Rozdział X
Zanim wszedł do klasy i wyjrzał zza sylwetki Snape'a, Harry zdążył usłyszeć szmery oraz stłumiony pisk. Ciągle był zaniepokojony, ale fakt, że profesor nie interweniował, rzucając zaklęcia na prawo i lewo, dawał mu nadzieję.
Chyba nie jest za późno.
Z tą myślą ostrożnie wślizgnął się do pomieszczenia.
Było ono najzwyklejszą salą lekcyjną z rzędem stołów i krzeseł. Na jednym z biurek leżały dwa podręczniki, pióra oraz stos pergaminów. Jednakże to wszystko stanowiło tło, którego Harry raczej nie analizował, dla podnoszącego się z podłogi Draco Malfoya i spanikowanego Neville'a Longbottoma.
Powiedzieć, że Harry był wdzięczny niebiosom za pelerynę niewidkę, którą miał na sobie, było pewnym niedomówieniem. Do teraz nie mógł pozbierać szczęki z podłogi, nie mówiąc o próbie zrozumienia…
Co, do cholery, się tu wyprawia?
Z drugiej strony nie sądził, że mógł prezentować się gorzej niż Neville. A nawet Malfoy.
— Longbottom! — zagrzmiał Snape, a purpurowy na twarzy Gryfon zadrżał. — Malfoy! — Ten wyglądał dużo lepiej. Nie zmieniało to jednak faktu, że jego porcelanowa skóra, była teraz chorobliwie blada, a idealna fryzura, wyraźnie potargana. Nie wspominając o stanie szkolnych szat i zaczerwienionych ustach…
Merlinie… To się nie dzieje. To nie ma sensu.
Potter w końcu oderwał wzrok od szkolnych kolegów, by spojrzeć na wyraźnie zirytowanego mistrza eliksirów. Tak, to Harry zaciągnął go tu i po raz kolejny zrobił z siebie idiotę. Właśnie wtedy, gdy chciał wszystko naprawić.
Snape westchnął, widząc, że dwójka „zabijających się" uczniów, nie miała zamiaru się odezwać.
— Panie Longbottom — zaczął raczej spokojnie, ale i tak wywołał ciarki u trójki szóstoklasistów. — Czy jesteś tu z własnej, nieprzymusowej woli?
Co?
Dokładnie to samo zdawał się myśleć Neville, bo wpatrywał się w profesora z mało inteligentnym wyrazem twarzy. Dopiero, gdy został szturchnięty przez Malfoya, zdołał wydukać: — T-tak.
Snape przewrócił oczami. — A pan, panie Malfoy?
— Tak.
— Macie dwie minuty na opuszczenie tej klasy, po czym każdy z was uda się na terytorium swojego domu — rozkazał. — Następnym razem proszę nie używać pustych sal do tych… — zakończył zdanie tonem ociekającym kpiną: — …sesji naukowych. Czy się rozumiemy?
— Tak — ponownie odpowiedział Draco.
Neville, pod intensywnym spojrzeniem Snape'a, zdołał tylko nerwowo skinąć głową. Harry nie dziwił się koledze, w końcu mistrz eliksirów był jego najgorszym koszmarem.
Gdyby wiedział, że ma coś ze Snape'em wspólnego…
Cóż, to nie było zbyt optymistyczne.
Snape odwrócił się ku wyjściu i dając Harry'emu czas na ewentualne usunięcie się z drogi, wyszedł na korytarz.
Ten mając zamiar podążyć za profesorem, ostatni raz skupił swoją uwagę na dwójce. Oboje patrzyli na siebie niepewnie, ale nagle na twarzy blondyna pojawił się uśmiech. Potterowi ciężko było uwierzyć, że zobaczył szczerą minę, zamiast zwyczajowego ślizgońskiego wyrazu zadowolenia z siebie. Neville zdecydowanie nie miał z tym problemu. Powoli odzyskiwał naturalny kolor twarzy i odwzajemnił uśmiech.
Harry czując, że nie powinien tego oglądać, opuścił pomieszczenie.
Może to wszystko miało więcej sensu niż początkowo zakładał.
Gdy Harry znalazł się na korytarzu, Snape'a nie było już na horyzoncie. Zdeterminowany, by go dogonić, przyśpieszył kroku. Skręcił odpowiednio w lewo i momentalnie przystanął.
