Rozdział 10
Wylądowali w dużym, ciemnym i zaniedbanym ogrodzie, po którym Echo rozejrzał się zdziwiony.
- Co się stało? – szepnął, jakby bał się podnieść głos.
- To właśnie magia, głupcze – gdy tylko zadanie zostało wykonane, współpracujący z nim czarodziej, przestał nawet udawać jakikolwiek szacunek względem niego. – Za mną! Nasz pan nie lubi czekać – rozkazał głosem nie znoszącym sprzeciwu.
Echo, nie mając innego wyboru, w milczeniu podążył za nim.
***
Lucjusz Malfoy wyszedł zza ciemnych konarów drzew i rozejrzał się wokoło. To miejsce budziło grozę nawet w nim. Unosił się tu bowiem wszechobecny smród śmierci i strachu. Nikt nie wiedział ilu ludzi tutaj zginęło, bądź było torturowanych przez te kilka lat, w czasie których dwór był jedną z głównych siedzib Voldemorta.
Od czasu pamiętnej ucieczki Snape'a i Pottera, tematu którego nikt przy zdrowych zmysłach nie poruszał przy Lordzie, Koszmarny Dwór stracił na wartości. Voldemort korzystał z niego niechętnie, lecz nie chciał go zburzyć. Było to przecież miejsce, w którym zginął jego największy wróg - nastoletni chłopiec. Riddle prawie w ogóle nie przetrzymywał tam więźniów, mimo że posiadłość została dodatkowo wzmocniona po tamtych wydarzeniach.
Nikt do tej pory nie wiedział, jak dwójce skrajnie wyczerpanych ludzi udało się uciec z jednego z najlepiej strzeżonych miejsc w Wielkiej Brytanii. Voldemort dawno już postanowił, że straconych zostanie tam jeszcze tylko kilka wyjątkowo ważnych osób. Chodziło między innymi o aktualnego Ministra Magii, szczególnie skutecznych Aurorów i nauczycieli z Hogwartu.
Oczywiście najważniejszym z nich był Severus Snape. Lord chciał dokończyć dzieło. Więzień, który mu się wymknął i przez tyle lat miał czelność żyć i miewać się stosunkowo dobrze, musiał w końcu zginąć.
Od czasu pamiętnej ucieczki, pałacyk położony w Europie Środkowo – Wschodniej stał się głównym miejscem zebrań Śmierciożerców. A zachowanie okolicznych mieszkańców, którzy praktycznie odgrodzili teren policyjnym kordonem, bardzo ułatwiało sytuację.
Lucjusz poprawił maskę zasłaniającą twarz i skierował się do bramy wejściowej. Była ogromna, przyozdobiona mosiężnymi wężami, które były widoczne tylko dla czarodziei. Przejść przez nią mogła tylko osoba posiadająca Mroczny Znak. Wielu Śmierciożerców między sobą przeklinało konieczność przejścia pomiędzy gadami, które mierzyły wzrokiem każdego wchodzącego, niemal jak żywe.
Mówiono, że Lord dodatkowo zabezpieczył wejście, żeby nikt nie mógł oszukać węży i dostać się niepostrzeżenie na teren pałacu. Jednak nawet jego najwierniejsi słudzy nie wiedzieli na czym te zabezpieczania miały polegać, a znając pomysłowość swojego pana, woleli nie wiedzieć.
Malfoy przeszedł ciemnym korytarzem, pełnym starych, pożółkłych obrazów, rzeźb i kosztownych mebli – reliktów świetlanej przeszłości tego zapomnianego miejsca. Obecnie nie było nawet widać, że kiedyś pałac był zadbany i piękny. Wszędzie panował mrok, tylko gdzieniegdzie paliła się samotna świeca, rzucająca na wszystko długie cienie, które nadawały dworowi jeszcze bardziej tajemniczy i przerażający charakter.
Mężczyzna westchnął cicho i szczelniej otulił się peleryną. Mimo że był wrzesień, w pałacu panował przenikliwy ziąb, niektórzy tłumaczyli to częstą obecnością Lorda. Początkowo sceptyczny Lucjusz zaczynał się z tym zgadzać.
