Guest - to opowiadanie z pewnością nie będzie HP/LV co zresztą widać po głównym opisie tekstu ;)
Mahakao - ja sama nie przepadam za idęą dziwnych kolorów włosów, w tym tekście jednakże jest mi to potrzebne.
Rozdział 9 - Co widzisz w moich oczach?
Istota wspomnień polega
na tym, że nic nie przemija.
Elias Canetti
x x x x
Gdy kroki szkolnego Mistrza Eliksirów ucichły w oddali, Harry jak nigdy dotąd, zaczął żałować, że ten ot tak sobie poszedł. Może i nie miał najmniejszej ochoty użerać się z nim, jednak pozostanie sam na sam z kimś pokroju Voldemorta bez wątpienia stanowiło znacznie gorsze rozwiązanie.
Nie chcę tu być! Nie chcę! To wszystko jest chore! Czemu nie mogę wreszcie obudzić się z tego przeklętego koszmaru?
Nie chcę…
Nie wiem, co mam zrobić. Przeraża mnie to, że jestem kompletnie bezbronny. Voldemort może zrobić ze mną to, co tylko sobie ubzdura, a ja… jedynie mogę czekać, błagając by mnie jednak nie zabijał.
Za jakie grzechy zostałem na to skazany? Co zrobiłem nie tak?
- Nie rób takiej wystraszonej miny jakbym miał cię zaraz zgwałcić. Nie interesują mnie smarkacze.
Zaczerwieniony utkwił wzrok w pościeli, zupełnie jakby nagle dostrzegł na niej coś interesującego. Był tak zażenowany, że nawet nie bardzo dotarł do niego sens słów Voldemorta, gdyby było inaczej, z pewnością zadałby nieco inne pytanie od tego, które po kilku sekundach padło z jego ust:
- Czego ode mnie chcesz?
- Pomijając fakt, że potrzeba by ci kilku solidnych lekcji dobrego wychowania? Oraz, że za to, co odstawiłeś w czasie kolacji powinienem cię zabić? Cóż, zaintrygowałeś mnie. Pokazałeś, że jesteś potężnym czarodziejem a takich szkoda tracić. Zamierzam wziąć cię pod swoją opiekę, ale wpierw muszę uzyskać jeszcze kilka informacji.
Opiekę? On chyba żartuje! I co informacje niby chce? Czy ma na myśli to, że nie podałem mu swojego imienia? Zamierza mnie zmusić do ujawnienia go? Ale jak niby mam mu to powiedzieć?! On mnie zabije! Jak tylko odkryje, że dotąd znał mnie jako Harry'ego Potter'a nic innego nie będzie już miało znaczenia! Nie będzie chciał mnie w swoich szeregach, lecz raczej zrobi sobie ze mnie obiekt do tortur!
Z pewnością nie będę już dłużej dla niego kimś potrzebnym, gdy uświadomi sobie, że przez ostatnie lata to ja uprzykrzałem jego życie…
- Jedź.
Wyrwany z zamyślenia patrzył jak wylewitowana w powietrze taca, gładko ląduje przed nim na łóżku.
Zjeść?
I paść od razu?!
- Skąd mam mieć pewność, że nie ma w tym jakiejś paskudnej trucizny, albo kilku kropel eliksiru prawdy?
- Nie ma dzieciaku. Jak już wspominałem nie zamierzam cię zabić, co zaś tyczy się Veritaserum, to wlanie go do twojego posiłku nie miałoby najmniejszego sensu. Nikt cię nie uczył, że eliksiry prawdy nie działają prawidłowo na żadne istoty magiczne? Czyżbyś był kotołakiem od niedawna?
- Ja… - zaczął i zaciął się nie mając pojęcia jak wybrnąć z tej sytuacji, w końcu jednak wzruszył ramionami, uznając, że wyjawienie tego, nie powinno przysporzyć mu dodatkowych problemów. A co więcej, może nawet pomoże mu w uniknięciu pewnych pytań:
– Wczoraj.
- Słucham?
Powoli podnosząc głowę, tak by spojrzeć w twarz Voldemorta, odetchnął i nieco głośniej powtórzył:
- Przemieniłem się wczoraj wieczorem.
- Skoro tak, podejrzewam, że w dalszym ciągu nie mas Opiekuna? To by oznaczało, że jedną sprawę mamy z głowy.
