Rozdział 10
- "Czyli co? Mamy załatwić tego Magic Mana?" - zapytał Finn unosząc brew i wpatrując się w animowany kompas.
- "Na to wychodzi…" - mruknęła. To, że opisany na pergaminie typ jest ich celem wydawało się jej znacznie bardziej logiczne niż to, że jest autorem notatki, co przeszło jej na początku przez myśl.
- "Co to właściwie za typek? Ten cały Magic Man?" - zapytała się Marcelina. Oparła się na łokciu, a palcem drugiej ręki dźgnęła list.
- "Nigdy się nie interesowałaś materiałami video twórców?" - zdziwił się Jake.
- "No wiesz… Ja sobie grałam w grę, a nie oglądałam serial z jej tworzenia" - odparła pokazując mu swój długi, ciemny język - "To co to za typ?"
- "Jeden z twórców" - powiedział pies - "Magic Man to jego nick. Stworzył sobie postać świrniętego czarodzieja."
- "Jakieś porady taktyczne?" - spytała Bonnibel.
- "Eeemmm" - Jake przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią - "Nie dać się zaczarować?" - uśmiechnął się krzywo.
- "Sprać mu tyłek!" - zawołał radośnie Finn.
- "Spoko… Może być" - czarnowłosa pokazała w uśmiechu długie, ostre kły.
- "Okej… Wolałabym coś bardziej… hmm… rozbudowanego…" - mruknęła różowa - "Ale jak na razie możemy zostać przy tym…" - ruszyła do wyjścia z kuchni - "Poczekajcie na mnie chwilkę. Muszę się przejść po coś czym będę mogła "sprać tyłek" temu Magic Manowi…"
Wyszła z pomieszczenia i natychmiast skierowała się w stronę schodów. Wspięła się po nich, a następnie przeszła z domu do pałacu. Rozkład wyłożonych słodyczami korytarzy znała jak własną kieszeń, więc bez wahania popędziła do celu, którym było tym razem jej laboratorium. Na swej drodze, ku swemu zdziwieniu, spotkała kilku bananowych strażników oraz dwóch, czy trzech słodyczan, którzy wykonywali jakieś nieokreślone bliżej obowiązki. Każdy z nich pokłonił się jej z szacunkiem.
Zastanawiając się kiedy właściwie całe to towarzystwo się pojawiło, otworzyła drzwi do swojego laboratorium. Przejście zamknęło się tuż za jej plecami, a w niewielkim pomieszczeniu, w którym się znalazła rozpoczął się proces dekontaminacji. W jakieś trzydzieści sekund wszystkie bakterie, wirusy, mikroby oraz szkodliwe dla zawartości pracowni substancje zostały usunięte z powietrza, które wpuściła oraz z jej skóry i ubrania. Następnie na ścianie zapaliła się zielona lampka, a droga do środka stanęła otworem.
Wnętrze było dość… białe. Ściany były pomalowane na biało, podłoga była wyłożona białymi, cukrowymi płytkami, a wszystkie meble wykonane były z białych słodyczy. Na środku stał duży stół zawalony najróżniejszymi naczyniami wypełnionymi najróżniejszymi substancjami. Stały tam również niewielkie urządzenia wykorzystywane podczas eksperymentów. Do ścian przyklejone były szafki, których dolny rząd nakryty był grubym blatem, a górny miał drzwiczki wykonane częściowo ze szkła. W środku znaleźć można było setki probówek i pozamykanych w białych pojemnikach substancji.
W ścianie w rogu znajdowało się przejście, które można było zamknąć za pomocą wysuwającej się z sufitu tafli grubej na dwa centymetry cukrowej stali. Mogło się to stać automatycznie w razie alarmu ogólnego i tylko kilka osób w królestwie miało uprawnienia do cofnięcia tego procesu.
Królewna przekroczyła próg zabezpieczonego przejścia. Po drugiej jego stronie znajdował się jeden z magazynów na wynalazki. Te umieszczone tutaj były w większości ukończone i zdatne do użytku. Duża część z nich była również przeznaczona do wyrządzania krzywdy bliźnim.
