mam przestać? - Hannibal cofa dłoń do momentu kiedy ramię Willa owija się wokół jego łokcia.
-Nie jeżeli i tak zrobiłbyś to później. - Hannibal uśmiecha się i przesuwa dłoń po biodrze Willa na jej poprzednie miejsce na jego czwartym kręgu lędźwiowym. Przesuwa palce w górę wzdłuż jego dwunastego, jedenastego, dziesiątego, dziewiątego kręgu piersiowego i Will wzdycha momentalnie tracąc wątek.
-Podczas wczorajszego spaceru podsłuchałem przypadkiem ojca...a teraz nie potrafię przestać o tym myśleć.
-Czy mogę ci coś zasugerować?
Will krzywi się kiedy kłykcie Hannibala naciskają na mięśnie wokół jego kręgosłupa.
-Tak.- Wzdycha Will, wzruszając ramionami. Ten ruch otwiera go dla Hannibala, chociaż gdyby patrzył na nich ktoś postronny oni nadal tylko stoją blisko siebie. - Co masz na myśli?
-James Casson nie żyje. - Will spogląda na niego. Hannibal naciska na nerw przy jego T7. Will trzepocze rzesami, jednak nie zamyka oczu. - Nie mogłeś zrobić nic aby ocalić go przed Fontaine Preston. - Will oblizuje usta. - Jak myślisz Williamie..dlaczego go zabiła?
-Ponieważ on...Chryste. - Will klnie zaciskając zęby.
-Przepraszam. - Hannibal zmienia nacisk kłykcia na nacisk środkowego paliczka, środkowego palca.
-Nie...nie przestawaj.
-Dlaczego Fontaine Preston go zabiła, Williamie?
-Myślała, że tylko w ten sposób może okazać miłość. Ona...Ach...Ona była szalona.
-Nie szalona, Williamie. Cierpiała z powodu przywidzeń ale nie była szalona.
-Więc co twoim zdaniem jest szalone?
-Być może...spełnianie marzeń o karierze sportowej przy użyciu własnego dziecka.
Idealnie czyste i przytomne oczy Willa unoszą się ku oczom Hannibala, chociaż jego oddech jest cięższy niż zwykle. Wyraz jego twarzy jest nie do odczytania ale potem się zmienia. Will uśmiecha się kpiąco.
-Nie za wcześnie na psychoanalizę, doktorze?
-Jeszcze niedawno, w ogóle byś na nią nie pozwolił, bez względu na porę dnia. - Przypomina mu Hannibal, przesuwając palcami po jego boku. Teraz dotyka Willa tylko po to żeby go dotknąć. Will jest tak samo otwarty jak przedtem. Przygryza dolną wargę i skupia wzrok na krawacie Hannibala, a raczej na jego szyi. Hannibal znowu zakrył ją opatrunkiem, z powodów czysto kosmetycznych. Rozumie już co czuje Abigail, która każdego dnia ukrywa pod szalem swoją bliznę. Zastanawia się, czy ona też czuje się ograniczona koniecznością ukrywania swojej blizny.
Will milczy przez chwilę. Kiedy się odzywa wraca do początku ich rozmowy.
-Więc co...Myślę o nich obsesyjnie ponieważ Miguel przypomina mi o Fontaine Preston? Czy w takim razie Tanner to Casson?
-Tanner mógłby być każdą ofiarą, której twoim zdaniem nie zdążyłeś uratować. Miguel, każdym mordercą, do którego za bardzo się zbliżyłeś. - Will wzdryga się słysząc jego słowa. - Weźmy na przykład Abigail i jej ojca. - Wspomnienie Abigail troszeczkę uspokaja Willa, ale jego spokój mija na wspomnienie jej ojca. - Myślisz, że ten chłopiec jest w niebezpieczeństwie? - Powrót do sedna sprawy, pomaga Willowi się nie zgubić.
-Nie wiem. - Will zdejmuje okulary i szczypie się w grzbiet nosa. - Nie jestem pewien czy przesadzam, czy rzeczywiście jest w tym coś czego nie potrafię dostrzec.
-Często fiksujesz na punkcie kompletnie obcych ci osób, Williamie? - Hannibal uśmiecha się widząc pełne wściekłości spojrzenie Willa i wie, że kompletnie go rozbroił, chociaż Will zachowuje się jakby nic się nie stało. Will chce coś powiedzieć, ale rozprasza go głośny odgłos ciał przemieszczających się w cichej, do tej pory, kaplicy. Ludzie zaczynają zajmować miejsca. Will odwraca się a Hannibal zauważa jak jego głowa przechyla się lekko w prawo kiedy zdejmuje dłoń z jego pleców.
Will siedzi pomiędzy Hannibalem a Jackiem. Beverly Katz siada po drugiej stronie Hannibala. Uśmiecha się do niego na powitanie a on odwzajemnia jej uśmiech.
Ceremonia ma być krótka. Komendant Lewis czyta urywanym głosem wcześniej przygotowaną przemowę. Peter Goodwin oraz kilku innych policjantów również przemawia. Enid Santos nie zabiera głosu. Potrząsa głową, kiedy prosi ją o to Lewis. Hannibal nadal widzi ją, siedzącą samotnie w pierwszym rzędzie z wysoko uniesioną głową.
