Jezioro
Draco nie chciało się wychodzić spod prysznica. Częściowo dlatego, że woda była gorąca, a powietrze będzie lodowato zimne, gdy ją zakręci. Częściowo dlatego, że miał nadzieję, że się utopi i to nie z tego powodu, że minął dopiero pierwszy tydzień nowego semestru, a on już otrzymał list od ojca, w którym ten zawarł swoje oczekiwania względem Draco. Nawet nie dlatego, że właśnie zaorał boisko podczas treningu i był zmuszony znosić, oprócz bólu nadwyrężonych mięśni, uśmieszki swoich zawodników.
Podstawił twarz pod strumień gorącej wody.
Dwa tygodnie. Niepokoiło go, że odczuwał każdy z tych dni. Niepokoiło go to, że je liczył. Dwa tygodnie temu dotykał ją. Miał ją w swoich rękach. Niestety, zostali nakryci i przez kilka pierwszych dni strach przed Snapem przeważył nad potrzebą znalezienia Ginny. Słowa nauczyciela zabrzmiały mu w uszach... Nie popełnij głupiego błędu... I Draco nie zrobiłby tego. Nie pozwoliłby sobie na to. Te kilka pierwszych dni spędził siedząc plecami do stołu Gryfonów, znowu, tak żeby nie musiał jej widzieć. Nie zmieniało to faktu, że pojawiała się w jego myślach co pięć sekund, starsza i ładniejsza w tej nowej wizji, z włosami upiętymi do góry. Łagodna. Z zamkniętymi oczami. Z twarzą zwróconą do góry.
Szlag.
Draco chwycił kurki, przekręcił je i woda przestała płynąć. Lodowate zimno – to mu pomoże przestać o tym myśleć. Dzwoniąc zębami i z gęsią skórką na ciele wytarł się i ubrał tak szybko, jak tylko mógł. Nienawidzisz moich przyjaciół. Nienawidzisz mojej rodziny. To prawda. Nienawidził. Nie miał pojęcia, jak jej się udało prześlizgnąć pod poprzeczką.
Czemu znów o niej myślał?
Minął szafki i stanął przed lustrem, żeby poprawić włosy. Wysuszył je zaklęciem i zajął się przedziałkiem. Proszę, Draco, ćśśśś... Jej ręce na jego piersi. To było przyjemne. Bardzo przyjemne. Ciągle czuł - gdy tylko zamknął oczy i naprawdę się na tym skupił - jak jej palce zwinęły się, a potem znowu otworzyły. Być może zrobiła to odruchowo, ale i tak go pogłaskała. Dotknęła go. To nawet lepiej, jeżeli zrobiła to, bo nie mogła się powstrzymać.
Draco opuścił ręce i przyjrzał się swojemu odbiciu. Wyglądał nieswojo. Uniósł brodę, wyprostował ramiona, ale nie udało mu się osiągnąć dawnego poziomu arogancji. Co się z nim działo? Przyjrzał się swojej twarzy i w oczach dostrzegł łagodność, która go wytrąciła z równowagi.
- Jesteś głupi – powiedział cicho i zmrużył oczy, żeby wyglądały ostrzej.
Jego odbicie spojrzało na niego z pogardliwym zrozumieniem i Draco odwrócił wzrok, spoglądając na umywalkę. A więc do tego został zredukowany. Ale nie było nikogo innego, komu mógłby powiedzieć. Nie było nikogo, z kim mógłby porozmawiać. Gdyby ona była jakąkolwiek inną dziewczyną... ale nikt z jego świata by nie zrozumiał. To była aberracja, to było odchylenie. Oznaczało bezwarunkowe milczenie, całkowitą frustrację i uciekanie się do rozmów z własnym odbiciem.
Mógłbyś porozmawiać z nią, przemknęło mu przez myśl zdanie wypowiedziane przez racjonalną część jego jaźni, której nie był przyzwyczajony słuchać. Porozmawiać z nią. Z Ginny. Która prawdopodobnie... Która prawdopodobnie zgodziłaby się z nim porozmawiać. W końcu przechodziła to samo, prawda? A może nie? Okłamywał siebie.
