Autorką tekstu Irytka oczywiście niezrównana Magoriana.

Hermiona przemykała korytarzami, starając nie rzucać się w oczy. Poranne złośliwości Dracona i występ Irytka zdecydowanie ją wykończył psychicznie. A Ron i ten jego tekst o kociołkach, jęknęła w duchu. Bogowie musieli jej nienawidzić. Widząc kto zmierza z naprzeciwka stwierdziła, że faktycznie musiała im jakoś podpaść. Za co, no?!

Zobaczyła jak obok niej otwierają się drzwi i dostrzegła w tym swoją szansę, wsuwając się do pomieszczenia. Minęła się z zaskoczoną Opiekunką Gryffindoru i jęknęła widząc z kim się zamknęła.

– Czyżbyś nie cieszyła się na mój widok? – zapytał z pewną złośliwością Severus. – Wiesz, zawsze możesz wyjść.

– Dzięki, wolę już twoje towarzystwo niż profesora Lockharta.

– O czyżbyś przed nim uciekała?

–Skoro tak cię to dziwi to możesz do niego wyjść, sądzę, że niedługo zacznie dobijać się do drzwi.

Obserwowała jak powoli podchodzi do niej i naprawdę przez chwilę miała wrażenie, że faktycznie wyjdzie do Gilderoya. Jednak on nie minął jej tylko podszedł bliżej, cofnęła się o krok, potem o następny, aż dotarła do drzwi. Pochylił się nad nią i oparł ręką koło jej głowy, a usta były przy jej uchu.

– A jesteś pewna, że chciałabyś, żebym do niego wyszedł? Żebym nie został tutaj… z tobą – dodał jedwabistym głosem, widząc, że drży w oczekiwaniu.

Nagłe uderzenie w drzwi, sprawiło, że podskoczyła, a jej Mistrz Eliksirów uśmiechnął się tylko z wyższością i wrócił do przerwanej czynności.

– To jak, Hermiono, jesteś pewna? – przełknęła głośno ślinę i nie zwracając więcej uwagi na trzęsące się pod wpływem uderzeń drzwi, spróbowała odpowiedzieć. Było to niewątpliwie dosyć trudne, ponieważ mężczyzna zaczął skubać płatek jej ucha.

– No… chyba nie do końca – powiedziała, powstrzymując jęk.

– Chyba? – zapytał liżąc jej szyję i schodząc niżej.

– Severusie, no wpuść mnie, przecież wiem, że jesteś tam razem z panną Granger. Bo naślę na was Irytka, noo – Hermiona zadrżała nie tylko ze względu na usta zamykające się na jej sutku. Pociągnęła klęczącego przed nią mężczyznę za włosy, ale tylko po to by przyciągnąć go bliżej.

Rozerwał jej bluzkę, torując sobie dostęp do większej ilości nagiego ciała. A pocałunkami kreślił ślad do paska jej spódnicy, mamrocząc pomiędzy jednym a drugim.

– Nie martw się, Hermiono – wymówił jej imię z taką pieszczotą i namiętnością, że samo to spowodowało, że jej bielizna zdecydowanie stała się bardziej mokra, a ona przeciągle jęknęła, niemal czuła jak się uśmiecha, gdy ją całował. – Zabezpieczyłem nas na każdą ewentualność.

– Irytku, mój drogi, może tobie uda się zobaczyć, co się tam dzieje – usłyszała pełen nadziei głos Lockharta.

Spojrzała przerażona w czarne jak noc oczy, ale zobaczyła w nich tylko pożądanie, a wszystkie myśli zostały wyparte, gdy jego palce zacisnęły się na jej łechtaczce. Jej przeciągły jęk zbiegł się z krzykiem wściekłości poltergeista. On nie tylko nie mógł przejść przez tą ścianę, ale i przez żadną inną, a głośny huk nie został nawet zauważony przez Hermionę.

– Wszystko w porządku mój drogi? – zapytał z troską szalony czarodziej. Gdyby ktoś teraz szedł korytarzem niewątpliwie zobaczyłby bardzo dziwny obrazek – poltergeist leżał rozciągnięty na ziemi w zupełnie materialnej formie. Przez następny tydzień miał być człowiekiem. Całe okrucieństwo tego zaklęcia polegało na tym, że trwało tylko określony czas, a duch przypominał sobie o wszystkim, co stracił i czego nigdy więcej nie będzie mógł poczuć. Bo również na tym polegało przekleństwo, zaklęcia nie można było ponownie rzucić.

- O, na słodki wianuszek Roweny, ależ mnie lico prześliczne łupie, choć dziwne to nieco, bom wylądował na dupie. – Irytek siedział pod drzwiami i przesuwała swoimi dłońmi po dopiero co odzyskanej twarzy. – Ale cóż to znaczy z nosem mym coś nie tak, bo Gilderoya przesłodzonej woni w powietrzu brak i w mózgu jakaś wada, bo rym mi się już tak nie ukłaaaadaaa – zaczął zawodzić dość żałośnie, ścierając spływającą po policzku łzę.

– Seeeeveruuusie! Wpuść nas, coś nie tak z naszym poltergeistem.

Zawołanie Gilderoya zbiegło się z pełnym pasji Severusie, gdy mężczyzna umieścił palce tam, gdzie go potrzebowała. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła złośliwy uśmiech na jego twarzy i mimowolnie się spięła. On wstał i pochylił się przy jej uchu, jednocześnie poruszając palcami w jej wnętrzu i pocierając łechtaczkę, mówił.