Will splata dłonie na kolanach słuchając ciągnących się przemówień. Ludzie zaczynają się ustawiać w kolejce do trumny. Nogi Willa podskakują nerwowo, sprawiając, że jego kolano ociera się o kolano Hannibala.
-Jeśli nie chcesz tego robić, nie musisz. - Mruczy Hannibal, na tyle cicho, że słyszy go tylko Will. - Możemy po prostu wyjść na zewnątrz. - Proponuje wiedząc, że Will podjął decyzję o przyjrzeniu się ciału w trumnie. Will wzdycha.
Przesuwa nogę w bok, przyciskając ją do nogi Hannibala i trzyma ją tam dopóki nie nadchodzi ich kolej żeby wstać. Beverly Katz wstaje po jego lewej stronie. Jack wstaje po prawej stronie Willa. Hannibal skupiony jest jedynie na Willu; nie podnosi się dopóki Will zauważa jak Will kiwa raz głową i podnosi się z miejsca. Trzyma się blisko niego i idą niemal ramię w ramię. Kiedy podchodzą do trumny, Will lekko się cofa.
Hannibal przygląda się twarzy nieboszczyka. Mitchel wykonał kawał dobrej roboty zamaskowując złamany nos Cassona i oczyszczając jego włosy z krwi.
Odwraca się i przywołuje Willa gestem dłoni. Nie odchodzi nawet, kiedy Will ostrożnie zbliża się do trumny. Jego spojrzenie jest skupione na ukrytej w kieszeni dłoni Hannibala a potem przesuwa się na jego ramię. Hannibal czeka aż Will odwróci się i spojrzy w twarz martwego Jamesa Cassona. Will przełyka głośno i zagląda do trumny. Mija krótki moment, kiedy Will wygląda na zakłopotanego a potem pogodzonego z sytuacją.
Hannibal czeka, aż Will dojdzie do siebie a potem dotyka jego ramienia aby przypomnieć mu, że powinni się odsunąć ale Will ani drgnie.
-Williamie. - Hannibal podchodzi bliżej do Willa i spogląda mu w oczy. Widać w nich panikę. Hannibal już wie, co zaraz nastąpi.
-Jestem sam na parkingu. Nie...nie jestem sam. - Mruczy pod nosem Will. Jego oczy przesuwają się po twarzy Cassona. - Sięgam po broń, ale...
-Williamie.- Hannibal kładzie jedną dłoń na ramieniu Willa a drugą na jego obojczyku tak, że jego ciało otula Willa niczym koc. Pod opuszkami palców czuje jego przyspieszony puls.
-Doktorze Lecter? - Woła Jack ponad ramieniem Hannibala. Hannibal rzuca na niego okiem tuż przed tym jak ciało Willa wpada w konwulsje. Hannibal trzyma go na tyle mocno, aby nie upadł kiedy jego nogi odmawiają posłuszeństwa. Powoli układa drżące ciało Willa tak, ze Wll siedzi na posadzce opierając się o nogę Hannibala, drugą nogą podpiera jego kolana dopóki może ułożyć Willa na boku nie upuszczając go.
Ciałem Willa wstrząsają drgawki. Pulsują niczym wewnętrzne eksplozje tuż pod jego skórą. Jego głowa popycha klatkę piersiową Hannibala a z jego gardła wydobywa się pełen udręki krzyk. Tył głowy Willa uderza Hannibala w podbródek. Jack nakazuje ludziom, którzy czekają w kolejce do trumny aby się odsunęli.
-Proszę uważać na jego głowę. - Beverly Katz podbiega do drugiej strony ciała Willa i pomaga Hannibalowi ułożyć go na plecach. Jej dłonie są spokojne i pewne kiedy pomagają zgiąć bliższe jej kolano Willa. Hannibal ciągnie Willa za drugą nogę i ramię tak że jego ciało trochę się obraca ale kończyny leżą płasko na posadzce. Katz wyraźnie brakuje tchu.
-Wszystko w porządku, Will. Nic ci nie będzie. Wszystko w porządku. - Mruczy kilka razy.
Hannibal przyciąga ciało Willa do swojej klatki piersiowej i ostrożnie układa go na lewym boku. Kuca obok Willa i mierzy jego puls dwoma palcami przyłożonymi do jego nadgarstka. Katz siada obok nich na podłodze i głaszcze dłonią plecy Willa starając się uspokoić jego i siebie. Drugą dłonią zasłoniła usta. Hannibal słyszy jak szybko bije jej serce.
-Co z nim? - Jack ostrożnie podchodzi bliżej. Hannibal i Katz jednocześnie unoszą głowy w jego kierunku. Sala opustoszała i jest w niej cicho pomijając odgłos ubrań poruszających się na drżącym delikatnie ciele Willa. Drzwi do pokoju zamknięto, podobnie jak wieko trumny Cassona.
-Nic mu nie będzie. - Odpowiada Hannibal, po czym spogląda na Katz. - To zaraz minie.
Ona raz kiwa głową. Jej spojrzenie jest pewne i zdeterminowane. To odważna kobieta. Teraz się nie wycofa.