Nie! Nie, był pewien, że wtedy spojrzała na niego z pożądaniem, nie był ślepy – broniłaby się, krzyknęłaby – a ona tylko czekała bez ruchu. Czy to znaczyło... A jeśli to znaczyło... to czy powinien... ale jak?
Draco oparł się rękoma o umywalkę i roześmiał się słabo. Teraz to już naprawdę przesadzał. Już wcześniej było wystarczająco źle, ale to... Czy on naprawdę o tym myślał? Czy właśnie próbował znaleźć sposób, żeby jakoś to obejść? Czyż nie był Malfoyem, czyż nie był Ślizgonem, co się z nim, do cholery, działo? A nawet gdyby chciała z nim porozmawiać, co dalej? Umówić się z nią? Pójść z nią do Hogsmeade, popisać się nią przed Ślizgonami? Draco znowu się roześmiał, tym razem naprawdę. To było niesłychanie zabawne.
Odwrócił się, podszedł do szafek i zarzucił płaszcz na ramiona. O, tak, zabrać Ginny Weasley do Hogsmeade. Jeszcze przed obiadem Pansy wysłałaby list do swojej matki, pani Parkinson poinformowałaby jego rodziców tego samego dnia, a jego ojciec...
Draco raptownie przestał się śmiać. Płaszcz był bardzo ciepły, ale zmroził go chłód do szpiku kości. Wiedział, jak by się to skończyło. Zarzucił miotłę na ramię i wyszedł z przebieralni na zimny wiatr, zadowolony, że wcześniej kazał Crabbe'owi i Goyle'owi wrócić do Slytherinu i zostawić go w spokoju. Nie chciał towarzystwa. Nie ich towarzystwa. Idąc przez trawnik do zamku zdał sobie sprawę, że nawet śniadania nie chciało mu się jeść. Gwałtownie skręcił w lewo przed schodami wejściowymi i poszedł w kierunku jeziora, nie chcąc na razie rezygnować ze swojej samotności. Podobało mu się na dworze, na tym zimnie. To było jego miejsce. On sam. Kałamarnica była lepszym towarzystwem niż Pansy, która z pewnością zajęła mu miejsce w Wielkiej Sali. Od czasu balu była nie do zniesienia. Draco skrzywił się na myśl, jak często ostatnio znosił jej zaborcze dotknięcia, starając się odzwyczaić od innych myśli. Niesamowite, jak dziesiątki przelotnych muśnięć Pansy nie były w stanie go poruszyć, podczas gdy jedno porządne popchnięcie przez Ginny Weasley przepaliło mu pierś na wylot.
Może wcale nie byłoby tak źle, gdyby znów zaczął siadać po drugiej stronie ślizgońskiego stołu? W końcu co to szkodziło patrzeć na kogoś. Wolno mu na nią patrzeć. Pod warunkiem, że nie będzie jej dotykał.
Okrągłe kamyki znad jeziora zachrzęściły mu pod nogami. Zatrzymał się.
Gdyby nie te włosy. Gdyby była brunetką, albo nawet blondynką, mógłby sobie wmówić, że osoba, która tam stała plecami do niego i puszczała kaczki, to nie była Ginny. Mógłby sobie wmówić, że to był ktokolwiek inny. Udałoby mu się – prawdopodobnie – odwrócić i odejść, gdyż istniałaby możliwość, że to nie była ona. Ginny Weasley nie można było pomylić z nikim innym. Nawet inne rude dziewczyny nie miały takiego odcienia włosów. I wątpił, czy jakakolwiek inna dziewczyna stałaby na tym zimnie, wcześnie rano w niedzielę, rzucając kamienie na powierzchnię jeziora z taką pasją.
Ciągle mógł się odwrócić i odejść. Miał pod dostatkiem czasu i miejsca, żeby uciec niezauważony – nie musiał z nią rozmawiać, nie powinien z nią rozmawiać. Nawet go nie zauważyła, była całkowicie pochłonięta ciskaniem kamieni ze sporą siłą. Nawet daleko udawało jej się je dorzucić, zauważył Draco, cokolwiek pod wrażeniem. Niestety, nie wiadomo było kto mógł się napatoczyć. Z drugiej strony, cała szkoła jadła w tej chwili śniadanie. Nikt nie przegapiał niedzielnego śniadanie, chyba żeby trochę pospać, a cały teren dookoła szkoły był kompletnie pusty. Mógłby z nią chwilę porozmawiać, gdyby chciał. Draco ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że naprawdę chciał. Starał się wymyślić jakiś neutralny temat.