Zebrania odbywały się w dawnej sali balowej. Kiedyś zapewne musiało być to okazałe i piękne pomieszczenie, jednak teraz wyglądało strasznie. Sala była ogromna i ciemna. Wysoki sufit był odrapany, niegdyś jasna farba, złuszczyła się i odchodziła wielkimi płatami, zamiast żyrandoli, wisiało tylko kilka świeczek. Każdy ruch sprawiał, że po ścianach przesuwały się długie cienie, protegując uczucie grozy. Niektórzy mawiali, że nawet gdy byli sami w pomieszczeniu, czuli tam czyjąś obecność.
Po zniszczonej, drewnianej podłodze walały się liście, których nikt nie uprzątnął, powodując niemal nieustanny cichy szelest. Przez nieszczelne okna wiał wiatr, świszcząc i pojękując żałośnie, jakby zdawał sobie sprawę z aktualnego przeznaczenia niegdyś pięknego pałacu. Dawne eleganckie kanapy zostały zniszczone, a jedynym meblem był teraz wielki, rzeźbiony tron, na którym siedział Lord Voldemort.
Dokoła niego zebrało się już kilku członków Wewnętrznego Kręgu. W milczeniu zajął miejsce koło Avery'ego i spojrzał na swojego pana. Lord wyglądał dziś na wyjątkowo zadowolonego, więc Malfoy odetchnął. Po ostatnim zebraniu, przez kilka dni leczył dolegliwości po Cruciatusach.
Po dłuższej chwili milczenia, podczas której Lord przyglądał się zebranym Śmierciożercom, w końcu przemówił.
- Witajcie Śmierciożercy – popatrzył na każdego z osobna. Niektórzy pod wpływem tego spojrzenia, wstrzymali oddech. Lucjusz do nich nie należał. Dawno temu przestał lękać się śmierci.
Teraz miał jednak powód, by jeszcze nie rozstawać się z tym światem. Miał nadzieję, że jego misterny plan się powiedzie.
Nie uda ci się, jeśli on zauważy, że nie słuchasz – zgromił się w myślach i z największym skupieniem spojrzał na Lorda.
- Lata temu toczyliśmy wojnę w obrębie Wielkiej Brytanii. – Voldemort zaczął przemowę. – Wtedy naszym głównym przeciwnikiem była organizacja kierowana przez tego obrońcę szlam i mugoli. Kiedy pojawił się Potter, Dumbledore miał nowego sprzymierzeńca, którego kreował na „zbawcę świata czarodziejskiego" – powiedział w jawną kpiną w głosie.
Malfoy miał ochotę ziewnąć.
Powiedz coś, czego nie wiem – prychnął w myślach, zastanawiając się dlaczego Lord robi im jakąś lekcję historii. Słuchał jednak dalej.
- Po śmierci chłopaka – uśmiechnął się tryumfalnie – postanowiłem nie zajmować się krajem, w którym aż roi się od buntowników i głupców. Od tego czasu moja uwaga skupiona jest na całym świecie. Moi słudzy są w rządach i organizacjach międzynarodowych, mają wpływ na politykę. Czasy się zmieniły, nie możemy współpracować tylko z czarodziejami, dlatego też, choć z wielką niechęcią, dopuściłem do waszego grona najwybitniejszych mugoli – skrzywił się lekko.
– Również wy na co dzień się z nimi stykacie i kierujecie ich działaniami. Okazało się jednak, że moja droga do całkowitego opanowania świata, stała się bardziej skomplikowana. Amerykanie, w osobie ambitnego Sekretarza Obrony, od lat prowadzą z nami wojnę podjazdową, co gorsza próbują włączyć w to Brytyjczyków. Sekretarz skutecznie komplikuje moje działania, w czym przypomina trochę Pottera, tylko że ma większe możliwości.
Lucjusz nie mógł się w tym nie zgodzić. Przez ostatnie lata, działania sekretarza praktycznie uniemożliwiały Śmierciożercom wypełniania poleceń Lorda. Prywatnie, Malfoy podziwiał tego człowieka, który był jeszcze tak młody, a dźwigał prawie sam ciężar walki z Syndykatem. Oficjalnie jednak nie mógł powiedzieć na sekretarza nic dobrego.
- Nie mogłem pozwolić, żeby ten dzieciak dłużej komplikował mi plany – powiedział Voldemort, wyglądając, co nieczęsto mu się zdarzało, na bardzo zadowolonego. Lucjusz jęknął cicho. Wiedział, że takie nastawienie Lorda nie wróży nic dobrego. Równałoby się to z podpisaniem zgody na własną śmierć w męczarniach.
