A/N: 10 chapter, czyli mamy już półmetek opowiadania! [Tak w każdym razie myślę .] Nieźle się ostatnio Rimie oberwało, czemu się w sumie nie dziwię XD. Ferie mam za dwa tygodnie, także być może uda mi się już skończyć to opowiadanie. W głowie zaczął kiełkować mi nowy pomysł, ale na razie cśś...

Dziękuję za komentarze, miłe słowa i wszystko ^_^! :*


Chapter X

Część załogi Słomianych Kapeluszy siedziała w kuchni medyczki Rimy, jedząc kolację. Brakowało jedynie rudej nawigator, która wybrała się na spacer z parasolem do sklepu. Sanji zaniepokojony co chwilę zerkał przez okno, wypatrując Nami. Powinna już dawno być. Rima nie zasiadła z nimi do kolacji, gdyż przeprowadzała kolejną operację zaraz po tym, jak przyszło do niej chyba pół tuzina osób z prośbami o środki na kaszel i tabletki zbijające temperaturę. Deszczowa pogoda wyraźnie nie służyła mieszkańcom Rice Island. Po kilku dniach choroba dopadła również Anju, co skończyło się zgodą między siostrami i oddaniem na stałe Anju jej własnego pokoju. Zresztą Nami i tak wolała spać w pokoju Rimy – tematów do rozmów nigdy im nie brakowało. Wydawało się, że Nami naprawdę ucieszy się mając wreszcie jakąś kompankę na statku, o ile medyczka zgodzi się z nimi popłynąć.

Zoro popatrzył na plecy Sanjiego śmigające od lodówki do blatu i poczuł ucisk w żołądku. Kucharz nadal całkowicie go ignorował, zupełnie, jakby Roronoa był powietrzem. Szermierz próbował kilka razy sprowokować zwykłą kłótnię, która kiedyś była ich codziennością, lecz blondyn po prostu zacisnął wtedy usta i wyszedł. Nie działało na niego kompletnie nic, ani słowa, ani przekleństwa, nawet poszturchiwanie. Zoro robił się coraz bardziej tym zmęczony. Miał ochotę potrząsnąć kompanem i na niego nakrzyczeć, uderzyć, cokolwiek, żeby wreszcie pokazał, że go widzi. Odbiło się to też na apetycie zielonowłosego – jadł mniej, a kolacji nie tykał w ogóle. Tak samo i dzisiaj, gdy blondyn postawił przed nim talerz pełen jedzenia, ten odsunął go tylko i napił się wina. To nie było w stylu Sanjiego, pozwalać, by jakikolwiek posiłek się marnował, kucharz jednak tego nie skomentował. Śmiał się z Luffym i Usoppem, udając, że Zoro nie siedzi obok niego.

Przez korytarz poniósł się trzask zamykanych drzwi wejściowych i w kuchni zjawiła się Nami. Sanji natychmiast zaczął skakać wokół nawigator z sercem w oku i podtykając jej pod nos najlepsze kąski. Zoro westchnął i udał się do sypialni, wiedząc, że prędko nikt do niej nie wejdzie. Był silny, mógł znieść dużo, ale zachowanie durnego kuka po prostu… Dotykało. Przypomniał sobie te gesty, na które pozwolili sobie tylko tutaj, na tej wyspie, w górach. Usoppowi, tak dla przykładu, na pewno nie podziękowałby ogrzewając jego dłoń w swojej. Zoro oparł plecy o ścianę i odłożył katany na bok. Gdyby Sanji tak nie uciekał, to po prostu by go zapytał. Szermierz nie wierzył w Boga, ale teraz miał ochotę się pomodlić. O parę sekund uwagi tej Zakręconej Brewki. Przymknął oczy, zginając nogi i opierając głowę na kolanie.

Sen jest lekarstwem na wszystko.