- Niezła ręka – krzyknął w końcu, gdy Ginny odwiodła ramię do tyłu, szykując się do następnego rzutu.
Przestraszyła się i obróciła. Nie mogła już zahamować ruchu, jej ręka pomknęła do przodu, kamień wymknął jej się z dłoni...
- Ał! – Draco upuścił miotłę.
Z bólu zatoczył się do tyłu, gwałtownie usiadł na ziemi i przycisnął rękę do czoła. Uderzyła go. Znowu. Tak jak wtedy tą głupią gałązką z ogona miotły, gdy mieli szlaban. Rzucił jej groźne spojrzenie spomiędzy palców i włosów, które opadły mu na oczy. Z zadowoleniem zauważył, że wyglądała na potwornie zawstydzoną. On był zawstydzony. Zaklął pod nosem i potarł pulsujące czoło. To bolało.
- Czy to jest coś, do czego powinienem się przyzwyczaić? – warknął rozdrażniony.
Ginny otworzyła usta i Draco, oczywiście, spodziewał się, że padną z nich przeprosiny. Ku jego zdumieniu, nic podobnego się nie stało. Przyłożyła obie dłonie do ust i zdusiła głośny, pełen rozbawienia dźwięk.
Ona się śmiała? Zmrużył oczy, obrażony. Zdał sobie jednak sprawę, że prawdopodobnie nie wyglądał zbyt groźnie, siedząc rozwalony na ziemi, z włosami zasłaniającymi mu twarz. Chichot Ginny stawał się coraz głośniejszy i coraz bardziej zaraźliwy. Poczuł, że drgnął mu kącik ust. Chciał być zły, oburzony, ale, proszę bardzo, ona się śmiała i wyglądała tak pogodnie...
Draco zaskoczył jego własny śmiech. Serce mu przyspieszyło.
- Czymś jeszcze chcesz we mnie rzucić? – zapytał, odchylając się do tyłu i odrzucając głowę. – Dopóki tu jestem.
Ginny przestała się śmiać i spojrzała na niego odrobinę zdumiona.
Zdając sobie sprawę, że właśnie zażartował z siebie, Draco zamknął usta i wpatrywał się w nią. Co on wyprawiał? Śmiać się z siebie – czy Blaise dosypał mu czegoś do jedzenia?
Ginny pierwsza się otrząsnęła.
- Nie mam nic odpowiednio dużego – powiedziała, podnosząc następny kamień. Podrzuciła go do góry i złapała, jakby szykowała się do kolejnego rzutu.
Draco nie był pewien, czy żartowała. Chciał się roześmiać, ale jednocześnie wolał mieć ten kamień na oku. On mógłby go rzucić.
- Żartuję – uśmiechnęła się nieznacznie i niedbale rzuciła kamień w kierunku wody. – Przepraszam, że cię uderzyłam – parsknęła – znowu.
Pamiętała. Musiał się odwrócić, żeby ukryć ogromny uśmiech, który rozświetlił mu całą twarz, ale wiedział, z tego, jak się śmiała, że zauważyła. Uniósł rękę, żeby ukryć wyraz twarzy i niby od niechcenia odsunąć włosy z twarzy, ale pierwsza rzecz, którą zobaczył, gdy już miał czyste pole widzenia, kompletnie starła mu uśmiech z twarzy.
Ktoś wyszedł z zamku.
Nie miało znaczenia kto. To mógł być ktokolwiek. Ślizgon, Gryfon, nawet Puchon, od razu by wiedzieli, że to małe rendez-vous było niedopuszczalne. Albo przynajmniej, że było dziwne. I opowiedzieliby o tym komuś, a ten ktoś opowiedziałby komuś innemu, i zanim by się zorientował w szkole huczałoby, jak w ulu. Nie mógł sobie na to pozwolić. Dziwne – mógł sobie pozwolić na prawie wszystko inne na świecie. To po prostu nie było...
