"Niech ci będzie"
Minerwa była wściekła. Na siebie, na swoje przyjaciółki i na sytuację, w jakiej ją postawiły. A przede wszystkim na cały ten okropny dzień, który stawał się z minuty na minutę coraz gorszy. Nadal nie mogła uwierzyć w to, co się przed chwilą wydarzyło. Nigdy by jej do głowy nie przyszło, że dziewczyny mogą jej zrobić coś takiego. Którakolwiek z nich.
Dziś po raz pierwszy znalazła się w Hogsmeade, jedynej wiosce w Wielkiej Brytanii zamieszkałej wyłącznie przez czarownice i czarodziejów. Każdy trzecioroczny z podpisanym przez opiekuna formularzem mógł wziąć udział we wspólnym wyjściu do wioski raz na dwa miesiące. Minerwa, Rolanda i Augusta od wielu dni planowały własną trasę. Każda z nich wybrała po jednym miejscu, które miały odwiedzić całą paczką.
Na początek Rolanda zdecydowała się na Potrzeby sportowe Spintwitches, sklep sportowy specjalizujący się w sprzedaży sprzętu do Quidditcha. Było tam wszystko, czego dusza zapragnie. Od najnowszych modeli mioteł Zmiatacz 3 i Kometa 180, do ostatnich wydań magazynu Miesięcznik Szukającego. Minerwa sądziła, że będzie zachwycona szerokim wyborem zestawów do czyszczenia mioteł, poradników i ulepszeń. Zamiast tego poczuła gorzki smak rozczarowania. Z tak marnymi oszczędnościami nie mogła sobie pozwolić na żadną rzecz, która wpadła jej w oko. Rolanda pogarszała tylko sytuację, namawiając Minerwę do kupowania wszystkiego, co mogłoby pomóc Gryfonom zwyciężyć w nadchodzącym meczu z Krukonami.
Następnie wiedźmy weszły do sklepu odzieżowego Gladraga, którego właścicielkami były dwie nader gadatliwe siostry. Podczas gdy Minerwie wystarczyło przelotne spojrzenie na kilka kreacji, Augusta spędziła bitą godzinę w przymierzalni. Do spółki z Rolandą włożyły na siebie niemal połowę szat i akcesoriów dostępnych w magazynie. Tylko dlatego, że pozostała część była przeznaczona dla czarodziejów. Nie będąc wielkim miłośnikiem mody, Minerwa chwilami poważnie rozważała możliwość zaczekania na przyjaciółki na dworze. Gdy wreszcie dziewczyny wykazały chęć opuszczenia sklepu bez kupowania czegokolwiek, Minerwa nie dała im czasu na zmianę decyzji.
- Nareszcie! - zawołała, pośpiesznie wychodząc z budynku.
- Szkoda, że nie mieli tej żółtej szaty w nieco innym fasonie - narzekała Rolanda, ociągając się z opuszczeniem sklepu.
- Tak strasznie potrzebuję butów do mojej nowej sukienki - oznajmiła Augusta, która zdawała się nie słuchać przyjaciółki. - No cóż, może dostanę coś na Pokątnej. Chodź, musimy znaleźć fryzjera. Całe szczęście, że wciąż mamy trochę czasu.
- Wcale że nie mamy - wtrąciła Minerwa, odrobinę zaniepokojona. - O ile mnie pamięć nie myli, powinnyśmy teraz iść do baru.
- Wybacz, Minerwa - powiedziała Augusta, posyłając Rolandzie niezręczne spojrzenie. - Zapisałyśmy się już na wizytę.
Minerwa zatrzymała się wpół kroku.
- Zapisałyście się ile, z tydzień temu, i dopiero teraz postanowiłyście mi o tym powiedzieć?
- Zawsze możesz pójść z nami - dodała Rolanda, usiłując załagodzić sytuację. - To znaczy, jeśli tylko chcesz.
Oczywiście, że nie chciała.
Z rękoma w kieszeniach i wzrokiem bazyliszka samotnie przemierzała główną ulicę Hogsmeade. Jej mina mogłaby odstraszyć grupę gnomów i dać do myślenia nawet szarżującemu centaurowi. Po kilku minutach bezmyślnego brnięcia naprzód znalazła się na peryferiach. Dłonie przemarzły jej do kości, lecz dziewczyny to nie obchodziło. Nie miała zamiaru siedzieć w Trzech Miotłach sama. Wrócić do Hogwartu też nie mogła. Wszyscy uczniowie mieli zebrać się na placu i wrócić do zamku ze swoimi opiekunami domów. Gdyby Minerwa się nie pojawiła, oznaczałoby to dla niej poważne kłopoty.
