W ten oto sposób kończy się najdłuższy chyba tydzień w historii. Trwał... No porządnie ponad pół roku :P
To było moje pierwsze długie opowiadanie i byłam pewna, że nikomu nie przypadnie do gustu... a tu jednak!
Więc, jeżeli Wy, moi kochani czytelnicy macie zamiar przeczytać ten (na szczęście) ostatni rozdział, to mam dla was coś w rodzaju małej zabawy.
Każdy fragment po którym pojawia się taki znak:
XxXxX
mógłby być równie dobrze końcem tej historii. Więc moja prośba jest taka-jeśli czytając, dojedziecie do takiego momentu, który uznacie za dobre zakończenie, nie czytajcie dalej. Chyba, że koniecznie chcecie się dowiedzieć, jak to zakończenie wyglądało w mojej głowie ;)
Tak czy inaczej:
-dziękuję za komentarze, polubienia i śledzenia. Bez Was, dla których to pisałam, nie byłoby tej historii
-bez Cassie Clare nie byłoby bohaterów
-a bez youngandrebel przecinków w odpowiednich miejscach.
Rozdział 10. Letnia miłość nie rdzewieje.
Pierwsze dni bez Aleca były męczarnią.
Magnus naprawdę chciał spędzić je nie ruszając się ze swojego pokoju, słuchając w kółko tych samych piosenek i nie wychylając z niego nosa nawet na posiłki, ale nie mógł.
Musiał, każdego dnia wstawać, ubierać się i udając, że wszystko jest okej, że serce wcale nie rozpadło mu się na kawałki, wychodzić. Nie tylko z łóżka, nie tylko z pokoju, ale też z domu, na ulice, wsiadać w samochód i jechać.
Najczęściej - na szczęście - musiał jeździć do potencjalnych sponsorów i pierwszych klientów, których z łatwości zbywał pewnym siebie uśmiechem i kilkoma żartami. A jeśli któryś jednak zauważył, że trochę za często wzdycha, że wzrok mu ucieka, uśmiechał się tylko i mówił, że się zamyślił. Że to nic ważnego.
Jak zwykle. Kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa.
Ale – niestety - czasem musiał spotkać się z przyjaciółmi. Tessy i Willa udało mu się jakoś unikać, po prostu znikał na całe dnie.
Z całą resztą było gorzej. Z Ragnorem i jego irytująco troskliwym spojrzeniem. Z Cate i tym, jak gwałtownie milkła, gdy orientowała się, że wypsnęło się jej coś, co mogło go urazić. Z Woolsey'em i tym, że nie rzucał żadnych aluzji ani dziwnych uwag.
Jedyną osobą, która trzymała go wtedy przy życiu, był Raphael. Santiago, jako jedyny raczył zachowywać się jak zwykle i być takim samym dupkiem bez krztyny poczucia humoru.
To było bardzo podnoszące na duchu
Po tygodniu było już lepiej, bo wtedy zaczął rzucać żartami na ten temat, a nawet przyjmować pełne pożałowania spojrzenia.
Było lepiej. Ale nadal nie tak dobrze, jak być powinno.
Zaczynał mieć już serdecznie dosyć Londynu i tego, że na cokolwiek nie spojrzał, przypominało mu Aleca.
Jego poduszka. Jego auto. Kuchnia Herondale'ów. Salon Woolsey'a. Budki telefoniczne.
Nawet niebo, jak na Londyn, postanowiło się upierdliwie rozchmurzyć i mieć dokładnie taki sam odcień jak te prześladujące go w snach oczy.
Nie mógł tu zostać.
W jego mieszkaniu na Brooklynie nic nie będzie mu się z Alekiem kojarzyć, chyba że liczyć Prezesa Miau.
Ale kota, Magnus nie miał zamiaru się pozbywać, nawet gdyby codziennie miauczał na melodię Yesterday "Aleeeeec".
A Bane, albo miał omamy, albo ten przeklęty futrzak naprawdę tak robił.
Logika podpowiadała mu co prawda bardziej to pierwsze, ale przez znajomość własnego kota i wrodzoną nieufność, powoli skłaniał się ku drugiej opcji.
W każdym razie wszystko zmierzało do tego, że będzie musiał opuścić Londyn i udać się, chcąc nie chcąc do domu.
Dom.
Dla Magnusa takie słowo w sumie nie istniało. Kiedy był dzieckiem, kojarzyło mu się tylko z chłodem, odrzuceniem i strachem. Kiedy podrósł, zrozumiał, że dom, to ludzie, którzy cię kochają i których ty kochasz, miejsce, gdzie czujesz się bezpiecznie.
I dom zaczął mu się kojarzyć z gwiazdami na suficie w pokoju Ragnora.
Potem przyszedł moment, kiedy musiał wyjechać i dom stał się tym apartamentem z przerobionej fabryki, w którym można było urządzać imprezy albo leżeć z książką.
Był pusty co prawda, ale był, mimo wszystko, domem.
Jednak, coś w Magnusie powtarzało mu w kółko, że w domu nie ma upałów, a śnieg jest zwiastunem Apokalipsy, że rzeka za oknem nie jest aż tak brudna jak East River, a taksówki nie są żółte.
Że dom jest w Londynie.
Westchnął ciężko, pakując ostatnie rzeczy do walizki i usiadł na łóżku, opierając twarz na dłoni.
- Miau - odezwał się głos z podłogi.
Bane napotkał spojrzenie Prezesa, który wpatrywał się w niego uporczywie, tymi wielkimi, żółtymi oczami.
- Co Prezesie? Nie chce się wracać?
Kot przechylił ciekawsko łepek, a Magnus poklepał swoje kolana.
Kot, łaskawie skorzystał z propozycji i już po chwili mościł się na kolanach Magnusa, a Bane drapał go za uszami.
- Tęsknię za nim, wiesz Miau? - kot w odpowiedzi tylko zamruczał. - Wiem, że to trudno zrozumieć, ale ja go chyba naprawdę kocham.
Gdyby Prezes mógł, pewnie wzruszyłby ramionami. Tymczasem Bane ciągnął.
- Gdybym dostał tylko jeszcze jeden dzień... Jeden cholerny dzień, wszystko bym zmienił, wiesz? Nie puściłbym go z powrotem. Nigdy. Zatrzymałbym go przy sobie. Na trochę. I na trochę dłużej. A potem na zawsze.
Kolejne słowa płynęły z ust Magnusa, ale nie słyszał ich nikt, oprócz Powiernika Miau.
- Wiesz, Miau, tak sobie czasami myślę, że miłość to najdziwniejsze uczucie na świecie. Tak naprawdę, to nigdy nie jest się na nią gotowym, ale jak przychodzi i sobie to uświadamiasz, to masz wrażenie, że czekasz na nią od bardzo dawna. Że ten ktoś, to ktoś, kto miał się zjawić, a się nie zjawiał, a teraz w końcu tu jest, a ty mu wybaczasz spóźnienie, byleby już został. A on nie zostaje, bo świat ma w dupie przeznaczenie.
Prezes słuchał, słowa płynęły, a razem z nimi płynęły i łzy.
Mało było na świecie tak pięknych widoków jak oświetlony Most Brooklyński w letnią noc.