Przytaknął zgadzając się z tym i nawet nie starając się myśleć, co oznacza „z głowy" oraz, co Voldemort określa jako „pozostałe sprawy".
- W takim razie dokończ kolację. Jak to zrobisz, porozmawiamy.
Ponownie spoglądając na postawiony przed sobą talerz z kanapkami, nie był ani odrobinę bardziej przekonany, że wsadzenie którejkolwiek do ust jest bezpieczne, mimo wszystko jednak, uporczywe burczenie w brzuchu, sprawiło, że przełamał się.
Odgryzając najpierw jeden, potem kolejny kęs, kątem oka patrzył jak Voldemort przysuwa sobie krzesło i siada po przeciwnej stronie łóżka. Choć w tym momencie w ręku jego nie było różyczki, wiedział, że ten ma ją gdzieś w pogotowiu.
Wolałbym, aby był rozbrojony… przynajmniej nie mógłby strzelić we mnie swoim ulubionym Cruciatusem, lub czymś jeszcze gorszym… ale… ktoś taki jak on nigdy nie chodzi bez broni.
Jestem tego pewny.
Sięgając po następny, smakowicie wyglądający kawałek chleba, przybliżył go do ust, ale zaraz potem odłożył. Nigdy nie lubił być obserwowany, a spojrzenie Voldemorta sprawiało, że jedzenie zaczynało stawać mu w gardle.
Jak przy czymś takim mam być niby spokojny?
- Zjadłem ju… – zaczął wiedząc, że już nic nie przełknie i urwał, gdy Voldemort w ułamku sekundy znalazł się przy nim, schwycił go za nadgarstki i przewrócił na pościel.
- Puszczaj! – szarpnął się, czując jak zaczyna ogarniać go panika. Bał się. Jeszcze kilka minut wcześniej Voldemort mówił, że nie zrobi mu krzywdy, a teraz…
Zostaw mnie… zostaw… - chciał poprosić, ale słowa zaczęły więznąc mu w gardle. Ogarniający go lęk, paraliżował go.
- Nie bój się mały. Nic ci się nie stanie, tylko sprawdzę, kim właściwie jesteś. Zresztą powinieneś się cieszyć, że przez twoje oczy, nie zrobiłem tego przy innych.
Sprawdzi? Czy on chce…
Już po mnie… - zdołał jeszcze pomyśleć, nim ręka Voldemorta schwyciła go za brodę, zmuszając do tego by utkwił wzrok w jego tęczówkach.
- Nie ruszaj się. To potrwa tylko chwilę.
Krzyknął, gdy jego skronie wypełnił ból, a wraz z nim poczuł obcą obecność we własnej świadomości. Starał się przed tym bronić, Voldemort był jednak znacznie bardziej doświadczony. Przez pewien czas, udawało mu się skupić na jego sylwetce, stawiając barierę wokół własnego umysłu, nim jednak minęła minuta, Voldemort przebił ją. Zalewająca go fala kształtów i barw, rozmyła pokój przed jego oczami.
…złaź na dół! Ale już! Słyszał groźny głos wuja, raz za razem przerywany kolejnym rechotem. Widział zwijającego się ze śmiechu Dudleya i chichoczącą ciotkę… Kora raniąca mu palce, powodowała ból. Nocne owiewające go powietrze, przeszywało jego ciało na wskroś. Zaczynało brakować mu sił, ale wiedział, że za nic nie wolno mu zejść… Jeden z psów ciotki Marge wciąż ujadający pod drzewem upewniał go, że jeśli tylko zejdzie z drzewa, zostanie przez niego zaatakowany… wiedział też, że ani ciotka, ani wuj nie ruszą mu z pomocą… że dla nich nie ma żadnego znaczenia to, co się z nim stanie.
Nigdy nie miało…
Nagle wspomnienie zaczęło blednąć. Na kilka chwil wszystko pokryła nieprzenikniona ciemność, po czym kolory znów się wyostrzyły, ukazując inny, równie nieprzyjemny wycinek jego życia.