Na stojaku umieszczonymi praktycznie naprzeciwko wejścia powieszono fragment pancerza o wysokiej odporności na ataki fizyczne i energetyczne. Był to co prawda tylko napierśnik połączony z naramiennikami, ale ten typ zbroi był na tyle trudny do wykonania, że to i tak było całkiem dużo.
Na ścianie obok wisiał kordelas z jakiegoś słodkiego metalu, którego dokładnej nazwy Bonnie nie była w stanie sobie w tym momencie przypomnieć. Zresztą nie było to jakoś specjalnie ważne. Miecz był ostry i wytrzymały, więc raz dwa wylądował w pochwie i zawisł przy pasku.
Kolejnym i zarazem ostatnim zabranym przedmiotem był energetyczny karabin szturmowy, który według gry, która już nie była grą, był przedmiotem unikatowym. Była to najwyższa rzadkość jaką mógł otrzymać wytworzony przez gracza przedmiot. Do tego różowowłosa zdążyła go już ulepszyć za pomocą celownika z kamerą termiczną.
Z lśniącym pancerzem założonym na codzienne ciuchy, błyszczącą cukrem rękojeścią kordelasa przy boku i starannie wypolerowanym karabinem na plecach ruszyła w drogę powrotną do części pałacu, która była kiedyś jej domkiem.
Po otwarciu oczu dziewczyna zobaczyła tylko jakieś rozmazane, świecące na pomarańczowo plamy. Stwierdziwszy, że muszą być to jeszcze jakieś resztki snu, przewróciła się na drugi bok i spróbowała znów odpłynąć od krainy sennych marzeń. Jej organizm nie chciał jej jednak za żadne skarby słuchać. Po kilkunastu minutach wiercenia się w rozgrzanej pościeli nie wytrzymała i podniosła się do pozycji siedzącej. Przeciągając się głośno ziewnęła i powoli otworzyła oczy. Pierwszą rzeczą, która jej jakoś nie pasowała był kompletny brak rudych kosmyków ograniczających pole widzenia. Myśląc, że pewnie i tak będzie miała potwornie rozczochraną fryzurę wyciągnęła rękę, żeby odrzucić strasznie ciepłą kołdrę na bok.
Natychmiast znieruchomiała. Jej ręka świeciła się lekko na pomarańczowo. Po bliższej analizie okazało się, że jest stworzona z ognia. Podobnie jak jej nogi, włosy i cała reszta ciała. Odsunęła rozgrzaną do czerwoności kolczugę, która służyła jej za kołdrę i zsunęła się z nadtopionego do miękkości kamienia, który był jej materacem. Jej drobne stopy dotknęły ciepłej podłogi, która zrobiona była z jakiegoś ciemnego kamienia, którego nazwy dziewczyna nie znała. Z podobnego materiału wykonane było praktycznie wszystko w jej pokoju.
Poderwała się na nogi i nawet nie rozglądając się za kapciami popędziła do łazienki. Wszystkie znajdujące się w niej sprzęty były wykonane z podobnego minerału jak wszystko w jej pokoju. Tylko lustro było kawałkiem jakiegoś mocno wypolerowanego metalu. Śruby, którymi przymocowano je do ściany były rozgrzane do czerwoności.
Dziewczyna spojrzała w zwierciadło i przyjrzała się swej twarzy. Jej włosy wciąż były czerwone, ale jednocześnie tańczyły nieprzerwanie niczym płomień w kominku. Na czole miała niewielki, czerwony kamień szlachetny wyszlifowany w kształt rombu. Dotknęła swych policzków. Nie czuła gorąca - czuła ciepło. Jakby wciąż była człowiekiem. Przyjrzała się jeszcze swojemu ubraniu. Była to bardzo jasno pomarańczowa koszula nocna z nieznanego jej materiału. Materiału, na którym niesamowicie wysoka temperatura, jaką emanowało teraz jej ciało nie robiła najmniejszego wrażenia.