Zwłaszcza, kiedy było to późne lato, właściwie to już początek jesieni, wszystkie sprawy były pozamykane, interesy szły jak po maśle, nie miało się kaca, za to miało się tajemnicza moc przyciągania niemal wszystkich oczarowanych spojrzeń, gdy szło się ulicą. Słowem, było się Magnusem Bane'em.
Był wrzesień. Wrzesień. Bardzo ładny miesiąc, jeszcze ciepły, ale już powiewający jesienią. Nie miał z tym nic wspólnego rzecz jasna fakt, że we wrześniu Alec miał urodziny. W ogóle.
Magnus westchnął z frustracją, mijając jakąś zakochaną parę, przypinającą do bariery kłódkę. Cały most był obwieszony tymi kłódkami, najczęściej z wyrazami miłości, inicjałami czy innym gównem, które w ogóle do Magnusa nie przemawiało.
Odwrócił się przez ramię niemal machinalnie i kierowany odruchem, puścił oko do dziewczyny. Ona, najpierw trochę niepewna, odwzajemniła gest, patrząc na niego z rosnącym zainteresowaniem.
No pewnie - zakpił w myślach Magnus, wtykając do uszu słuchawki - wielka miłość. Ciekawe, co by zrobiła, gdybym zaczął z nią flirtować? Pewnie zapomniałaby o tej kłódce, rzuciłaby chłopaka bez zastanowienia.
Nie wrócił się jednak by to sprawdzić. Nie bawiło go rozwalanie związków, poza tym, dziewczyna ani trochę go nie ruszała.
Znaczy... Była całkiem ładna, wysoka, szczupła, o perfekcyjnych włosach.
Jej facet tez był niczego sobie - pomyślał Bane, dokonując szybkiego przeglądu napotkanego chłopaka. Zawsze wolał facetów, nie miał pojęcia skąd to się brało. - Blondyn co prawda i trochę za niski, jak na jego gust, ale miał niebieskie oczy.
Magnus stanął jak rażony gromem.
Niebieskie oczy.
-Wrócę.
Zamrugał gwałtownie, jakby do oczu wpadł mu piasek. Nie miał pojęcia co ze sobą zrobić, wiec podszedł do barierki i spojrzał w dół, na East River. Rzeka nie była ładna. W niczym nie przypominała Tamizy z tamtego dnia, kiedy pojechał za Alekiem i wsiadł na tą głupkowatą taksówkę wodną, kupując u znajomego kapitana, kilka chwil na osobności.
Wtedy było wietrznie i dosyć chłodno, niebo było szare, a wody rzeki uporczywie błękitne.
Teraz? Teraz było parno, chociaż nie gorąco, niebo było pozbawione jakiejkolwiek chmurki, a East, jak to East, wyglądał jak wyjątkowo ponury dym z papierosów.
Myśląc tak, Magnus niemal machinalnie sięgnął do kieszeni i wyciągnął paczkę.
Zapalił.
Dym uniósł się w górę, zwiększając odrobinę dziurę ozonową i trochę bardziej doprowadzając do ocieplenia klimatu, ale Magnus o to nie dbał.
Wyobraził sobie tylko, jakby to było, gdyby czekał tutaj na Aleca.
Chłopak podszedłby do niego cicho, potem znienacka wtulił się w jego plecy. Usiłował cmoknąć w policzek, ale pewnie by nie trafił, bo był za niski i pocałowałby go przez przypadek w szyję.
Na co Magnus by się odwrócił, uśmiechnął się i pocałował go powoli, dokładnie, w rytmie wczesnojesiennego wieczoru.
Alec na początku próbowałby go odepchnąć, bo to w końcu był Alec, który był nieśmiały i nie chciał publicznie okazywać uczuć, nawet w tej oazie jaką był dla homoseksualistów Nowy Jork.
Ale potem by zapomniał, tudzież Magnus sprawiłby, że by zapomniał i te powolność zaczęłaby mu przeszkadzać.
I wtedy właśnie Magnus odsunąłby się od niego, wytrzymałby jego zszokowane, urażone spojrzenie bez pchnięcia go na barierkę, zaśmiał się, cmoknął krótko w usta i powiedział.
- Później.
Z frustracją uświadomił sobie, że płacze. Że znowu, cholera, płacze jak jakaś baba, a nie chciał tego.
Był Magnusem Bane'em! Nigdy nie płakał nad czyś takim.
Otarł szybko oczy.
Poza tym, nie czekał na Aleca. Czekał na...
- Bane! - usłyszał za sobą wołanie.
No właśnie.
- Ragnor! - odwrócił się do przyjaciela, usiłując przywołać na twarz uśmiech.
O dziwo, udało mu się.
Fell szedł ku niemu tym swoim twardym krokiem, ze zgarbioną sylwetką, tylko w szortach i koszulce bez rękawów, co eksponowało jego bary początkującego kulturysty. Mijający go przechodnie oglądali się i co chwila drżeli z zimna, bo, mimo wszystko, taki strój nie był codziennością w połowie września
Ale przecież Brytyjczycy inaczej odczuwali temperaturę.
Przyjaciel podszedł i na dzień dobry niemal zmiażdżył go w uścisku. Bane, usiłując zachować oddech poklepał go po plecach i z ulgą przyjął do wiadomości dwie rzeczy.
Ragnor nadal cuchnął cygarami, co nieprzyjemnie maskowało znajomy aromat melasy, piżma i fiołków.
Tylko, że fiołki nie były nigdy zapachem Ragnora. Były zapachem Cate.
Drugą rzeczą był fakt, ze Fell w końcu go puścił i wspólnie ruszyli w kierunku Manhattanu.
Rozmowa jakoś się nie kleiła, co było dziwne. Widzieli się co prawda w cztery oczy trzy miesiące temu, rozmawiali niemal codziennie przez Skype'a, ale pisali do siebie maratony SMS-owe, często zaczynające się, kiedy Magnus jadł śniadanie, a kończące się, kiedy jadł je Ragnor, ale nigdy im to nie przeszkadzało. Teraz jednak, żaden nie miał sił, ani chęci rozmawiać, więc tylko szli obok siebie, równym krokiem ludzi, którzy wyuczyli serca bić w jednym tempie.
W chodzeniu pieszo po Nowym Jorku było coś dziwnego, ale Magnus lubił to robić, zwłaszcza, kiedy był z nim jakiś przyjaciel. On i Ragnor. Sami przeciwko światu, sprzeciwiający się narzuconym regułom.
- Magnus - zaczął w pewnym momencie Fell. - Gdzie my tak w sumie idziemy?
Bane wzruszył ramionami.
- Pandemonium?
Ragnor westchnął.
- Dobra. Niech ci będzie. Tylko...
- Tak, tak wiem. Żadnej niebieskiej wódki i tańczenia na rurze. Obiecuję.
Ragnor zdusił chichot.
- Wiesz... To w sumie było nawet ciekawe. Nie musiałeś się hamować.
- Mówisz tak teraz. Wtedy mnie obraziłeś niecenzuralnymi słowami i zagroziłeś, że więcej się do mnie nie odezwiesz - Magnus udawał urażonego.
- A gdzie się podziało to, że moje milczenie byłoby zbawieniem? - brwi Ragnora zniknęły pod jego płową czupryną
- Wtedy nie miałem prawa jazdy - zauważył Magnus. - I często bywałem pijany. Jeżdżenie bez prawka to jedna sprawa, ale po pijaku bez prawka, to już grzech śmiertelny.