Ugh, no pięknie. Jeszcze tego mi brakowało.
— Snape! Snape! — Gorączkował się Filch, wymachując przy tym rękoma.
— Filch, mogę wiedzieć, co ty wyprawiasz? —zapytał, podchodząc do zaaferowanego woźnego.
— Potter! Moja dzielna kicia przyszła po mnie, bo ten nie szanujący zasad chłopak uciekł!
Profesor przystanął i spojrzał na Filcha z góry.
— Mam rozumieć, że karę nadzorował kot?
— Eee…
— Wydawało mi się, że to… TY, miałeś dopilnować, że Potter odbędzie swoją karę.
— Musiałem na chwilę wyjść, ale ten dzieciak tylko łamie zasady! Kiedyś to było nie do pomyślenia!
— Dobrze, zajmę się tym. Możesz odejść, Filch.
— Ale!
Nawet z odległości, Harry mógł wyczuć rosnące rozdrażnienie profesora.
— Powiedziałem, że się tym zajmę — wycedził.
Filch dał za wygraną i niewyraźnie mamrocząc coś pod nosem, odszedł.
Może lepiej też sobie pój…
— Potter, wiem, że tu jesteś. — Snape nacisnął klamkę od masywnych drzwi. — Do mojego gabinetu. Już.
— Galaretki w czekoladzie. — Kamienny gargulec poruszył się, ujawniając kręte schody. Zaprowadziły go one wprost pod drzwi biura dyrektora Hogwartu. Lupin, z pewnym sentymentem, musnął wyrzeźbionego w drewnie gryfa i magiczne drzwi stanęły przed nim otworem.
— Dyrektorze?
Dumbledore oderwał się od studiowanego pergaminu. — Och, jesteś już, Remusie.
Wiekowy czarodziej zaprosił Lupina do salonu, który znajdował się w części prywatnej dyrektorskich kwater. Zasiedli w wysłużonych fotelach, a na stoliku pojawił się dzbanek świeżo zaparzonej herbaty. Nozdrza Remusa rozszerzyły się, gdy dotarł do nich korzenny zapach ciepłego napoju.
Reakcja nie umknęła Albusowi. — Nie krępuj się.
— Dziękuję, dyrektorze.
— Remusie, nie ma potrzeby abyś zwracał się do mnie tak oficjalnie. Moje zaproszenie było całkowicie prywatne.
— A więc, Albusie. — Wziął niewielki łyk. — Wyśmienita.
— Czyż nie? — wesoło odparł.
Lupin skinął w odpowiedzi i czekał aż Dumbledore przejdzie do sedna sprawy. Wiedział, iż to nie będzie zwykła towarzyska rozmowa. Nie mylił się.
— Myślałem o tym, aby zaprosić Syriusza do Zamku. Merlin wie, że obu wam się należy odrobina czasu wolnego. Nadchodząca sobota to weekend w Hogsmeade, więc nie widzę problemu abyś przez te parę godzin odpoczął od obowiązków szkolnych.
— Tak, przyznam, że ostatnimi czasy ciężko było nam zamienić kilka słów w cztery oczy. — Remus przeczuwał, że wizyta przyjaciela, miała również inny cel. — Harry na pewno ucieszy się z wizyty Syriusza.
Na twarzy Dumbledore'a zagościł zmęczony uśmiech.
— Ach, tak, z pewnością. Swoją drogą, chyba teraz odrabia szlaban z Argusem?
— Zdaję się, że tak — potwierdził Lupin.
Dyrektor odłożył trzymaną filiżankę na stolik. — Chciałbym abyście wraz z Syriuszem z nim porozmawiali.
— A może ty powinieneś? Harry zawsze cenił twoje zdanie.
— Nie ufa mi jak kiedyś.
— Harry jest w wieku, w którym każdy próbuje odnaleźć siebie, a szalejące hormony w tym nie pomagają. Myślę, że trzeba mu dać odrobinę czasu. Rozmowa z Łapą na pewno dobrze mu zrobi, ale nie liczyłbym na nic poważnego ze strony Syriusza Blacka. — Zażartował na końcu.
Snape był mocno poirytowany.