Z przyzwyczajenia sięgnęła w stronę kranu. Odkręciła go już z czystej ciekawości. Do zlewu zaczęła się wlewać jakaś gęsta, świecąca na pomarańczowo ciecz, która była za pewne jakąś roztopioną skałą lub metalem. Zaintrygowana dziewczyna wyciągnęła dłoń i wsadziła palce w strumień. Uczucie było mniej więcej takie jakby dotykała wody. Ciepłej, gęstej wody, która każdemu normalnemu śmiertelnikowi spopieliłaby dłoń tak mniej więcej do szyi. Bez dłuższych zastanowień opłukała sobie garścią gorejącego płynu twarz. Kilka kropel wylądowało na podłodze i zastygło z cichym sykiem, kilka spłynęło po jej ubraniu i skórze, a parę innych dostało się nawet do jej ust. Smakowały dość dziwnie. Ogólne wrażenie było jednak dość przyjemne.
Ruszyła z powrotem do swojego pokoju. Po dłuższej przerwie na przebranie się, podczas której stwierdziła, że bycie żywiołakiem ognia jest dość dziwne, i że nie posiada już żadnych butów, stanęła na środku pomieszczenia i jeszcze raz się rozejrzała. Pierwszy raz spostrzegła, że w jednej ze ścian znajduje się okno.
Znajdujące się za nim wulkaniczne pustkowie z okazjonalnymi lepiankami, które przypominały nieco domy z jej dawnego osiedla wcale jej nie zdziwiło, ani nie zainteresowało. Ciekawsze były znajdujące się w oddali lasy i łąki. Miała nadzieję, że nic nie będzie chciało jej powstrzymać przed wyjściem na zewnątrz…
Tłum cukrowych poddanych zajął wszystkie chodniki, alejki i mniejsze uliczki odchodzące od głównej ulicy miasta. Słodycze najróżniejszych kształtów, kolorów i smaków zebrały się by wiwatami i radosnym machaniem pożegnać wyruszających na misję bohaterów. Względny porządek utrzymywali uzbrojeni w pozłacane włócznie bananowi strażnicy stojący na krawężnikach drogi. Nawet oni nie mogli się jednak powstrzymać od okazjonalnego pomachania, czy uronienia wesołej łzy.
Środkiem głównej ulicy przemieszczały się cztery postacie. Unosząca się jakieś dwa metry nad ziemią, skryta pod czarną, zdobioną parasolką wampirzyca oraz różowa królewna i bohater w białej czapce dosiadający wielkiego, żółtego psa. Nie mieli zielonego pojęcia skąd taka radosna reakcja słodyczan. Odczuwanie setek par śledzących ich odjazd oczu były nawet nieco nieprzyjemne. Człowiek może poczuć się niezręcznie kiedy patrzy na niego jedna osoba, a co dopiero kiedy wpatruje się w niego cały tłum.
Tylko Bonnibel zdawała się nie mieć z tym najmniejszego problemu. Uśmiech rozświetlający jej twarz nie był niezręczny, a pogodny. Praktycznie cały czas machała do tłumu swoich poddanych i zachowywała się jak urodzona władczyni.
- "Wczułaś się, Bonnie" - mruknęła Marcelina uśmiechając się połową twarzy. Starała się zabrzmieć nieco złośliwie, ale musiała przyznać, że jej przyjaciółka radzi sobie całkiem nieźle w swojej "roli".
- "Uśmiechanie się i machanie nie jest trudne, Marcy" - odparła nie zmieniając wyrazu twarzy. Wiedziała, że nikt z tłumu nie jest w stanie usłyszeć ich wymiany zdań - "Nie ważne, czy udajesz, czy robisz to na serio. Tłum i tak cię już uwielbia, a piękny uśmiech tylko ich ucieszy."
- "Po co właściwie całe to pożegnanie, PB?" - zapytał cicho Finn. Powstrzymał się od odwracania w jej stronę.
- "Ciesz się, że to tylko tyle" - odpowiedziała wciąż machając do poddanych - "Bananowi strażnicy koniecznie chcieli wysłać z nami oddział dla ochrony."
- "Kazałaś im zostać?"