Ragnor westchnął.
- Dobra - mruknął cierpiętniczo, ale oczy mu się śmiały. - Prowadź.
Dotarli na miejsce szybciej niż się spodziewał i na pewno o wiele prędzej niż spodziewał się tego Fell. Mimo dosyć wczesnej godziny, klub już był zapełniony niemal po sufit i ledwo można się było przepchnąć pomiędzy poruszającymi się ruchem pulsacyjno-drgającym, podobnym do świateł dyskotekowych, ciał.
W końcu jakoś udało im się wejść do środka i dopchać do baru. Usiedli na wysokich stołkach, Magnus powitał skinieniem głowy barmana zamówił drinki i oparł się łokciami o blat.
Ragnor skwitował to uniesieniem brwi.
- Co się stało, że Magnus Bane nie siedzi w pozycji wyczekującego księcia, szukając kogoś, komu zaczaruje noc? - rzucił
Bane rzucił mu ponure spojrzenie.
- Alec.
- No tak. - Fell prychnął - Alec się stał.
Magnus milczał bardzo długo, aż w końcu obrócił się twarzą do parkietu, podobnie jak Ragnor i beznamiętnie obserwował tańczących.
Jedna jego część naprawdę bardzo chciała rzucić się w wir radości i muzyki, druga, to była ta, która zwijała się w kłębek i płakała nad własną beznadziejnością.
Magnus nigdy nie pozwalał jej przejąć kontroli, więc wstał.
- Gdzie idziesz? - spytał Fell.
- Tańczyć, pierdoło - roześmiał się szczerze i zaczął wycofywać w kierunku parkietu, nie spuszczając wzroku z przyjaciela. Ragnor zaczął wstawać, ale spojrzenie Magnusa go powstrzymało. Bane potrzebował udawać wariata.
- Wiesz co, brokułko? Wiesz co jest najgorsze?
Fell nie spuszczał z przyjaciela wzroku i naprawdę zaczynał żałować, że pozwolił się tu zabrać. Chciał, żeby przyjaciel był szczęśliwy i - jeśli tak było dla niego dobrze - zapomniał o Alecu, ale nie żeby rzucił się teraz nagle w pulsujący na parkiecie seks.
- Najgorsze jest to... Pamiętasz, jak poszliśmy w Londynie do pubu? Kiedy ja powiedziałem, że jesteś ślepy, a ty, że ja jestem masochistą?
Fell pokiwał głową, nie do końca pewien, do czego Magnus pije.
- Najgorsze jest to, kochanie, że przynajmniej jeden z nas miał wtedy rację.
Magnus obudził się z koszmarnym bólem głowy i wrażeniem, że świat porąbało.
Bo jak, do cholery, szanująca się planeta mogła pozwolić na to, żeby jakaś tam nadęta gwiazda świeciła z taką mocą? Ten glob miała jakieś zapędy sado-maso, bo jeszcze tym okropnym bólem raczył swoich mieszkańców.
Niechętnie otworzył oko, a potem - po długiej chwili namysłu - również drugie. Kiedy zorientował się, że leży na swojej poduszce odetchnął z ulgą. Przynajmniej tego nie spieprzył.
Usiadł na łóżku, rozmasowując skronie i myśląc o tym, że powinien podziękować Ragnorowi za dostarczenie go, najwyraźniej w stanie poważnego upojenia alkoholowego (to podejrzewał, skoro nie pamiętał nocy) do mieszkania.
Magnus był tym nieco przerażony i nieco bał się co w tą noc zrobił lub powiedział, a zwłaszcza, jak wiele razy pojawił się tam Alec.
Jęknął na myśl o tym i ruszył do kuchni, żeby się napić. Znalazł tam parujący dzbanek pełen kawy i jeszcze ciepłą jajecznicę co było dziwne, ale wszystko wyjaśniła mu karteczka, którą znalazł na lodówce, przypiętą magnesem w kształcie kota.
Magnus,
w odpowiedzi na pytanie, tak zostałem na noc. Wyszedłem zanim się obudziłeś, ale podejrzewam, że znam cię na tyle dobrze, że jajecznica nie wystygła. A jeśli wystygła to jej nie jedz! Wtedy będzie jeszcze gorzej niż jest!
Widać, że lekarka jest jego miłością - pomyślał Bane i wrócił do lektury, wybuchając śmiechem.
I Cate nie ma z tym nic wspólnego, jakby co. Po prostu w tym związku to ja jestem odpowiedzialny
Chociaż, w związku z tobą, każdy jest.
Tak czy inaczej, jak kacyk przejdzie, to zadzwoń.
Musimy pogadać.
Ragnor.
Magnus przyciągnął do siebie talerz i smętnie pociągając nosem nalał sobie kawy. Nie miał ochoty na jajecznicę, mimo że była taka jaką lubił - bez mięsa, z dużą ilością przypraw.
No tak. To był Ragnor. Znał go.
Skończył jajecznicę w raczej ponurym nastroju, dopił kawę i po namyśle nalał sobie drugi. Filozofia stara jak świat - kawy nigdy za dużo.
Wziął kubek ze sobą i usiadł na kanapie w salonie, szukając po omacku pilota.
W końcu go znalazł i z nudów zaczął skakać po kanałach.
Jakiś przynudzający program muzyczny - przełącz. Wywiad z celebrytką, której twarzy nie kojarzył, a nazwiska jeszcze bardziej - przełącz. Któryś odcinek Supernatural.
Magnus zamarł na moment. Przed oczami stanęła mu zaaferowana twarz Aleca, jego błyszczące oczy, ta dziecięca ekscytacja, którą posiadali tylko ludzie, którzy coś kochali.
Przełącz.
Druga część X-menów.
Przełącz tym bardziej.
Historyczny dokument o Londynie.
Przełącz.
"Romeo i Julia" i Leonardo di Caprio wyznający swoje płomienne uczucie.
Magnus wygrał z ochotą rzucenia w telewizor pilotem i znowu przełączył.
Dokument biograficzny The Beatles.
Noż cholera jasna!
Z frustracją wyłączył telewizor i obiecał sobie, że w najbliższym czasie się dziadostwa pozbędzie.
Położył się na kanapie i przymknął oczy. Teraz nie było przy nim nikogo, kto mógłby mu dać w łeb, więc pozwolił myślom popłynąć trzy miesiące wstecz do pokoju gościnnego w domku Herondale'ów, gdzie w ostatnią noc Aleca w Anglii leżeli przez wiele długich, ciemnych godzin. Leżeli w jego łóżku, czyniąc je trochę bardziej ich wspólnym łóżkiem.
Alec leżał z głową opartą na jego piersi, klejącymi się ze zmęczenia oczami i opowiadał o przesłaniach mitologicznych w Harrym Potterze. Jego skóra była irytująco gładka, chłodna o kuszącym zapachu, ale Magnus nie robił nic, poza głaskaniem go po włosach i słuchaniu o wykorzystaniu łaciny i korzeniach mandragory.
Nagle Alec urwał, a Magnus, pozbawiony tego cudownego głosu, spojrzał na niego nieprzytomnie.
- Nudzę cię, prawda? - zapytał, patrząc na niego tymi wielkimi, niebieskimi oczami.