– Bo widzisz, Hermiono, obiecałem przecież, że zemszczę się na naszych dowcipnisiach. A to dopiero początek – rozpływała się nie tylko pod wpływem jego dotyku, ale i głosu.

Tymczasem na korytarzu wciąż leżał oszołomiony Irytek i pochylający się nad nim z troską Gilderoy.

– Jabłka! – to jedyne co powiedział i pobiegł do kuchni, co jakiś czas odbijając się od ściany, co było bolesnym przypomnieniem, że nie może przez nie przechodzić.

Tak, Severus w swojej zemście potrafił być okrutny. Tymczasem Lockhart myślał nad tym jak otworzyć drzwi, nie przewidział jednego. Kierującej się w jego strony kobiety, która od dawna się w nim durzyła. I wreszcie dowiedziała się, że jej uczucia są odwzajemnione.

– Gilderoyu, jak miło cię widzieć w ten piękny wieczór. Co tutaj porabiasz?

– Czekam – warknął Lokchart. Było to dziwne, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że dla wszystkich wokół zawsze był miły.

Jednak tylko nieliczni, wprawni obserwatorowie mogli zauważyć, że przy pierwszej wizycie w Hogwarcie, nauczyciel obrony zauroczył profesor wróżbiarstwa, która nie zauważyła, że w ten sam sposób traktował wszystkich dookoła i próbowała go uwieść. Cóż niestety z marnym rezultatem. Jednak przez ostatni tydzień dostawała anonimowe listy, można by rzec od cichego wielbiciela. Wczorajszy jednak jednoznacznie ujawnił nadawcę, a ona poczuła się bardzo szczęśliwa. A trzeba wam wiedzieć, że Sybilla Trelawney rzadko odczuwała tego typu emocje. Pierwszy raz, gdy jej ciotka Kasandra zapowiedziała, że będzie przepowiadała wróżby o nadzwyczajnej mocy – Sybilla wciąż na to czeka, a słynnej wieszcze zapewne chodziło o przepowiednie, które wszyscy znamy. Jakby nie patrzeć profesor wróżbiarstwa też miała swoje chwile. Drugi raz, kiedy okazało się, że profesor Dumbledore pozwolił jej nauczać w Hogwarcie. Trzeci, gdy otrzymała list. Czytając to wszystko podejrzewam, że szkoda wam naszej drogiej Sybilli i życzycie jej, żeby jej marzenie się spełniło.

Mogę chyba uchylić wam rąbka tajemnicy, prawda? Za dwa miesiące, gdy Voldemort zostanie pokonany, a wszyscy będą świętować to wydarzenie, Gilderoy spojrzy na Sybillę i stwierdzi, że jak się patrzy pod odpowiednim kątem, można ją uznać nawet za ładną. Pełen podziwu dla jej umiejętności w pojedynkach - chociaż tyle nauczyła ją ciotka, jednak niezwykle rzadko pokazywała światu, co potrafi - umówi się z nią na kolację. A później samo już pójdzie.

Co do chłopców, tak przed nami jeszcze przecież integracyjna impreza, o której nasz drogi dyrektor tak łatwo by nie zapomniał. Biedny Draco, czyż nie? A może jednak nie. Ale o tym później.

Chłopcy siedzieli w bibliotece szepcząc między sobą. Na widok ich konspiracyjnych min, uczniowie patrzyli na nich z niepokojem i woleli obchodzić z daleka. Kimkolwiek była osoba, którą obejmowali swoimi planami, już jej współczuli. Pod względem żartów, ta trójka potrafiła być gorsza niż bliźniacy. A odkąd Hermiona przestała się wtrącać w to, co robili, każdy miał się na baczności. Jednak tym razem, nie musieli się niczego obawiać.

Wiedzieli, że za to, co zamierzają zrobić najpewniej zostaną zamordowani na miejscu, ale nie mogli się powstrzymać. Za bardzo chcieli dokuczyć Hermionie za te wszystkie lata niańczenia ich, jęczenia nad głową o nauce i przypominaniu o egzaminach. Podczas gdy oni chcieli potrenować Quidditcha albo spotkać się z dziewczyną. A teraz, gdy wiedzieli, że coś się faktycznie wydarzyło pomiędzy nią a Mistrzem Eliksirów nie zamierzali tak tego zostawić.

Draco klęczał przy ścianie, pukając ją palcami.

– Jesteś pewien, że wiesz co robisz? – zapytał stojący za nim Potter.

– Chcesz się zamienić? Nie? To bądź cicho i nie przeszkadzaj.

– Bądźcie trochę ciszej – syknął Ron, który pilnował drzwi. – Słychać was na korytarzu.

Obaj zacisnęli usta, a Draco dalej odprawiał dziwne rytuały przy ścianie. Rudowłosy Gryfon specjalnie nie patrzył w ich stronę, bojąc się, że ściągnie na nich uwagę dusząc się ze śmiechu. Ślizgon chciał użyć magicznego wytrychu, a on dokładnie wiedział, jak to wygląda, ponieważ Fred i George od czasu do czasu korzystali z tego wynalazku. Teraz Harry na pewno mógł zaobserwować, jak chłopak wyjmuje dziwnie wyglądający przyrząd zakrzywiony na samym końcu i dłubie nim w ścianie. Dla kogoś nieuświadomionego wyglądało to interesująco. Miał jednak nadzieję, że jego kolega okaże na tyle rozsądku by nie śmiać się w głos. Usłyszeli klik i przed nimi stał otworem magazynek Mistrza Eliksirów.