W tym momencie weszły dwie osoby. Jedną z nich był, jak zauważył Lucjusz, Marcus Flint, były kapitan Ślizgonów, czarodziej niezbyt inteligentny, jednak ślepo oddany Czarnemu Panu. Drugiego człowieka Malfoy nie znał. Wyglądał na mugola i to naprawdę wystraszonego.
- W samą porę – stwierdził Lord, a Flint upadł przed na kolana.
- Zadanie wykonane, mój panie, dokładnie tak jak rozkazałeś – powiedział Marcus. Voldemort przez chwilę mierzył go spojrzeniem, po czym zainteresował się stojącym w cieniu, wystraszonym mugolem.
- To jest, jak rozumiem, ten pilot, tak? – zwrócił się do Flinta, ignorując Echo.
- Tak panie, to ten mugol.
- Więc postanowiłeś mi służyć? – Voldemort spytał pilota. – Czy Marcus rzucił na ciebie Imperiusa, co?
- Mój panie… – Flint próbował coś powiedzieć, ale Voldemort mu przerwał, po czym dalej patrzył na Echo.
- Uznałem, że warto walczyć dla tej sprawy – mruknął pilot patrząc na ziemię.
- Jakiej sprawy? – spytał Lord cicho, a Lucjusz zauważył, że Flint skulił się w sobie.
Ciekawe co ten głupiec mu nagadał? – pomyślał.
- Marcus powiedział, że chcecie przejąć władzę nad światem i oddać ją w ręce kompetentnych ludzi – odparł pilot cicho.
- Tak – powiedział Lord nadal mierząc go wzrokiem. Leżąca obok niego Nagini zasyczała, przez co obaj przybyli wzdrygnęli się. – Coś jeszcze? A wasze zadanie?
- Jednym z tych ludzi ma być amerykański Sekretarz Obrony. Mieliśmy zniszczyć jego ochronę i nie zostawiać świadków, a inni piloci odeskortują go w bezpieczne miejsce.
Malfoy miał ochotę parsknąć śmiechem. Ten człowiek zupełnie nie wiedział, jak wygląda sytuacja! Uwierzył w bezsensowne bajeczki, czym najprawdopodobniej wydał na siebie wyrok śmierci. Nagle jednak spoważniał, zastanawiając się, co Voldemort zamierza zrobić. Jeśli coś się stanie sekretarzowi, nikt już nie będzie stał mu na drodze, a to nie wróżyło dla świata niczego dobrego.
Lord przez dłuższą chwilę milczał.
- No tak, sądzę że zaświaty są bezpiecznym miejscem – stwierdził, a kilku Śmierciożerców parsknęło śmiechem. Lucjusz jęknął.
- Zaświaty? – spytał Echo zdumiony.
- Nikt nie uratuje sekretarza, jego ochrony już nie ma, a łączność w samolocie nie działa. Mój sługa w Air Force One o to zadbał.
- Nie! – wykrzyknął pilot odzyskując na moment dawną pewność siebie. – Nie możecie tego zrobić, generał jest najlepszym dowódcą, jakiego znam. On nie może tak po prostu zginąć, nie, nie…
- Znasz go? – zapytał Lord z nagłym zainteresowaniem.
- Walczyłem pod jego rozkazami.
- Ciekawe – Lord nad czymś się zastanawiał. – Możesz się okazać przydatny – Echo patrzył na niego, wyglądając na równocześnie przerażonego i załamanego. – Avery – Voldemort skinął na sługę, który skłonił się nisko – odprowadź go do lochów, ale zostaw w spokoju. Nasz gość musi wiele przemyśleć, a potem może z nim porozmawiam - Avery, uśmiechając się sadystycznie złapał pilota za ramię i wyprowadził z sali.
Echo był zupełnie bierny, załamany. Chciał wybić się ponad przeciętność, chciał zmienić świat. Nie wystarczały mu już odznaczenia, gratulacje i uznanie. A teraz pogrążył siebie, była to słuszna kara za jego głupotę.
Poza tym, wiedział że nie ma po co wracać, jeśli nawet w jakikolwiek sposób by mu się to udało. Dla Amerykanów był zdrajcą, wrogiem. Co gorsza, bez sekretarza i jego doradców, byli na straconej pozycji.
