Betowała Jasmin Kain.

Rozdział 10

— Ile razy zamierzasz to jeszcze przekładać? — Korneliusz Knot był wyraźnie zniecierpliwiony. Siedział naprzeciwko Dumbledore'a w jego gabinecie, zaciskając palce na szklance Ognistej. — Pozwolisz, Albusie, że powtórzę się po raz piąty: chciałbym porozmawiać z Savannah Durance. Najlepiej na osobności. Jako jedyna przeżyła atak Blacka.
— Wiem o tym — dyrektor był niesłychanie spokojny. — Nie zapominaj jednak, że ta dziewczyna ostatnio wiele przeszła. Przez cały czas mam z nią kontakt i wiem, że nie jest w najlepszej formie.
— To kiedy będzie? — poirytowany Knot odstawił szklankę na biurko. — Twoja uczennica została zamordowana, a ty zasłaniasz się psychiczną niedyspozycją panny Durance. Może najwyższy czas zastanowić się nad Mungiem? Tam pomogą jej dość do siebie.
— Wykluczone — powiedział stanowczo Dumbledore i popatrzył mu prosto w oczy. — Savannah nie ma aż takich problemów. Bardzo przeżyła śmierć swojej przyjaciółki i konfrontację z Blackiem. To niezwykle wrażliwa dziewczynka, której nie jest łatwo odnaleźć się w nowej sytuacji.
— Masz na myśli niedawne okoliczności czy raczej to, że dowiedziała się, kim Black jest dla niej? — zapytał Minister Magii. Jego głos pobrzmiewał kpiną, co bardzo rozgniewało dyrektora.
— Chyba się zapominasz, Korneliuszu — powiedział Dumbledore ostro. — Bulwersuje mnie twoje podejście do tej sprawy. Poniekąd to twoja wina, że stało się to, co się stało. Syriusz Black powinien być już dawno schwytany i osadzony z powrotem w Azkabanie. Kto wie, może właśnie teraz planuje kiedy i w jaki sposób uderzy na Hogwart. Dołożyłem wszelkich starań, by ochronić uczniów i pracowników szkoły, jednak to za mało. Liczę, że się zaangażujesz.
— Robię, co mogę — warknął Minister. — I nie waż się winić mnie za śmierć twojej uczennicy. Dawno temu proponowałem ci rozwiązanie najlepsze z możliwych: powinieneś pozwolić działać dementorom. Wpuścić ich na teren szkoły. Szybko dopadliby Blacka.
— I wyssaliby dusze z większości uczniów — dokończył chłodno Dumbledore, mrużąc oczy. — Nie ma mowy. Dopóki ja tutaj jestem dyrektorem, żaden dementor nie przekroczy progu tego zamku.
— Więc nie miej do nikogo pretensji — odrzekł Knot. — Mnie również zależy na tym, aby go złapać. Przesłuchanie jego siostrzenicy jest konieczne. To naprawdę może pomóc.
— Czy ty siebie słyszysz, Korneliuszu? — dyrektor popatrzył na niego jak na wariata. — Jeśli naprawdę ci zależy na schwytaniu Blacka, powinieneś opracowywać nowe strategie ze swoimi ludźmi. Tymczasem ty chcesz wciągnąć do tego wszystkiego dziecko!
— To nie byle jakie dziecko — Minister zmrużył oczy. — To jego siostrzenica.
— Która się go boi — odparł Dumbledore stanowczo. — I która nienawidzi go tak samo, jak wszyscy. Wie o nim od niedawna. I ty masz tego świadomość.
— Owszem — Knot kiwnął głową. — Ale jednocześnie chcę zamknąć sprawę Kelly Bale. Wiem, że rozmawiałeś z Savannah o jej spotkaniu z Blackiem, jednak ja również chciałbym mieć tę możliwość. Nie to, żebym ci nie ufał, Albusie. W końcu decyzja należy do ciebie.
— Jak i do Savannah — powiedział Dumbledore, przypatrując mu się zza okularów. — A przede wszystkim do jej ciotki. Ja jestem tutaj na ostatnim miejscu.
— Świetnie — Knot wstał i włożył sobie na głowę swój cytrynowo zielony melonik. — W takim będę czekał na twoją sowę.
— Niczego nie mogę ci obiecać, Korneliuszu — Dumbledore splótł palce i oparł na nich podbródek. — To wszystko zależy od Andromedy Tonks.