Zielonowłosy ocknął się jakiś czas później, słysząc szelesty dochodzące z rogu pokoju. Uniósł głowę i ujrzał marynarkę Sanjiego leżącą na ziemi. Blondyn klął soczyście, wyrzucając z plecaka poplamione ubrania. Po chwili zdjął swoją prążkowaną koszulę, ubrudzoną zapewne sosem mięsnym z kolacji Luffy'ego. Zoro czuł, jak do ust napływa mu ślinka. Blade i chude ciało kuka w ciemności wydawało się odbijać światło zza okna. Roronoa podniósł się i cicho podszedł do przyjaciela. Wiedział, że ten go usłyszał, bo w pewnym momencie zamarł bez ruchu. Wyciągnął dłoń i delikatnie położył ją na ramieniu Sanjiego. Dlaczego on miał zawsze tak chłodną skórę…?

-Czego chcesz? – Warknął kucharz, wyrywając ramię i pośpiesznie wkładając koszulę. Odwrócił się i popatrzył z wściekłością na Zoro.

-Chcę tylko, żebyś mi powiedział, co się z tobą ostatnio dzieje! – Ryknął szermierz, tracąc nad sobą kontrolę. Sanji uniósł brew.

-Nic. Odwal się.

-Nie łżyj.

-Nie kłamię, tępy glonie. A teraz spierdalaj, idę do Nami-san.

-Nie odwalę się, dopóki mi nie odpowiesz! Masz mnie gdzieś i się nie odzywasz. Czemu?!

-Hm? Zawsze tak było. Jakoś wcześniej nie zwracałeś na to uwagi.

Tego było za wiele. Nim blondyn zamrugał, Zoro zamachnął się i uderzył go pięścią w twarz, wkładając w cios tyle nienawiści, ile tylko mógł. Sanji upadł na podłogę, trzymając się za policzek. Mimo bólu, patrzył szermierzowi prosto w oczy. Roronoa pierwszy spuścił wzrok, odszedł i usiadł pod ścianą. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, po prostu patrzył przed siebie.

-Jak możesz mówić… - Sanji pierwszy raz widział swojego przyjaciela wyglądającego tak słabo i żałośnie. Poprawka, byłego przyjaciela. Bolał go ten widok, lecz złość była zbyt duża, by mu wszystko odpuścić. Niech on też cierpi.

-Jak wyżej. Czegoś jeszcze nie zrozumiałeś? Ciężko wytłumaczyć coś facetowi, który ma glony zamiast mózgu, ale cóż. Może spróbuję.

Zoro milczał, próbując uspokoić oddech i kołaczące serce. Co w niego wstąpiło…? Kucharz spojrzał na zielonowłosego i prychnął cicho pod nosem.

-Świetnie, miło, że oszczędzasz mi wyjaśnień.

Trzask zamykanych drzwi przeciął ciszę głośnym, ostrym tonem. Roronoa oparł czoło na dłoni, zamykając oczy. Musi się uspokoić. Zdarzały się między nimi jeszcze ostrzejsze kłótnie, dlaczego ma się tym martwić? Może ta cholerna brewka ma po prostu gorsze dni. Może dotarło do niego, że Nami ma go kompletnie gdzieś. Ha. Kto wie.

Z tym, że Zoro akurat nie ma go gdzieś. Choćby nie wiadomo jak bardzo sobie wyklinali, jak mocno by się bili! Może zrobić dla niego więcej niż to cholerne, rude babsko. Może spełnić więcej pragnień niż jakaś słaba dziewczynka… Uch, szermierzowi zaczęło robić się gorąco. Najpierw musi sprawić, żeby wszystko wróciło do normy, a to oznacza dowiedzieć się, o co tak naprawdę gniewa się Sanji.