-Wydaje mi się, że chyba już mu przeszło. - Mruczy Katz. Delikatnie poklepuje plecy Willa. Hannibal puszcza jego nadgarstek i bierze Willa za rękę splatając ich palce ze sobą i delikatnie ściskając.
-Williamie...-Hannibal przesuwa kciuk swojej drugiej dłoni wzdłuż czoła Willa pozwalając palcom przeczesać jego ciemne loki.
-Hmm...Ja...- Will marszczy brwi i przewraca się na plecy. -Hanni...?- Otwiera oczy. - Och, cześć Katz. - Jest westchnienie zmienia się w pełen ulgi śmiech.
-Cześć Will. - Jej głos jest spokojny i delikatny.
-Wydaje mi się, Jack, że najlepiej będzie jeśli zwolnisz Willa z obowiązku bycia obecnym na pogrzebie. - Mówi Hannibal, nie odwracając oczu od Willa. Dźwięk jego głosu odwodzi Willa od próby rozmowy z Katz. Odwraca głowę i uśmiecha się leniwie.
-Witaj Williamie.
-Cześć doktorku. - Will zamyka oczy ale nie odwraca głowy. - Co się stało? Gdzie są wszyscy? - Jego język wydaje się opuchnięty. Hannibal przesuwa dłoń z czoła Willa na jego policzki żeby sprawdzić czy przypadkiem czegoś sobie nie odgryzł. Jego policzek krwawi, ale poza tym wygląda na to, że wszystko jest w porządku. - Co się stało? - Powtarza niewyraźnie Will ściskając dłonią palce Hannibala.
-Miałeś napad drgawkowy. - Hannibal delikatnie przeczesuje dłonią włosy Willa świadom obserwujących go dwóch par oczu. Postanawia zaryzykować ponieważ czuje potrzebę poprawienia samopoczucia Willa.
Will mruczy a potem odwraca głowę tak, że jego czoło przyciska się do wnętrza dłoni Hannibala. Wyczerpanie uczyniło go zupełnie nieskrępowanym i niezwykle śmiałym. Kiedy Will zasypia, Katz wstaje i oznajmia, że pójdzie poszukać mopa aby posprzątać to co wydostało się z pęcherza Willa. Hannibal patrzy jak ona wychodzi a spojrzenie Jacka mówi mu, że ona tak szybko nie wróci.
To, że Jack zostawiłby Willa nieprzytomnego w jego własnym brudzie tylko dlatego, że chce porozmawiać z Hannibalem wydaje się Hannibalowi niesmaczne. Nie kryje tego.
-Wydaje mi się, że zanim cokolwiek mi powiesz, Jack, powinniśmy go stąd wynieść i umyć.
-Czy to, on zgodziłby się na to żebyś to ty go umył?
-Nadal jestem jego lekarzem, Jack.
-Nie takim lekarzem.
-Widzisz tu jakiegoś innego lekarza? - Hannibal pozwala aby do tonu jego głosu przeniknęła część jego irytacji. Jest poirytowany tym, jak bardzo musi uważać aby nie przekroczyć subiektywnych granic zwykle zarezerwowanych dla opieki nad bliskimi. Musi być bardzo obiektywny w swoim obecnym podejściu do Willa. Jack musi zobaczyć, że jego emocjonalna więź z Willem nie ma wpływu na jego umiejętność podejmowania właściwych decyzji jakich wymaga jego zawód.
Jack jest w niezręcznej sytuacji. Hannibal jest nie tylko psychiatrą ale również lekarzem. Zna się na komórkach i chromosomach, równie dobrze co na zaburzeniach osobowości i fobiach społecznych. Jest świetnie zorientowany w biologii procesów zachodzących w mózgu jak i w zawartości DSM-IV1.
-Doktorze Lecter, czy ma pan romans z Willem Graham'em? - Hannibal bierze głęboki oddech i wstaje, chociaż nie chce opuszczać boku Willa na wypadek gdyby ten się obudził.
-Tak.
Jack mruga zaskoczony bezpośredniością jego odpowiedzi.
-W porządku.- Mówi pocierając czoło wnętrzem dłoni – W porządku. Co mam z tym zrobić, doktorze?
-Co masz zrobić z czym, Jack?
-Z faktem, że przyznał mi pan, że pieprzy swojego pacjenta. - Jack podnosi głos. Słychać trzask zamykanych drzwi. Ani Jack ani Hannibal nie zwracają jednak na to uwagi.
-Will i ja nie sypiamy ze sobą. - Jack bełkocze coś. Hannibal nie jest pewien, czy to dlatego, że wydaje mu się iż niesprawiedliwie posądził Hannibala o przekroczenie granic etyki lekarskiej czy też dlatego, że nie chce myśleć o Willu w ten sposób. Hannibal nie ma zamiaru dowiadywać się, które założenie jest prawdziwe. - Pytałeś czy mamy romans. Mamy.
-Musi pan przestać się z nim widywać. - Jack mówi o tym jak gdyby stanowiło to podstawę jego profesjonalnego związku z Willem. Nie stanowi. Naprawdę.