- "Nie musiałam" - nie mogła powstrzymać cichego chichotu - "Nikt z nich nie był na tyle odważny, żeby wyruszyć."
- "Co wy na to, żeby na następne wypady wychodzić w nocy?" - zaproponowała Marcelina - "Co oni sobie w ogóle wyobrażają? Że idziemy na jakąś wyprawę wojenną? Że przyniesiemy im szczęście i jedzenie?"
- "Nie wiem, Marcy…" - mruknęła królewna - "Ale nie niszczmy ich marzeń."
Wkrótce cała czwórka znalazła się za bramami miasta. Na murach i tuż przy wyjściu zebrali się słodyczanie. Wykrzykiwali radosne pożegnania i slogany na cześć bohaterów. Niektórzy wytrzasnęli skądś białe chustki i teraz machali nimi jakby żegnali synów wyruszających na wojnę. Cała ta uroczystość trwała dopóki odjeżdżający nie zniknęli w cukrowych lasach. Po tym mieszkańcy Candy Kingdom uspokoili się i rozeszli się po mieście wracając do swoich codziennych zajęć.
Przyjaciele tym czasem przyśpieszyli i powoli zaczęli zbliżać się do mniej słodkich rejonów. Las stawał się powoli normalny, a jednocześnie gęsty i mroczny. Niedługo ścieżka stała się tak wąska, że Jake musiał się zmniejszyć, a siedzący dotychczas na jego grzbiecie zacząć korzystać z nóg. Pod ich stopami zachrzęszczał pokruszony przez korzenie drzew asfalt dawnej drogi.
Ni stąd ni zowąd rozległy się ogłuszająco głośne grzmoty - nadchodziła burza. Ledwo widoczne przez gęste gałęzie niebo pociemniało w kilka sekund. Gdzieś niedaleko uderzyła błyskawica, po której natychmiast nastąpił kolejny grzmot. Hałas nie skończył się jednak po chwili, a trwał. Coś spadało z nieba.
Strażnicy stojący po obydwu stronach olbrzymich drzwi, które zapewne prowadziły do jakiegoś ważnego miejsca gadali ze sobą nie przejmując się za bardzo tym co działo się dookoła. Przypominali nieco małe wulkany z rękami, nogami, malutkimi oczkami i płonącymi włóczniami. Zamiast pojedynczego krateru mieli kilka niewielkich kominów wystających z głowy, z których każdy zakończony był tańczącym radośnie płomykiem.
Skryta za zakrętem korytarza płomiennowłosa dziewczyna zastanawiała się jak przejść obok wartowników niezauważona. Dwójka żywiołaków nie wkładała co prawda w swą pracę wiele wysiłku, ale młoda nie chciała ryzykować. Już chciała zrezygnować, kiedy usłyszała tuż obok siebie ciche skrzypienie.
Gwałtownie odwróciła się by odnaleźć źródło dźwięku. Był nim całkiem sporych rozmiarów kamienny wózek popychany przez malutką, pomarszczoną staruszkę, która wyglądała jak zastygła lawa. Na jej głowie płonęło kilka słabych płomyków. Zdawała się kompletnie nie zwracać uwagi na dziewczynę, a do tego skręcała w pilnowany przez parę strażników korytarz.
Niewiele myśląc płomiennowłosa skryła się za wózkiem w taki sposób, żeby osłaniał ją przed wartownikami i zaczęła się poruszać razem z nim. Skradanie się w ten sposób było straszliwie niewygodne. Po chwili jej nogi zaczęły się męczyć i musiała się co jakiś czas podpierać rękami. Zaczęła się zastanawiać jakim niby cudem żywiołak ognia może się zmęczyć od chodzenia.
- "Upalnego dnia psze pani" - odezwał się nagle jeden z wartowników. Dziewczynie normalnie pewnie zrobiłoby się zimno. Teraz było to nieco trudne.
- "I wam chłopcy" - uśmiechnęła się szeroko staruszka nie przerywając popychania wózka.
Kilka minut później korytarz wciąż wyglądał tak samo. Dziewczyna była pewna, że oddaliły się już wystarczająco od średnio rozgarniętych strażników, ale wciąż nie była w stanie stwierdzić gdzie się tak naprawdę znajduje.