- To nie w porządku.
Draco drgnął. Czyżby odezwał się na głos? Nie był pewien. Zerknął na nią. Wpatrywała się w zamek. Z pewnością zauważyła tego, ktokolwiek to był, kto wyszedł z zamku i widać było, że była zdenerwowana. Odwrócił wzrok, oddychając szybciej z powodów, których prawie nie chciał zgłębiać. Czemu się tak przejęła? Czy naprawdę ją to tak obeszło, że ich krótki czas razem został przerwany? Nie wydawało się, że żałowała odejścia wtedy, w ogrodzie różanym... ale z drugiej strony Snape ich wtedy przyłapał. Być może ona też miała coś do stracenia, tak jak on. I być może była gotowa trochę zaryzykować.
Tak jak on.
Draco otrząsnął się. To było niemożliwe, a to, co ona miała do stracenia, było niczym w porównaniu do tego, co on ryzykował. Miała jednak rację w jednym: to było bardzo, bardzo niesprawiedliwe.
- Zgadza się – powiedział, nie patrząc na nią.
Obserwował tego ucznia, który ciągle był zbyt daleko, żeby stwierdzić kto to, jak szedł w kierunku szklarni i zniknął w środku. Minęła następna długa chwila, zanim nie zaczęła go boleć dłoń i zdał sobie sprawę, że przyciskał ją do ziemi, na której ciągle siedział. Uniósł rękę i potrząsnął nią, po czym wstał jak najszybciej, odwracając się do Ginny plecami, żeby wytrzeć palce o szatę. To i tak nie były jego najlepsze. Chciał móc otrzepać sobie siedzenie nie narażając przy tym na szwank swojej godności, ale to było niewykonalne. W jaki sposób znalazł się w takiej sytuacji? W jaki sposób wplątał się w to wszystko – schowek na miotły, krzak róży, uderzenie Pottera pięścią... No cóż, przynajmniej to ostatnie było coś warte.
Zachrzęściły kamyki. Draco szybko obejrzał się przez ramię.
Podeszła krok bliżej.
- Co? – zapytał ostro.
Ginny zatrzymała się. Wydawała się poddenerwowana.
- Wchodzisz?
- Tak – warknął, zanim pomyślał. – Oczywiście, że wchodzę, przecież jest koszmarnie zimno.
Ale Ginny zrobiła jeszcze jeden krok w jego kierunku i Draco stwierdził, że jego stopy przyrosły do ziemi. Włożył naprawdę dużo wysiłku w to, żeby je unieść, żeby oderwać wzrok od jej twarzy, ale nie mógł.
- Acha – zrobiła następny krok. Jeszcze jeden i byliby tak blisko, jak w tamtym krzaku róży.
Draco zdał sobie sprawę, że w każdej chwili mógł stracić panowanie nad sobą. Uniósł rękę, żeby zatrzymać Ginny, ale ten gest świadczyłby o jego słabości. Była tylko dziewczyną. Mógł ją powstrzymać, kiedy tylko chciał, znał wystarczającą ilość klątw. Szybko skorygował swój gest. Odwrócił rękę dłonią do wewnątrz, przyłożył palce do miejsca, gdzie uderzył go kamień i potarł skórę pomiędzy brwiami. To naprawdę piekło. I wydawało mu się, że w uszach mu dzwoniło, prawdopodobnie dlatego, że został uderzony. Prawdopodobnie. A może to z powodu Ginny, która podchodziła do niego, jakby naprawdę chciała być bliżej niego.
- Ciągle boli? – zapytała.
Znowu zachrzęściły kamienie. Była teraz o wiele za blisko, a jej palce unosiły się do jego twarzy. Czy ona miała zamiar... miała zamiar go dotknąć? Nie sądził, żeby był w stanie to znieść. Zaniepokojony, opuścił rękę, gotowy odtrącić jej dłoń.
Jego dłoń otarła się o jej uniesione palce.