Drzwi pokoju ponownie się uchyliły, więc Zoro szybko położył się na swoim posłaniu, nie mając ochoty z nikim rozmawiać. Nie rozpoznał jednak kroków osoby, która weszła do środka. Uchylił jedno oko i ujrzał niską postać rozglądającą się po ciemnym pomieszczeniu. Musiała to być Rima – w końcu tylko ona tutaj mierzyła poniżej metra sześćdziesięciu oraz była niższa nawet od swej młodszej siostry. Szermierz uważnie obserwował każdy ruch medyczki - dziewczyna pochyliła się, podniosła kołdrę z podłogi i narzuciła ją na Roronoę. Na chwilę przystanęła, wpatrując się w Zoro, a następnie przyklękła i pocałowała go lekko w czoło, poprawiając narzutę tak, by dokładnie otulała zielonowłosego. Coraz ciężej było mu udawać sen, lecz po chwili dziewczyna szybkim krokiem opuściła pokój. Szermierz przewrócił się na bok, szeroko otwierając oczy.

To było miłe. Tak cholernie miłe. Całkowita odmiana po tym, jak traktował go ostatnio Sanji. Rima na niego nie warczała, nigdy go nie ignorowała. Czy to była wdzięczność za ocalenie jej wtedy, w zaułku? Czy kierowało nią coś innego? Przypomniał sobie chwilę, gdy wreszcie naprawdę mu zaufała, kiedy jej bezbronne ciało opadło na jego ramię, pogrążając się we śnie po raz pierwszy od roku. Co prawda, więcej się to nie powtórzyło i doskonale wiedział, że medyczka siedzi po nocy w salonie lub w biblioteczce, studiując książki. To nie było ważne. Ona czuła się przy nim bezpieczna, mimo wszystko.

„Może… Może powinienem przestać myśleć o Sanjim?" przemknęło mu przez myśl. „Obaj nie umiemy zdobyć się na żadne śmielsze kroki. Nie można ciągle bawić się w jakieś dzikie podchody."

Zacisnął pięść. Kogo on chce oszukać? Samego siebie? Nie zapomni o Sanjim, nigdy.

Nowy dzień przywitał ich słoneczną, piękną pogodą i lazurowym niebem. Kucharz załogi Słomianych Kapeluszy oczywiście wstał najwcześniej, by przygotować dla wszystkich śniadanie. Jak zawsze, idąc rano do kuchni, ujrzał Rimę siedzącą na kanapie, czytającą uważnie kolejne opasłe tomisko. Powoli zaczął przyzwyczajać się do myśli, że na ich pokładzie pojawi się następna osoba, w dodatku taka, która nigdy nie śpi. Miało to i dobre strony – mogła pilnować nocami statku, czytając swoje ukochane książki lub tworząc nowe receptury lekarstw. Nie musieli by się wówczas zamartwiać nocnymi zmianami, chociaż i tak mało kto podczas nich naprawdę czuwał. O ile spanie w bocianim gnieździe można było określić czuwaniem.

Kilkakrotnie rozmawiał z medyczką na ten temat, w czasie nielicznych momentów, gdy w domu panowała kompletna cisza – czyli wcześnie rano. Z jednej strony za każdym razem na jej widok ciśnienie mu wzrastało, ale z drugiej… Była kobietą. Naprawdę ładną, inteligentną i dojrzałą. Tak cholernie raniło go to, że zwróciła uwagę właśnie na Zoro, a nie na niego! Przecież to głupie marimo… Jest marimo. Jest silnym, doskonałym wręcz wojownikiem, lecz dla Sanjiego mimo wszystko, był tym wiecznie śpiącym kretynem z załogi.

Nie, nie bolało go już to, że wcale się do niego nie odzywał. Aż dziw, jak łatwo można się przyzwyczaić do udawania, iż kogoś się w ogóle nie dostrzega. Nie miał ochoty na docinki, na kłótnie, nawet na bójki – po prostu tamtego dnia coś w nim pękło. Tak, zaczynał myśleć o Zoro inaczej, lecz widok szermierza śpiącego z nią, z Rimą, kobietą, która bała się snu… To mogło świadczyć tylko o jednym. Rima była zakochana w Zoro, okazywała to jednak w bardzo subtelny i nieśmiały sposób. Bardzo martwiła się o jego rany, kilkakrotnie otulała go kocem, gdy zasypiał w salonie czy w kuchni. I zawsze całowała go przy tym w czoło. Sam Roronoa raczej nie miał nic przeciw temu, wręcz sprawiało mu to przyjemność. Spędzał z nią czas, nawet nad nudnymi książkami o biologii czy roślinach. Słuchał wszystkiego, co mówiła. Co prawda, gdyby Sanji nie podsłuchał tamtej rozmowy, nawet by się nie domyślał, że Rima cokolwiek czuje do cholernego marimo.