– Chyba nie chcę wiedzieć, gdzie się tego nauczyłeś – wyszeptał Ron. – Mam tylko nadzieję, że nie przechwalałeś się tym, że nie zostawiasz po sobie żadnych śladów.

Ślizgon tylko prychnął i wkroczył do pomieszczenia. Ta metoda nie była zbyt często używana, a doświadczony i potężny czarodziej mógł łatwo wyczuć moc włamywacza. Były oczywiście sposoby by zabezpieczyć się przed tego typu konsekwencjami, ale żadna z nich nie dawał stuprocentowej pewności. Zawsze można było znaleźć szczelinę. Na swoje nieszczęście chłopcy o tym nie wiedzieli, bo ani George z Fredem - którzy doświadczyli konsekwencji na własnej skórze, próbując się kiedyś włamać właśnie do składziku Mistrza Eliksirów - ani Lucjusz - który swego czasu również się posługiwał tym narzędziem - nie zamierzali ich uświadamiać. Bliźniacy, chcąc zażartować sobie z brata, a Malfoy, ponieważ nie przyszło mu przez myśl, że jego latorośl spróbuje kiedyś zastosować wiedzę przekazaną w anegdotkach do własnych celów. Tak, więc nowa Złota Trójca Hogwartu stała teraz w gabinecie Severusa Snape'a próbując dostać się do jego eliksirów.

– Amortencja, Eliksir Euforii, Eliksir Słodkiego Snu – mruczał pod nosem blondyn. – No gdzie do diaska jesteś?

W chwili gdy znalazł pożądaną fiolkę, uśmiechnął się z triumfem.

– Mam cię.

Wyszedł z magazynku triumfalnie potrząsając flakonikiem.

– No to kończ robotę i zmywajmy się stąd – powiedział Harry, który z fascynacją obserwował proces otwierania drzwi i w tym momencie był niezwykle ciekawy, jak Ślizgon je zamknie. Tu niestety rozczarował się trochę, gdyż machnął on tylko wytrychem i uniósł różdżkę kreśląc dziwne znaki i mówiąc jakąś śpiewną inkantację.

Ron zobaczył ostatni, czerwony rozbłysk i ponaglił ich tylko do wyjścia. Przemknęli niezauważeni przez korytarze i skryli się w łazience Jęczącej Marty do tej pory nieużywanej przez nikogo.

– Jesteś pewien, że to zadziała? – zapytał Potter.

– A jak myślisz, czemu uparłem się, żeby włamać się do Snape'a? Prócz tego, że wiemy ile trwa proces warzenia, to powinniśmy mieć pewność, co do jego skuteczności, prawda? A z tego, co pamiętam to żaden z nas nie jest Hermioną. A jej raczej nie możemy poprosić, nie sądzisz? – zapytał z ironią Draco.

– Dalej się dziwię, jak wpadł ci do głowy ten pomysł – powiedział Ron.

– Cóż, muszę powiedzieć, że to koledzy z Pokoju Wspólnego podsunęli mi ten pomysł. Parę tygodni temu mieli ze Snapem lekcję o zastosowaniu eliksirów miłosnych i ich rodzajach. A wiesz przecież, że nasz drogi Mistrzunio zawsze ma na składzie próbki do zademonstrowania nie tylko prawidłowej barwy i konsystencji, ale również działania, jeśli ktoś mu zbytnio podpadnie.

– Tak, do dziś pamiętam jak Neville zażył Eliksir Słodkich Koszmarów. Do tej pory trzęsie się na samo wspomnienie.

– Trwa wojna, a on stara się nas przygotować na najgorsze. Pamiętaj, że Śmierciożercy nie będą tego używać przez minutę. Chciał nas po prostu przygotować do tego, co może się stać – bronił swojego opiekuna Malfoy.

– Wiem, Draco, nie denerwuj się – odpowiedział rudowłosy. – Kiedy podamy to Hermionie?

– Och, jak najszybciej. Chociaż wolałbym przy śniadaniu, mamy wtedy eliksiry. Wywar będzie miał mocniejsze działanie, a i efekty będzie można zaobserwować od razu. Masz, Ron, przechowaj to, myślę że łatwiej będzie ci podejść do Hermiony.

Identyczny złowrogi uśmiech wykrzywił ich twarz.

Następnego dnia, Ron z Harrym siedzieli już od samego początku śniadania przy stole, czekając na dziewczynę. Draco obserwował ich z rozbawieniem, jednak czujny jak jastrząb, by w razie czego móc ich ostrzec o niebezpieczeństwie.

Hermiona przyszła lekko zaspana i od razu wlała sobie soku dyniowego, a następnie sięgnęła po tost.

– Może weźmiesz sobie powideł, Miona? – zapytał słodkim głosem Ron. Stały dokładnie po drugiej stronie dziewczyny, więc musiałaby się odwrócić. – Próbowałem ich, są rewelacyjne.

Popatrzyła na niego dziwnym wzrokiem, ale posłusznie sięgnęła po miseczkę z nimi. W tym momencie chłopak wytrząsnął z rękawa fiolkę i dolał jej zawartość do szklanki. Wszystko działo się w ułamkach sekundy, a oni odetchnęli, gdy się udało.

Złote Trio patrzyło w napięciu jak dziewczyna podnosiła szklankę do ust i upijała łyk soku. Przełknęła, a wyraz zdziwienia pojawił się na jej twarzy. Podniosła naczynie do nosa i powąchała, widać jednak niczego nie poczuła, ponieważ wypiła całą zawartość.