Westchnęła ciężko, wypuszczając obłok pary z ust. Chciała znaleźć się możliwie jak najdalej od dziewczyn, lecz przede wszystkim nie mogła się tu zgubić. Samotny spacer po nieznanym terenie znacznie różni się od przechadzki w grupie. Minerwa zawróciła i, z braku lepszych opcji, ruszyła w stronę miejsca zbiórki.
Gdy wreszcie tam dotarła, na środku placu zauważyła ogromny pomnik z kamienia. Przedstawiał on Hengista z Woodcroftu - bardzo hojnego, potężnego i wpływowego czarodzieja, który był zarazem założycielem Hogsmeade. Tak przynajmniej napisano na tabliczce. Jak można się było spodziewać, żaden z uczniów nie czekał na podróż powrotną o tak wczesnej porze.
Zrezygnowana, Minerwa usiadła na najbliższej ławce. Rozmyślała o biednym Hermesie, któremu obiecała krótki lot nad Zakazanym Lasem zaraz po powrocie. Oraz o natłoku pracy czekającej na nią w zamku. Miała nadzieję, że się dziś porządnie wyśpi. Tymczasem, zamiast zajmować się czymkolwiek produktywnym, marnowała cenne minuty. Mogła przynajmniej wziąć ze sobą kawałek pergaminu.
- Mam nadzieję, że się nie spóźniłem? - usłyszała znajomy głos.
Przed sobą ujrzała wysoką, szczupłą sylwetkę profesora Transfiguracji. Miał na sobie szary płaszcz podróżny oraz nieodłączny spiczasty kapelusz. Dziś rano Minerwa po raz pierwszy zobaczyła czarodzieja w stroju innym niż uczelniane szaty. Wciąż nie mogła przywyknąć do tak niecodziennego widoku.
- Dzień dobry, profesorze - powiedziała z nutą zaskoczenia w głosie. Jej twarz się rozpromieniła. Mimo że była w wyjątkowo parszywym nastroju, naprawdę cieszyła się, że go widzi.
- Jak ci się podoba twój pierwszy weekend w Hogsmeade? - zapytał Albus, zajmując miejsce obok.
Minerwa nie była pewna, jak mu odpowiedzieć.
- Może być - odparła wreszcie, usiłując rozgrzać zaczerwienione dłonie.
- Dlaczego nie jesteś razem z panną Hooch i panną Finch? - dopytywał czarodziej, przeszywając uczennicę uważnym spojrzeniem. - Dałbym głowę, że widziałem, jak wchodzą do salonu fryzjerskiego.
W jednej chwili młoda wiedźma przypomniała sobie, jak wściekła była jeszcze kilka chwil temu.
- Wcale nie chciałam siedzieć tutaj sama. Nie moja wina, że zmieniły mi się plany.
Albus milczał. Coś najwyraźniej zdenerwowało Minerwę. Najprawdopodobniej było to w jakimś stopniu związane z jej przyjaciółkami. Musiało dojść między nimi do spięcia, skoro każde poszło w swoją stronę. Nauczyciel był ciekaw, cóż takiego mogło poróżnić tak zgrane dziewczyny. Lecz jeśli Minerwa nie chciała mu sama o tym powiedzieć, nie zamierzał jej do niczego zmuszać.
- Jestem pewien, że to było jedno wielkie nieporozumienie. Na pewno sobie później wszystko wyjaśnicie - powiedział profesor Dumbledore, chcąc pocieszyć Minerwę. Jej sceptyczny uśmieszek i niechęć do podtrzymania kontaktu wzrokowego powiedziały mu, że poniósł klęskę. Czarodziej zagryzł wargi. Najlepszym rozwiązaniem wydawało się pozwolić dziewczynie przemyśleć problemy w samotności. Powoli wstał z drewnianej ławki.
- Przepraszam, ale muszę pójść jeszcze w jedno miejsce.
Już zamierzał odejść, gdy usłyszał pełen nadziei głos Minerwy.
- Czy mogę iść z panem?
Albus spojrzał na nią zaskoczony. Uczennica nie wiedziała nawet, gdzie zamierzał się udać. Dlaczego więc chciała do niego dołączyć?
- Obawiam się, że nie będę robił niczego interesującego. Zamierzam jedynie odwiedzić miejscowego barmana - powiedział spokojnie. Chciał się upewnić, że młoda wiedźma wie, w co się pakuje.