- "Możesz już wyjść kochanieńka" - odezwała się niespodziewanie staruszka. Płomiennowłosa odwróciła się w jej stronę lekko przestraszona - "Zgaduję, że chcesz się pobawić na dworze, a twój ojciec ci nie pozwala" - zaśmiała się - "Możesz wyjść tym oknem" - wskazała najbliższą ścianę.
Znajdował się w niej nieregularny, trójkątny otwór wyrżnięty w skale grubej na jakiś metr. Widać było z niego mniej więcej to samo co z jej pokoju. Jednak dopiero teraz dziewczyna zorientowała się jaka długa droga dzieli miejsce, w którym się znajduje, a poziom gruntu.
- "Jak ja mam się niby tędy wydostać?" - zapytała odwracając się do staruszki.
Jej jednak już nie zobaczyła. Tylko gdzieś w oddali słychać było jeszcze ciche skrzypienie kółek pchanego przez nią wózka.
'Może potrafię latać?' przyszło nagle na myśl płomiennowłosej. Jeszcze raz wyjrzała przez okno, po czym cofnęła się pod przeciwległą ścianę. 'Przecież i tak nic mi się w tej postaci nie stanie' - z tą myślą zaczęła biec w stronę trójkątnego otworu. Gdy była odpowiednio blisko podskoczyła i zanurkowała na zewnątrz.
Mocno się zdziwiła zdając sobie sprawę z tego, że zostawia za sobą pióropusz ognia i rzeczywiście leci.
Ogłuszający huk rozległ się w okolicy, a ziemia zatrzęsła się jak przy jakieś potężnej eksplozji. W położonej przed przyjaciółmi części lasu zaczęło się coś ruszać. Po kilku sekundach wyszło na jaw czym to coś jest. W ich kierunku zbliżała się z całkiem dużą prędkością chmura pyłu. Jake szybko rozciągnął się i zasłonił towarzyszy. Na własnym ciele poczuł, że nadciągająca fala materii pełna jest liści, drzazg i leśnej ściółki.
Dłuższą chwilę trwał cały ten chaos. A kiedy już wszystko ucichło, od głosu doszła pogoda. Gdzieś w oddali kolejna błyskawica rozświetliła ciemność, a po niej zabrzmiał kolejny grzmot niczym burczenie w brzuchu giganta. W końcu z nieba poleciał deszcz. Wielkie, ciężkie krople rozbijały się na naniesionej przez chmurę warstwie pyłu. Woda ściekała z gałęzi drzew i znikała w leśnej ściółce zmieniając ją w gęstą, lepką maź.
- "Jesteś pewien, że chcesz nam służyć za parasol?" - zapytała Bonnibel unosząc głowę. Nad nią rozciągał się pokryty żółtym futrem baldachim.
- "Nic mi nie będzie" - odparł spokojnym głosem pies.
- "W to nie wątpię" - powiedziała różowa - "Zastanawiałam się raczej czy czujesz się komfortowo w takiej roli."
- "Jake jest twardy" - zaśmiał się Finn szturchając nogę swojego brata - "Taki deszczyk to dla ciebie nic, co nie Jake?"
- "Nie zdziwiłabym się gdybyś teraz wyciągnęła z kieszeni jakiś notatnik i zapiszesz w nim coś o Jake'u" - zaśmiała się lewitująca brzuchem do góry Marcelina.
- "Głowa zastępuje mi notatnik" - uśmiechnęła się dotykając palcem bok czoła.
- "Mam wrażenie, że będą małe kłopoty…" - odezwał się nagle pies.
Przed nimi leżało drzewo. No… Prawie leżało. Jego korzenie tylko częściowo wystawały z ziemi, a jego korona opierała się o złamany pień wyrastający z gruntu jakieś dwa metry wcześniej. Mokra ściółka przemieszana była z kamieniami, grudami ziemi i licznymi drzazgami różnych rozmiarów. Cały ten bajzel był skutkiem czegoś co stało się ledwie kilka minut wcześniej wywołując przy okazji małą burzę pyłową, trzęsienie ziemi i hałas, który zapewne przekroczył parę norm. Albo raczej przekroczyłby gdyby takowe jeszcze istniały.