– Muszę powiedzieć, że inaczej smakuje – zwróciła się do nich. – Też to zauważyliście?

Pokiwali głowami, a Harry odważył się dodać.

– Jest bardzo smaczny, nie sądzisz?

– Sama nie wiem. – Spojrzała na zegarek. – Chodźcie, bo spóźnimy się na eliksiry.

Chłopcy tylko na to czekali. Wzięli swoje torby i zerwali się w pełni gotowi. Popatrzyła na nich z podejrzliwością, ale nic nie powiedziała. W połowie drogi dogonił ich Draco.

– Jakoś nie zauważyłem, że tak późno – wyjaśnił zasapany.

– No dobra, co wasza trójka knuje? – przystanęła i złapała się pod boki. Na trzech obliczach pojawił się taki samy wyraz zdziwienia i niewinności. Zbyt doskonały jak na jej gust. – Już ja się dowiem, a wtedy wierzcie mi, będziecie biedni – wymamrotała i ruszyła przed siebie.

Dotarli do sali chwilę przed Mistrzem Eliksirów. Hermiona właśnie wyjmowała podręczniki, gdy go zobaczyła. Stanęła wyprostowana, niezdolna nic zrobić. Wpatrywała się tylko w swojego profesora. On tymczasem mówił chwilę o Wywarze Dekompresyjnym, a gdy machnął różdżką na tablicy pojawiły się instrukcje. On jeszcze nie zauważył dziwnego zachowania Gryfonki, natomiast jej koledzy owszem. Wciąż nie ruszała się, wpatrując w niego uważnie.

– Panno Granger, czy pani potrzebuje specjalnego zaproszenia, czy weźmie się pani wreszcie do pracy? – zapytał Severus swoim jedwabistym głosem.

– Poczekam na zaproszenie, profesorze – wyszeptała uwodzicielskim głosem. Spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Pięć punktów od Gryffindoru. Jeśli się pani nie pospieszy poleci kolejne pięć – powiedział, starając się brzmieć oschle. Zdziwił się jej zachowaniu. To nie było normalne.

A gdy minęła wszystkie stoliki i pocałowała go prosto w usta, przy wszystkich, wiedział już, że coś jest nie tak. Nie mógł jednak nie oddać pocałunku i dzięki temu zrozumiał. Szybko oderwał ją od siebie i unieruchomił. Pogrzebał przez chwilę w kieszeniach szaty i znalazł to, czego szukał.

– Proszę to wypić, panno Granger – przytknął do jej ust zimną fiolkę, a ona poddała mu się. Gdy eliksir zaczął działać, spojrzała zdezorientowana po sali, a gdy spłynęło na nią zrozumienie machnęła tylko różdżką sprzątając swoje stanowisko i łapiąc torbę, uciekła z pomieszczenia.

– Minus dziesięć punktów od Gryffindoru za opuszczenie lekcji – powiedział cichym głosem, głosem, który zwiastował kłopoty. – A teraz powiecie mi, kto był na tyle uprzejmy by podać pannie Granger Cupere captivatio?

Ciszę w sali można było kroić nożem. Wszyscy bali się głośniej odetchnąć, a co dopiero ruszyć. Severus przeszywał każdego po kolei spojrzeniem, na dłużej zatrzymując się na Złotym Trio. Starali się wyglądać tak niewinnie jak tylko można było.

– Jeśli dowiem się kto to zrobił i skąd miał eliksir, a wierzcie mi dowiem się, – jego ton zapowiadał długie tortury i mimowolnie wszyscy się wzdrygnęli – to te osoby poczują mój gniew.

Ten wywar był dla osoby, która go zażyła mało przyjemny w działaniu. Wyrzucał sobie, że od razu nie zauważył jej osobliwego zachowania i nie zareagował. W wolnym tłumaczeniu oznaczało podporządkowany pożądaniu. Osoba, która znalazła się pod wpływem eliksiru, najpierw wpatrywała się w obiekt swojego zainteresowania. Stan ten trwał tak długo, jak długo ofiara walczyła z eliksirem. Dziękował Merlinowi i wszystkim bogom, że Hermiona nie tylko walczyła z nim, ale kiedy działanie mikstury było już nie do odparcia zdecydowała się tylko na pocałunek. Gdyby nie jej zdrowy rozsądek. Zadrżał na samą myśl, ukrywając to pod groźnym spojrzeniem, którym sondował klasę. Tak, on doskonale zdawał sobie sprawę, kto jest winny całemu zajściu. Lucjusz na pewno wspomniał o tym synowi po którymś spotkaniu. Był to bardzo popularny eliksir po ciemnej stronie. Severus wolał się upewnić, nim jego chrześniak odczuje pełnię jego gniewu. Jego spojrzenie powędrowało do dwójki Gryfonów. Tak, to by było bardzo prawdopodobne.

Jakiś czas później, gdy brał ze swojego magazynku eliksir na ból głowy wyczuł ślad, wydobył go i rozpoznał. Podszedł do półki, na której powinno stać Cupere captivatio i pomimo, że fiolki były tak poprzestawiane, by zatuszować kradzież, widział, że jednej brakuje. Uśmiechnął się do siebie w diabelski sposób, o tak, on na pewno się zemści.

Draco jęknął przeciągle, gdy został wezwany do gabinetu Albusa. Siadając na krześle, spojrzał na starszego mężczyznę z żałością.

– Ależ panie profesorze, nie tylko ja brałem w tym udział i zdecydowanie nie był to tylko mój pomysł… – zaczął Ślizgon, ale dyrektor szybko mu przerwał.

