Allen nigdy tak naprawdę się nie zastanawiał nad swoim życiem. O, siostra, o druga siostra... Jeden ojciec, całkiem inny ojciec. Jedyna matka, bo nie było nikogo kto by ją zastąpił. Nie myślał o swoim losie, bo i po co? Umartwianie się nie zmienia przeznaczenia. Mógł tylko wszystko zaakceptować. Zaakceptować zmianę domu, nowe życie i nowy cel. Bo nikt, absolutnie nikt nie sądził, że książę w końcu będzie tylko marnym sługą.

I marnego sługę o to nie podejrzewał. Z jednej strony to dobrze, wolność od władzy i jej obowiązków. Ale, od kiedy zobaczył ciało mężczyzny, który starał się być ojcem, nie mógł się powstrzymać od złych myśli.

Bo przecież to Riliane powinna być na jego miejscu, czyż nie tak? Na jej miejscu, on Allen, na pewno coś by poradził na śmierć tak wspaniałego męża stanu. Nie zostawienie go samego, ochrona, cokolwiek. Wszystko by odgonić wizje śmierci. Dałby radę, wychowałby się w pałacu i szybko wziął sprawę w swoje ręce.

Przypomniał sobie opowieści, można by rzecz, dobranocki pewnej starej kobiety. Jedna w jego umyśle zagwoździła się niemal tak jak legenda o morzu i butelce. Nie pamiętał treści, ale morał...

Gdy spotkasz swojego sobowtóra, to oznacza, że biedny twój los.

Zastanawiał się, czy to nie jakiś okrutny żart, na przykład Riliane. Znaleźć do niego kogoś bliźniaczo podobnego. Bo, tak naprawdę, kto inny mógłby wiedzieć o jego irracjonalnym lęku? Chociaż nie, racjonalnym. Allen był pewny, że od niego nie biła taka... zła czy przeklęta aura.

Chłopak, siedział na parapecie. Oglądał płynące krople deszczu i przystawiał do nich rękę. Na całe szczęście, nie zachwycał się nimi głośno, tylko patrzył. Błękitnymi oczami z nieznanym wnętrzem. Skąd wiadomo, że nie ma czegoś z głową. Dlatego, sługa stanął przed siostrą, trzymając dłoń na sztylecie i zadał proste pytanie. Pytanie na które każdy jakoś, lepiej lub gorzej, potrafi odpowiedzieć.

- Kim jesteś?

Patrząc na niego, Allen miał wrażenie, że to gościowi nie bije serce. Jeszcze więcej wrażeń? Aż tak bardzo każdy chce, by wykitował?

Czy temu komuś na górze nie wystarczy, że na razie umarł mu przybrany ojciec?

Oczywiście, nie byłoby zabawy jakby ktoś mu odpowiedział. Riliane i ten ktoś, oboje, byli zajęci własnymi myślami, nie przejmując się sługą. O ile dziewczyna wyglądała, jakby coś w stylu całego świata się dla niej rozpadło, to ten drugi. No cóż, ten drugi po prostu był niepokojący.

- Nie zwracaj na niego uwagi - burknęła w końcu księżniczka, przy okazji przesuwając brata by mieć pełny widok. Westchnęła. - Co ty tutaj robisz, Hansel?

Nieznajomy drgnął słysząc swoje imię. Powoli odwrócił się, w tym samym tempie powiększając uśmiech. Zeskoczył z parapetu. Wykonał niezgrabny ukłon, który budził tylko politowanie. Przy pochyleniu pleców, mało co nie stracił równowagi. Zamachnął się rękami, by zaraz wrócić do bezpiecznej pozycji wyjściowej.

- Cześć, Rin - powiedział, dalej z tym głupim uśmieszkiem. Chociaż może to bardziej grymas? - Dawno się nie widzieliśmy, co? Stęskniłem się za tobą! Zawsze miło zobaczyć kogoś, kto tkwi w podobnym bagnie.

- Jakim bagnie? - dziewczyna zmarszczyła brwi. Allen przetarł oczy, bo wydawało mu się, że na jej miejscu stał ktoś inny. Mrugnął dla pewności, ale nic się nie stało.

- Kiedy jesteśmy... oddzielnie, to nic się nie dzieje. Zauważyłaś? Kiedy jesteśmy razem, ale nikogo innego nie ma, też jest dobrze. Ale - spojrzał na sługę, puszczając mu przy okazji oko - gdy jest ktoś jeszcze... W każdym razie, zauważyliście co się dzieje.

Przynajmniej Allen miał jakoś tam pewność, że to nie mu wzrok szwankuje, a to wszystko zapewne jest dziełem dziwnej, nieznanej siły... Riliane co chwila zmieniała postać, nawet się nie orientując. Druga ona została ubrana co najmniej dziwnie. Żółty materiał z długimi rękawami. Ciężko to wytłumaczyć, ale na pewno to coś nie było sukienką.

W dodatku teraz... obraz się zniekształcał. Widział przed oczami jakoś sylwetkę. Kratka, zieleń i płaszcz?