Minister Magii zgrzytnął zębami i mruknąwszy „Do widzenia", opuścił gabinet. Dumbledore odchylił się na krześle i wyjął z kieszeni szaty wężowy szmaragd. Przez chwilę obracał go w palcach, dokładnie mu się przyglądając.
Savannah ponownie spotkała Syriusza Blacka. Tyle że tego nie wiedziała. Co takiego zaszło między nimi, że Black wyczyścił jej pamięć? Nie naznaczył jej żadnym silnym urokiem, co mogło wskazywać, że celowo wszystko zaaranżował. Jakby zależało mu na tym spotkaniu. Ale dlaczego? Czy był zdolny do racjonalnego myślenia? Może nie zwariował do reszty w Azkabanie. To wszystko wskazywałoby na jedno. Że ma plan. I to pewnie niejeden. Powiedział coś Savannah, ale nie chciał, aby to pamiętała. Przynajmniej wtedy. To trochę bez sensu - chyba że przekłada się na jakiś plan. Wszystko na to wskazuje. Potem Black uśpił ją i włożył do kieszeni jej płaszcza talizman. Dziwne, że go w ogóle nie użył. Pewnie domyślił się, że on, Dumbledore, wszystko przewidział i przygotował Hogwart na jego wkroczenie. Nie ma co, sprytny lis.
Dyrektor schował kamień z powrotem do kieszeni i wstał powoli. Będzie musiał porozmawiać z Andromedą Tonks. Najlepiej od razu.

— Znalazłaś coś? — Savannah przysunęła się bliżej Hermiony i przyglądała się w skupieniu jej zajęciu. Granger wertowała „Proroka Codziennego", skupiającego się na roku 1981 i po chwili go odłożyła.
— Nie — odparła szeptem. — Ale radziłabym ci nie sprawiać wrażenia tak poruszonej. Oficjalnie szukamy informacji do referatu z Historii Magii. Pani Pince może zacząć coś podejrzewać.
— Nie spodziewałam się, że tak łatwo przyjdzie mi uzyskać pozwolenie od Binnsa — Savannah była niezwykle z siebie zadowolona. — Powiedziałam mu, że chciałabym sprawdzić pewne fakty ze współczesności, a dokładniej z ostatnich siedemdziesięciu lat. Nie dość, że się nie zawahał, to jeszcze od razu wyczarował pisemne pozwolenie. To się nazywa mieć fart!
— Miejmy nadzieję, że Pince nie najdzie ochota, aby z nim porozmawiać — mruknęła Hermiona. — Bo wtedy doznałabyś brutalnego zderzenia z rzeczywistością. Binns może i jest - pożal się Boże - nudny i przewidywalny, ale nie jest głupi. Od razu wiedziałby, że go oszukałyśmy.
Savannah spoważniała nagle. Granger podniosła do góry jedną brew, na co koleżanka odparła:
— Spójrz, co masz przed sobą.
Hermiona zerknęła na blat, gdzie znajdował się kolejny numer „Proroka". Jej uwagę przykuła strona tytułowa. Zamieszczone były tam zdjęcia dwóch czarodziejów i jednej czarownicy, którzy - jak głosił nagłówek - dopuścili się okrutnego przestępstwa, za które skazano ich na Azkaban.
— To ona — szepnęła Hermiona. — Bellatriks Lestrange. Razem ze swoim mężem, szwagrem i innym śmieciożercą torturowała małżeństwo aurorów, doprowadzając ich do utraty pamięci i skazując tym samym na dożywotni pobyt w Szpitalu św. Munga.
Savannah nachyliła się bardziej i po chwili zakryła dłonią usta. Hermiona przyjrzała się jej zaniepokojona, więc dziewczyna odparła szybko:
— Tu jest podane ich przez nią Neville nie ma rodziców. Ci aurorzy to Frank i Alicja Longbottomowie.
Hermiona zbladła. Spojrzała raz jeszcze na gazetę i po chwili wyciągnęła różdżkę.
— Idź do Pince i ją zagadaj — poleciła koleżance.
— Co ty chcesz... — zaczęła dziewczyna, lecz Granger jej przerwała:
— Później ci powiem. Idź!
