A/N: Bardzo przepraszam za zwłokę! W natłoku zajęć zaniedbałam to opowiadanie, ale już nadrabiam zaległości. Oto kolejny rozdział!


X

Jadąc z Noah do domu Hudsonów cieszyła się, że ostatecznie przystała na propozycję Lucy, która zaproponowała, że ich tam zawiezie.

- Pomyśl sama…- argumentowała pani Leland.-… jak sobie poradzisz, jeśli Noah wpadnie w panikę? Nie dasz sobie rady z uspokajaniem go i jednoczesnym prowadzeniem samochodu, Sue. Jeśli was zawiozę, w razie kłopotów zawsze możesz mnie wezwać, albo skorzystać z taksówki, choć to bez sensu, bo gdy popatrzyłam na adres zauważyłam, że twój przyjaciel mieszka o rzut beretem od nas. Mogę tam być w kilka minut, jak docisnę gaz.- stwierdziła i panna Thomas nie mogła się z nią nie zgodzić.- Poza tym, to mój wolny dzień i szczerze mówiąc, mam nadzieję zerknąć na tatusia jubilatek. A nuż to jakieś ciacho!- mrugnęła szelmowsko.

- Lucy! Ty tylko o jednym!- zaprotestowała Sue, rumieniąc się nieznacznie.- Mam ci przypomnieć, że jesteś mężatką?- dodała.

- Przyjaciółko…- ciemnoskóra pielęgniarka przewróciła oczami.- Jestem tego świadoma i uwierz, że szaleję za tym moim bufonkiem, ale to nie znaczy, że jestem ślepa i… ciekawa, zwłaszcza teraz, gdy tak uroczo się zaczerwieniłaś. Czyżbym trafiła z tym ciachem? Przystojny ten twój przyjaciel?- dopytywała się z błyskiem w oku.

- To nie ma nic do rzeczy Luc.- zaprotestowała zaraz blondynka.- Nie jadę tam spotkać się z Jackiem, ale na urodzinowe przyjęcie jego córeczek. Nic poza tym.- dokończyła prędko, zbyt prędko i Lucy uśmiechnęła się pod nosem.- Myślę, że owa dama protestuje zbyt mocno…- zacytowała sobie luźno w głowie słowa Szekspira. Sue mogła mówić, co chciała, ale ona, Lucy Dotson- Leland, potrafiła wyczuć romans na milę!- Poczekamy, zobaczymy…- pomyślała z zadowoleniem, po czym głośno stwierdziła:- Skoro tak mówisz.

Sue spojrzała na nią podejrzliwie, ale nic więcej nie powiedziała na ten temat, nie chcąc zachęcać przyjaciółki do kolejnych dwuznacznych komentarzy. Przystała więc tylko szybko na propozycję Lucy, w duszy modląc się, by nie wydarzyło się nic, co dałoby Luc okazję do kolejnych kłopotliwych dochodzeń. Tę samą modlitwę powtórzyła wsiadając do terenowego wozu przyjaciółki. Tahoe Lucy nie tylko było wygodne, ale też znacznie ułatwiało przemieszczanie Noah i jego wózka z uwagi na swą przestronność. Sue usiadła więc obok synka i z lekkim uśmiechem patrzyła, jak nadzwyczaj spokojnie obserwował zmieniające się w czasie jazdy krajobrazy. Ulżyło jej, że jak dotąd nie wykazywał śladów paniki i miała nadzieję, że tak będzie do końca jego „przepustki".

Noah nie mówił wiele. Nadal miał z tym niejakie problemy po długim nieużytkowaniu strun głosowych, ale z każdym dniem robił postępy. Gorzej było z mobilnością, lecz należało się tego spodziewać. Odbudowa mięśni i kondycji musiała potrwać, bo przecież przez pół roku były praktycznie nieużywane, za wyjątkiem chwil, gdzie chłopczyka myto, oklepywano i masowano, by uniknąć przykrych odleżyn. Sue wiedziała, że nigdy nie zdoła się odwdzięczyć pracownikom kliniki i wolontariuszom za ich troskę, oddanie i wysiłek, jaki włożyli w opiekę nad jej synkiem. Jedyne, co mogła, to polecać ich Bogu. Mogła też się modlić, by inni rodzice, których dotknęło podobne nieszczęście, również zostali pobłogosławieni przebudzeniem swoich dzieci i, jak ona, mogli wreszcie zaznać ulgi.