- O co tu chodzi? - spytał cicho, mając nadzieję, przynajmniej słuch miał dobry.

- Zło rośnie w siłę - odpowiedział ten drugi z tak kpiącym uśmiechem, że w Allenie aż zawrzało. Nawet jeśli nie potrafi wytłumaczyć dlaczego. - Rin ci nie tłumaczyła? Wydawało mi się, że mówiła coś o jej pochodzeniu. Z innego świata, takie tam drobnostki. Ach, już wiem! - wykrzyknął Hansel, klaszcząc w dłonie. - Pomyślałeś, że zwariowała po śmierci matki? Lub coś w tym stylu?

Księżniczka spojrzała szybko na brata, który, no cóż... Nie wyglądał najlepiej.

- Hansel, przestań - rozkazała.

To był jeden z tych momentów, kiedy Allen czuł, że nie ma na nic wpływu. Na to, w jakim miejscu w końcu się znalazł (z księcia w sługę, opłacalne, prawda?), na słowa padające w tym pokoju, na ludzi, którzy tu byli. Na siostrę, która wiedziała znacznie więcej niż mówiła i tylko utrzymywała, że tym razem to ona go ochroni. Ta, najwidoczniej nazywającego się tak, Hansela, któremu chyba nie powinno się zaufać. W żadnym miejscu i czasie.

To samo dopadło go, gdy odkryli ciało Leonharta.

- Naprawdę nic mu nie powiedziałaś? - zdziwił się chłopak. - Na przykład tego, że to ty mu kazałaś zabić Leonharta?

Cisza, która zapadła, była co najmniej... wymowna. Allen spojrzał zaskoczony na swoją siostrę, która skuliła się w sobie.

Ale... że...on. I to naprawdę jego wina?

Zobaczył w swoich rękach szklaną buteleczkę i świstek papieru, zapewne z niej wyjęty. I bez wątpienia widział na nim imię swojego przybranego ojca.

- Dlaczego kazałaś mi go zabić? - spytał cicho, oskarżycielsko. Nie widział swojego sobowtóra, jego uśmiechu. - Dlaczego? - powtórzył głośniej, jednak nie krzycząc.

- To nie byłam ja! - zaprotestowała Riliane. - Ja bym nigdy, przenigdy nie kazała ci tego zrobić!

- Ale - wtrącił się Hansel - Jakbym nie odebrał ci lustereczka, pewnie byś kazała.

- Jakiego lustereczka? - spytał Allen. Pogubił się i nie rozumiał niczego. - Zresztą, kiedy kazałaś mi go zabić?

- Lustereczko było przedmiotem gdzie mieszkał... - zaczął drugi chłopak, ale nie zdążył skończyć.

- To nie ja ci kazałam! - krzyknęła dziewczyna. - To tamta Riliane, o której ci mówiłam!

- ...demon pychy. Sprawiał, że osoba, która została...

- Mówiłam ci też, że ona była zła! Interesowała się tylko sobą, nie patrząc na poddanych!

- ... przez niego opętana, stawała się jeszcze bardziej arogancka i...

- Leonhart był dobry! Dlatego, jego sposób działania jej przeszkadzał. Postanowiła się go pozbyć i niestety...

- ... próżna. Poza tym, pycha mogła mieć więcej niż jedno naczynie, co pozwalało mu działaś na całym kontynencie.

- ... padło na ciebie. Bo tobie ufała! Ale to nie byłam ja, nie oceniaj mnie przez nią!

- Dosyć! - krzyknął Allen, czując zbliżający się ból głowy. Coś tam zrozumiał, ale tak naprawdę to nic. I jeszcze mówili w tym samym momencie... Katorga. - O czym wy w ogóle mówicie? Nieważne. Riliane... Dlaczego kazałaś mi zabić Leonharta?

- To nie byłam ja! - powtórzyła uparcie dziewczyna. - To nigdy nie byłam ja!

- Technicznie rzec biorąc, to ty to zrobiłaś - wtrącił się Hansel. - Przecież w pewnym sensie jesteś Riliane, nie?

- Ale ona i ja się różnimy!

- Czy ja wiem - zastanowił się chłopak. - Obie zostałyście opętane przez demona pychy I nawet nie mów, że nie. Nie pamiętasz swojego życia jako Rin? - dodał Hansel, widząc jej wzrok. - No właśnie. Obie pozwoliłyście na śmierć najbliższych osób. A teraz, i w twoim i jej czasie, Leonhart zginął.

- Na nic nie pozwoliłam - warknęła Riliane. - Skąd do cholery miałam wiedzieć, że to wszystko wina Kayo Sudou?! Skąd?!

- A dlaczego od razu nie powiedziałaś mi o tym... pierwszym razie? - spytał cicho Allen. - Powiedziałaś tylko, że zginąłem. Nic nie wytłumaczyłaś dokładnie. I dlatego - przybliżył się do drzwi. - Jak się zdecydujesz powiedzieć wszystko, wiesz gdzie będę.

Z tymi słowami wyszedł. I nawet usłyszał gwizdanie Hansela.