Savannah wzruszyła ramionami, ale zrobiła to, co jej kazano. Gdy Hermiona została sama, wycelowała różdżkę w gazetę i wypowiedziała zaklęcie. Po chwili „Prorok" stanął w fioletowych płomieniach i zniknął. Hermiona wzięła głęboki wdech, czując jednocześnie spokój. Tajemnica Neville'a była bezpieczna. Nikt nie dowie się, co spotkało jego rodziców.
Gdy Savannah wróciła, Granger zdążyła już odłożyć pozostałe numery. Potem wspólnie opuściły bibliotekę, odprowadzone nieufnym spojrzeniem Pani Pince.
— Co zrobiłaś z tym numerem? — spytała Savannah, gdy szły korytarzem.
— Zniszczyłam go — odparła spokojnie Granger. — Neville może być spokojny. Nikt nigdy nie pozna jego tajemnicy. A ty — tu spojrzała poważnie na koleżankę. — Nie powiesz nikomu. Nawet Harry'emu i Ronowi. Ode mnie także się nie dowiedzą.
— Nie ma sprawy — powiedziała Savannah. — Nawet przez myśl mi nie przeszło, aby zacząć o tym mówić. To co zrobiła Lestrange… Wredna suka.
— To prawdziwa fanatyczka — Hermiona spojrzała w bok. — W każdym razie tak tam pisało. Nawet na własnym procesie nie przestawała wychwalać Sama - Wiesz - Kogo.
— Wiem, co chodzi ci po głowie — powiedziała Savannah cicho. — Kolejna świruska na jego usługach. I do tego z mojej rodziny — w tym momencie wzdrygnęła się.
— Nie! — Hermiona złapała ją za ramię i spojrzała jej prosto w oczy. — Nawet tak nie pomyślałam. Zrozum, że nie masz wpływu na to, kim są twoi krewni. Ta Bellatriks może nie być jedyna. I co, będziesz się tym zadręczać? Daj spokój. Poza tym pospieszmy się. Za chwilę mamy Obronę.
Savannah skinęła głową i chcąc zmienić myśli na znacznie przyjemniejsze, skupiła je na profesorze Lupinie.

— Co on tutaj robi? — spytała Hermiona ze złością. Savannah również nie dopisywał nastrój. Zastępstwo ze Snape'm? To chyba najgorsze, co mogło je spotkać.
Ale tak było. Gdy weszły do klasy razem z innymi uczniami, czekał na nich nie profesor Lupin, ale niezwykle zadowolony z siebie Snape. Widać, że nieobecność kolegi była mu na rękę. Jego dobry nastrój pogłębił się jeszcze bardziej, gdy do klasy wpadł spóźniony Harry. Gryfoni stracili przez to punkty. Na pytanie Pottera, gdzie jest profesor Lupin, Nietoperz odparł, że ten jest chory i że jego życiu nic nie zagraża. Powiedział to takim tonem, jakby marzył, aby było inaczej.
— Dzisiaj będziemy mówić o… — Snape przerzucił szybko kartki podręcznika, aż dotarł do ostatniego rozdziału. — … o wilkołakach.
— Ten temat powinniśmy przerobić za kilka miesięcy — powiedziała Parvati. — I…
— Milcz, Patil — warknął Mistrz Eliksirów, wstając. — Sugerujesz, że nie mam pojęcia, jak zorganizować lekcję?
Parvati skuliła się w ławce, wbijając wzrok w podłogę. Snape uśmiechnął się mściwie i rozejrzał po klasie.
— Kto mi powie — zaczął. — W jaki sposób odróżnić wilkołaka od prawdziwego wilka?
Ręka Hermiony natychmiast wystrzeliła w górę, ale Nietoperz to zignorował. Jego wzrok zatrzymał się na Savannah.
— Durance, ty nam powiedz — odparł oschle. Dziewczyna, która myślami była gdzie indziej, drgnęła i spojrzała na nauczyciela.
— Słucham? — spytała i zamrugała oczami. Snape podszedł powoli do jej ławki. Siedząca obok Hermiona posłała koleżance ostrzegawcze spojrzenie.
— Zadałem ci pytanie — syknął profesor, przeszywając Savannah wzrokiem. — Ale ty oczywiście nie uważałaś. Gryffindor traci pięć punktów!
Dziewczyna zacisnęła zęby i spojrzała gdzieś ponad ramieniem Snape'a. Mężczyzna uśmiechnął się złośliwie i powiedział:
— Dam ci jeszcze jedną szansę. Jeśli odpowiesz źle, twój dom straci punkty.