-Już o tym rozmawialiśmy, Jack. Will nie jest, i nigdy nie był, moim pacjentem. Przynajmniej nie oficjalnie. - Hannibal przygląda się temu jak na twarzy Jacka pojawia się gniew. - Obaj bardzo staramy się aby to ukryć. Moje spotkania z Willem, podczas których nie stało się nic niestosownego, właściwie nigdy nie miały miesca. Mówię ci wszystko co chcesz wiedzieć na jego temat. Nie mam przed tobą żadnych sekretów. Jeśli chcesz rozmawiać na temat etyki...proszę bardzo.
-Jednak pracujecie razem.
-Czy w towarzystwie, powiedzmy, Alany Bloom, użyłbyś tego samego argumentu?
-Co ona ma z tym wszystkim wspólnego? - Broni się Jack.
-Jest kobietą. Ja jestem mężczyzną.
-Doktorze Lecter, chce mnie pan oskarżyć o dyskryminację z powodu pańskiej orientacji seksualnej?
-Przed chwilą zostałem oskarżony o przekroczenie granic etyki zawodowej i uwiedzenie Willa Grahama. Skąd mogę wiedzieć co sobie o mnie myślisz, Jack?
-W porządku. - Jack unosi ręce w obronnym geście chociaż zdecydowanie nie podoba mu się temat tej rozmowy. - Ma pan rację.- Hannibal ponownie klęka u boku Willa.
-Czy mógłbyś przynieść mi mopa, Jack? Wydaje mi się, że panna Katz właśnie z nim wracała kiedy oczerniłeś moje dobre imię. - Jack rumieni się i wzdycha gniewnie. Wypada z pomieszczenia nieprzyzwyczajony przegrywać bitew, które sam rozpoczął. Najwyraźniej ma jakiś problem z tym jak bardzo Hannibal jest związany z Willem. Jeśli to typowa reakcja samca-alfa na homoseksualizm, nie powinno to jednak stanowić problemu. Hiper męskość była w tych czasach czymś w rodzaju plagi.
Kiedy w pomieszczeniu pojawia się Katz, a wraz z nią niosący mopa Mitchel, Hannibal ostrożnie obejmuje Willa ramieniem i unosi go do pozycji pionowej.
-Możecie wyjść tamtymi drzwiami. - Mitchel pokazuje im właściwy kierunek. Wpatruje się w Katz, która okrąża kałużę moczu aby otworzyć przed Hannibalem drzwi prowadzące do kostnicy i proponuje swoją pomoc we wprowadzeniu Willa do pomieszczenia, ale Hannibal uprzejmie odmawia. Nadal stoi w progu kiedy Hannibal układa Willa na chromowanym stole z wbudowanymi rurami do odprowadzania wody.
Hannibal odwraca się aby na nią spojrzeć i zauważa wyraz zakłopotania na jej twarzy. Katz wzdycha i wchodzi do pomieszczenia przymykając za sobą drzwi ale nie zamykając ich do końca. Nie robi tego specjalnie.
-Jack po prostu martwi się o Willa. - Mówi powoli ale najwyraźniej stara się przekazać Hannibalowi coś ważnego. - Nie chodzi o to, że obaj jesteście mężczyznami, czy o to, że razem pracujecie. Szczerze mówiąc wydaje mi się, że po prostu był zaskoczony i nie wiedział jak ma zareagować. - Spogląda na Willa i Hannibal widzi jak bardzo jej na nim zależy.
-Dziękuję ci za szczerość. - Mówi Hannibal zdejmując marynarkę i przewieszając ją przez stalowy pręt po drugiej stronie stołu. - To bardzo miłe z twojej strony.
-Cóż, Will to mój przyjaciel. Jeżeli rzeczywiście coś was łączy muszę się trochę wysilić.
-Doceniam to. - Uśmiecha się Hannibal a ona odwzajemnia jego uśmiech. Odwraca się by odejść ale coś ją zatrzymuje.
-Czy coś takiego już kiedyś mu się przytrafiło? Te drgawki były...
-Z tego co wiem, zdarzyło się to po raz pierwszy. - Kobieta kiwa głową. - Beverly.- Hannibal zbliża się do niej. - Obiecuję ci, że się nim zaopiekuję. - Ona przygląda mu się zastanawiając się czy rzeczywiście jest godny zaufania. Hannibal zauważa moment w którym stwierdza, że jest.
-Jestem tego pewna. Czy nie ma pan przypadkiem klucza do jego pokoju? Mogłabym przywieźć mu jakieś ubrania żeby mógł się przebrać.
Hannibal sięga do kieszeni i wyjmuje z niej kartę klucz. Ta czynność z jakiegoś powodu wywołuje u niej uśmiech.
Katz wychodzi nie tłumacząc się. Dokładnie zamyka za sobą drzwi. Hannibal czeka aż jej kroki ucichną i przekręca zamki w drzwiach po obu stronach pomieszczenia. Potem wraca do Willa i podwija rękawy koszuli. Ostrożnie zdejmuje Willowi pasek i wrzuca go do srebrnej miednicy stojącej na stojaku niedaleko stołu. Potem pozbawia Willa butów i skarpetek, w które wsiąkło nieco płynu, który na szczęście łatwo się spierze.