Tak, to było takie piękne. Ale, do cholery, miejsce Zoro jest na morzu! Nie powinien spędzać czasu na rozmawianiu o dennych książkach, czy zwykłym gapieniu się w niebo, czy cokolwiek z tego, co ostatnio wyczyniał z NIĄ! Powinien walczyć, przeklinać, codziennie żłopać sake, piwo, wódkę – wszystko, co Sanji znalazłby w schowku. Przynajmniej trenował, i to chyba było jedno z nielicznych jego starych zwyczajów. Głupi, pieprzony szermierzyna za dychę!

Milczenie między nimi pokazało też coś, co sprawiło, że kucharz zaczął zastanawiać się nad swoim zachowaniem. Mianowicie, Roronoa nie miał gdzieś tej ignorancji ze strony blondyna, co go całkiem zaskoczyło. Nie chodził załamany, widać było jednak zmiany w jego zachowaniu. Chciał rozmawiać, ale Sanji ciągle uciekał. Ostatnia kłótnia dała mu trochę do myślenia, zaczął rozmyślać nad sensem tej całej szopki z olewaniem Zoro. Nie do końca była to szopka, po prostu przez dłuższy czas naprawdę nie mógł na niego patrzeć. Teraz… Zapragnął kolejnej kłótni, kolejnego wściekłego spojrzenia marimo. Zresztą, ile razy już siłą powstrzymywał się, żeby chociaż nie palnąć go w łeb? Hah.

-Dzień dobry – przywitał się grzecznie, siadając obok Rimy tradycyjnie studiującej książkę.

-Witaj – uśmiechnęła się w odpowiedzi i przeciągnęła. –Ach, to już rano?

-Dochodzi ósma, Rima-chan.

-Och – przeczesała palcami grzywkę, przymykając oczy. –Książki za bardzo mnie wciągają. Powinnam dzisiaj zająć się zbieraniem potrzebnych ziół.

-Masz na to jeszcze cały dzień. I noc… Inaczej postrzegasz czas, skoro nie potrzebujesz snu.

-To prawda. Ale wiesz, to było moje marzenie. Życie mi uciekało, a ja nie mogłam jednocześnie praktycznie sama wychowywać siostry, uczyć się, chodzić na wizyty do miasta. Sen tylko mi przeszkadzał. Miałam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, a mnie kleiły się oczy!

-Przynajmniej teraz spełniasz swoje ambicje. Chociaż tego nie pochwalam ani ja, ani reszta.

-Nie mam z czego być dumna, dobrze o tym wiem. Ale w ten sposób, choć specyficzny, spełniam się.

Medyczce zaburczało w brzuchu, co Sanji skwitował uśmiechem i wstał z kanapy.

-Czego sobie życzysz na śniadanie, milady?

Stukot wykładanych naczyń, brzęk sztućców, szum wody – tak, to było to, co uspokajało Sanjiego każdego dnia. Kuchnia była jego oazą, miejscem, gdzie zawsze błyszczał, robiąc to, co kocha. Postawił rondelek ze słodkim sosem na gazie i zapalił papierosa, natychmiast zaciągając się dymem. Co ma zrobić z Zoro? Jak załagodzić tę sytuację? Po wyżyciu się na szermierzu czuł się o niebo lepiej, co po trosze napawało go wstydem. Przemoc wobec przyjaciół była najgorszym złem… Poza, rzecz jasna, przemocą wobec kobiet. Z drugiej strony, Zoro go wczoraj uderzył. Nie dziwił mu się, ani trochę. Przejechał delikatnie palcami po jeszcze lekko szczypiącym policzku. Roronoa też miał emocje i uczucia. Nie powinien był aż tak go ignorować…

Kucharz sięgnął po łyżeczkę i zamierzał w rondelku, by sos się nie przypalił. Musi stopniowo odzyskiwać na nowo zaufanie marimo. Tak, to chyba będzie najlepsze wyjście.