Minerwie zrzedła mina. Spośród kilkunastu miejsc profesor po prostu musiał wybrać Trzy Miotły. Ostatnie miejsce, w którym chciała się dziś znaleźć. Jednak była zmuszona przyznać, że marznięcie na pustym placu również nie należało do przyjemnych. Podjęła ostateczną decyzję.
- Nic nie szkodzi - stwierdziła. Zależało jej na tym, by się zgodził. Nie była pewna, jak przyjmie kolejną odmowę. - Więc jak, profesorze?
Albus postanowił rozważyć jej propozycję. W końcu sytuacja, gdy ktoś chciał mu towarzyszyć, nie zdarzała się codziennie. Może to wcale nie taki najgorszy pomysł? Prawdę mówiąc, obecność Minerwy mogła okazać się korzystna. Co nie oznaczało, że jego jedynym celem było wykorzystanie biednej dziewczyny dla własnych korzyści. Naprawdę cenił sobie jej towarzystwo.
- Jeśli nie będzie przeszkadzało ci przysłuchiwanie się nudnej rozmowie, to owszem, możesz ze mną pójść - rzekł, uśmiechnąwszy się lekko.
Profesor Dumbledore nie miał problemu z poruszaniem się po wiosce. Rzadko podążał główną drogą. Zamiast niej wybierał liczne skróty, skręcając w wąskie uliczki. Minerwa starała się za nim nadążyć. Całą drogę spacerowali w milczeniu. Dziewczyna chciała się odezwać, lecz czuła się winna, że nie była zbyt miła dla swojego nauczyciela. Nim zebrała się w sobie, czarodziej odezwał się pierwszy.
- Już prawie jesteśmy - Albus wskazał budowlę stojącą na skraju drogi. Nad wejściem wisiał szyld z napisem "Gospoda pod Świńskim Łbem".
Pierwsza do środka weszła Minerwa, przytrzymując drzwi, by nie zamknęły się profesorowi Dumbledore'owi tuż przed nosem. Wiedziała już, że trafiła w inne miejsce niż się spodziewała. Czy lepsze niż Trzy Miotły, czas pokaże. Już od progu uderzył ją zapach starego capa. Prawdę mówiąc, spodziewała się nawiązań do trochę innego gatunku zwierzęcia. Choć na zewnątrz był jasny jesienny dzień, wewnątrz panował półmrok. Młoda wiedźma zamrugała kilkakrotnie, nim jej oczy przywykły do nikłego blasku świec. Pomieszczenie, które na pierwszy rzut oka wydawało się opustoszałe, było w istocie okupowane przez zakapturzone postacie chowające się w ciemnych kątach. Przy większości stolików siedziały osoby z zasłoniętymi twarzami. Minerwa nie była w nastroju do nawiązywania z nimi znajomości. Trzymała się więc blisko opiekuna domu.
Spojrzała w kierunku baru. Za zakurzoną ladą stał barman, który dokładał wszelkich starań, by wyczyścić brudną szklankę jeszcze brudniejszym kawałkiem ścierki. Jego szczupły profil uzmysłowił Minerwie, że czarodziej był dość młody. Miał krótkie ciemne włosy, delikatny zarost na policzkach i jasne niebieskie oczy. Wyglądał dziwnie znajomo, choć młoda wiedźma była prawie pewna, że się nigdy wcześniej nie spotkali.
- Przyjdź później, Albus. Nie widzisz, że jestem zajęty? - powiedział barman, nie unosząc wzroku.
- Witaj, Aberforth - odparł Albus, podchodząc bliżej. - Nie wściekaj się, nie zajmiemy ci zbyt dużo czasu.
- Jacy my? - zapytał z nagłym zainteresowaniem Aberforth.
- Minerwa, poznaj mojego brata, Aberfortha - rzekł profesor Dumbledore do swojej uczennicy. Odwróciwszy się przodem do barmana, dodał: - Aberforth, to moja uczennica, Minerwa McGonagall.
- Bardzo mi miło, panienko - powiedział Aberforth, uścisnąwszy Minerwie dłoń. - Chcesz coś do picia?
Albus zauważył, że dziewczyna nie była przygotowana na taki bieg wydarzeń. Niepewnym głosem odparła:
- Poproszę piwo kremowe.
Aberforth odszedł od baru, nie spojrzawszy nawet na swojego brata. Wrócił, trzymając w ręku trzy brązowe butelki. Lejąc zawartość jednej z nich do kufla, zapytał:
- Uczennica mojego brata, tak? Nauczył cię czegoś pożytecznego?