Wyjmuje z kieszeni portfel Willa a potem z kliniczną precyzją zdejmuje z Willa spodnie ostrożnie odklejając je od jego ud. Kiedy zsuwa mokry bawełno-poliester z ciała Willa, kostnicę wypełnia ostry zapach moczu. Hannibal pozwala spodniom opaść na podłogę a potem wrzuca je do stojącego niedaleko kosza na śmieci.
Will ubrany jest już tylko w koszulę i bokserki. Rąbek jego koszuli jest wilgotny w miejscu, które przesunęło się po kałuży zanim Hannibal i Katz zdążyli ułożyć drgające ciało Willa w odpowiedniej pozycji. Hannibal pozbywa się także tych ubrań. Kończyny Willa są ociężałe snem, chociaż pod dotykiem Hannibala wydają się elastyczne. Klatka piersiowa Willa, leżącego na błyszczącym stole jest niesamowicie blada. W skupionym świetle, Will wygląda jak nieboszczyk. Nawet leży na stole zbudowanym z myślą o osączaniu ciał z płynów ustrojowych. Leży tam całkowicie nieruchomo, jeśli nie liczyć jego płytkiego oddechu.
Hannibal odgarnia Willowi włosy z czoła tą częścią dłoni, która nie miała kontaktu z jego pobrudzonymi ubraniami. Krawędzie siniaka na jego szyi zaczynają nabierać żółtego koloru. Wymowny kształt palców Hannibala zaczyna się zacierać. Hannibal przesuwa język od podstawy szyi Willa aż do odcisku dłoni, swojej dłoni. Will śpi głęboko ale Hannibal nie jest pewien jak długo pozostanie w tym stanie ani w jaki sposób uda się go obudzić. Hannibal chciałby w spokoju umyć i przebrać Willa zanim on się obudzi, ale ma przeczucie, że Will może się niespodziewanie obudzić tylko po to aby utrudnić mu zadanie.
Hannibal zdejmuje Willowi bokserki unosząc jego biodra tak, że przemoczony materiał sam z nich spadnie. Postanawia, że kiedy w ich związku nastąpi odpowiedni moment, kupi Willowi całkiem nową odzież.
Wyrzuca przemoczony materiał do kosza razem z koszulą i spodniami Willa i okrąża stół aby umyć ręce. W jednej z szafek dosrrzega dużą szklaną miednicę. Napełnia ją ciepłą wodą.
Wraca do Willa z dwoma ręcznikami, dużym pudełkiem chusteczek odkażających i miednicą, którą trzyma w drugiej ręce. Odstawia miednicę na stojący za nim stół i wrzuca do niej jeden z ręczników i wyciska z niego nadmiar wody. Przenosi ręcznik nad ciało Willa i wykręca go do końca, z zainteresowaniem obserwując gęsią skórkę, która pojawia się pod kroplami wody. Ciekawe jest, wiedzieć, że Will jest tak wrażliwy na jakikolwiek dotyk.
Hannibal przesuwa ręcznikiem po biodrach Willa omijając jego penisa leżącego wzdłuż jego uda. Potem, powtarza ten ruch aż do jego kostki i wrzuca ręcznik z powrotem do miski z wodą. Zamierza powtórzyć tę czynność z lewą nogą Willa, ale mężczyzna cofa się, czując dotyk Hannibala przez gruby, mokry ręcznik.
-Hola, Hannibalu, dlaczego jestem... - Will cofa się niezręcznie na niewielkiej powierzchni stołu, z którego niemal spada. To dobrze zbudowany mebel, który nie chwieje się mimo niezręcznych ruchów Willa. - Jestem nagi.
-To prawda.
-Jak to się stało...Dlaczego jestem nagi? Czy ty mnie kąpiesz?
-Williamie, czy przypominasz sobie swój napad drgawkowy?
-Ja...Och.- Will spogląda za Hannibala na swoje brudne ubrania zgromadzone w koszu. Przyciąga kolana do klatki piersiowej i obejmuje je ramionami.
-Możesz dokończyć sam. - Proponuje Hannibal podając mu ręcznik i Will go przyjmuje.
-Odwróć się.
Hannibal spełnia prośbę, chociaż wydaje mu się ona nieco dziwna. Rozumie jednak Willa i jego potrzebę skromności ponieważ nie doszło jeszcze między nimi do intymnego zbliżenia, bez odgradzającej ich ciała bariery ubrań. Hannibal po raz kolejny myje nad zlewem ręce i powoli je wyciera. Zauważa jak Will stara się dosięgnąć opakowania chusteczek dezynfekujących. Hannibal opiera się o blat i czeka aż Will poprosi go o pomoc. Nie musi czekać zbyt długo.
Will z trudnością przerzuca nogi przez krawędź stołu ale potem orientuje się, jest za wysoko i, że musiałby z niego zeskoczyć. Hannibal stwierdza, że Will prawdopodobnie nie ufa, sobie ani swoim nogom, i nie jest pewien, czy przetrwałyby taki wysiłek.
-Czy mógłbyś podać mi chusteczki?
Hannibal odpycha się od blatu z lekkim uśmieszkiem.
-Proszę bardzo. -Mówi podając Willowi pojemnik.
-Dzięki.