Delikatny szok – w dobrym tego słowa znaczeniu – pomknął wzdłuż jego ramienia do najbardziej odległych zakątków świadomości. Starał się nie zwracać na to uwagi, ale bez skutku. Grzbiet jego dłoni łagodnie otarł się o wnętrze jej dłoni, a jej palce zamknęły się lekko dookoła jego ręki. Usłyszał, jak jego własny oddech zatrzymał się i rozpoczął na nowo. Bolały go płuca. Powiedział sobie, że musi odtrącić jej rękę natychmiast, żeby znowu nie popełnić tego samego błędu, ale jej źrenice, wpatrujące się w niego, rozszerzyły się. Wyglądała na tak zagubioną, jak on się czuł. Im dłużej tak stali dotykając się, tym krótsze stawały się ich oddechy. Powietrze wokół nich wydawało się sprężać, zbliżając ich do siebie i Draco wiedział, że już jest za późno. Nigdzie się nie wybierał.
Wbrew zdrowemu rozsądkowi obrócił rękę w nadgarstku, zwracając wnętrze dłoni ku jej dłoni, układając palce wzdłuż jej. Było coś zaborczego... naruszającego prywatność... coś nie w porządku z takim rodzajem dotyku. Podobało mu się to. Palce przesuwające się względem siebie, uczucie dotyku skóry, której nie powinien dotykać.
Jej usta otworzyły się odrobinę, a powieki opadły. Zauważył, jak na jej twarzy pojawia się kolor, gdy szerzej rozstawiła palce. Nigdy nie zdawał sobie sprawy, że palce mogą być tak wrażliwe. Gdy patrzył, jak wślizgują się pomiędzy jego, wydało mu się to niemoralne z jakiegoś powodu. Zadrżało mu ramię, jego ręka owinęła się dookoła jej – ich dłonie przylgnęły do siebie. Czy to jej palce trzymały jego dłoń tak mocno, czy na odwrót? Nie wiedział. To nie było ważne.
Ważne było, żeby na nią patrzeć. Wiedział, że musi na nią patrzeć.
Ktoś gwałtownie zaczerpnął powietrza – nie wiedział kto – gdy ich oczy się spotkały. Miała ogromne oczy. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, albo może nigdy nie były tak szczere i zszokowane, jak teraz. Wpatrywał się w nie, oddychając ciężko i z przerażeniem stwierdził, że jej oddech zmieszał się z jego, że jej oczy zamknęły się do połowy, że jej podbródek uniósł się w niemej propozycji. Ich dłonie, ciągle sczepione, były zawieszone pomiędzy nimi.
Wiedział, że nie wolno mu jej pocałować.
Ale mógłby to zrobić...
Draco zapomniał, kim był i pochylił głowę.
Jego usta otarły się o usta Ginny. Wydała nikły, nieokreślony dźwięk. Ostry ból przeszył jego usta i wniknął w ciało. Głuche dudnienie zagłuszyło wszystkie inne dźwięki, oczy mu się zamknęły i zawrzał w nim upojny bunt. Zamarł bez ruchu, bojąc się, że gdyby przesunął usta, wszystko by się skończyło. Całował ją. Całował. A ona mu pozwalała.
Nagle był wdzięczny Pansy za to, że w zeszłym roku na przyjęciu u jego rodziców przycisnęła swoje usta do jego. Nieźle go to wtedy wkurzyło. Był ciekawy, oczywiście, ale nie wiedział, co robić, a Pansy nie dała mu czasu, żeby wszystko zaplanować. Musiał się zadowolić nadzieją, że wszystko robił dobrze, że nie ujawnił swojej absolutnej niewiedzy poprzez wykonanie jakiegoś fałszywego kroku, który uczyniłby go pośmiewiskiem w dormitoriach dziewcząt. Koszmar. Jak się okazało, to nie było takie trudne, jak się obawiał. Jak tylko doszedł, co zrobić z nosem, wszystko poszło gładko. Odwrotnie niż się spodziewał, nie było to znowu takie ekscytujące. Pansy objęła go i otworzyła usta, tak że niewiele musiał dać z siebie. Mógł robić, co mu się żywnie podobało.
Wiedział, jak się całować. Tylko że nie było porównania.