Sue spojrzała na swego synka i uśmiechnęła się widząc, jak chłonie oczami widoki zza szyby samochodu. Nigdy nie widział Waszyngtonu. Nie naprawdę. Gdy tu przybył, na pewno nie było planów zwiedzania. W dodatku praktycznie kilka godzin później wydarzył się ten straszny wypadek i reszta pobytu Noah w stolicy była najprościej mówiąc snem, i to wcale nie jednym z tych przyjemnych. Sue przyjechała tu zaraz za nim i kiedy okazało się, że malec się nie obudzi po operacji, że może nigdy się nie obudzić, została, zostawiając za sobą wszystko, czego wcześniej z takim trudem dokonała. Paradoksalnie nie była to ciężka decyzja, choć wtedy jej akademicka kariera kwitła, choć miała ładne mieszkanie i dobrą pensję profesorską. Zamieniła to wszystko na pracę zwykłej bibliotekarki, znacznie słabiej płatną, z małym mieszkankiem zamiast wielkiego, ale pustego apartamentu, i zrobiła to bez wahania, bo jej dziecko było najważniejsze. Skoro Noah nie mógł w tym stanie wrócić do Ohio, ona przeniosła się do D.C. aby przy nim być. Zresztą, w Columbus już nic jej nie trzymało. Rodzina się jej wyrzekła, bo pokochała kogoś spoza ich restrykcyjnego kościoła i uciekła, by wyjść za mąż. Gdyby wtedy wiedziała…

Tak czy owak, była praktycznie sama na świecie, jeśli nie liczyć Noah, i już do tego przywykła. Dawny ból złagodziła jej nieustająca wiara w Boga i cud, który stał się jej udziałem. I choć tęskniła za rodzicami, za braćmi, poza „wspólnotą" nauczyła się żyć prawdziwie w zgodzie ze Stwórcą, nauczyła się, że wiara nie jest narzędziem kontroli wiernych, i że Bóg wybacza, jeśli tylko Go o to poprosić. Gdyby jeszcze tylko jej rodzina to zrozumiała…

Pod podany przez Jacka adres przybyła nieco wcześniej, by ułatwić synkowi aklimatyzację w nowym miejscu, zanim zjawi się więcej gości i zrobi się totalny chaos, jaki zwykle panował na tego typu imprezach. Lucy pomogła jej usadowić Noah w wózku, ale na szczęście dla Sue zadzwonił Myles, więc już nie odprowadzała ich do wejścia, tylko pomachawszy, odjechała w stronę centrum, gdzie już czekał jej mąż. Sue wzięła więc głęboki oddech i podprowadziwszy wózek pod drzwi, zadzwoniła. Levi przy jej boku zachowywał się wzorowo, jakby nie tylko służył za uszy swej pani, ale również czuwał nad jej potomkiem. Blondynka w takich chwilach była wdzięczna losowi za tego kudłacza. Nie tylko za nią słyszał, ale też był nieocenionym rehabilitantem dla jej maleńkiego chłopczyka. Noah, odkąd tylko się obudził i stał bardziej świadomy, lubił głaskać goldena, dzięki czemu nie tylko był spokojniejszy, ale też podświadomie ćwiczył rączki, które z każdym dniem stawały się silniejsze i sprawniejsze, choć do dawnej sprawności było im jeszcze daleko.

Po minie Hudsona wywnioskowała, że nie tego się spodziewał otwierając podwoje swego domu i stając z nią, z nimi, twarzą w twarz. Jack szybko jednak otrząsnął się z zaskoczenia i uśmiechnąwszy się szeroko, przywitał Sue, po czym kucnął przed wózkiem towarzyszącego jej malca. Panna Thomas zrobiła to samo i dokonała prezentacji.

- Noah, kochanie, to jest pan Hudson. Jest tatusiem Noni i Eden, na urodziny których zostaliśmy tu dziś zaproszeni.- powiedziała łagodnie i spojrzała na bruneta.- Jack, poznaj Noah, mojego synka.- dodała niepewnie.

W pierwszej chwili, gdy ujrzał to dziecko, był … zdumiony, jednakże nie zajęło mu dużo czasu zrozumienie, kim był chłopczyk. Podobieństwo było aż nadto widoczne. Nie przeszkadzało mu to jednak jak długo Noah był jedynym mężczyzna w jej życiu, stwierdził skrycie brunet. Poza tym, stan malucha od razu obudził w nim współczucie i całą masę innych, ciepłych uczuć, więc zareagował szybko i powiedział do synka Sue:

- Witaj, smyku.- zaczął ciepło.- Jestem Jack i tak mi mów. Bardzo się ciszę, że z mamą odwiedziłeś nasz dom i wiem, że moje dwie córeczki, które zaraz ci przedstawię, powiedzą ci to samo. Z pewnością się zaprzyjaźnicie!- mrugnął i ku wielkiej uldze oraz radości matki Noah lekko się uśmiechnął.

- Hej, Jack…- wymruczał z wysiłkiem, ale dość wyraźnie i Sue wiedziała, że na razie wszystko będzie dobrze. Pierwszy, najtrudniejszy krok był już za nim.

TBC