Do kuchni ktoś wszedł i blondyn zachichotał cicho.

-Rima-chan, pozwól, że przyniosę ci śniadanie osobiście! – Zawołał Sanji i odwrócił się. W drzwiach ujrzał stojącego Zoro, który przecierał zaspane oczy.

-Rimą nie jestem, aczkolwiek gdybyś mi przyniósł śniadanie to bym nie narzekał – mruknął szermierz i skierował się do kredensu w poszukiwaniu jakiegoś trunku. Kucharz zacisnął wargi. Co ten idiota robi tutaj tak wcześnie rano? To do niego niepodobne, nawet, jeśli zachciało mu się pić.

Tak dawno na niego nie patrzył. Drgające mięśnie, brzęczące kolczyki w lewym uchu, ciemne oczy…

-No i co tak stoisz i się gapisz? Nagle zacząłeś mnie zauważać? – Warknął gniewnie Zoro, marszcząc brwi i prostując się z butelką w ręku. Sanji niepewnie zrobił jeden krok w stronę szermierza i zganił się w myślach. „Co ty robisz, idioto?! Miałeś powoli wszystko naprawić…!"

Pieprzyć plany, i tak nigdy nie wypalają.

Roronoa wypuścił butelkę z dłoni, gdy chude ciało kuka przywarło do niego z całej siły. Blondyn zarzucił mu ręce na szyję i mocno splótł, wtulając twarz w obojczyk Zoro. Sporo zaryzykował decydując się na ten krok, a serce mało nie wyskoczyło mu z piersi. Czekał na jakikolwiek znak ze strony szermierza, lecz on nadal stał nieruchomo. Znowu, cholera, znowu ten pieprzony glon to robi! Tak jak wtedy, gdy dziękował mu za uratowanie przed upadkiem w dół! Czy on naprawdę tak wolno kojarzy czy może tego nie chce?...

Trwali tak dłuższą chwilę, aż Sanji poczuł dłonie Zoro błądzące wolno po jego plecach. Początkowo nieśmiało, w końcu jednak szermierz przytulił się mocno do kucharza, zaciągając się zapachem włosów blondyna. Oddychali równomiernie, upajając się swoją obecnością i dotykiem, rozkoszując się bliskością ofiarowaną jak nagroda za ostatnie dni pełne ignorowania i chłodu.

Sanji nagle oderwał się od zielonowłosego i popatrzył mu w oczy. Co się w nich kryło? Zaskoczenie. Ulga. Radość…

-Głupie marimo – szepnął, uśmiechając się i opierając się policzkiem o policzek Zoro.

-Durna brewka – usłyszał w odpowiedzi, czując, jak przyjaciel uśmiecha się jeszcze szerzej. –Umm, Sanji?

-Hm?

-Chyba coś ci się przypala… - W jednej chwili blondyn oderwał się od zielonowłosego i podbiegł do kuchenki. W kuchni zaczął unosić się swąd spalonego karmelu i dym. Przeklinając głośno, Sanji stwierdził, że sosu nie da się już uratować i musi wstawić nowy. Cholera jasna, to głupie marimo! Przez niego przypalił tak trywialnie prostą do wykonania rzecz jak słodki sos. Najlepszy kucharz East Blue nie mógł sobie pozwolić na coś takiego!

Zerknął kątem oka na szermierza, który teraz usiadł przy stole i popijał piwo.

-Oi, kuk?