Harry zerknął na Savannah. Była zadziwiająco spokojna. Tylko jej spojrzenie mówiło co innego. Wyrażało prawdziwą niechęć.
— Powiedz mi — Snape popatrzył na nią chłodno. — Jakim sposobem w dzisiejszych czasach można uleczyć wilkołaka?
— Wywarem tojadowym — powiedziała Savannah. — Jego głównym składnikiem, jak sama nazwa wskazuje, jest tojad. Wynalazł go Damocles Belby. Eliksir nie leczy likantropii, lecz łagodzi jej objawy.
Snape wyglądał niczym rażony piorunem. Zacisnął ze złości szczękę, oparł się rękami o blat biurka i pochylił nad Savannah.
— Przeczytałaś pewnie książkę Doris Hudgens „Jak oswoić wilkołaka", prawda? — spytał niebezpiecznie niskim tonem.
— Zgadza się — odparła Savannah i uśmiechnęła się. Nauczyciel wyprostował się i warknął:
— Twoja pycha nie zna granic, Durance! Gryffindor traci dziesięć punktów i jeśli w tym momencie powiesz cokolwiek, bez wahania odejmę czterdzieści!
Savannah przestała się uśmiechać. Posłała mu spojrzenie bazyliszka, które jeszcze bardziej rozzłościło Snape'a.
— Najpierw Potter, teraz ty — syknął. — Wasz dom powiększył się o kolejną bezczelną osobę.
Savannah poczuła, jak Hermiona nadeptuje jej na stopę. Wiedziała, że jeśli Snape przesadzi, nie powstrzyma się od wybuchu.
— Ta książka jest niezwykle trudna do zdobycia — powiedział zimno. — Ostatnie wydanie miało miejsce pięć lat temu i liczba egzemplarzy była ograniczona. Skąd miałaś do niej dostęp?
— To książka mojego wujka — odparła. — Jeśli zależy panu na niej, mogę się zapytać, czy mógłby ją pożyczyć.
Powiedziała to, nim zdążyła ugryźć się w język. Twarz Snape'a wykrzywił grymas wściekłości.
— Przez twoją arogancję Gryffindor traci trzydzieści punktów — syknął i odwrócił się, zamiatając czarną szatą. Nie zdążył jednak dojść do biurka, gdy usłyszał trzaśnięcie drzwiami. Tego było za wiele!
— Macie nie wychodzić z klasy! — warknął i ruszył za dziewczyną.
Dostrzegł ją w połowie korytarza.
— Durance, stój! — krzyknął i pobiegł w jej kierunku. Savannah nie zamierzała jednak posłuchać. Szła dalej, dopóki nie poczuła, jak ktoś chwyta ją za kołnierz. Po chwili stała twarzą w twarz ze wściekłym Snape'm.
— Jak śmiałaś — syknął. — Tak się zachować. Narobiłaś sobie poważnych kłopotów.
Dziewczyna uciekła wzrokiem w bok, jednak Severus nie zamierzał tego tak zostawić. Chwycił ją za podbródek i zmusił, by spojrzała mu prosto w oczy.
— Wybornie — powiedział cicho. — Wdałaś się w niego, nie ma co.
Po chwili cofnął dłoń i dla odmiany chwycił ją za ramię.
— A teraz jazda na lekcję — warknął i ciągnąc dziewczynę za sobą, ruszył korytarzem. Przez całą drogę nie odezwał się ani słowem. Gdy znaleźli się pod klasą, wepchnął Savannah do środka. Już miała się udać do swojej ławki, gdy poczuła na ramieniu jego ciężką dłoń.
— Nie sądzę, aby to było dla ciebie najlepsze miejsce — powiedział zimno i wskazał palcem na kąt niedaleko drzwi. — Stań tam.
Savannah zaczerwieniła się jak piwonia. Sądziła, że każe jej zostać po lekcji i tradycyjnie wlepi szlaban. Ale nie. Zamierzał ją ukarać. Po mugolsku.
— Jazda — warknął i przeszył ją wzrokiem. Savannah udała się we wskazane miejsce i stanęła twarzą do ściany.
— Źle — syknął Snape. — Twarzą do klasy.
To był już cios poniżej pasa. Savannah odwróciła się i teraz widziała każdego ze swoich kolegów i koleżanek. Hermiona wyglądała, jakby miała się za chwilę rozpłakać. Parvati uśmiechała się drwiąco, podobnie jak Snape. Harry i Ron siedzieli, głęboko wstrząśnięci.