- Nie - odpowiedział Magnus, zupełnie szczerze. - Oczywiście, że mnie nie nudzisz. Uwielbiam słuchać jak mówisz.
Alec uniósł powątpiewająco brwi, a Magnus westchnął. Zsunął z siebie Aleca, a potem oparł na łokciu i z tej perspektywy obserwował jak chłopak ucieka przed jego spojrzeniem.
- Nawet nie wiesz, jakie to niesamowite słuchać jak mówisz. Czarujesz głosem. Byłbyś w stanie porwać tłumy samymi słowami. Poszedłbym za tobą w ogień, gdybyś tylko do mnie mówił.
Alec zachichotał. Bane na początku nie zorientował się o co chodzi, ale Alec naprawdę chichotał. Zasłonił dłonią usta, chyba chcąc się zamaskować, ale chichotał jak nakręcony.
Magnus uniósł brew, a potem nagle został przygnieciony do łóżka przez Aleca, który siedział na nim okrakiem, z uśmieszkiem na ustach.
- Zrobisz co chcę, jeśli będę mówił? - zapytał przekornie, a Magnusowi zachciało się śmiać. Alec był typem kogoś, kto żartował tylko z przyjaciółmi, a drażnił się w ogóle tylko z gronem wybrańców, więc to jedno zdanie dużo dla niego znaczyło.
- Tak, panie - powiedział poważnie i cicho, a Alec zaczerwienił się nagle i spuścił wzrok. Magnus przytrzymał go za podbródek i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. - Ej, księżniczko, ja tylko żartuję – powiedział – No już, kochanie.
Alec spojrzał na niego niepewnie, a potem zapytał.
- Księżniczko?
- Co? - nie zrozumiał Magnus.
- Powiedziałeś do mnie "księżniczko", czemu?
- To romantyczne, nie uważasz? - wzruszył ramionami - Rycerz i księżniczka.
- I to ja mam niby być księżniczką, tak? - spytał szorstko, a po chwili krzyknął lekko, gdy Magnus jednym płynnym ruchem przewrócił go na plecy.
- Musisz. Jak byłem mały, to zawsze chciałem być rycerzem - powiedział, nachylając się, żeby delikatnie zacząć go całować.
- Dlaczego? - szepnął Alec, zaciskając dłonie na jego koszuli.
- Bo ich zbroje świecą - odpowiedział Magnus, jakby to było oczywiste, a potem obaj zaczęli się śmiać.
Otworzył oczy tylko po to, żeby zobaczyć ciemnoczerwony sufit, który wyglądał jak ogromna plama krwi.
Ze złamanego serca rzecz jasna.
Jęknął i usiłował odwrócić się na brzuch i schować w twarz w poduszce, ale nie udało mu się i spadł z kanapy na dywan, uderzając się przy tym boleśnie.
Jęknął po raz kolejny, ale nie podniósł się. Leżał na zimnej, drewnianej podłodze, zastanawiając się, kto wymyślił tak mało funkcjonalny styl pozbawiony dywanów, które w takich momentach łagodziły upadek.
Ale oczywiście, kiedy myślał o wystroju salonu nie brał pod uwagę, że kiedyś może spaść z kanapy i wtedy przydałby się dywan.
Nie. Magnus nie myślał o tego typu konsekwencjach.
Chyba o jakichkolwiek myślał za mało.
W końcu uniósł się z twardej, niewygodnej podłogi i oparł plecami o kanapę. Za oknami szalało piękne, jesienne południe, pełne słońca, obłoczków i ogólnego wrażenia idealności.
Magnus odczuł potrzebę znalezienia jakiegoś menela w Central Parku i zniszczenia tej wizji.
Nic nie mogło być idealne.
Te raczej pesymistyczne podsumowywanie życia przerwał Magnusowi dźwięk przychodzącego SMS-a.
Niechętnie dźwignął się z podłogi i wyruszył w poszukiwania telefonu.
Kiedy w końcu go znalazł, odczytał wiadomość od Ragnora.
Ragnor: Wieczór?
To była tylko krótka wiadomość, ale zawierało się w nich bardzo dużo pytań.
Magnus: Może.
Schował telefon do kieszeni i podszedł do lodówki z zamiarem zjedzenia czegoś co nie byłoby resztkami zimnej jajecznicy, ale wnętrze odpowiedziało mu tylko szyderczą pustką.
Magnus nie miał pojęcia skąd w takim razie Ragnor wytrzasnął jajka, ale wolał nie wnikać.
Westchnął ciężko i ruszył się ubrać. Po chwili, w jako takim stanie używalności i nawet z uśmiechem na ustach chwycił kluczyki, pieniądze i ruszył do wyjścia.
Otwierane drzwi natrafiły na opór, a do uszu Magnusa dotarło stłumione przekleństwo.
Rozważał w myślach możliwość przeproszenia albo zrugania za stanie tuż przy drzwiach, ale w tym momencie zobaczył rozczochrane, czarne włosy i startą bluzę za dużą o kilkanaście rozmiarów.
Alec uniósł wzrok. Patrzył na Magnusa niemal przerażony, otwierając i zamykając usta.
Bane nawet nie poruszał wargami. Stał tylko, wpatrując się w Aleca jak w święty obrazek.
- Ma.. Magnus - zaczął niepewnie chłopak, jąkając się. I czerwieniąc, jak to on.
Magnus poczuł jak serce mu przyspiesza. On tu był. Naprawdę tu był, kilka kroków od niego, jąkając się w ten niesamowity, uroczy sposób, czerwieniąc, tak jak zawsze i usiłują utrzymać spojrzenie tych magicznych, niebiesiech oczu na nim.
- Ja... Ja wiem, że jesteś zły. Pewnie mnie nienawidzisz. Jestem pewien. Przecież...
Magnus milczał. Stał bez ruchu, ledwo docierało do niego to, co mówił Alec.
- Ale przyjechałem. żeby przeprosić. Przez ten cały czas... Od czerwca byłem we Francji. Kiedy rodzice się dowiedzieli.. O Londynie, o tobie... Chcieli żebym gdzieś pojechał, że muszą to wszystko... to wszystko przemyśleć.
Teraz powoli zaczynało do niego docierać, że Alec był smutny i skrzywdzony.
- Wróciłem parę dni temu. Podjąłem decyzję. Wracam, Magnus. Wracam do Anglii. Jadę tam na studia. I pewnie na zawsze. Minęło tyle czasu... Pewnie nie chcesz mnie znać. Wiem, że nie. Pewnie nie chciałeś mnie znać, kiedy tylko wyjechałem, ale...
Wtedy Magnus się poruszył. Podszedł do Aleca bardzo, bardzo powoli i stanął tak blisko niego, że widział jak jego jasne, pergaminowe powieki drgają, a czarne rzęsy trzepoczą, jak skrzydła uwięzionych motyli. Chłopak przełknął ślinę, najwyraźniej zmieszany jego bliskością.
- No i... ja... - mamrotał, kiedy Magnus położył mu dłoń n policzku.
- Kocham cię - powiedział poważnie.
Nie był pewien, który z nich nachylił się pierwszy, ale pewne było to, że po chwili całowali się - powoli, namiętnie, wygłodniale.