Will zamiera słysząc pukanie do drzwi i niemal upuszcza opakowanie z chusteczkami.
-Doktorze Lecter, przywiozłam ubrania. - Woła zza drzwi Katz.
Hannibal czeka aż usłyszy jak drzwi prowadzące na zewnątrz się zamkną a potem otwiera wewnętrzne drzwi i sięga po czyste ubrania: parę beżowych spodni, koszulę w kratę i czystą bieliznę i skarpetki. Szybko rzuca okiem na pomieszczenie, i zauważa, że usunięto z niego trumnę a podłoga została umyta. Wpadające do kaplicy słońce obija się ostrymi promieniami od idealnie czystej posadzki.
Will stara się zakryć siebie kiedy Hannibal odwraca się do niego by podać mu ubrania. Zamyka drzwi na zamek a Will unika jego wzroku.
-Nie musisz się przede mną ukrywać, Williamie. Widziałem cię. - Mówi Hannibal okładając czyste ubrania a stół obok suchego ręcznika. Zabiera do zlewu brudny ręcznik i miskę z brudną wodą. Odkręca gorącą wodę i przez chwilę moczy w niej miskę. Odnajduje zmywak i szoruje nim miskę przez pełne sześćdziesiąt sekund zanim odkłada miskę do szuflady na brudne miednice by mogła zostać dokładniej wyczyszczona.
Przyciska ręcznik do brzegów zlewu aby wycisnąć z niego jak najwięcej wody a potem wrzuca go do kosza a brudne ręczniki. To samo robi z brudnymi ubraniami Willa. Po raz trzeci myje i wyciera ręce i kiedy się odwraca zastaje Willa nadal pocierającego uda chusteczkami odkażającymi.
-Byłoby ci łatwiej jeżeli wstaniesz. - Podchodzi do Willa i podaje mu ramię. Will przyjmuje je, chociaż wyraz jego twarz komunikuje wyraźnie, że Will nie jest zbyt szczęśliwy z tego powodu. Will zsuwa obie nogi poza krawędź stołu i bez ostrzeżenia zeskakuje na podłogę. Uderza w tors Hannibala, przytrzymując się drugą ręką stołu, chociaż jego ciało opiera się całym ciężarem o Hannibala. Włosy Willa łaskoczą Hannibala w czoło. Żaden z nich nie odzywa się, dopóki Will nie poczuje się pewniej na własnych nogach.
Hannibal cofa się lekko ab podnieść ręcznik z drugiego stołu. Podaje go Willowi, który stara się wytrzeć uda jedną ręką podczas gdy druga zacisnęła się wokół rękawa Hannibala. Hannibal trzyma go pod pachami, jego oczy nie patrzą niżej niż na obojczyk Willa.
-Minęło sporo czasu odkąd ostatni raz potrzebowałem pomocy przy kąpieli. - Sarka drwiąco Will. Potem klnie kiedy ręcznik wpada mu z ręki.
Obaj patrzą na leżący na posadzce ręcznik. Will tłumi śmiech zdejmując okulary i ocierając z czoła pot grzbietem dłoni która je trzyma. Jego śmiech staje się histeryczny. Hannibal przyciąga go bliżej kiedy śmiech zamienia się w cichy szloch poniżenia.
-Dlaczego w ogóle mnie chcesz? - Mruczy Will kopiąc bezużyteczny ręcznik i przy okazji tracąc na chwilę równowagę. Hannibal przesuwa ręce i przytula go do siebie mocno trzymając go za ramiona i plecy. Całuje Willa w czubek głowy i czuje zapach środka odkażającego tam gdzie Will przeczesał włosy palcami po użyciu chusteczek.
-Już ci mówiłem, Williamie. Jesteś czymś więcej niż to na co pozwala ci twój strach. Masz w sobie siłę by być kimkolwiek zechcesz.
-Jakoś tego nie czuję.
-Nie długo ją poczujesz. - Hannibal przesuwa jedną z dłoni z ciała Willa i dotyka nią jego policzka. Will zamyka oczy i cofa głowę przed spod dotyku Hannibala. - Ufasz mi, Williamie?
-Tak. - Wzdycha Will chowając twarz w ramieniu Hannibala. Hannibal obejmuje dłońmi biodra Willa i delikatnie całuje go w ucho.
-Na pewno?
Will potwierdza, kiwając głową, która ociera się o obojczyk Hannibala. Przesuwa dłonie wzdłuż boków Hannibala i obejmuje go nimi w pasie aby odwzajemnić uścisk. Hannibal pozwala na to przez kilka chwil a potem powoli opada na kolana. Dłonie Willa przesuwają się wzdłuż jego ciała aż lądują na jego ramionach. Jego palce zaciskają się w jego koszuli, uciskając znajdującą się pod nią skórę.
-Co robisz? - Will potrząsa głową i stara się cofnąć ale odkrywa, że jest uwięziony między stołem a ciałem Hannibala. - Nie, Hanni...-Westchnienie Willa zamienia się w jęk. Nabrzmiewa pod dotykiem języka Hannibala. Hannibal podnosi upuszczony ręcznik i przesuwa nim w górę po tylnej stronie kolan Willa i wyżej wzdłuż jego ud aż do pośladków. Dodatkowo osusza szczelinę między nimi.