— Stąd masz chyba dobry widok na klasę, prawda? — zapytał Snape złośliwie i wrócił do prowadzenia zajęć.
W końcu lekcja dobiegła końca, ale nie obyło się bez dodatkowych niespodzianek. Gdy Hermiona odezwała się niepytana, Snape zrugał ją bezlitośnie i odjął punkty. Rona poniosło i mu odpysknął, co skończyło się dla niego szlabanem.

— Jesteś niezrównoważona — powiedziała Hermiona ze złością, gdy wraz z Savannah opuściły klasę. — Dosłownie! Tym razem posunęłaś się za daleko! I wiesz co — w pełni zasłużyłaś na taką karę!
Durance nie odpowiedziała. Forma kary, jaką wymierzył jej Snape, zaskoczyła ją. Zagrał inaczej, niż się spodziewała. Ośmieszył ją. W tym momencie znienawidziła go jeszcze bardziej.
Hermiona zauważyła, że koleżanka jej nie słucha, więc zakończyła swoją tyradę. Zerknęła na nią. Miała zaciśnięte usta i ściągnięte brwi. Była wściekła. I bardzo dobrze.
— Wiesz, Snape miał rację. Ten jeden, jedyny raz — odparła Hermiona. — Sama się prosisz o kłopoty.
Żadnej reakcji. Po tych słowach odeszła, zostawiając Savannah samą. Całej scenie z daleka przyglądał się Harry. Odczekał, aż Granger odejdzie i po chwili podszedł do Savannah.
— Uważam, że dobrze zrobiłaś — powiedział i uśmiechnął się. — Snape dostał nauczkę. Teraz wie, że nie każdy pozwoli sobie na chamskie traktowanie. Nie przejmuj się Hermioną. Przejdzie jej.
— Zasłużył na to — szepnęła Savannah i spojrzała Potterowi prosto w oczy. — Nie ma prawa nas tak traktować. Do niedawna siedziałam cicho. Teraz jest inaczej.
— Inaczej — podchwycił Harry i przyjrzał się jej uważnie. — Masz rację. Zmieniłaś się. Jesteś inna niż rok wcześniej.
— Życie nas zmienia — powiedziała dziewczyna ponuro. — Zresztą… nieważne.
Zapanowała cisza. W końcu pierwszy odezwał się Harry:
— Zielarstwo mamy dopiero za trzy godziny. Co powiesz na małą partyjkę szachów?
— Nie umiem w to grać — Savannah przygryzła wargę. Potter uśmiechnął się do niej i powiedział:
— Nic nie szkodzi. Nauczę cię. Jeśli się nie pospieszymy, to zajmą nam najlepsze miejsce w pokoju wspólnym.
— Kanapa — odparła i zachichotała. Harry chwycił ją za ramię i po chwili ruszyli w kierunku wieży Gryffindoru.

— Kto cię nauczył grać? — spytała Savannah, siedząc na kanapie obok Pottera. Przed nimi stał nieduży drewniany stolik, na którym leżały czarodziejskie szachy. Chłopak wytłumaczył jej, na czym polega gra i cierpliwie odpowiadał na każde pytanie. Dziewczynie szybko udzielił się jego spokój. Potem zagrali jedną partię, którą wygrał Harry.
— Ron — odpowiedział i wziął do ręki pierwszy z brzegu pionek. Figurka wyraziła głośny sprzeciw, ale to zignorował. Przez chwilę milczał, obracając ją w palcach.
— Nieźle sobie radzisz — Savannah skupiła na nim wzrok. Czekała na odpowiedź. Harry nadal był skupiony na figurce, która próbowała ugryźć go w kciuk.
— Kwestia wprawy — mruknął i odstawił pionek na szachownicę. — Jeśli na czymś ci zależy, to łatwo jest osiągnąć cel.
Spojrzał na Savannah i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale po chwili je zamknął. Dziewczyna zmarszczyła czoło, zdziwiona jego wahaniem.
— Cel — zaczął. — Fajnie jest go mieć.
— Nie rozumiem — Savannah popatrzyła na niego jak na przybysza z innej planety. — Czy możesz mówić jaśniej?
— Celem Natalie Harris było odnalezienie grobu założycieli — odparł i spojrzał jej prosto w oczy. — Wiedziała, jakie napotka trudności. A mimo udało jej się wyrwać. Nie była jednak sama. Bez oporów wtajemniczyła cię w swój plan.