Magnus zaczął wycofywać się do drzwi. Po omacku otworzył drzwi i niemal wepchnął Aleca do przedpokoju, przyciskając do ściany, jak gdyby tamten próbował się wyrywać i całując tak mocno, jakby świętowali właśnie koniec świata.
Albo jego początek.
Jego dłonie błądziły niecierpliwie po ciele, twarzy. Tęsknił. Tak cholernie za nim tęsknił przez ostatnie trzy miesiące, że nie potrafił wyrazić tego słowami.
- Ma... Magnus, stop - wysapał Alec, zaciskając palce na rękawach jego koszuli. - Stop.
Bane odsunął się od niego, ciężko dysząc.
- Co jest? - warknął, przerażony tym, jak brzmiał jego głos. Mógł się założyć, że oczy zaszły mu mgłą. Aleca pociemniały, podobnie jak usta, ale mimo to go odepchnął. Dlaczego?
Magnus dyszał, wodząc po pięknej twarzy Aleca wzrokiem. I palcami. Zachowywał się tak, jakby naprawdę nie mógł oderwać od niego wzroku, dosłownie nie mogąc utrzymać rąk pry sobie, jak gdyby padła na niego klątwa.
- Magnus... Nic nie powiesz? - szepnął
Bane odsunął się od niego odrobinę.
- A co chcesz usłyszeć?
Musiał chyba brzmieć zbyt gorzko, bo Alec zrobił po raz pierwszy to, co zazwyczaj robił on.
- No nie wiem. Liczyłem na jakieś "Dobrze cię widzieć"? „Tęskniłem"?
I wtedy Magnus wybuchnął śmiechem.
Tak. To był jego Alec. Wrócił. Naprawdę wrócił.
Rzucił na niego znowu, nie przejmując się jękami protestu. Owinął jego nogi wokół własnego pasa i w pewnym momencie, gdy jego wargi ruszyły na oślep po szyi powiedział:
- Dobrze cię widzieć. Tęskniłem. A teraz się zamknij - powiedział i ruszył z nim do sypialni.
Alec posłusznie się zamknął.
XxXxX
Minęło sporo czasu, zanim dane im było zobaczyć się po raz kolejny. Jednak tym razem, kiedy się rozstawali, nie składali obietnic. Było oczywiste, że ich dotrzymają.
Alec wyjechał do Londynu na studia ledwo parę tygodni później. Dzwonił, pisał. Godzinami potrafili rozmawiać na Skype'ie, a Alec pokazywał jak szare, jak cudownie szare jest niebo w Londynie.
A Magnus leżał na łóżku z poduszką pod brodą, wpatrując się w twarz chłopaka na ekranie i tęskniąc.
Tym razem to on obiecał, że wróci, a Alec przysiągł, że poczeka.
Czasem rzucał w żartach, jakich to chłopaków ma na roku, że ostatnio jakiś znowu zaproponował mu wyjście gdzieś razem, a Magnus za każdym mówił, że dopisuje go do listy osób, które kiedy wróci do Londynu, musi rozjechać porsche.
Poza tym bawili się w małą grę polegającą na recytowaniu wierszy, wymyślaniu miejsc w Londynie, gdzie powinni spowodować skandal i mówieniu "kocham cię" we wszystkich możliwych językach.
Faworytem Magnusa było Le mélan. Aleca, niezmiennie, Magnusowe Aku cinta kamu.
W końcu, parę dni przed Bożym Narodzeniem, w przeddzień swoich własnych urodzin, Magnus, zamknąwszy wszystkie sprawy w Nowym Jorku i oddawszy klucze do mieszkania nowemu właścicielowi wsiadł do samolotu i po raz ostatni obrzucił spojrzeniem Nowy Jork. W jego sercu nie było ani trochę żalu czy tęsknoty.
Pod powiekami miał niegasnący obraz Aleca, który czekał na niego w Londynie.
Kiedy parę godzin później, kiedy zegary wskazywały tą samą godzinę co w Nowym Jorku, kiedy wylatywał, Magnus wysiadł z samolotu, biorąc w jedną rękę rączkę od walizki, a w drugą klatkę Prezesa Miau, jako pierwszy przywitał go deszcz.
Lało jak z cebra, było mdło i przeraźliwie szaro, a Londyn postanowił chyba naprawdę uprzykrzyć mieszkańcom życie, szykując prawdziwe przeciwieństwo białych świąt.
Ale Magnusa obchodziło to naprawdę mało. Oddałby cały śnieg świata, za adwent w Londynie, za dekoracje na Trafalgar Square, pierniki w małych piekarniach i malutkie święte Mikołaje albo choineczki, które plagą zalewały przednie szyby taksówkarzy.
Tak dawno nie był na święta w domu.
A potem, kiedy wygramolił się z budynku lotniska, kiedy stanął na parkingu, zobaczył Aleca. Stał opierając się o maskę jego samochodu, samochodu, który kompletnie do niego nie pasował. Ani marką, ani – zwłaszcza - krzykliwym kolorem.
Jednak Alec pasował do tego samochodu. To był samochód Magnusa, a Alec... No cóż... Alec też był jego.
Magnus zagwizdał przeraźliwie na palcach i Alec uniósł głowę znad czytanej książki. Przez chwilę był wyraźnie zszokowany, nie wiedząc pewnie skąd dobiegał gwizd, ani kto był jego autorem, ale potem zobaczył Magnusa.
Bane jeszcze nigdy tak się nie cieszył z dobrego wzroku.
Widział, jak oczy Aleca najpierw zamigotały, kiedy zamrugał, jak gwałtownie obudzony z głębokiego snu. A potem nagle zalśniły, tak mocno i tak niespodziewanie, że Magnusowi stanęło serce. Odrzucił książkę na maskę i wstał.
Wyglądał tak samo, jak Magnus pamiętał. Miał na sobie szary sweter, dżinsy i starą kurtkę, a jego buty były tak samo rozciapane jak zwykle. A włosy tak samo rozczochrane.
Po chwili wahania zerwał się z samochodu i ruszył biegiem w kierunku Magnusa, przeskakując kałuże. Pewnie, gdyby jakiś samochód się nawinął, przeskoczyłby przez niego jak mistrz parkour, żeby skoczyć tak, a nie inaczej.
Poleciał na Magnusa, niemal zwalając go z nóg, uwiesił mu się z całej siły na szyi i schował twarz w jego ramieniu, mamrocząc coś niezrozumiale.
- Cześć, groszku - powiedział Magnus - Tęskniłem.
Było to rzecz jasna spore niedomówienie, ale nie miał zamiaru zniżać się aż do tego poziomu, żeby przyznawać się przed własnym chłopakiem, że bez niego czuje się totalnie pusty i bezużyteczny, jakby odebrano mu tlen. I wodę.
I jeszcze kilka niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania rzeczy.
- Nigdy więcej tego nie rób - wymamrotał Alec w jego szyję. Magnus zadrżał, po części ze szczęścia, po części z jego bliskości - Rozumiesz? Nigdy. Masz zostawać ze mną.
Bane zaśmiał się czule, głaszcząc Aleca po włosach.
- Przecież obiecałem, że wrócę groszku – powiedział.
- Nie. Nie obiecałeś! Poza tym... - przełknął ślinę - Nieważne. Poprostu tego nie lubię. Masz nie przebywać beze mnie w tym gnieździe rozpusty jakim jest Nowy Jork.