– O czym też pan mówi, panie Malfoy? – chłopak spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– A o niczym, profesorze, wolałem na wszelki wypadek od razu przeprosić – ciepłe ogniki zalśniły w oczach Dumledore'a, który jednak nie drążył tematu, wiedział, że dowie się w swoim czasie.

– Zaprosiłem tu pana ze względu na to o czym rozmawialiśmy tydzień temu, przypominasz sobie? Pan Weasley miał ci pomóc i jakoś wciąż nie widzę rezultatów.

– Nie ma pan chyba na myśli imprezy integracyjnej.

– Oczywiście, że mam. To mógłby być stumilowy krok do zażegnania podziałów.

– Ależ dyrektorze… – jęknęło bożyszcze kobiet.

– Wiem, wiem, panie Malfoy. Potrzebuje pan czasu, prawda? Ale myślę, że koniec szkoły wystarczy, prawda? Akurat wypada to za mniej więcej dwa miesiące, zdąży pan zrobić zaproszenia, zorganizować wszystko, poprosić duchy, te z zaświatów też – dodał patrząc na przerażenie malujące się w oczach chłopaka. – No i oczywiście skłonienie tej dwójki by się pojawili. Ale za to zabrałbym się na końcu, może wtedy nie dojdzie do ich uszu, że zaprosiłeś obu. Masz jakieś pytania?

Ślizgon doskonale komponował się z barwami swojego domu. Jego twarz przybrała zielony kolor, a on pokręcił głową.

– Doskonale – dyrektor aż zacierał ręce. – Możesz więc już iść. Nie chcę marnować twojego cennego czasu.

Draco wstał i wyszedł z gabinetu. Gdy chimera się zanim zamknęła, on oparł się tylko o ścianę. Czekali już na niego Harry z Ronem.

– I co? – zapytał Potter.

– Mam przejebane i to dokumentnie. A ty razem ze mną łasic, bo o ile dobrze pamiętam zgodziłeś się mi pomóc. – Rudowłosy spojrzał na niego ze zdziwieniem.

– Ale o czym ty, na gacie Merlina, mówisz?

– O imprezie integracyjnej oczywiście. Mamy dokładnie dwa miesiące na przygotowanie wszystkiego.

– Może Voldemort zaatakuje wcześniej – z nadzieją zapytał Weasley, a jego towarzysze popatrzyli się na niego jak na kretyna.

– Czy ty się dobrze czujesz, Ron? – zapytał czarnowłosy Gryfon.

– Nawet nie wiesz Harry jaką wizję odmalował dyrektorowi nasz drogi przyjaciel. Wierz mi, Sam–Wiesz–Kto to przy tym jest przyjemność. Zwłaszcza, że nie mam pojęcia jak chcesz sprawić by na oczach wszystkich Snape pogodził się z Syriuszem, to już niewykonywalne zadanie.

– Wiecie co? Obaj macie równo poprzestawiane klepki – powiedział Potter. – O bogowie, jak dobrze, że nie muszę wam pomagać.

– Oj, a ja myślę, że musisz bliznowaty. Zwłaszcza, jeśli nie chcesz by twoja mała tajemnica ujrzała światło dzienne, czyż nie?

Harry zbladł, a Ron spojrzał na nich z ciekawością.

– Naprawdę chciałbym wiedzieć, czym go szantażujesz, Draco – powiedział.

– Och, całkiem możliwe, że będziesz miał okazję się dowiedzieć, o ile nasz drogi przyjaciel nam nie pomoże. To jak, oświecimy drogiego Ronalda? – Ślizgon uśmiechnął się złośliwie.

– Dobrze, już dobrze, pomogę wam. Ale do Snape'a nie idę.

– O, a ja myślę, że po ostatnich wydarzeniach jednak powinieneś, kto wie, może z powodu twojego zachowania się zgodzi, zwłaszcza jak powiesz mu, że przestaniesz być wtedy dla niego miły – roześmieli się, ale po chwili Potter dodał.

– Jak zabawna ta wizja by nie była, samobójcą nie jestem. Poza tym zakład się do tego czasu skończy. A jeśli chcesz mieć jakąś szansę w tej wojnie, to powinno ci zależeć na tym, bym pozostał żywy.

Bitwa przyszła niespodziewanie, tuż przed ich egzaminami. Każdy robił co mógł, by utrzymać się przy życiu. Severus walczył ramię w ramię z Hermioną, chroniąc jednocześnie ją i Pottera. Draco, Ron i Harry przedzierali się w stronę Voldemorta. Na szczęście młodemu Malfoyowi zostało oszczędzone spotkanie się z rodzicami, którzy zginęli z ręki Nimfadory Tonks. Największym zdziwieniem było to, że profesor Trelawney nie tylko zgodziła się wziąć udział w bitwie, ale była siłą trudną do pokonania. Gilderoy był tak zaaferowany na jej widok, że niemal dostał Avadą, a przed klątwą tnącą nie zdołał się już uchylić i jego gładkie niegdyś oblicze przecinały trzy paskudne szramy, zaczynające się przy skroni i ciągnące przez cały policzek i szyję, aż nikły pod fiołkowo – różowymi szatami.