Gdy Avery brutalnie zepchnął go do celi, przypomniały mu się słowa Flinta: „Dla naszego pana nie ma rzeczy niemożliwych. On wynagradza odważnych."
Lochy były ciemne, panował w nich przenikliwy ziąb. Echo usiadł w rogu i ukrył twarz w dłoniach.
***
- To prawda, mój panie? – spytał jakiś Śmierciożerca. – Sekretarz zginie?
- Owszem – Lord rozsiadł się wygodnie na tronie. – Sądzę, że jest, a raczej był – uśmiechnął się przerażająco - ostatnią przeszkodą na drodze do realizacji planu. Lucjuszu – arystokrata drgnął i skłonił się lekko – pójdziesz zobaczyć co mugole mówią na ten temat. Bo jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, mój sługa nie będzie w stanie poinformować mnie o wykonaniu zadania.
Malfoy skierował się do przyległej sali, gdzie stał najprawdziwszy mugolskie telewizor. Rzucone były na niego specjalne zaklęcia, by działał pomimo obecności magii.
***
Dziennikarka Kate Hindson, nerwowo poprawiała rozburzone przez wiatr włosy. Pogoda była straszna, ciemne chmury wróżyły olbrzymią ulewę.
- Mamy wejście za trzy minuty, masz tylko dwójkę, więc podaj najważniejsze informacje – usłyszała ze studia.
- Nie jestem w stanie za dużo powiedzieć. Zrobili prawie ze wszystkiego tajemnicę wojskową – odparła zirytowana. Jako jedna z najlepszych dziennikarek CNN, nie mogła być niedoinformowana.
„Całe szczęście, że tylko dwie minuty" – pomyślała.
- Wymyśl coś, po twoim wejściu będzie sporo o sekretarzu, mamy już zaproszonych gości, potem damy parę słów o stosunkach w Białym Domu, ale co jakiś czas będziesz wchodziła na żywo. Dawkuj wiadomości.
Szef stacji, kiedy znalazł dobry temat, potrafił zapchać tym wszystkie serwisy informacyjne. Gdy temat był naprawdę sensacyjny, nie liczył się z jakąkolwiek ramówką. Najprawdopodobniej przez następne kilka godzin będą nadawać tylko o tym.
Kamerzysta dał jej znak, że zaraz wchodzą na żywo na antenę.
Trzy,
Dwa,
Jeden…
- Witam państwa. Znajduję się przed niewielkim lotniskiem położonym niedaleko Waszyngtonu, które właśnie zamieniło się pilnie strzeżoną bazę wojskową. Nasze nieoficjalne informacje, zostały tym samym potwierdzone.
Zrobiła pauzę patrząc wprost na kamerę. Używała wielu sztuczek, by przyciągnąć widza. Za to jej przecież płacili.
– Dziś miała odbyć się tajna konferencja pomiędzy najważniejszymi dowódcami kraju. Niestety podczas narady prowadzonej przy pomocy najnowocześniejszych urządzeń satelitarnych, samolot w którym przebywali między innymi Sekretarz Obrony Stanów Zjednoczonych i dyrektor Centralnej Agencji Wywiadowczej, został zaatakowany przez Syndykat.
Znów przez kilka sekund milczała, potęgując napięcie.
– Wojsko i Biały Dom odmówiły udzielenia jakichkolwiek informacji, natomiast lotnisko które państwo widzą za moimi plecami, jest aktualnie chyba najpilniej strzeżonym miejscem w Stanach Zjednoczonych.
Kamerzysta próbował na maksymalnym zbliżeniu pokazać cokolwiek z tego, co działo się za szczelnym kordonem wojska, a Kate kontynuowała.
– Nie wiadomo co z pasażerami samolotu, których ochraniać miały amerykańskie myśliwce. Z nieoficjalnych informacji wynika, że lotnictwo wysłało samoloty na ich poszukiwanie.
Kamera znów była skierowana na nią.
– Jak wygląda sytuacja? Gdzie jest Sekretarz Obrony? Na te pytania postaram się odpowiedzieć państwu w najbliższym czasie. Miejmy nadzieję, że wojsko lub Biały Dom wreszcie przerwą milczenie. Z lotniska mówiła Kate Hindson.