- Wychowałeś się tam - przypomniał mu.
- Co tylko potwierdza fakt, że jest gniazdem rozpusty - zaśmiał się pogodnie, a potem wziął Magnusa za rękę, w drugą ujmując klatkę Prezesa Miau. - Prezesie, jak minęła podróż?
- Ledwo z nim wytrzymałem. Przez cały lot nic tylko narzekał, Alec to, Alec tamto.. Weź się za niego weź, bo biedaczek zeświruje - dopowiedział Alec, nienaturalnie wysokim głosem.
- Oh, naprawdę Prezesie? Biedny Magnus, jak on przeżywa, kiedy mnie z nim nie ma?
- Nie daje rady. Chyba będziesz musiał...
- Przykuć go do łóżka i długo nie wypuszczać?
- Czytasz w moich myślach.
Magnus, obserwował jak Alec rozmawia sam ze sobą, niemal z tak samo nic nie rozumiejącą miną jak Prezes, który przechylił łepek i najwyraźniej, swoim małym, kocim móżdżkiem usiłował ogarnąć, co stało się ze starą, znaną wszystkim kotom zasadą, że gdy dwie osoby idą obok siebie, to mówią naprzemiennie.
Różnica była taka, że Magnus, w przeciwieństwie do swojego kota, porwał chłopaka na ręce, i w tej niewygodnej pozycji, z Alekiem na rękach, walizką w dłoni, uśmiechem na ustach i uporczywie miauczącym kotem, ruszył do samochodu.
I teraz poczuł, że Londyn, ma dla niego nowy dom. Trochę mniejszy i trochę mniej pusty.
XxXxX
Boże Narodzenie spędzili z Herondale'ami, którzy zabrali ich na wielką rodzinną kolację do Branwellów.
Powiedzieli, że nie są w stanie spędzić ich samotnie tylko w trójkę, czy nawet piątkę, w Woolwich. Że Gwiazdka spędzana w dużym gronie jest tradycją.
I, że złożyli obietnicę, że będą jej przestrzegać.
Komu ją złożyli, tego nie powiedzieli, ale Alec wiedział, że przyjdzie jeszcze w ich przyjaźni czas, na rozmowę o Jamesie Carstairsie.
Tak więc, razem z nimi zgromadziła się w salonie cała gromada, bo najwyraźniej ten dom, robił za wielki, dom społeczny, gromadzący wszystkich, którzy nie mieli gdzie spędzić świąt, jak i tych, którzy mieli, ale chcieli tu.
Alec bardzo się ucieszył, widząc znowu Cecily, która ledwo zdążyli wejść, uwiesiła się na bracie z dziecinnym "co mi kupiłeś, co mi kupiłeś", aż Will nie dał jej całej siaty prezentów, z którymi rzuciła się pod wielką, parometrową choinkę, pod którą już piętrzyły się stosy.
Poznał jej chłopaka, Gabriela, który był nieco szorstki i złośliwy i najwyraźniej nie przepadał za Willem, jednak Cecily ani na moment nie puszczała jego ręki i zarzucała wszystkich potokiem żartów tak, że, wspólnie się śmiejąc, nie umieli okazywać sobie niechęci.
Zresztą Gabriel przywiózł ze sobą swojego brata i jego żonę. Siedzieli na kanapie, zajęci sobą, z małym Charliem, synem gospodarzy na kolanach i powitali ich miłym, ale pełnym dystansu uśmiechem. Alec zauważył jak się do siebie odnosili. Traktowali się jak porcelanowe figurki, jakby byli najcenniejszym co mieli w swoim życiu.
Sami gospodarze najwyraźniej przepadali za Bane'em. Pan Branwell, który na wstępie nie zareagował na swoje nazwisko i zrozumiał, że o nim mowa, dopiero, gdy zwróciło się do niego per Henry, chciał go gdzieś wyciągnąć, ale szybko się poprawił i poprosił ich do stołu.
Promieniował przyjemną dozą ekscentryzmu i oryginalności, z przybrudzonym kołnierzykiem koszuli i w fartuszku z falbankami i ogromną plamą z zupy na brzuchu. Jego orzechowe oczy się śmiały, a gdy syn na chwilę podbiegł do niego, porwał go na ręce, posadził sobie na barana i ruszył gdzieś, wgłąb domu, tłumacząc, że musi pilnować potrawki.
Jego żona, Charlotte, drobna kobietka o bystrych oczach, szybkich ruchach i silnym głosie, gdy tylko zobaczyła Aleca uściskała go serdecznie, choć krótko i - mimo pewnej sztywności i faktu, że chciała się chyba wydawać bardziej władcza niż była - Alec od razu nabrał pewności, że jest jedną najbardziej matczynych i starszosiostrowych osób, jakie w życiu widział.
Charlotte, ubrana w elegancką, ale bardzo skromną sukienkę, prowadząc ich do stołu zapytała, czemu Ragnor nie przyjechał.
- Pojechał z Cate do matki, do Brighton - odpowiedział Magnus. - Ale obiecał, że przyjedzie was odwiedzić, jeszcze przed Sylwestrem.
Pani Branwell się rozpromieniła i momentalnie przeniosła swoje zainteresowanie na Aleca, rzucając grzeczne, nienaruszające prywatności pytania, jednak nie wydały się one Alecowi zdawkowe.
Po raz pierwszy od zawsze czuł się otoczony tylko przyjaznymi ludźmi, którzy chcieli dla niego wyłącznie dobra i byli gotowi - jakkolwiek mogło być to niebezpieczne - przyjąć go do rodziny.
Czuł się tak po raz pierwszy odkąd w czerwcu wyjechał z Londynu.
Rozmyślając o tym, że Londyn, faktycznie kryje wiele niespodzianek, minęło Alecowi kilka miłych, spędzonych przy stole, śmiechach i pysznym jedzeniu godzin, aż przyszła pora na otwieranie prezentów.
Magnus przyniósł paczki zaadresowane do niego i Aleca i niecierpliwie rozrywał papier, jak zwykle, tylko po zerknięciu na opakowanie domyślając się od kogo jest.
Niebieska paczka, przypominająca książkę, ale na pewno nią nie będąca - bankowo od Willa. Małe pudełeczko owinięte złotym papierem - Tessa. Ogromne pudło, zapewne wypełnione mniejszymi, tylko po to, żeby dostał szału przy odpakowywaniu – na pewno podrzucił je Ragnor, zanim wyjechał do Bighton i poprosił Charlotte, żeby je przekazała. To by do niego pasowało.
Z kolei torebka w gwiazdki i płatki śniegu musiała być od Aleca i ten prezent zostawił sobie Magnus na koniec, jednak najpierw, cała jego ciekawość została zmącona tym, co Alec dostał od Tessy
Była to książka autorstwa Theresy Herondale, której Magnus nigdy nie czytał. Mało tego, był pewien, że nigdy jej nawet nie widział.
Był to dość gruby tom, o okładce kojarzącej się z popularną fantastyką i zwodniczym tytule "Anioły upadają".
Kiedy Alec ją otworzył, na pierwszej stronie była dedykacja:
Alecowi, jednej z tych osób, które przynoszą coś, czego nie są świadome. Masz odpowiedź na swoje pytanie.