Usta Ginny pozostały zamknięte, a jej wargi, pasujące dokładnie do jego, miękkie i nieskomplikowane, uczyniły ten pocałunek głębszym, niż był w rzeczywistości. Jej usta nie były chciwe, mokre ani twarde. Nie poruszyła się, nie sprawiała wrażenia, jakby chciała czegokolwiek więcej, niż tylko stać tutaj, oddychając z nim. Całując go. To było odurzające. Ekscytujące. Jej ręka wymknęła się z jego dłoni, jego ramię opadło wzdłuż ciała i stali nad samym brzegiem jeziora dotykając się tylko ustami, całując się bez ruchu.
To było prawie wszystko, czego chciał. Draco nie był przyzwyczajony do bycia tak usatysfakcjonowanym. Zawsze było coś więcej do zdobycia lub lepsza wersja tego, co miał – ale to było doskonałe. Chciał tylko, żeby trwało. Chciał to utrwalić, uczynić swoim, być właścicielem tego pocałunku, tak żeby mógł go zatrzymać i schować, i wyjąć do użytku, kiedy tylko by chciał. Spróbował to osiągnąć mocniej przyciskając usta do ust Ginny.
Zawahała się, po czym zrobiła to samo.
Porażony przyjemnością i usatysfakcjonowany niespodziewaną reakcją, Draco przysunął się jeszcze bliżej. Poczuł, jak jej całe ciało ociera się o niego, tak jak wtedy w krzaku róży, cała smukła miękkość i niezdarne kolana, i...
W mgnieniu oka Ginny, potykając się, odsunęła się od niego.
Oczy Draco gwałtownie się otworzyły i zobaczył ją, przerażoną i zmieszaną, z oczami wędrującymi od niego do zamku i z powrotem.
Odtrąciła go. Nie chciała go dotykać. Ból, który poczuł, był trudny do opanowania. Chciał ją zaatakować – nie mogła tak po prostu przerwać – jeśli ktokolwiek miał to zrobić, to powinien to być on.
Przybrał obojętny wyraz twarzy, zanim te uczucia nie zawładnęły nim całkowicie. Ginny Weasley nie musiała wiedzieć, ile dla niego znaczył ten pocałunek. Nie był pewien, co to dla niego znaczyło. To nie powinno było nic znaczyć. W końcu to był tylko pocałunek. Ona była tylko dziewczyną. To nie było nic innego, jak tylko nabieranie wprawy.
Chciał więcej.
Zimny wiatr owiał mu twarz i odgarnął włosy z czoła, przypominając, że ciągle byli na dworze i każdy, kto przechodził w pobliżu, mógł ich zobaczyć. Musiał od niej uciec. Sprawiała, że zapominał, co mu wolno, a czego nie. Jednak nie odszedł w pośpiechu, tak jak wiedział, że powinien. Jego usta ciągle płonęły i odczuwał najbardziej idiotyczną potrzebę dotknięcia ich koniuszkami palców, żeby zobaczyć, czy to, co się wydarzyło, było prawdziwe.
Jak gdyby czytała mu w myślach. Jej palce powędrowały do jej ust, dotknęły ich, podczas gdy ona ciągle się w niego wpatrywała w czymś, co niezupełnie było przerażeniem. Draco nie był pewien, co to było. Wiedział, że też to czuł, i że to było niesamowite, i że to było kompletnie chore.
- Jedno z nas musi iść – wyszeptała poprzez palce. – Ty idź.
To było zaskakujące i Draco przypatrywał się jej przez chwilę, nie wiedząc, jak zareagować. Czy ona go odprawiała? Nie mógł się o to złościć, miała rację. To była taka sama sytuacja, jak w powozie z Hogsmeade. Jedno z nich musiało wejść do zamku. I tak mieli szczęście, że nikt się na nich nie natknął i nie był świadkiem ich spotkania. Poza tym dobrze było wiedzieć, że Ginny rozumiała, że to, co zrobili, powinno pozostać w całkowitej tajemnicy pomiędzy nimi. Wyraz jej twarzy powiedział mu, że była tak samo skora do powtórzenia komuś, co tu się stało, jak Pansy byłaby do zachowania tego dla siebie.
Był zachwycony tym, że może dzielić taką tajemnicę z Ginny.
Byłby zachwycony o niebo bardziej, gdyby mógł sięgnąć i znowu ją pocałować. Ciągle tutaj była... a jej usta wydawały się ciepłe i pełne... a jej oczy spoczywały na jego ustach...