O całym zajściu dowiedziała się zaledwie kilka minut wcześniej, na szczęście była w pobliżu, więc pojechała. Nie przypuszczała nawet, że trafi jej się główny temat dnia. Nie wiedziała zbyt dużo, a zrzucenie winy na rzeczników prasowych państwowych instytucji, było najprostszym manewrem stosowanym przez niemal wszystkich dziennikarzy.
- Koniec – powiedział kamerzysta, szybko chowając sprzęt i wchodząc do wozu transmisyjnego. Właśnie rozpętała się ulewa.
Kate usiadła na przednim siedzeniu ze zmarszczonymi brwiami.
- Zostajesz tu? – spytała kolegę.
- W taką pogodę nie zamierzam się stąd ruszać, chyba że znowu będą chcieli coś na żywo – popatrzył na nią zdziwiony, po czym zainteresował się swoimi kanapkami.
Kate wzięła parasol i otworzyła drzwi, wychodząc na deszcz.
- Idę się czegoś dowiedzieć – rzuciła mu przez ramię.
***
- Panie prezydencie, może wejdziemy do środka? – spytał Collins, gdy deszcz zaczął mocniej padać, a oni stali na otwartej przestrzeni.
- Nie… - szepnął tylko starszy człowiek. Andrew miał ochotę jęknąć.
W tym momencie podbiegło do nich kilku funkcjonariuszy Secret Service i stanęli za nimi z parasolami. Nie byli zdziwieni całą sytuacją. Andrew pomyślał, że albo są rewelacyjnie wyszkoleni, albo przyzwyczajeni do takiego zachowania głowy państwa. Jeden z nich podszedł jednak do prezydenta.
- Jason, dobrze cię widzieć – odezwał się prezydent.
- Witam panów – schylił lekko głowę. Andrew nie znał tego człowieka, musiał być jednak wpływowy i dobrze znany prezydentowi, skoro tak swobodnie się przy nim zachowywał.
- Byłeś na urlopie o ile mi wiadomo – stwierdził Edward ożywiając się nieco.
Dobry znak – pomyślał Collins.
- Już wróciłem, co prawda miałem jeszcze kilka dni siedzieć w domu, ale jak tylko dowiedziałem się co się stało, przyjechałem. To mój obowiązek. Poza tym, wie pan, że traktuję Michaela jak syna... - powiedział cicho.
Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał.
- A właśnie – stwierdził nagle prezydent. – Wy się nie znacie. Jason Berg, szef ochrony Michaela, Andrew Collins z kontroli lotów.
Obaj mężczyźni podali sobie ręce, a Edward popatrzył po wszystkich ekipach wojskowych i ratunkowych, które zebrały się na lotnisku, po czym westchnął lekko.
- Kazałem wprowadzić czerwony alarm w Waszyngtonie, odpowiednie służby już się tym zajęły. Poza tym, Nathan już wie – odezwał się po chwili szef ochrony. – Przygotuje wszystko w Białym Domu.
Prezydent skinął głową, ale Andrew wyglądał na zdziwionego.
- Jak wylądują, chce pan ich zawieźć do Białego Domu, nie do szpitala? – spytał, a Jason uśmiechnął się wyrozumiale.
- Główny lekarz zamienił kilka pokoi na małą klinikę. Jak go znam, już sprowadził najlepszych specjalistów. A tam jest bezpieczniej, niż w jakimkolwiek szpitalu.
Andrew pokiwał głową i spojrzał na chmury.
- Gdzie pan jest, generale? – szepnął niemal niedosłyszalnie.
***
- Mam jakieś deja vu – prychnął Daryl, gdy razem usiłowali zlokalizować lotnisko. – Dlaczego ty zawsze musisz bawić się w niemożliwe zadania?! A ja razem z tobą!
Michael nie odpowiedział, tylko patrzył uważnie przez przednią szybę, ściskając kurczowo stery.
Nagle zobaczyli pas startowy i lotnisko, na którym było tłoczno od wojska i różnych ekip ratunkowych. Obok nich znalazły się amerykańskie myśliwce.
- Znaleźliśmy. Lepiej późno niż wcale – mruknął Daryl, po czym skrzywił się patrząc w dół. – No, komitet powitalny.
Sekretarz nie podzielał optymistycznego nastawienia przyjaciela, który w końcu stwierdził, że przecież Michael sobie poradzi. Radził sobie zawsze, dlaczego tym razem miało być inaczej?