Z tego względu, Harry nawet nie ważył się zaprotestować, gdy profesor zażądał od niego „tej" mapy. Doskonale pamiętał, co Huncwoci sądzili o Snapie korzystającym z ich dzieła. Mógł teraz tylko obserwować, jak wargi profesora zamieniają się w cienką linie, a charakterystyczna zmarszczka na czole, się pogłębia.
Powinienem coś powiedzieć, ale co? Nie chcę jeszcze bardziej pogorszyć sytuacji.
Profesor odłożył magiczny pergamin na biurku. — To wiele wyjaśnia.
Cisza jaka nastąpiła po tym stwierdzeniu, wprawiała Harry'ego w coraz większe zakłopotanie.
— Zamierzasz tylko tak stać, Potter? Nie masz niczego do powiedzenia?
— Przepraszam.
Snape parsknął. — Ależ oczywiście, „przepraszam". Jak… wygodnie.
— Ja...
Uciszył go machnięciem ręki. — To i tak nie ma znaczenia. Twój problem polega na tym, że za słowami nie idzie czyn.
Nie jesteś lepszy! Obiecałeś mnie uczyć, a mnie olałeś!
— Czyżbyś jednak miał coś do zakomunikowania, Potter?
— Co z naszymi lekcjami?
— Chyba wypowiedziałem się wtedy jasno, że to ja będę decydował, czy i kiedy się odbędą.
— Jak wygodnie —wymamrotał pod nosem.
— Słucham?
Nie miałeś się kłócić.
— Mimo wszystko, chciałbym zapytać, czy mógłby mi pan poświęcić trochę czasu.
— Nie mam ochoty go tracić.
Harry zagryzł wargę. Patrząc na Snape'a, wiedział, że nie pozostało nic z tego dziwnego porozumienia, które osiągnęli na Grimmuald Place. Był zły na siebie, że doprowadził do tej sytuacji. Bolało go to.
Dalej, Harry. Napraw to.
— Nie stracisz, obiecuję.
— Czyżby?
— Tak! — Spojrzał Snape'owi prosto w oczy.
— Tak samo, gdy deklarowałeś ciężką pracę na eliksirach? Tak samo, gdy wymagałeś, by traktować cię poważnie, jak dorosłego? Albo jak krzyczałeś, że nie jesteś słaby?
— To… — Nerwowo zacisnął dłonie na materiale od spodni.
— Powiem ci, Potter. Zajęcia zaliczasz cudem i jestem pewien, że gdyby nie Granger, nawet nie dostałbym twoich, i tak marnych, wypracowań do ręki. Jak bardzo twoje zachowanie jest poważne, udowodniłeś chociażby dzisiaj. — Prychnął. — Tak, Longbottom z pewnością doceniłby tę bohaterską akcję, gdyby był świadom, twojego udziału w niej.
Na wspomnienie o koledze zawstydził się.
— Ale wiesz co, Potter? Może nie jesteś taki słaby. W rzeczy samej, wyśmienity pokaz mocy na śniadaniu. Koledzy byli zachwyceni.
Nie. Nie. Nie!
— Chociażby taki Finnigan, — zatrzymał się — on miał w oczach strach.
— T-to, to nie tak. Wiesz, że to nie tak.
— Przepraszam, masz rację. To nigdy nie jest wina Harry'ego Pottera. Kogo tym razem winisz?
Każde kolejne stwierdzenie Snape'a bolało Harry'ego coraz bardziej. Gorzkie słowa trafiały w samo sedno.
Pamiętał jaki był wściekły, jak szukał usprawiedliwienia dla swojego niepowodzenia.
Dumbledore, który kazał mu się uczyć oklumencji ze Snape'em, nic przy tym nie wyjaśniając. Snape, który później przerwał te lekcje. Lupin, który nie przemówił Syriuszowi do rozsądku. Żaden z nich nie ponosił odpowiedzialności za to, że Harry nie potrafił obronić swojego umysłu.
Cholera, wiem o tym! Cedric, ten Auror, każda ofiara.
— Potter?
To… Wtedy na cmentarzu… Z mojej krwi…
— Potter.
Dusił się, choć nie brakowało mu powietrza. Czuł, że trzęsą mu się ręce. Chciał krzyczeć. Wsiąść na miotłę i lecieć z całych sił, dopóki nie wpadłby na pierwsze drzewo.