— Do czego zmierzasz? — spytała Savannah, a w jej głosie zabrzmiała czujność.
— Jak dostałyście się do Hogsmeade? — Harry przeszedł do sedna sprawy. — Każdy zachodzi w głowę, jak się wam udało.
— Po co ci to wiedzieć? — Durance podniosła do góry jedną brew. — Zamierzasz się tam wybrać w najbliższy weekend? Chociaż wiesz, że ci nie wolno?
— Mówisz jak Hermiona — powiedział Harry z irytacją w głosie. — Macie ze sobą wiele wspólnego.
Savannah zignorowała jego złośliwą uwagę. Przesunęła się dalej, zwiększając przestrzeń między nimi. Harry milczał, wpatrując się w podłogę.
— Pewnie, że chciałbym się wybrać — odparł. — Ale to nie jest takie proste. Moje wujostwo… To mugole, którzy nienawidzą wszystkiego, co magiczne. Najchętniej by się mnie pozbyli. W te wakacje nie wytrzymałem. Po kolejnej awanturze zabrałem swoje rzeczy i się wyniosłem. Tak, znalazłem się na ulicy. I powiem szczerze, że było mi tam lepiej niż u nich.
Zamilkł, nadal kontemplując podłogę. Savannah wzięła głęboki wdech i powiedziała:
— To naprawdę przykre. Co do Hogsmeade… To wiem, jak się czujesz. Ja również tam nie byłam. Moja ciotka nie wyraziła zgody.
— I nie czułaś pokusy, by ponownie się tam wybrać? — spytał Potter. — Nie byłabyś sama. Poszlibyśmy razem.
— Nie, Harry — głos Savannah był stanowczy. — Bez względu na to, jak bardzo bym tego chciała, nie zamierzam znowu ryzykować. Pójście z Natalie… Cóż, to była głupota. Teraz to mogę powiedzieć.
— Czyli mi nie powiesz — chłopak był zawiedziony.
— Nie — odparła Durance i wstała z kanapy. — Dziękuję, że nauczyłeś mnie grać w szachy. Niestety, ale nie możesz liczyć na rewanż. Nie podzielę się z tobą tą wiedzą.
Harry nie odpowiedział. Spojrzał w bok, ignorując Savannah.
— Do zobaczenia na Zielarstwie —powiedziała i udała się w kierunku wyjścia. Przeszła przez dziurę za portretem i ruszyła prosto przed siebie. Nie wiedziała, dokąd się udać. Przez chwilę wahała się, czy nie iść do biblioteki, ale szybko porzuciła tę myśl. Nie chciała konfrontacji z Hermioną. Właśnie. Najpierw Hermiona, teraz Harry. Co się z nimi wszystkimi dzisiaj dzieje. Łącznie z nią samą…
Nagle poczuła silne szarpnięcie w okolicy ramienia. Nim zdążyła zareagować, ktoś wciągnął ją do pustej klasy. Popchnięta z całej siły, wpadła na ławkę. Uderzyła się boleśnie w brzuch, na co ktoś zareagował szyderczym śmiechem. Savannah, trzymając się za podbrzusze, odwróciła się w kierunku napastnika.
Draco Malfoy powoli zmierzał w jej stronę, uśmiechając się ironicznie.
— Teraz wiesz, jak czuje się ktoś zaatakowany znienacka — powiedział i spojrzał na nią z niechęcią. — Boli? Mnie bolało bardziej.
Savannah nie odpowiedziała. Nie mogła wykonać żadnego ruchu. Stała skulona, zdana na łaskę przeklętego Ślizgona. Malfoy podszedł do niej i zmusił ją, by usiadła na podłodze. Potem wyciągnął różdżkę i przyłożył ją do policzka dziewczyny.
— Poszłaś do Dumbla — syknął i zjechał drewienkiem w okolicę jej szczęki. — Sprytne, nie ma co.
— No dalej — wychrypiała Savannah. — Pokaż na co cię stać. Przecież masz to we krwi!
— Po kolei — powiedział zimno i jego różdżka powędrowała z powrotem do jej policzka. Przycisnął mocniej koniec drewienka, a z ust Savannah wydobył się krzyk.