Pomiędzy chaosem bitwy, unikaniem klątw i nienawiścią Śmierciożerców, z których niemal każdy chciał dostać Snape'a w swoje ręce, trwał pojedynek pomiędzy Voldemortem a Złotym Chłopcem. I nawet Mistrz Eliksirów musiał przyznać, że radził sobie dosyć dobrze, oczywiście wtedy, gdy mógł patrzeć, a nie odbijać ataki lub uważać na kobietę walczącą obok niego. Hermiona też była siłą. Własnoręcznie pokonała Mcnaira i Bellatrix. Kiedy było po wszystkim, Dumbledore rzucił wokół antydeportacyjne zaklęcie, zanim Śmierciożercy zorientowali się, że ich pan nie żyje. Bez problemu więc ci, którzy przeżyli zostali wyłapani i przekazani aurorom, by przyjąć pocałunek dementora. Widać magiczne społeczeństwo nie tylko nie wybaczało tak łatwo, ale dbało przede wszystkim o swoje bezpieczeństwo. Na szczęście nikt z ich strony nie ucierpiał zbytnio. Zdarzyło się parę ran, które mogłyby być niebezpieczne, gdyby nie szybka interwencja pani Pomfrey. Fred stracił ucho. Alastor Moody kolejny kawałek nosa, ale poza tym wszyscy wyszli z tej bitwy żywi.

Tydzień po bitwie została urządzona impreza, o której od miesiąca huczał cały Hogwart wyczekując jej z niecierpliwością. Niestety, ku rozczarowaniu gości nie udało się skłonić Mistrza Eliksirów i Syriusza do podania sobie rąk, jednakże obaj zachowywali się w cywilizowany sposób, unikając siebie na dwóch innych krańcach sali.

– Cóż, Minerwo to i tak dużo, prawda? – zapytał Dumbledore.

– Oczywiście, że tak. Powinieneś być zadowolony. Severus odnajdzie szczęście. Z tego co wiem, pan Potter wygrał zakład z Draconem i on też będzie mógł wreszcie pomyśleć o sobie bez dyszącego mu w kark Voldemorta. Pan Weasley już próbuje umówić się z panną Lovegood, a Neville… jest jak zwykle tajemniczy. Chociaż z tego co widziałam, jego babcia nie będzie raczej zadowolona z wyboru, którego dokonał.

– Czyli wszystko dobrze się kończy, czyż nie? A co z Gilderoyem?

– No cóż, poszukałam trochę informacji. W Świętym Mungu pacjenci nie mogli z nim już wytrzymać, dlatego też uzdrowiciele postanowili jak najszybciej wynaleźć lekarstwo, które mogłoby pomóc na jego amnezje i w ten sposób konsekwencje spowodowane nieudolnie rzuconym Obliviate są do naprawienia. Właśnie ma być chyba konferencja na ten temat, ale musiałbyś zapytać Severusa. On się tym interesował. Poza tym, nie wiem, czy zwróciłeś uwagę, ale ptaszki ćwierkają, czy też może Irytek o pewnej wieszczce i walniętym profesorze.

– A co z Irytkiem?

– Och, strasznie przeżył nauczkę, którą dał mu nasz Mistrz Eliksirów. Oczywiście, on oburza się, że śmiemy go o to podejrzewać i że nawet on nie byłby taki okrutny, ale kto inny mógł mieć dostęp do tak silnego i zakazanego eliksiru?

– Myślisz, że wróci do tego jakim był kiedyś?

– Może, ale niewątpliwie zanim to się stanie minie sporo czasu.

Popatrzyli na siebie i westchnęli. Z jednej strony cieszyli się, że wreszcie ktoś zapanował nad żartownisiem, który nie słuchał nikogo prócz Krwawego Barona. Z drugiej było im go szkoda. Dumledore okręcił McGonagall wokół własnej osi. Ludzie przyglądali im się z rozbawieniem.

Niektórzy jednak nie zwracali na nich uwagi. Na przykład Harry, który siedział teraz przy stoliku. Poruszał nerwowo nogą i patrzył przed siebie. Co prawda Dracon miał mu pomóc, ale jeśli ona się nie zgodziła. Jeśli stwierdziła, że nie warto się z nim zadawać? Podskoczył, gdy poczuł niewielką dłoń na ramieniu.

– Czyżby Chłopiec–Który–Przeżył–Po–Raz–Drugi bał się czegoś? – odwrócił się i zobaczył, że kobieta stojąca za nim delikatnie się uśmiecha. Wstał z krzesełka i ruszył, by pomóc jej usiąść.

– Cóż za kultura – bał się, że powiedziała to ze złośliwością, ale nie widząc na jej twarzy żadnych jej oznak, odetchnął.

– Pansy…. – zaczął i nie wiedział co powiedzieć. Prawdą było, że panna Parkinson przez ostatni rok mocno dojrzała, a plotki krążące o niej po Hogwarcie były mocno przesadzone. Kiedyś spotkał ją w bibliotece. Tak oboje wiedzieli, że istnieje takie miejsce i czasem tam zaglądali, nie trzeba się dziwić czytelniku. Dziewczyna nie była wysoka, miała kruczoczarne włosy, krótko przystrzyżone i ogromne zielone oczy, okolone grubymi rzęsami. Wbrew pozorom spora część Ślizgonów nie chciała mieć do czynienia z Voldemortem, więc kto mógł oznajmiał, że chce poczekać do skończenia szkoły. Twierdząc, że boją się Dumbledore'a, że odkryje ich przynależność do Śmierciożerców i wydali z Hogwartu, a przecież został im już tylko rok nauki. Mieli szczęście, najczęściej udawało się przekonać Czarnego Pana. A im nie było spieszno do mordowania własnych kolegów. Mieli też nadzieję, że cała sprawa rozwiąże się zanim będą musieli się zdeklarować. Tak, więc któregoś pięknego poranka Pansy Parkinson stanęła oko w oko z Harrym Potterem. Tak właściwie to wpadła na niego w drodze do stolika. Wszystkie książki rozsypały się wokół, a pani Pince spojrzała na nich z irytacją. Chłopak przeprosił bibliotekarkę i rzucił się, by pomóc koleżance. Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem, ale nie skomentowała jego zachowania. Ułożyli wszystkie książki na stojącym obok stoliku i przez chwilę Gryfon stał, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

– Dziękuję – powiedziała miękko dziewczyna. Po raz pierwszy nie obrzucali się wyzwiskami, tylko rozmawiali ze sobą w cywilizowany sposób.