Byli już nad lotniskiem, a Michael chociaż znał tylko ogólny stan samolotu, wiedział że lądowanie może się źle skończyć. Przy mocnym zderzeniu z ziemią, istniało duże prawdopodobieństwo, że maszyna po prostu wyleci w powietrze. Więc chociaż nigdy nie lubił latać w deszczu, tym razem powitał ulewę z ulgą. Deszcz był ich sprzymierzeńcem.
- Daryl, wyjdź z kokpitu i powiedz ludziom, żeby zabezpieczyli się najlepiej jak potrafią - polecił Michael.
- Ok., zaraz wracam.
- Nie! – krzyknął Michael, a szef CIA zatrzymał się gwałtownie. – Nie wracaj tu. – Widząc jego zdumiony wzrok, dodał twardo. – To jest rozkaz. A ty jako wojskowy powinieneś umieć oceniać realne zagrożenie i wszystkie dostępne warianty. Trzeba wybrać najlepsze rozwiązanie. A teraz się wynoś!
W pełni skupiony, zaczął wolno obniżać pułap. Maszyna nie reagowała prawidłowo. Wiedział, że będzie to jego najtrudniejsze lądowanie w życiu. W wojsku w takich przypadkach był przecież odpowiedzialny za życie kilku żołnierzy siedzących w samolocie. Tu chodziło o całą załogę Air Force One.
Daryl wydał odpowiednie rozkazy, po czym usiadł w fotelu przypinając się pasami. Wiedział, jaką decyzję podjął Michael. Przy takim lądowaniu, kabina pilotów była najbardziej zagrożona. Jeśli coś mu się stanie, Daryl powinien ewakuować ludzi. Jeden z nich miał być zdolny do dalszych działań.
Jeśli cokolwiek mu się stanie, jego pierwszego stąd wyciągnę – pomyślał, pocieszając się trochę.
***
- Panie prezydencie! – krzyknął ktoś z Secret Service biegnąc w ich kierunku. – Jastrząb jest nad lotniskiem, to cud że jeszcze leci, ale najwyraźniej szykuje się do lądowania.
Nim Edward zdążył cokolwiek powiedzieć, odezwał się Andrew.
- Wszyscy na stanowiska. Ekipy ratunkowe w pogotowiu, helikopter niech jest gotowy to startu w każdej chwili – wydał krótkie rozkazy, nie patrząc nawet na agenta ochrony.
- Tak jest – odparł tamten i pobiegł wydać polecenia.
Ludzie zgromadzeni na pasie startowym zobaczyli wielki samolot wyłaniający się z czarnych, kłębiastych chmur. Obok niego leciały, zmieniając co jakiś czas ustawienie, wojskowe myśliwce. Nie mogły się jednak z nim skontaktować, nadal nie było łączności, pilot był więc zdany sam na siebie.
- Panie prezydencie, tu jest niebezpiecznie, proszę przejść do budynku – odezwał się jeden z funkcjonariuszy Secret Service.
- Nie ma mowy – warknął Edward. Wiedział, że jest to nierozsądne postępowanie, a Michael na pewno powiedziałby mu kilka ostrzejszych słów za taką lekkomyślność, ale w tej chwili niezbyt go to obchodziło.
Kiedy zobaczyli samolot, prezydent wciągnął wolno powietrze, najwyraźniej nie wiedząc co powiedzieć, a Jason zaklął głośno. Jeden silnik się palił, skrzydła były osmolone, a w dole samolotu widniała wielka dziura.
- To jeszcze leci…? – Jason zdumiony wpatrywał się w maszynę.
Andrew w napięciu patrzył na lądujący Air Force One. Jako pilot doskonale wiedział z jakim ryzykiem to się wiąże i co może się stać po wylądowaniu. Wystarczył najmniejszy błąd i wszystko wyleci w powietrze zanim ekipy ratunkowe zdążą zrobić cokolwiek.
Pilot jakby w dokładnie wyliczonym momencie podszedł do lądowania, jednak maszyna chwiała się bardzo mocno. Uszkodzone podwozie nie zamortyzowało wstrząsu, zobaczyli że przód samolotu, tak gdzie znajdował się kokpit, stanął w płomieniach.
Maszyna jednak zwalniała i zatrzymała się niedaleko nich.