— Potter!
Oglądał swoje drżące dłonie, tak jakby miała się tam znajdować jeszcze ciepła krew wszystkich ofiar. Przeszedł go dreszcz i na chwilę zamarł; na ręce poczuł silny ucisk. Od drugiego ciała biło ciepło i znajomy zapach.
Snape. Tak blisko.
Koścista dłoń puściła rękę Pottera.
— Co ty wyprawiasz? — zapytał profesor.
— Siebie — szepnął Harry.
— O czym ty znowu bredzisz?
— Winię siebie. Nikogo innego.
Snape milczał.
— Ja… Ta złość… Ona jest… Czasami… — Gdy do Harry'ego dotarło, że niezrozumiale bełkocze, zamilkł.
— Kontynuuj.
Gryfon poderwał głowę i z nadzieją spojrzał na profesora.
— To wydaje się obce, ale… jest we mnie, więc to… nie jest obce. Nie chcę tego, ale jest… gdzieś tam, w środku. Myślę, że… ja… potrzebuję pomocy.
Twarz Snape'a pozostawała niewzruszona, ale ciemne oczy studiowały twarz chłopaka. — Rozumiem — powiedział.
Rozumie? Tak, on naprawdę może mnie rozumieć.
— Tylko, dlaczego szukasz jej u mnie? Nie wiem, co ty sobie ubzdurałeś, ale…
— Byłem wściekły — przerwał Snape'owi .— Wtedy, w czasie oklumencji. Nienawidziłem tego, że ktoś oglądał rzeczy, o których nigdy nikomu nie chciałem powiedzieć.
— To nieunikniona część ćwiczeń obrony umysłu — zwrócił uwagę.
— Wiem. Tylko, że jak już ktokolwiek musiał to widzieć, to cieszę się. — Spojrzenie Snape'a stało się jeszcze bardziej intensywne. — Eee… to znaczy, ty nie robiłeś z tego niczego wielkiego…
— Bo to nie było nic wielkiego.
Słowa wypowiedziane sarkastycznym tonem, zadziałały w nieoczekiwany sposób: Harry wybuchł śmiechem; wszystkie emocje z niego uchodziły.
— Potter, opamiętaj się! — warknął. — Sobota o dziesiątej i nie chcę słyszeć żadnych wymówek.
Przecież wtedy jest wyjście do Hogsmeade… Ha! Jak myśli, że przez to zrezygnuję, to się myli.
Mistrz eliksirów podniósł z biurka mapę huncwotów. — Idź już stąd wreszcie i lepiej, żeby nikt cię nie zobaczył.
Oddaje mi ją?
Powoli podszedł do profesora i sięgnął po mapę. Wzrok Snape'a był przepełniony emocjami.
Długo nad tym rozmyślał, ale nie potrafił odpowiedzieć sobie dokładnie – dlaczego. Tylko, że on naprawdę żywił pozytywnym uczuciem właściciela tego hipnotyzującego spojrzenia.
Tak, lubię te oczy…
Zapominając o całym świecie, zmniejszył dystans między nimi i uniósł głowę. Skórę jego twarzy muskał oddech drugiego mężczyzny. Mistrz eliksirów ani drgnął. Ciepło bijące od odzianego w czerń ciała, działało na Harry'ego odurzająco. Nie myśląc o niczym, znowu to zrobił – pocałował Snape'a. Serce biło mu jak opętane, a on sam, pod swoimi ustami, czuł miękkie, lekko drżące wargi. Przymknął oczy, co spotęgowało niesamowite doznanie. Nie był wstanie wykonać żadnego ruchu, prawdopodobnie dlatego, że zmiękły mu kolana. Nagle drugie usta nieznacznie się poruszyły, wywołując falę przyjemnych dreszczy. Snape powoli i delikatnie musnął jego dolną wargę. Nie trwało to długo, ale dla Harry'ego, w tamtym momencie, czas nie istniał.
Nie miał pojęcia, kiedy Snape kazał mu wyjść, a on sam wykonał to polecenie, zakrywając się szczelnie peleryną. Gdy zamykał drzwi, usłyszał: „Minus dwadzieścia punktów Gryffindor, za opuszczenie szlabanu".
Stracił mnóstwo punktów, a był szczęśliwy, jak nigdy.