Główna atrakcja całego tego zdarzenia była jednak znacznie większa i ciekawsza niż wszystkie powalone drzewa, drzazgi, burze i wstrząsy. W kraterze, w który zmieniała się część lasu, leżała sobie spokojnie latająca wyspa. Olbrzymi kawał gruntu wyrwany z ziemi i dotychczas latający gdzieś wśród obłoków nie wyglądał już tak majestatycznie. Cały był popękany i powoli zmieniał się w błotnisty pagórek.
Coś było jednak nie do końca w porządku z uziemioną wysepką. Pierwszą rzeczą jaką na niej zobaczyli przyjaciele była duża, metalowa brama pokryta rdzą i wymyślnymi zdobieniami. Pogięte kraty jej skrzydeł leżały w nieładzie gdzieś pomiędzy drzewami. Dalej było tylko ciekawiej. I bardziej ponuro przy okazji. Okazało się, że miejsce to było niegdyś cmentarzem. Popękane nagrobki, zrujnowana krypta na przeciwległym krańcu i pokręcone niczym umysł przeciętnego pacjenta szpitalu psychiatrycznego drzewa.
Cały klimat psuł leżak, mała lodówka i duży, plażowy parasol rozłożone na środku cmentarzyska. Gdzieś w tym wszystkim drzemał blady typek w czarnych jeansach, glanach i szarym t-shirt'cie. Twarz miał zasłoniętą ciemnozieloną, luźną czapką, spod której wystawały szpiczaste uszy i fragment czarno-czerwonego irokeza.
Drzemiący typek poderwał się do pozycji siedzącej gdy tylko przyjaciele się zbliżyli. Zaczął się gwałtownymi ruchami rozglądać na wszystkie strony. Dopiero po chwili zorientował się, że widok zasłania mu czapka. Cisnął ją za siebie nie dbając za bardzo o to, ze wylądowała w kałuży błocka powoli wpływającego do wnętrza grobu z pękniętym nagrobkiem.
Wampir - bo właśnie tym był tajemniczy typek - natychmiast skierował swój wzrok w stronę przybyszów. Jego czerwone oczy zabłysły złością, a twarz wykrzywiła się w grymasie gniewu.
- "Kim jesteście i co robicie na mojej wyspie?" - syknął. Przeciągle akcentował każdą literę "s" przez co brzmiał nieco śmiesznie. Nie dał się wytłumaczyć intruzom, bo zauważył, że nie znajduje się już wśród chmur, a w dość mrocznym lesie - "Co wy zrobiliście z moją wyspą?!" - wrzasnął z wściekle.
- "Emmm… Nic?" - odpowiedział Jake.
- "To nie my!" - zapewnił Finn wykonując uspokajający gest.
- "Nie widzę tu nikogo innego!" - krzyknął coraz bardziej wściekły wampir. Jego głos stał się cienki na końcu zdania co zabrzmiało jeszcze zabawniej niż specyficzna wymowa niektórych spółgłosek.
- "Spokojnie stary" - poprosił pies.
- "Walić wyspę" - wyszczerzył się nagle typek. Długie, ostre kły zabłysły na tle szarej skóry - "Będę miał dziś darmowe żarcie" - zaśmiał się, po czym wymamrotał coś pod nosem i machnął ręką.
Popękane nagrobki zostały odsunięte przez piętrzącą się pod nimi ziemię. Z błocka zaczęły się wyłaniać niesamowicie ufajdane ręce. Sądząc po licznych śladach rozkładu, nędznych resztkach ubrań i nagłej fali smrodu gnijących zwłok, z grobów właśnie wyczołgiwały się zombie. Truposze sprawnie ustawiły się w chaotyczną zgraję i nieco zdezorientowane zaczęły się rozglądać po otoczeniu. Tym czasem zadowolony z siebie wampir przestawił swój leżak frontem do akcji i z szerokim uśmiechem się na nim uwalił.