- Tak, proszę pana - odparła z szacunkiem, zerkając na nauczyciela. - Uczę się wielu nowych rzeczy.
- Nie bądź taka skromna, Minerwo - rzekł Albus, uśmiechając się zachęcająco. - Jesteśmy już w połowie materiału dla piątego roku.
Młodszy Dumbledore powoli skinął głową, bacznie przyglądając się młodej wiedźmie. Korciło go, by dać bratu do zrozumienia, co tak naprawdę myśli o jego niezapowiedzianej wizycie. Albus wiedział, że powstrzymywała go przed tym jedynie obecność osoby, którą ze sobą przyprowadził. Wiedział również, że musiał działać szybko, jeśli miał wprowadzić brata w dobry nastrój. Nie mógł pozwolić na to, by Aberforth odrzucił jego prośbę.
- Profesor Dumbledore uczy mnie również, jak zostać Animagiem - oświadczyła Minerwa, najwyraźniej podbudowana wcześniejszą pochwałą.
Oczy Aberfortha rozszerzyły się niebezpiecznie. Jego dłoń zacisnęła się mocniej na do połowie pełnej butelce. Szkło ledwo wytrzymało, gdy uderzył nią o drewniany blat.
- Czyś ty zwariował?! - Aberforth znacznie podniósł głos, posyłając Albusowi piorunujące spojrzenie. Jego nagły wybuch złości zwrócił uwagę klientów. - Uczyć ludzkiej transfiguracji dzieciaka w jej wieku? Chcesz, żeby nie dożyła egzaminu na teleportację?
Albus odruchowo przyjął obronną postawę. Zdawał sobie sprawę z tego, że w tej chwili nie dadzą rady rozsądnie porozmawiać. Żałował tylko, iż nie udało mu się przewidzieć reakcji Aberfortha. Wtedy ostrzegłby Minerwę zamiast nakłaniać ja do rozmowy.
- Uspokój się, Aberforth.
- A właśnie, że się nie uspokoję! - odparł barman. - Dopóki się nie upewnię, że nie zmuszasz tej dziewczyny, by ryzykowała życiem z powodu twoich głupich zachcianek.
- Nikt mnie do niczego nie zmuszał - wymamrotała Minerwa, bojąc się powiedzieć to głośno. Lecz nie mogła już spokojnie siedzieć i patrzeć, jak cała wina spada na jej nauczyciela.
- Że co, proszę?
- To był mój pomysł. Sama prosiłam pańskiego brata, by mnie uczył. To na mnie powinien się pan drzeć.
Aberforthowi brakło słów.
- C-co ty… Twój pomysł? Jak to? Taki dzieciak nie powinien nawet wiedzieć o istnieniu Animagów.
Minerwa zastanowiła się przez chwilę.
- Przeczytałam o nich w książce - przyznała w końcu.
- Przeczytałaś o nich… - barman przerwał w połowie zdania. Przeszedł się nerwowo wzdłuż lady, mrucząc coś pod nosem. Wziął do ręki butelkę Ognistej Whisky, by po kilku krokach odstawić ją z powrotem na półkę. Był odwrócony plecami, nie dało się więc niczego odczytać z wyrazu jego twarzy. Na szczęście wyglądało na to, że się uspokajał. Dużo łagodniejszym tonem powiedział do Minerwy:
- Nie wierzę, że skłoniłaś mojego brata, by cokolwiek dla ciebie zrobił. Musisz być kimś wyjątkowym.
Następnie przyniósł sobie kolejną butelkę i pił jej zawartość w milczeniu. Minerwa odetchnęła z ulgą. Cieszyła się, że czarodziej jednak na nią nie nakrzyczał. Mimo to, nie zdawała się być skora do rozmowy. Korzystając z okazji, Albus zmienił temat.
- Powiedz, jak idzie interes?
- Nie tak dobrze, jak kiedyś - przyznał niechętnie Aberforth, biorąc duży łyk kremowego piwa. - To wszystko przez wojnę, dałbym sobie różdżkę złamać. Odkąd ci Aurorzy zaczęli tu wpadać znienacka, mam kłopoty z odzyskaniem stałej klienteli. Interesujesz się polityką, panienko?
Minerwa oblizała usta z piany.
- Codziennie czytam Proroka - rzekła w odpowiedzi. Niedowierzający wzrok Aberfortha zmusił ją do udzielenia dalszych wyjaśnień. - Moi rodzice są na froncie.
