10.

Reszta wieczoru przebiegła już bezproblemowo. Co prawda, Tara czuła natrętne spojrzenia Mastersa i kilka razy usłyszała zawistnie komentarze dochodzące od strony stolika tzw. „popularnych", ale postanowiła zupełnie ignorować ludzi, których nie lubiła i w efekcie, bawiła się świetnie. Bobby był idealnym „chłopakiem". Czuły, troskliwy i szarmancki, podbił jej kolegów swym niepowtarzalnym poczuciem humoru i inteligencją, a panie usidlił akcentem i tymi zabójczymi dołeczkami, od których Tarze zawsze wiotczały kolana.

Kiedy żegnali się ze wszystkimi, było już po północy. Wymieniwszy telefony, obiecali solennie utrzymać kontakty i spotykać się częściej, niż co kilkanaście lat.

-„ Trzymaj się Pi i omijaj kule!"- życzyli jej matematycy, gdy nieco podchmielona, opuszczała towarzystwo, wsparta na ramieniu Crasha.

-„ Wy też się trzymajcie!"- odparła i czknąwszy cicho, zachichotała. –„ Przepraszam!"- dodała grzecznie (choć towarzystwu nie przeszkadzał ten "wypadek") i pomachawszy ręką na pożegnanie, podreptała za swym ukochanym w stronę wyjścia.

Na szczęście tym razem, Sally Anne nie czatowała u drzwi i odbyło się bez zbędnych i obłudnych pożegnań.

-„ Dobrze się bawiłaś, luv?"- zapytał Bobby wesoło, gdy usadowił ją w samochodzie i zajął miejsce kierowcy. Dobrze, że Tara wzięła mercedesa ojca, a nie swojego cabrioleta marki „Mini", bo tu przynajmniej nie musiał podkurczać długich nóg, jakimi obdarzyła go natura.

-„ Świetnie! Było lepiej, niż się spodziewałam, ale to twoja zasługa, Bobby…"- powiedziała miękko. –„ Gdyby cię przy mnie nie było, nie wiem, czy odważyłabym się tam wejść…"- przyznała szczerze. –„ Dzięki tobie, przełamałam swój strach, Crash… Dziękuję!"

-„ Taro, skarbie, nie zrobiłem niczego wielkiego…"- odparł Bobby skromnie. –„ To była dla mnie przyjemność, luv, móc z tobą spędzić ten wieczór, móc z tobą tu przyjechać."- dodał.

Tara spojrzała na niego z wdzięcznością i uśmiechnęła się delikatnie.

-„ Dla mnie, to było bardzo dużo, Bobby…"- powiedziała poważnie. –„ Tam, w środku, byłeś moją opoką, bezpieczną ostoją, moim rycerzem w lśniącej zbroi!"- komplementowała go, ośmielona alkoholem. –„ Byłeś cudowny.."

-„ Widzę, że moja słodka, wstawiona Pi, się rozgadała…"- zachichotał Bobby.

Spojrzała na niego z powagą i odparła:

-„ Może i jestem wstawiona, Crash, ale wiem, co mówię i przysięgam, że to wszystko prawda! Dzięki tobie, znalazłam siłę, by pokonać swoje demony, więc masz u mnie WIELGACHNY dług. Powiedz mi, czego chcesz, a oddam ci wszystko!"- zapewniła stanowczo.

Manning raz jeszcze się roześmiał i wesołym głosem wypalił:

-„ Przypomnę ci te słowa, gdy będziesz całkowicie trzeźwa…"- po czym, już poważniejszym tonem, dodał:-„… Wtedy upomnę się o ten dług, luv. Możesz być tego pewna…"

Tym razem, jego szept brzmiał, jak obietnica i Tara pokryła się szkarłatnym rumieńcem.

-„ Będę czekała…"- powiedziała cicho.

Mówiła poważnie… Po tym, co dla niej zrobił, jak ją wspierał, była gotowa zrobić dla niego wszystko. Bobby ofiarował jej więcej, niż jakikolwiek mężczyzna przed nim. Zresztą, co tu kryć?... Przy Crash'u, każdy facet wypadał blado, bo on nie tylko był piękny jak Apollo, wesoły i inteligentny, ale w dodatku miał serce ze szczerego złota i wrażliwą duszę.

-„ Jakim cudem Darcy była tak głupia, by pozwolić mu zniknąć ze swojego życia? Jak można porzucać ideał?..."- myślała, kiedy odwoził ją do domu.

Minęła pierwsza, gdy wreszcie dojechali. Nim zdążyła wysiąść z samochodu, Bobby ekspresowo opuścił wnętrze mercedesa i jak na dżentelmena przystało, otworzył dla niej drzwi oraz ofiarował wsparcie przy wysiadaniu. Kiedy ich dłonie się zetknęły, zadrżała. Mimo, że noc była chłodna, jego skóra promieniowała ciepłem, które ogrzewało i Tarę. Może dlatego, że gdy odprowadzał ją do drzwi, ramię Crasha delikatnie otaczało dziewczynę w pasie. Było jej tak dobrze u jego boku…

Jej rodzice zapewne już spali i żeby ich nie budzić, oboje zdecydowali, że użyją zapasowych kluczy, by dostać się do rezydencji. Drżącymi rękami, Tippy wygrzebała je wreszcie z torebki i zamierzała właśnie otworzyć drzwi, gdy poczuła jego palce, oplatające jej dłoń…

-„ Pozwól, luv…"- powiedział miękkim głosem i spojrzał jej prosto w oczy. Była taka piękna… Znów poczuł potrzebę, by pocałować tak jak wtedy, na parkiecie, nie dla publiczności, ale dla samej Tary i przyjemności całowania jej… Delikatnie odebrał jej klucze, ale nie włożył ich do zamka. Zamiast tego, wolną ręką dotknął jej policzka, kciukiem czule gładząc jedwabiste usta ukochanej, tak słodkie, wprost stworzone do całowania… Powoli pochylił głowę i zastąpił palec swoimi wargami. Jego pocałunek był pełen czułości, ale i namiętności, i sprawił, że przez jej ciało przeszedł przyjemny dreszcz.

-„ Bobby…"- wyszeptała, gdy wreszcie przerwali rozkoszną pieszczotę.

-„ Nic nie mów, Taro… Tak jest dobrze…"- powiedział cicho, przytulając ją do siebie. Oplotła go mocno w pasie i stali tak przez dłuższą chwilę, w milczeniu, z dala od ciekawskich oczu. Byli tylko oni…

Wreszcie Crash otworzył drzwi i jeszcze raz skradł jej całusa.

-„ Chłopak powinien pocałować swoją dziewczynę na dobranoc…"- argumentował. –„ Nie uważasz?"

-„ Popieram! Myślę, że to wskazane, a nawet konieczne!"- odparła i cmoknąwszy go w usta, weszła cicho do domu. Bobby, z szerokim uśmiechem, ruszył za nią…

Scenę przed domem, dyskretnie, z okna swego zaciemnionego gabinetu, obserwował admirał, który teraz szczerzył się od ucha do ucha. Ci dwoje byli bardzo zabawni, a te ich miłosne manewry bardziej zagmatwane, niż podchody Navy SEALS! Tym nie mniej, James cieszył się, że w życiu jego córeczki jest tak wartościowy, młody człowiek, jak Bobby Manning. Temu chłopakowi najwyraźniej zależało na Tarze i tylko to się liczyło dla „Barakudy"- tylko szczęście jedynego dziecka.

Gdy oboje zniknęli w sypialniach, admirał cichutko wrócił do swojej i spokojnie zasnął u boku małżonki…

TBC