– Potrzebujesz jeszcze z czymś pomocy?– zapytał nieśmiało.

Przez chwilę wahała się. Nie mogła dosięgnąć książki stojącej na najwyższej półce, zamierzała poradzić sobie zaklęciem przywołującym, ale skoro kolega proponował pomoc… Spojrzała na niego oceniająco jakby bojąc się, że robi sobie z niej tylko żarty. Ale on stał tam cierpliwie czekając na jej odpowiedź.

– Mam problem z wyciągnięciem książki, a wiesz, że pani Pince nie lubi jak używamy tu czarów, twierdzi, że…

– Przyspieszają one proces ich niszczenia albo mogą reagować ze słowami tam zawartymi. – Przerwał jej w pół słowa, a potem spowodował, że się roześmiała. – Stara wariatka.

Przez chwilę wsłuchiwał się w ten dźwięk. Nigdy jeszcze nie słyszał, żeby się śmiała. Ba ona nigdy nie była dla niego miła. I tak to wszystko się zaczęło. O nie, nie rozmawiali zbyt często, obserwowali się tylko w skrytości marząc, sami tak naprawdę nie wiedzieli o czym. Miał jednak nadzieję, że nikt nie zauważył ich ukradkowych spojrzeń, czy przypadkowych spotkań. Och, jak się mylił i jakże był za to wdzięczny. Nie był pewien, czy by się przełamał, a tak Draco zrobił to za niego, był mu za to wdzięczny. Ale gdyby przegrał zakład, aż zadrżał na samą myśl.

Tymczasem wyżej wymieniony Ślizgon wraz z Ronem, obserwowali Pottera.

– Parkinson? Ze wszystkich osób, właśnie ona?

– Nie narzekaj, skoro mogłeś zaakceptować Snape'a, tym bardziej zaakceptujesz Pansy – Malfoy poklepał go czule po plecach, uśmiechając się przy tym złośliwie.

Tymczasem uczniowie nie wiedzieli na kim mają skupić wzrok, na Złotym Chłopcu, Nevillu, który zagadywał właśnie do Millicenty Bulstrode, Gilderoy Lockharcie, który właśnie flirtował ze stuknięta Trelawney czy Hermionie Granger. Jednak to właśnie ta ostatnia budziła najwięcej emocji i przykuwała uwagę.

Była Prefekt Naczelna i uczennica, która osiągnęła same wybitne na swoich OWTEMach, wirowała właśnie w objęciach ich Mistrza Eliksirów, nie zwracając uwagi na otoczenie. Można więc było obserwować jak ich rozmowa trwa spokojnie, od czasu do czasu powodując uśmiech na jej twarzy, aż do momentu, w którym dziewczyna spłonęła krwistym rumieńcem, a usta profesora były wykrzywione w wyjątkowo złośliwy sposób.

– Nigdy nie powiedziałeś mi, co to właściwie była za mikstura, którą uraczył nas drogi Gil – zagadnęła dziewczyna, w ogóle nie zwracając uwagi na to, że nie są sami i bezczelnie się do niego klejąc.

– Chcesz mnie zadusić, czy zniszczyć moją reputację? – zapytał z ostrzegawczą nutką w głosie.

– Ani jedno ani drugie, po prostu wolę przypilnować swojego niż później żałować – uśmiechnęła się szeroko na widok jego uniesionych brwi. – No wiesz… Kawaler Orderu Merlina Pierwszej Klasy. Pociągający na swój sposób, o głosie, który z całą pewnością mógłby spowodować szybsze bicie serca i oczy, od których nie sposób oderwać wzroku. O innych ukrytych talentach nie wspominając.

– Masz na myśli nasze spotkanie w pokoju nauczycielskim? – wymruczał cicho, jedwabistym głosem, jednocześnie mocniej przyciskając ją do siebie. W tym właśnie momencie uczniowie mogli obserwować czerwone obliczy panny Granger. –Jeżeli już o tym wspomniałaś, to może nie powinienem zadowalać się dużo młodszą Gryfonką, skoro jak to ujęłaś, będę miał w czym wybierać.

Zaskoczyła go, gdy roześmiała się cicho.

– Śmiało, próbuj. Bądź tylko świadomy tego, że każdą kandydatkę będę osobiście odstraszać. Wracając do Lockharta…

– A tak, nie dasz mi spokoju, dopóki się nie dowiesz. Ty i te twoje wieczne pytania. Jak się okazało nasz drogi Gilderoy odwiedził kiedyś potomka jednego z alchemików. Tego typu mikstury przechodziły u nich z pokolenia na pokolenie wraz z recepturami. Okazało się, że ten delikwent miał całkiem spory zapasik, który przeszedł w posiadanie Lockharta, a on ubzdurał sobie, że powinienem zaznać trochę szczęścia, resztę znasz.

– A Trelawney?