A Hogwart miał setki okien i wieże z teleskopami.
Draco obrócił się na pięcie, zanim pożądanie wzięło górę nad zdrowym rozsądkiem – dosyć tego było, jak na jeden dzień – i kopnął swoją miotłę za to, że miała czelność leżeć na jego drodze. To była doskonała miotła, ale było mu wszystko jedno. Kopnął ją tak mocno, że poczuł to przez buta. Usłyszał, jak łamie się ogon. Miał ochotę zostawić ją tutaj, żeby zgniła, ale jeśli ktokolwiek widział ich razem, to porzucona miotła byłaby dowodem, że był tutaj. Niewiele osób w Hogwarcie miało tak dobrą.
Porwał ją z ziemi.
- To jest – powiedział opryskliwie, cedząc słowa ich niedokończonej rozmowy - nie w porządku.
Odrzucił głowę do tyłu. Nie mógł znów na nią spojrzeć. Powinien zmusić swoje stopy, żeby się poruszyły, musiał się od niej oddalić.
- Pójdę już – wymamrotał. – Nie możemy znowu dać się złapać. Tak po prostu jest.
Drzwi do zamku otworzyły się, wyszedł następny uczeń i Draco nagle przekonał się, że bardzo łatwo było mu odejść. Potrząsnął głową, odrzucając włosy z twarzy i zarzucił miotłę na ramię. Prawdopodobnie była złamana. To nie miało większego znaczenia. Miał uczucie, że do końca dnia połamie jeszcze kilka innych rzeczy. Szybko poszedł w stronę zamku, oddalając się od jeziora, Ginny, wszystkiego. Miała rację, nie można było tego robić na widoku, tak jak teraz.
Czy było w zamku jakieś miejsce, gdzie mogliby pójść? Bo przecież ona nie kazała mu iść dlatego, że go nie chciała. Powiedziała tylko, że jedno z nich musi wejść do środka, a on wiedział, co to naprawdę oznaczało. To znaczyło, że jeśli mieliby to zrobić jeszcze raz, to będzie to musiało być w ukryciu.
Miał nadzieję, że to właśnie miała na myśli.
Musiała mieć to na myśli. Tak, jak musiało być jakieś miejsce, dokąd mogliby pójść. Draco w myślach przeszukiwał Hogwart i przeklinał go za to, że miał tysiąc sekretnych przejść, które wszyscy znali.
- Głupota – wymamrotał pod nosem i usiłował przypomnieć sobie przerażenie, jakie czuł, kiedy Snape go przyłapał. Co on znowu planował? Jakąś schadzkę? Czy on zupełnie zwariował? W jaki sposób miał niby ją zapytać? To nie było coś, co się załatwiało przy obiedzie albo na korytarzu. Nie znali się wystarczająco dobrze, żeby pisać do siebie listy, poza tym listy były dowodami. To, co się zdarzyło, to był niesamowity fuks. Musiał zaakceptować, że już więcej się nie powtórzy.
Draco wszedł na ostatni stopień. Zamknął oczy i oblizał usta.
- Przestań – powiedział po cichu, gdy przypomniał sobie, gdzie stał i z hukiem otworzył drzwi, rozpraszając grupę przerażonych pierwszoklasistów. Dobrze. Powinni się bać. Jeśli nie mógł pocałować Ginny, to chciał rozbić komuś głowę.
Do końca tej części pozostało jeszcze sześć rozdziałów. Teraz pytanie: jak wolelibyście, żebym je umieszczała? Po jednym, w odstępach około 2 - 4 tygodni (od kwietnia do końca czerwca będę miała bardzo dużo zajęć - przygotowanie kilku opowiadań na wymianę, prowadzenie jednego festiwalu i przygotowanie następnego - więc updaty nie będą regularne i częste) lub przetłumaczenie wszystkiego do końca i wklejenie po jednym rozdziale codziennie gdzieś w lipcu? Możecie odpowiedzieć w komentarzach (uruchomione anonimowe, więc nie musicie być zalogowani tutaj) lub w ankiecie, którą umieściłam w swoim profilu.
Komentarze motywują mnie do pracy!