-Hmm? – Nowa porcja sosu zaczęła bulgotać w srebrnym rondlu.

-Dlaczego nie chciałeś ze mną rozmawiać? Czy… Ja ci coś zrobiłem? – Zoro uparcie nie patrzył na kucharza, wbijając wzrok w butelkę. Sanji był zaskoczony jego bezpośredniością. To kompletnie nie w stylu glonów. Blondyn usiadł obok zielonowłosego na krześle i lekko dotknął ramienia przyjaciela.

-Sądzisz, że to ważne? – Spytał cicho, pochylając się nad Roronoą. Delikatnie przejechał palcami po uchu szermierza, sprawiając, iż kolczyki zaczęły cichutko brzęczeć. Zoro jedynie wytrzeszczył oczy. Co on kombinuje? On chyba nie chce…?

-Sanji-kun, czy coś się pali? – Do kuchni wparowała zdenerwowana Rima, dzierżąc książkę pod pachą. Pozycję kucharza jedynie skwitowała zdziwioną miną. Obaj kompani natychmiast od siebie odskoczyli, a Sanji zaczął mieszać gorączkowo w rondelku z sosem.

-Mały wypadek, Rima-chan, nie zaprzątaj niczym swojej ślicznej główki – postawił na stole talerz z ryżem na słodko. Medyczka zasiadła do stołu i zabrała się za swoje śniadanie, mrużąc oczy. Zoro nie spojrzał na nią ani razu, sącząc spokojnie piwo i gapiąc się okno. Wkrótce i przed szermierzem wylądowało śniadanie, a do kuchni napłynęli Nami, Luffy, Usopp i Anju.

-Oi, co dzisiaj robimy? – Wymamrotał Luffy z pełnymi ustami.

-Musimy zacząć powoli się pakować – westchnęła Nami. Tak miło mieszkało jej się z Rimą, tu, na lądzie.

-Parada jest już jutro, więc pojutrze wypłyniemy – powiedział Usopp. Medyczka nie odezwała się ani słowem.

-Rimo, czy podjęłaś już decyzję? – Spytała ruda nawigator. Anju spojrzała wyczekująco na starszą siostrę. Lekarka jednak tylko pokręciła głową i spuściła wzrok.

-Może pójdziemy dzisiaj wszyscy na plażę, nad jezioro? Pogoda dopisuje, pan Sanji mógłby wziąć grilla… - Zaproponowała szybko młodsza czerwonowłosa.

-Świetny pomysł. Wykorzystamy ostatnie dni wypoczynku na całego! – Ucieszyła się Nami.

-Och, Nami-san i Rima-chan w strojach kąpielowych?!... – Oczy kucharza zaświeciły się, a Zoro natychmiast palnął go pięścią w łeb. –Ej, cholerny kaktusie!

-Może nie bierzmy tej głupiej brewki, ja bym się przy nim bał chodzić w stroju kąpielowym – mruknął Roronoa, patrząc znacząco na dziewczyny.

-O tak, jakbym w ogóle miał ochotę patrzeć na ciebie paradującego w samych gaciach, marimo!

-Zamknij mordę!

-Spierdalaj!

-Nie przy Anju! – Fuknęła Rima, lecz jej siostra tylko zaśmiała się głośno.

-To ustalone – odparł Usopp, wstając od stołu. Medyczka również podniosła się z krzesła i sięgnęła po wiklinowy koszyk stojący w kącie kuchni. Chwyciła nóż oraz niewielką książeczkę i umieściła je w plecionce.

-Idę zbierać zioła. Zobaczymy się po południu. Gdyby był jakiś problem, wyjrzyjcie przez kuchenne okno i zawołajcie – oznajmiła, opuszczając pomieszczenie. Sanji skinął w odpowiedzi głową, lecz Zoro nagle wstał i dosłownie pognał za medyczką. Co, do cholery, znowu wyprawia ten glon…?

No cóż, cokolwiek tym razem będą robić, Sanji będzie miał ich na widoku.