-Czy wydaje ci się, że ukląkłbym przed kimkolwiek, Williamie? - Hannibal wzdycha wokół penisa Willa a potem całuje każde z jego bioder. Przesuwa nosem przez czarne włoski łonowe tuż pod jego pępkiem, są sztywne od wody, i pachną ciepłą wodą, mydłem i spirytusem salicylowym. Hannibal wyciera uda Willa po czym odkłada ręcznik i obejmuje je gołymi rękoma. Jego biodra mimowolnie drżą. Will potrząsa głową, potrzebując spełnienia mimo że ledwie potrafi utrzymać się na nogach. Hannibal czuje jak jego nogi drżą starając się utrzymać jego ciało w pozycji pionowej.
-Nie, nie ukląkłbyś przed nikim.
-A jednak klęczę przed tobą, Williamie. - Will jęczy zaciskając palce we włosach Hannibala. One również drżą. Will naprawdę nie ma na to siły. - Chodź do mnie. - Will opada na kolana, kompletnie wyczerpany wszystkim co przydarzyło mu się przez ostatnich kilka dni. Hannibal sadza go sobie na kolanach. Will opiera głowę na jego ramieniu, bardziej z powodu tego, że nie ma sił jej utrzymać niż dlatego, że pragnie bliskości Hannibala. Chociaż Hannibal nie ma wątpliwości, że Will naprawdę bardzo jej pragnie.
-W sobotę wieczorem przygotuję dla ciebie kolację. Potem pokażę ci dlaczego cię pragnę. - Will całuje go ponieważ chociaż nagła potrzeba minęła, pozostało w nim pożądanie. Hannibal czuje bicie jego serca w miejscu, gdzie obejmuje Willa ramieniem. Jest szybkie i nierówne. - Wtedy pokażę ci wszystko.
-To ma być randka? - Wzdycha Will. Jest taki zmęczony.
-Tak.
-Więc się zgadzam.
-Dziękuję, Williamie. - Hannibal ukrywa uśmiech w jego włosach.
-Prawdopodobnie powinienem się ubrać. - Wzdycha Will odpychając się od ramion Hannibala. Hannibal delikatnie całuje jego twarz tam gdzie ich policzki stykały się ze sobą. Will mięknie pod jego dotykiem. Hannibal również czuje to dziwne ciepło w swoim żołądku. - Albo, może zostaniemy tutaj. - Ramiona Willa lekko obejmują Hannibala za szyję, jego palce przeczesują włosy nad karkiem Hannibala. - Chociaż jestem nagi.
-Nalegam abyśmy wrócili do hotelu. Nie powinniśmy dłużej blokować Vogtom dostępu do ich miejsca pracy. - Hannibal sięga po czystą koszulę Willa. - Zaczniemy od tego.
Will wsuwa lewe ramię w rękaw koszuli i czeka aż Hannibal zarzuci na jego ramiona jej drugą połowę żeby mógł wsunąć ramię w drugi rękaw. Przypadkowo przyciska klatkę piersiową do ciała Hannibala. Hannibal całuje Willa w czoło kiedy Will zamyka oczy. Will przygryza dolną wargę.
-Jutro wieczorem, naprawdę zjemy razem kolację, prawda?
-Masz jakiś inny pomysł?
-Znowu zadajesz mi pytanie, na które znasz już odpowiedź.
Hannibal stara się powstrzymać uśmiech.
-Williamie, na pewno nie rzucę się na ciebie w momencie, kiedy tylko przekroczysz próg mojego domu. - Hannibal odsuwa ręce Williama bezskutecznie starające się uporać z guzikami. Will kładzie ręce na ramionach Hannibala i pozwala mu zapiąć koszulę. Idzie mu to szybko. Zapina wszystkie guziki a potem zauważą zmarszczony nos Willa. Ich palce ocierają się o siebie kiedy obaj jednocześnie sięgają aby rozpiąć ostatni guzik. Hannibal jest szybszy ale Will nie cofa dłoni. Zamiast tego ujmuje nią dłoń Hannibala i unosi do swoich ust całując jego palce.
-Jak ty to robisz? - Pyta, owiewając palce Hannibala ciepłym oddechem.
- Co robię, Williamie? - Mruczy Hannibal zgniatając włosy Willa wolną dłonią.
-Bije od ciebie taka... - Will niemal mdleje. Hannibal ściska jego dłoń. Will zamyka oczy i opiera się czołem o czoło Hannibala, opuszczając ich złączone dłonie. Ich palce nadal są ze sobą splecione. - Zawsze jesteś taki spokojny...gdzie się tego nauczyłeś? - Szepcze Will. Hannibal chwyta mocniej kark Willa i znowu go całuje. Will drży.
-Co czujesz?
-Ciepło niczym promień słońca i ulgę, która przypomina nadmorski wiatr. - Całują się raz jeszcze po czym Hannibal podaje Willowi resztę ubrań.
-Proszę Williamie.