A kiedy otworzył ją na prologu, przeczytał kilka pierwszych zdań Magnusowi.
- Są takie wydarzenia, których nie można po prostu nie utrwalić na papierze. Są to często historie, które spotykają nas albo osoby nam bliskie i potem znajdują się w pamiętnikach, albo na blogach. Mało kiedy, te historie zasługujące na poznanie, są ujawnione światu. Ja dostałam taką możliwość i postanowiłam z niej skorzystać. Bo - tak się złożyło - że moje życie dostarczyło mi więcej historii niż kogokolwiek innego.
Nazywam się Adele Starkweather, a moje pytanie brzmi - co wiecie o aniołach?
Cała reszta książki wiązała się z upadłymi aniołami, wysłannikami nieba i masą wątków związanych z przeznaczeniem. Tylko - co dziwne - to przyjaciel głównej bohaterki, zakochał się w niebieskookim, aniele, którego przywiał zachodni wiatr.
Alec uniósł głowę znad tomu i uśmiechnął się do Tessy, a ona do niego.
Alec jeszcze nigdy tak bardzo nie wczuł się w jakąkolwiek książkę. Będąc w samym jej sercu, z zewnątrz i od wewnątrz otoczony przez jej bohaterów.
XxXxX
- Nie znaczy to rzecz jasna, że Big Ben się nie spóźnia. Mam przyjaciela, który ustawia zegarek równo z nim, a ostatnio spóźnił się na lekcję. Nauczyciel powiedział mu, że pierwszy raz widzi ucznia, który spóźnił się na zajęcia ponad czterdzieści pięć minut.
Cały autokar wybuchnął śmiechem. Młody, czarnowłosy przewodnik uśmiechnął się tylko leciutko i kontynuował swój wykład na temat wieży zegarowej.
Wszyscy słuchali go z zaintrygowaniem, uśmiechając się z sympatią, która zwiastowała początek miłego tygodnia.
Powodem dla dziewczyn mogła być sylwetka tancerza, oczy anioła i dołeczki.
Chłopaków koszulka z Wolverine'em i całkowita odwrotność nudziarstwa.
Z głośników sączyło się The Beatles, przewodnik, czy też raczej Alec, jak na początku kazał się nazywać, opowiadał o wskazówkach Big Bena tak, jakby zegar był jego skrywaną miłością, a marzec na dobre urządził się w Woolwich z widocznie złym humorem. Było chłodno, padało, czyli panowała...
- Najbardziej londyńska pogoda jaką tylko mogliście zobaczyć - powiedział z uśmiechem Alec, opierając się o przednie siedzenie. - Słuchajcie zaraz hamujemy i już się rozjedziecie.
Odpowiedział mu jęk zawodu.
- Ale zobaczymy się juto - odpowiedziały mu oklaski – No wiecie, ja też mam życie prywatne...
- Bezsensu. - odezwał się głos z tylnych siedzeń
- Nie omieszkam przekazać - oczy Aleca zalśniły. Magnus miał rację, mówiąc, że powinien spróbować. Jeśli miał być szczery, nigdy nie był tak szczęśliwy z żadnego powodu jak z tego, że ktoś słuchał z zainteresowaniem tego, co opowiadał. - Ale może teraz wam przeczytam, kto gdzie mieszka? Rosalesowie u państwa Lovelace. Julian Blackthorn i Emma Carstairs - dwójka na oko dwunastolatków przeniosła na niego przerażone spojrzenia. - Jules, śpicie u brata.
Chłopiec posłał mu zaskoczone spojrzenie kogoś, kto właśnie dowiedział się o swojej rodzinie czegoś, czego wiedzieć by nie chciał, a Alec, puściwszy do niego oko, wrócił do odczytywania listy.
Tymczasem autokar zdążył zahamować przy skwerze, Alec poinformować młodych turystów gdzie się zatrzymują, a wszyscy nagle wyjątkowo bardzo chcieć wstać.
Alec w końcu złożył papiery i - nareszcie, po kilku godzinach jady, albo szwędania się po mieście, naprawdę rozprostował kości.
Rozejrzał się dookoła, w poszukiwaniu znajomych twarzy, ale na razie nie widział nikogo, czyja obecność byłaby dla niego znacząca.
Dzieciaki się rozjeżdżały, a Alec stał oparty o drzwi i bawił się paczką papierosów. Nadal nie palił, chociaż po spędzeniu ponad pół roku w akademiku, gdzie papierosy i wódka były wyznacznikiem bogactwa, a wszyscy znajomi Magnusa, a więc i jego, palili.
Lubił trzymać paczkę w rękach, bo przypominała mu o Magnusie. Zawsze kiedy czuł się niepewny brał tą cholerną paczę do ręki i miał takie uczucie, jakby to Bane trzymał go za rękę.
Stał tak, obserwując kątem oka Julesa i Emmę, którzy rozmawiali o czymś, zamknięci w swoim małym światku. Pewnie. Czekali już tylko na Blackthornów.
Jakby w odpowiedzi na jego myśli zabrzmiał dźwięk silnika starego mercedesa, który zahamował trzy kroki od niego.
Szyba opadła, ukazując roześmianą twarz Marka. Młody Blacktorn opierał się nonszalancko o kierownicę, a z siedzenia obok szczerzyła się do Aleca jego niezupełnie-jeszcze-do-końca-ale-prawie szwagierka, Aline.
- Dzień dobry - rzucił Blackthorn wysiadając z auta i chyba miał zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale uniemożliwił mu to Julian, który wpadł na niego z takim impetem, że prawie zwalił go z nóg.
Mark zaśmiał się, poczochrał bratu włosy i rzucił w czubek jego głowy klasyczne, rodzinne i starszobratowe - tęskniłem.
- Przepraszam za spóźnienie - dodał kiedy Julian go puścił i pobiegł uściskać Aline.
- Na trumnie też chcesz to wygrawerować? - zapytał Alec, ściskając mu rękę, kiedy Aline odtańczyła właśnie dziwny taniec z młodszym bratem swojej dziewczyny.
- A wyglądam ci jak Axel - Mark oparł się o samochód, mierząc przyjaciela rozbawionym spojrzeniem.
- Wiesz... On jest przystojniejszy - powiedział i obaj wybuchnęli śmiechem.
Zostawiając dzieciaki z Aline, Mark odciągnął Aleca na skwer i wsadziwszy ręce głęboko w kieszenie spodni spojrzał na przyjaciela z uśmiechem.
- Zadowolony?
- Z pracy? - kiedy Blackthorn skinął głową, Alec poczuł, że kącik ust idzie mu do góry - Jasne... Chyba... Chyba jeszcze nigdy...
- Nie byłeś tak zadowolony? - uśmiech Marka się poszerzył. - Każdy musi znaleźć swoje szczęście Lightwood. Nawet, jeśli ma dziwne gusta kolorystyczne.
Alec się roześmiał. Odchylił głowę do tyłu i pomyślał, że Mark naprawdę ma rację.
Było wiele sposobów na osiągnięcie szczęścia. Byłby pewnie szczęśliwy, gdyby mieszkał teraz w Nowym Jorku, z rodziną, studiując i spotykając się z jakimś kolegą z roku. Ale czy byłby szczęśliwy w taki sam sposób jak tu, w Londynie, z organizacją wycieczek i funkcją przewodnika na głowie, z Magnusem, zawsze gotowym rzucić wszystko dla swojego niebieskookiego anioła? Na pewno nie byłby szczęśliwy w taki sposób. A czy byłby szczęśliwy z taką mocą? Też raczej wątpliwe.