- Ach tak - stwierdził czarodziej, spuściwszy wzrok. - Przykro mi to słyszeć.
- Czy pańska rodzina również bierze udział w wojnie? - młoda wiedźma skierowała pytanie do obu Dumbledore'ów.
- Nie - odparł szorstko Aberforth, posyłając Albusowi przeszywające spojrzenie. Ta cecha musiała być dziedziczna. - Moja… rodzina… nie bierze udziału w wojnie.
Minerwa wyglądała na skołowaną, spoglądając kolejno na każdego z czarodziejów. Co Aberforth mógł mieć za złe profesorowi Dumbledore'owi? Czyżby starszy brat zabronił mu uczestnictwa w bitwach? A może coś innego jej umknęło? Było za dużo pytań i za mało wskazówek, by Minerwa była w stanie sama odpowiedzieć sobie na postawione pytania.
Dokończyła piwo jednym tchem.
- Bardzo przepraszam, ale muszę skorzystać z łazienki - powiedziała, wstając z miejsca.
- Drugie drzwi po lewej. - Barman wskazał ręką tyły pubu.
- Dziękuję - odpowiedziała dziewczyna, ruszając we wskazanym kierunku. - Zaraz wracam.
Gdy tylko zniknęła im z oczu, Albus pochylił się do przodu.
- Słuchaj, Aberforth, chciałbym prosić cię o pewną przysługę - rzekł przyciszonym głosem, patrząc bratu prosto w oczy. - Wiem, że Jacob Dawlish i jego nowo powołany Oddział Uderzeniowy pojawią się w Hogsmeade w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Muszę się z nimi skontaktować.
Udało mu się zaskoczyć Aberfortha, który zmarszczył brwi, cofając lekko głowę.
- Niby po co? - zapytał ostro barman.
Albus uśmiechnął się smutno. Bezmyślnie przyglądał się pustym butelkom.
- Chcę być w kontakcie z naszymi ludźmi stacjonującymi w Europie kontynentalnej - stwierdził z powagą, nie ujawniając zbyt wielu szczegółów.
- Chcesz, tak? A po co? - powiedział młodszy czarodziej z naciskiem.
Profesor westchnął odruchowo, zaczął jednak mówić.
"Ponieważ Ministerstwo ukrywa przed nami fakty. Prorok Codzienny słowem się nie zająknie na temat najnowszych wydarzeń, nawet pracownikom Ministerstwa nie wolno pewnych rzeczy mówić na głos. Wciąż wierzę, że mogę się do czegoś przydać, nieważne, co sam o mnie sądzisz. Lecz żeby się przydać, muszę wiedzieć o wszystkim, co się w tej chwili dzieje na obu frontach. Do tego potrzebuję zaufanego człowieka, który spróbuje przekazać moje domysły dalej.
- Co dokładnie chcesz, żeby wiedzieli?
- Nie mógłbym ci powiedzieć, nawet bez tej całej widowni dookoła. Przykro mi. Nadal pozostaje pytanie: pomożesz mi czy nie?
- No dobrze - powiedział Aberforth z irytacją. - Niech ci będzie.
Wziął kolejny łyk kremowego piwa, po czym dodał:
- Pomogę ci, ale będziesz mi wisiał ogromną przysługę, drogi braciszku.
Albus skinął głową, dając do zrozumienia, że akceptuje narzucone warunki. Nie dane mu było negocjować, jako że Minerwa szła już w ich stronę.
- Dziękuję i przepraszam za marnowanie twojego cennego czasu - rzekł profesor, zarzucając na ramiona długi podróżny płaszcz.
Aberforthowi zagotowała się krew w żyłach. Nigdy nie potrafił stwierdzić, kiedy jego starszy brat robił sobie z niego żarty, a kiedy był śmiertelnie poważny.
Minerwa sięgała już po portfel, lecz profesor Dumbledore ubiegł ją, kładąc dziesięć sykli na drewnianym blacie.
- Reszty nie trzeba.
Choć nie potrafiła tego wyrazić, dziewczyna naprawdę doceniała ten drobny gest. Nikt spoza rodziny do tej pory jej niczego nie postawił. Planowała odwdzięczyć się przy najbliższej okazji.
- Do widzenia, panie Dumbledore. Miło było pana poznać - powiedziała, po czym zniknęła za wejściowymi drzwiami.
- Trzymaj się, panienko - odrzekł Aberforth, wracając do oblepionych szklanek.