-Ciekawa taktyka. - Will posyła mu zmęczony uśmiech zakładając i nie ruszając się z kolan Hannibala. Hannibal obejmuje go jednym ramieniem za udo owijając drugie wokół jego żeber i unosi go tak żeby Will mógł podciągnąć bladoniebieskie bokserki na samą górę. Aby Will mógł włożyć spodnie, muszą jednak wstać. Hannibal pomaga mu się podnieść a potem asekuruje go kiedy Will zakłada beżowe spodnie. Will wzdycha i opiera się o stół. Kiedy wrócą do hotelu nie będzie miał żadnych problemów ze snem. Hannibal zostawia go na chwilę aby otworzyć drzwi. Will zakłada buty i skarpety. Hannibal bierze go za rękę, kiedy spotykają się przy drzwiach.
-Ale Jack...- Zauważa Will odsuwając się od drzwi.
-On wie.
-Słucham? - Will natychmiast zabiera rękę a Hannibal czuje nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej.
-Cóż, byłem trochę zbyt czuły względem ciebie kiedy miałeś napad. Doszło między nami do konfrontacji.
Will mruga, szukając w pamięci stosownego wspomnienia. Zagubiony we wspomnieniach przesuwa palcami po swoim czole tak jak zrobił to Hannibal.
-Och. - Will rumieni się aż po samą szyję. - Co powiedział Jack? - Jego głos jest cichy i pełen skruchy. Hannibal splata ich palce ze sobą. Will się uspokaja.
-Całkiem sporo. - Will przygryza dolną wargę. - Nie będzie się jednak mieszać do naszych spraw.
-Ale co dokładnie ci powiedział ?
-Powiedział, że powinienem przestać się z tobą widywać. - Willowi opada szczęka. - Oczywiście odmówiłem.
-Odmówiłeś. - Will wybucha śmiechem a potem ociera usta dłonią. Dłoń wsuwa się w jego włosy i delikatnie ciągnie. Will zatrzymuje ją obejmując jego nadgarstek drugą dłonią.
-Co ci mówiłem, Williamie? - Pyta Hannibal.
-Że...Jack zostawi nas w spokoju? - Odpowiada zaskoczony Will.
-To prawda. - Hannibal patrzy wyczekująco na Willa.
-Powiedziałeś mi, że nie powinienem się samo okaleczać. - Przypomina sobie Will, spuszczając wzrok. - Nie pozwolisz na to.
-Nie, nie pozwoliłbym. Hannibal całuje Willa w usta, policzek i włosy. - Nie chciałbym byś ranił się bez potrzeby.
-Dzięki. - Mówi po chwili Will ściskając dłoń Hannibala. - Dziękuję ci. - Mruga kilka razy a Hannibal puszcza jedną z jego rąk i sięga do klamki.
-Nigdy nie dziękuj mi za to, że się tobą opiekuję.
-Dziękuję ci za to, że mnie dostrzegasz. - Głos Willa jest niski i cichy. Słychać skrywającą się w nim burzę. Ukrywa tylko to co zawsze ukrywał. Resztę bez problemu okazuje Hannibalowi. Jego spojrzenie jest jasne chociaż na krawędzi czai się ciemność. Teraz Hannibal już to wie. Wie jak ma do niego dotrzeć.
-Zawsze Williamie. - Uśmiech Hannibala jest ciepły i delikatny. Okazuje ciepło jego szczęścia. Ta jedna iskra rozpala ogień wewnątrz Willa i jego uśmiech jest szeroki i słodszy od najlepszego wina.
-Chodźmy stąd. - Kiwa głową w kierunku drzwi a Hannibal otwiera je. Wychodzą za budynek. Kondukt pogrzebowy pojechał już na cmentarz. Wychodzą na parking i odnajdują tam Mitchel'a pucującego lśniący czarny karawan, którym najprawdopodobniej odwiózł trumnę Cassona na cmentarz. Mitchel natychmiast prostuje się i lekko uśmiecha.
-Cieszę się, że czuje się pan lepiej, Panie Graham. - Will kiwa głową.
-Dzięki. I przepraszam za...no wiesz.
-Osobiście wolę mocz od płynu do balsamowania zwłok. - Mitchel marszczy nos. - Ależ to dziwnie zabrzmiało. - Will wybucha śmiechem i pozwala Hannibalowi pociągnąć się we właściwym kierunku. - Życzę wam, żebyście jutro mieli spokojną podróż. Podrzucę pańskie ubrania do hotelu po tym jak je wypierzemy.
-Dziękujemy.-Odpowiada Hannibal. - Proszę pozdrowić brata. - Mitchel kiwa z uśmiechem głową.
Hannibal prowadzi Willa do swojego wypożyczonego samochodu stojącego na drugim końcu parkingu a Mitchel wraca do pucowania błyszczącej maski karawanu. Will zapada się w siedzenie pasażera a Hannibal zamyka za nim drzwi. Macha na pożegnanie Mitchelowi, który odpowiada mu ruchem nadgarstka. Hannibal zauważa smugi wosku na jego nadgarstku oraz fragmenty tatuażu wystające spod podwiniętego rękawa. To wąż owinięty wokół kotwicy.
Will przysypia na swoim siedzeniu. Hannibal uśmiecha się z powodu ironii na temat tego czym zajmują się ich nowi przyjaciele.
DSM-IV: (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders) – klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego - APA. [przyp. Tłum.]