Jego prawdziwe szczęście, wyśnione, przeznaczone szczęście było tutaj. Właśnie tu i właśnie teraz, kiedy czekał, aż Bane skończy rozmowę z klientem, odpali porsche i zacznie zręcznie lawirować w wąskich uliczkach, pomiędzy autobusami i samochodami, jak mała, żółta piłeczka, byleby tylko przyjechać jak najszybciej. Do niego.
Kiedy Mark szczerzył się jak idiota machając ręką przed jego twarzą i upominając, żeby nie wdawał się w sny na jawie bo...
- Tu są dzieci - Blackthorn klepnął go w ramię - Dobra, Lightwood, ja zmykam. Zobaczymy się...
- W przyszłym tygodniu - powiedział Alec. - Po wycieczce. Tylko przywóź Julesa punktualnie. Z Newham naprawdę nie jest tak daleko.
Przed oczami stanęło mu ładne, oryginalne mieszkanie Blackthornów, nad samym brzegiem Tamizy.
Mark tylko machnął ręką.
- Jutro przywiezie ich Helen. Dzisiaj nie mogła być bo jest w pracy i dlatego wysłała nas – prychnął - Uwielbia się rządzić.
- Mark, przestań gderać - upomniała go Aline.
- To, że tobie się podoba moja siostra w roli dominującej pani i władczyni nie oznacza, że musi się to podobać mnie - powiedział twardo. - Prawdę mówiąc, byłoby to niepokojące!
- Mark! - Aline była cała czerwona. - Tu są dzieci!
- I geje - zauważył nieśmiało Alec, równie czerwony jak Aline - Przez ciebie nie mogę mrugać.
Mark wywrócił oczami.
- Nieważne - trzasnął drzwiczkami tak, że stary mercedes zajęczał na znak protestu. - Papa... - przekręcił kluczyk i wcisnął pedał gazu, ale samochód tylko zabuczał, nie chcąc ruszyć. - Dixie... – zaczął Mark groźnie - Noż rusz się, stary dziadzie! - z frustracją walnął ręką w kierownicę i gniewnie wierzgnął.
Aline parsknęła śmiechem, podobnie jak opierający się o okno Alec.
- Śmieszy cię to? - burknął Blackthorn, mierząc przyjaciela morderczym spojrzeniem.
Alec nie przestawał się głupkowato uśmiechać.
- Nazwałeś samochód Dixie? - zapytał drwiąco.
- Tak... Nie podoba się? - rzucił kąśliwie, ale kiedy tamten nie przestawał chichotać, rzucił. - Wiesz co, Lightwood? Pieprz się.
- Taki mam zamiar - Alec sięgnął przez okno i kpiąco poklepał przyjaciela po głowie - O ile Bane ruszy tu łaskawie tyłek.
- Tu są dzieci! - upomniał go Mark.
- I lesbijki - dodała Aline, posyłając mu kpiące spojrzenie - dobra Blackthorn spinaj poślady, matka czeka z obiadem.
- Jej jedzenie jest niebezpieczne - mruknął Mark ponuro, znów usiłując odpalić. Tym razem Dixie posłuchał i Mark poklepał go z uznaniem po desce rozdzielczej - Dobra, Alec, na razie!
I odjechał, a Alec nawet nie zdążył mu odpowiedzieć, bo po drugiej stronie ulicy zaparkowało żółte porsche.
Alec przeczesał dłonią włosy i ruszył do samochodu. Przez moment szedł spokojnie, dystyngowanym krokiem, ale potem, rozejrzawszy się i upewniwszy, że w pobliżu nikogo nie ma pobiegł i niemal wskoczył na fotel pasażera.
- Cześć ska... - Magnus nie zdążył dokończyć powitania, bo Alec przerwał mu pocałunkiem. Bardzo, bardzo stęsknionym pocałunkiem - Ej, kochanie, wolnego. Jestem męczony.
Alec założył ręce na piersi udając urażonego, ale uśmiechał się czule, patrząc jak jego chłopak odpala.
Panamera zamruczała jak zadowolony kot i ruszyła, a Magnus zapytał.
- To co będziemy dzisiaj robić, groszku?
- Zdobywać świat - Alec położył dłoń na jego udzie - Myślałem o czymś w rodzaju... Twoje mieszkanie... Albo hotel... I kilka godzin...
Magnus wywrócił oczami.
- Jesteś niewyżyty.
- Uczyłem się od mistrzów - odgryzł się chłopak, a Magnus zachichotał. - A tak serio, to odwiedziłbym kogoś.
- Kogo niby? - brwi Bane'a zniknęły pod włosami.
- Ragnor i Cate? - zaproponował Alec.
- Pani Fell miała wczoraj urodziny. Obstawiam, że są w Brighton i świętują. Will i Tessa na bank kogoś przyjęli, kogoś z twojej grupy. Blackthornom i Branwellom też się na głowę nie zwalimy, z tego samego powodu.
Alec wyglądał, jakby naprawdę było mu przykro.
- A Woolsey?
- Są z Raphaelem w Paryżu, u Ralfa i Camille - ten moment, kiedy wypowiedział imię byłej dziewczyny bez najmniejszych emocji, ot wspomniał jako znajomą, bratową przyjaciela, Magnus mógł rozpamiętywać przez całe życie.
Poczuł uścisk na dłoni i spojrzał w bok, na łagodnie uśmiechającego się Aleca. Był z niego dumny.
- Możemy... - Magnus przełknął ślinę - Pojechać do Hyde Parku.
- Jest straszna pogoda - zauważył Alec.
- Dawno tam nie byliśmy - argumentował Bane. - Moglibyśmy pojechać. Pokarmić kaczki. Porecytować wiersze ze Speaker Corner. Jak za starych dobrych czasów.
- Jak za starych, dobrych czasów - Alec się uśmiechnął, a Bane czuł, że myśli o tym samym co on. O słonecznym, czerwcowym dniu, dziecięcym wózku i uśmiechu. Najpiękniejszym uśmiechu świata, którym go teraz obdarował.
Ale wiedział, że Alekowi przez myśl nie przeszło to, co miał zamiar zrobić.
Że ma tam zamiar zadać pierwsze z serii poważnych pytań.
Przez jakiś czas nie był pewny. Ale kiedy spojrzał na ten uśmiech, dzięki któremu znikało całe cierpienie, serce przestało mu ciążyć.
Tak samo jak schowany w kieszeni klucz, który jeszcze chwilę temu był ciężki od nerwów i strachu. Klucz do nowego mieszkania, które było większe niż poprzednie, a miało tylko jedną sypialnię z wygodnym, podwójnym łóżkiem. I do którego swój klucz, Magnus miał w drugiej kieszeni.
- Czyli Westminster? - upewnił się Alec po chwili milczenia. Magnus wziął jego rękę ze swojego kolana, pocałował wierch dłoni i żartobliwie ugryzł w palec.
- Westminster, skarbie.
I po chwili, żółte porsche zniknęło, pomiędzy małymi, schludnymi domkami Woolwich.
No to ten... koniec.