…Zimno… chłód wypełniający powietrze sprawiał, że każdy jego oddech zamieniał się w parę. Niebo jeszcze przed momentem usiane gwiazdami, teraz zdawało się czarne… Ledwie widział na oczy, jednak nawet w takim stanie dostrzegał przerażenie malujące się na twarzy leżącego tuż przy nim Syriusza… chciał mu pomóc, ale nie potrafił. Otaczający ich krąg zakapturzonych postaci zawężał się. Niewielka mgiełka mogąca jedynie być nazwana kiepska imitacją patronusa nie mogła zapewnić na długo ochrony… gdy w jego myślach rozległ się znajomy krzyk jego matki, zacisnął powieki pewien, że nie uda się im uciec i…
Ponownie obraz przewijający się przed jego oczami znikł, ustępując miejsca kolejnemu:
…Schwytanie pucharu i nieprzyjemne szarpnięcie w okolicy pępka… Dziwny obskurny cmentarz przyprawia o dreszcze… zaczyna zastanawiać się czy jest to jakimś kolejnym sprawdzianem i nagle znikąd pojawia się przed nimi Peter… ciszę przerywają dwa przyprawiające o mdłości słowa: „zabij niepotrzebnego" i stojący tuż przy nim Cedrik niczym rażony piorunem, ciężko upada na piach…
Ból w skroniach przybiera na sile. Wspomnienia coraz szybciej przesuwają mu się przed oczami… chce od tego uciec, ale jest jak odrętwiały… nie potrafi się obronić.
…Harry, wiem, że to dla ciebie trudne, ale nalegam jednak, byś pozostał na wakacje z wujostwem. Może nie będą to twoje wymarzone wakacje, jednak musisz zrozumieć, że tylko z siostrą swojej matki jesteś naprawdę bezpieczny… jak zwykle nie potrafi odmówić i odpowiada… dobrze…
…znajomy dźwięk aportacji i spokojny głos dyrektora… drzwi cicho skrzypią, gdy je otwiera… delikatny uśmiech Dumbledore'a…wejście do izby i zatrzymanie się… znajmy, a zarazem całkowicie obcy mu nastolatek… kpiący uśmiech wykrzywiający jego twarz i ten jeden wyraz, boleśnie zwalający z nóg… „tobą"
…wziąłem cię z sierocińca chłopcze, jako zabezpieczenie życia dla prawdziwego Harry'ego Potter'a, ale teraz on musi odzyskać swoją tożsamość… powinieneś to zrozumieć, mój drogi… przewiercające go na wylot spojrzenie, tak nie podobne do tego, które zawsze mu towarzyszyło, do tego, któremu ufał…odbierające mu to co dotąd znał, zupełnie tak jakby można było go wypożyczyć niczym jakiś zwyczajny przedmiot…
Wspomnienia rozmyły się, a sypialnia ponownie nabrała ostrości. Gdy Voldemort uwolnił go od swego ciężaru, odsuwając się nieco, skuli się. Jego ciałem raz po raz wstrząsały dreszcze. Czuł spływające po policzkach łzy, ale nawet nie starał się ich osuszyć. Już nie miało dla niego znaczenia, czy Voldemort je zauważy…
Nie obchodziło go to.
Pragnął już tylko zniknąć. Chciał by Voldemort uderzył wreszcie w niego avadą i zakończył to wszystko. Drugi raz przeżywanie tamtych wydarzeń to było dla niego za wiele… świadomość tego, że Voldemort to wszystko widział była nawet gorsza od tego, że wie już, iż dotąd był Harrym.
Zdradzenie przez Dumbledore'a… osobę, której zawsze bezgranicznie ufał, było czymś zbyt bolesnym… zbyt strasznym i naprawdę wolałby, aby nikt nigdy nie dowiedział się tego, co ten mu uczynił…
Nikt…
- Spójrz na mnie dzieciaku.
Niespodziewane słowa sprawiły, że skulił się jeszcze bardziej. Nie zamierzał otwierać oczu. Nie chciał teraz na niego patrzeć. Nie potrafił. Wspomnienia tamtych zdarzeń były dla niego zbyt świeże, a przez to, co właśnie zrobił mu Voldemort czuł się teraz przed nim całkowicie odsłonięty…
Zabij mnie… zabij mnie… – powtarzał niemo, przekonany o tym, że śmierć będzie lepsza niż to ogarniające go uczucie. Niż świadomość, że ktoś jeszcze wie o tym, jak został wykorzystany… że nie ma nic… że całe jego dotychczasowe życie było jedynie farsą… grą którą wymyślił sobie pewien nienormalny staruch…
Zabij mnie… zabij…
Proszę…
x x x x
Koniec Rozdziału 9