- Pilnujcie go – rozkazał Jason dwóm agentom Secret Service, popychając w ich kierunku prezydenta. Wiedział, że Edward chciałby iść do Air Force One i ratować swojego zięcia, jako prezydent nie mógł się jednak aż tak narażać.
Spojrzał krótko na Collinsa, oboje kiwnęli głowami i najszybciej jak potrafili, ignorując ekipy ratunkowe, pobiegli w stronę samolotu. Straż gasiła już płonącą maszynę, a wojsko właśnie wyłamało drzwi i przystawiło do nich schody.
- Przejście! – krzyknął Andrew i pierwszy wbiegł do płonącego samolotu.
Wnętrze Air Force One wyglądało całkiem dobrze, tylko maski tlenowe i kamizelki ratunkowe świadczyły o poważnej awarii. Pasażerowie, którzy już otrząsnęli się z szoku, pomagali innym wstać i eskortowali ich do wyjścia. Większość z nich, jako agenci ochrony albo byli lub czynni żołnierze, została przeszkolona na wypadek takich sytuacji.
Andrew spojrzał za siebie. W maszynie byli już żołnierze i lekarze, którzy wynosili rannych. Gdy chodziło o płonący samolot, procedury przewidywały udzielanie pierwszej pomocy dopiero w bezpiecznym miejscu, po ewakuacji z maszyny.
Pobiegli na przód samolotu, gdzie zobaczyli szefa CIA, który próbował otworzyć drzwi kokpitu.
- Daryl! – zawołał Jason, a młody człowiek odwrócił się. Był lekko ranny i bardzo blady, a kiedy spojrzał na nich widać było, że jest zdesperowany.
- Trzeba go stamtąd wyciągnąć, nie wiem co się stało, ale nie wyszedł – powiedział przekrzykując nawoływania akcji ratunkowej.
- Odsuń się – polecił Jason i z rozpędu kopnął w drzwi.
Wpadli do kokpitu, który zaczynał się już palić. Fotel pilota był wyłamany z zawiasów, najprawdopodobniej na skutek mocnego uderzenia w ziemię, gdyż to właśnie kabina pilotów była najbardziej uszkodzona w wyniku awaryjnego lądowania. Michael leżał na resztkach wybitej szyby, był ranny w głowę i mocno krwawił. Jason przyłożył mu palce do szyi sprawdzając tętno, po czym odetchnął głęboko.
- Żyje, ale musimy się spieszyć – powiedział, po czym rozpiął mu pasy i wziął na ręce nieprzytomnego mężczyznę. Jason, wysoki kulturysta, podniósł szczupłego Michaela jak dziecko.
– Pomóż Darylowi – polecił krótko, a Andrew podtrzymał chwiejącego się na nogach szefa CIA i pomógł mu wyjść z samolotu.
***
Edward spojrzał na pilnujących go agentów. Wiedział, że nie pozwolą mu nawet podejść do Air Force One. Mimo, że miał ogromną władzę, w sprawach własnego bezpieczeństwa, zawsze ktoś inny decydował za niego.
Jęknął z irytacji.
- Skoro nie mogę wejść do samolotu, idziemy do helikoptera. Tam mają przyprowadzić Michaela, tak? – spytał.
- Tak, panie prezydencie – odparł jeden z agentów. – Helikopter ma zaraz startować do Białego Domu.
Kiedy byli obok prezydenckiego samolotu, Edward zobaczył na schodach Jasona, który niósł na rękach zakrwawionego Michaela.
- Boże, nie… - szepnął i ignorując agentów podbiegł do szefa ochrony.
- Jest nieprzytomny – powiedział natychmiast Jason, widząc przerażenie prezydenta - ale żyje. Musimy go jak najszybciej przetransportować do Waszyngtonu.
Wsiedli do helikoptera, za nimi wszedł jeszcze Andrew podtrzymujący Daryla. Sanitariusze i lekarze wojskowi natychmiast przystąpili do akcji ratunkowej, a prezydent i Daryl, który spiorunował wzrokiem usiłujących mu pomóc lekarzy, pochylili się nad Michaelem.
- Trzymaj się dziecko, wszystko będzie dobrze, zajmiemy się tobą – szepnął prezydent głaszcząc młodego mężczyznę po głowie.
Daryl, Andrew i Jason spojrzeli po sobie strapieni.