– No cóż, parę listów, podrobiony charakter pisma. Taka mała zemsta. Wyobraź sobie, że doszedł do tego, kto uczynił mu tę uprzejmość. A jak powiedziałem, że chciałem tylko, żeby był tak szczęśliwy jak ja, wyobraź sobie, że się wzruszył i nie potrafił już na mnie złościć. – Oboje śmieli się w głos. Tylko ktoś taki jak Gilderoy Lockhart mógł uwierzyć w coś takiego. – Zaspokoiłem twoją ciekawość?

– Ciekawość, niewątpliwie – uśmiechnęła się do niego figlarnie.

– Tak? – uniósł brew, a potem wyszeptał wprost do jej ucha – A czegóż nie, panno Granger?

– Domyśl się – tańczyli, wirując po sali, która została magicznie powiększona. – A co z chłopcami, bo podejrzewam, że im też nie darowałeś tych wszystkich żartów?

– Zobaczysz jutro przy śniadaniu – powiedział z tajemniczą miną. – A teraz chodź, znam takie miejsce, gdzie nikt nas nie będzie niepokoił.

I wymknęli się z pomieszczenia, by cieszyć się swoim towarzystwem i wolnością.

Harry powoli dochodził do porozumienia z Pansy, Draco wywijał na parkiecie z Ginny jakiś dziwny taniec, a Ron zagadywał do Luny. Neville właśnie dyskutował z Millicentą o ziołach, a Gilderoy bez skrępowania namiętnie całował Sybillę, powodując odsunięcie się wszystkich uczniów, którzy byli w pobliżu z jednakowym zdegustowaniem na twarzy. Okazało się, że przybyli nie tylko Syriusz, czy Tonks, ale także większość członków zakonu, przynosząc ze sobą ogromny zapas alkoholu. Następnego dnia, każdego męczył taki kac, jak rzadko.

Hermiona obserwowała z rozbawieniem jak większość jej kolegów nie nadaje się do życia. Ona jednak nie miała tego problemu, bo umawianie się z Mistrzem Eliksirów daje pewne profity. Właśnie wkładała do ust grzankę, gdy wylądowała przed nią sowa z Prorokiem Codziennym. Rozłożyła gazetę i upiła z filiżanki herbatę, by zaraz nią opluć najnowsze wydanie.

– Wstydź się, Hermiono – powiedział siedzący obok niej, Ron.

Gryfonka nie mogąc wyjść z szoku, z powodu tego, co widzi szybko zabrała się do lektury. Na pierwszej stronie znajdowały się zdjęcia Harry'ego, Rona i Dracona, a pod spodem widniał następujący tekst.

Ta trójka cudem uniknęła śmierci z rąk SamiWiecieKogo. Dzięki ich bohaterskiej postawie, wygraliśmy bitwę. Każdy z nich jest Kawalerem Orderu Merlina Pierwszej Klasy, przystojnym młodzieńcem i niezwykle samotnym. Czy wiecie, że żaden z nich nie tylko nie ma dziewczyny, ale też nie są one nimi zainteresowane? Nikt nie wie dlaczego, przecież to nie tylko przystojni młodzieńcy, ale przede wszystkim sympatyczni i odważni. Jeśli któraś chciałaby pocieszyć ich serca, nic prostszego. Wystarczy wziąć pióro, atrament i wysłać sowę. W tym momencie bohaterowie przebywają w Hogwarcie. Nikt jeszcze nie wie jakie mają dalsze plany, ale wasz posłaniec niewątpliwie ich znajdzie.

Dalszej części już nie czytała, wystarczył jej ten fragment. Spojrzała w kierunku Severusa i zobaczyła, że patrzy w jej stronę. Lekkie wygięcie ust świadczyło o doskonałym humorze, a kielich, który lekko uniósł w jej kierunku, tylko ją w tym utwierdził. Rozejrzała się po sali i zobaczyła, że Draco jest zielony, nie musiała zresztą daleko szukać, jej przyjaciele też wyglądali jakby chcieli kogoś obedrzeć ze skóry.

– Kto to zrobił? – wycedził wybraniec.

Gryfonka tylko wzruszyła ramionami, ale nie mogła zdusić złośliwego uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy. Wiedziała, dlaczego to zrobił. Severus wspomniał jej, kto był autorem jej upokorzenia miesiąc temu. Do wieczora rozniosły się plotki o jej dziwnym zachowaniu, może dlatego uczniowie łatwiej przełknęli to, co zdarzyło się na balu. A ona przez cały dzień unikała profesora. Na lekcjach przycichła i starała się nie patrzeć mu w oczy. Po trzech dniach takiego traktowania, zezłościł się i wytłumaczył jej, że zachowuje się dziecinnie. Do tej pory rumieniła się na wspomnienie jego metod. Wyrzuciła z głowy ten obraz, wiedząc, że idzie złym tokiem myślenia. Rozejrzała się dyskretnie, na szczęście nikt nie zauważył wyrazu jej twarzy. No może poza Severusem, który wyraźnie jej się przyglądał ze złośliwym błyskiem w oczach. Natomiast jej przyjaciele byli zajęci piciem piwa, którego nawarzyli. Zanim skończyli śniadanie, chłopcy mieli już pokaźne grono fanek kłębiących się wokół nich i przekrzykujących się nawzajem, która z nich lepiej potrafi ich pocieszyć. Hermiona zanotowała, by nigdy, ale to przenigdy nie próbować podpaść Mistrzowi Eliksirów. Oczywiście z czasem zmieniła zdanie.

THE END