— Zamknij się — syknął. — Przez ciebie stary Dumbledore zagroził mi, że jeśli komukolwiek powiem o łączącym nas pokrewieństwie oraz o tym, że jesteś siostrzenicą tego śmiecia, wyrzuci mnie. A to by było super dla ciebie i twoich nowych ziomali, prawda?
Savannah poczuła, że ból powoli ustępuje. Postanowiła jeszcze chwilę poczekać, dając sobie czas na zyskanie większej ilości sił. Ona i Malfoy patrzyli sobie teraz prosto w oczy.
— Nie chciałbyś chodzić do innej szkoły? — spytała z niechęcią. — Gdzie uczą czarnej magii i przyjmują jedynie czystokrwistych?
— Miła zmiana tematu — Draco uśmiechnął się z politowaniem. — Ale nie zamierzam ci dać tak łatwo spokoju. Zadałem ci pytanie. Masz na nie odpowiedzieć.
— Niczego nie muszę — syknęła Savannah i zamachnęła się na Malfoya wolną ręką. Ten złapał ją za przegub i odepchnął do tyłu. Dziewczyna upadła na plecy. Po chwili poczuła but Malfoya na swojej klatce piersiowej.
— Jesteś taka jak twój wuj — Ślizgon spojrzał na nią z nienawiścią. — Zakała rodziny. Zdrajczyni własnej krwi. Ale nie ma co, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość śmierdzi. Ta suka cię tak wychowała.
Nagle jego but zniknął z jej klatki piersiowej. Savannah uniosła się na łokciu i ujrzała Rona, który uderzył Malfoya pięścią w brzuch. Ślizgon zgiął się wpół i obrzucił rudzielca wyzwiskami. Weasley podszedł do koleżanki i pomógł jej wstać.
— Wszystko w porządku? — spytał i wtedy dostrzegł małe zaczerwienie na jej policzku.
— To jego robota? — spytał ostro i nie czekając na odpowiedź, podszedł do Draco i uderzył go pięścią w twarz. Chłopak stracił równowagę i wylądował na podłodze.
— Spróbuj tknąć ją jeszcze raz — syknął Ron i wyprowadził Savannah z pustej klasy.
— Zaprowadzę cię do pani Pomfrey — powiedział, lecz dziewczyna zaprotestowała.
— Nic mi nie jest — odparła, wciąż trzymając się za brzuch. — Jak mnie znalazłeś?
— Nieważne — mruknął, po czym dodał: — Ten kretyn cię poturbował. Pani Pomfrey musi cię zobaczyć.
— Dobrze — Savannah ustąpiła, gdyż ból się nasilił. — Ale w razie czego ani słowa o tym, co się wydarzyło.
Weasley skinął głową, po czym ruszyli w kierunku Skrzydła Szpitalnego.

Korneliusz Knot siedział w swoim ulubionym fotelu i w skupieniu palił cygaro. Uwielbiał domowe zacisze. Tutaj, w swoim gabinecie, mógł rozmyślać dowoli i nikt mu nie przeszkadzał. Nawet jego żona.
Dumbledore. Czemu on tak to wszystko utrudnia?
Knot puścił dymka i ponownie się zaciągnął. Nikt go tak nie irytował ostatnio jak dyrektor Hogwartu. Zamiast uprościć mu sprawę, tylko ją komplikował. Do tej pory chronił wyłącznie Pottera. Teraz zaczęło mu zależeć na dobru siostrzenicy Blacka.
Knot wbił wzrok w przestrzeń przed sobą. Doskonale pamiętał tę sprawę. Widział też miejsce zbrodni. Widok zmasakrowanej twarzy Shelly Durance nawiedzał go w najgorszych koszmarach. Wszędzie było pełno krwi, a zastygła w przerażeniu twarz denatki przyprawiała go o dreszcze. Leżała na prawym boku, w pozycji embrionalnej. Sprawca musiał naprawdę jej nienawidzić.
Oszczędził jednak dziecko. Ta dziewczynka znowu dziś zaprzątała jego myśli. Widział ją na zdjęciu. Była bardzo podobna do matki.
Knot pochylił się do przodu i podrapał po brodzie. Ta mała już raz ocaliła życie. Podobnie było i tym razem. Dzieciak miał cholerne szczęście. Tylko dlaczego Black jej nie zabił? Przecież udowodnił, że jest w tym najlepszy. Do trzech razy sztuka. Kolejnego ataku dziewczyna może już nie przeżyć. I on, Korneliusz Knot, musiał temu zapobiec.