- "Czemu jestem cały w błocie?" - wydusił niewyraźnym głosem jeden ze świeżo obudzonych nieumarłych. Usiłował się wyczyścić słabo skoordynowanymi ruchami rąk.
- "Gdzie jestem?" - zapytał inny. Jego oczy wygniły lata temu i teraz próbował dojrzeć coś dwoma pustymi oczodołami.
- "Czy ja jestem martwy?" - zapytał z nieukrywanym przerażeniem kolejny.
- "Tak do cholery! Jesteś martwy" - wydarł się wampir. Jego głos znów kilka razy stał się cienki i piskliwy - "Jesteście zombie, a tam przed wami są wasze ofiary! Rozkazuję wam ich unieruchomić, żebym mógł się posilić ich krwią."
- "A co z nami?" - spytał jeden z truposzczaków - "Też jesteśmy głodni!"
- "Ungłlebłe!" - wykrztusił któryś. Najwidoczniej jego język był już w tak beznadziejnym stanie, że nie mógł ułożyć ani jednego artykułowanego słowa.
- "Jestem wampirem!" - wrzasnął wściekły typek - "Piję krew! Resztę będziecie mogli sobie zeżreć!"
Zombiaki przez chwilę wgapiały się w swego stwórcę, po czym bez słowa zwróciły się w stronę przybyszów i ruszyły do ataku. Kilka z nich natychmiast zostało powalone i przygwożdżone do ziemi przez celną serię z karabinu Bonnibel. Królewna pewnie kontynuowałaby ostrzał, ale potężny odrzut jaki generowała przy strzale broń sprawił, że straciła równowagę i prawie upadła w błocko.
Widząc, że zniknęło zagrożenie otrzymania przyjaznej salwy w plecy, Finn i Jake rzucili się do walki. Machnięcia mieczem i zmienionymi w maczugi łapami druzgotały kości i rozszarpywały ciała żywych trupów, które powoli traciły rozpęd. Wkrótce formacja chaotycznej zgrai doszczętnie się rozsypała, a nędzne niedobitki czmychnęły gdzieś w las gubiąc po drodze trzymające się na resztkach ścięgien części ciała.
Mina wampira zrzedła. Nie spodziewał się, że intruzi dysponować będą takimi umiejętnościami oraz odwagą wystarczającą by nie przestraszyć się bandy umarlaków. Jego mina zrzedła jeszcze bardziej gdy poczuł, że ktoś go trąca w ramię. Zgodnie z jego przewidywaniami nie był to zombiak, który postanowił oznajmić swemu "panu" porażkę. Była to wysoka postać z długimi, czarnymi włosami. Błyskawica oświetliła na sekundę jej czerwone oczy, ostre kły i uniesiony topór.
Typek pisnął niczym mała dziewczynka i rzucił się w błocko. Kątem oka zobaczył jak jego leżak zostaje rozcięty w pół, a topór grzęźnie w ziemi. Wykorzystał chwilę, którą napastnik potrzebował by odzyskać broń na rzucenie się w jego stronę. W locie przemienił się w olbrzymiego nietoperza, co sprawiło, że właściciel topora po trafieniu został ciśnięty w tył o dobre kilkanaście metrów i zniknął między drzewami.
Nie minęła jednak nawet sekunda, kiedy kilka drzew padło na ziemię łamiąc się w kilku miejscach, a spomiędzy nich wyczłapał olbrzymi, włochaty demon z długimi rogami i nietoperzowymi skrzydłami. Bez wahania rzucił się na przerośniętego nietoperza i cisnął nim o umiejscowioną na krawędzi wyspy kryptę. Budowla skruszyła się pod ciężarem wampirzego cielska. Potworowi pozbieranie się zajęło kilka długich sekund, a kiedy w końcu stanął na nogi, natychmiast został złapany w niedźwiedzi uścisk, który zmiażdżył mu kilka żeber.
- "Marcy!" - zawołała najgłośniej jak mogła Bonnibel próbując zwrócić na siebie uwagę przyjaciółki. Stała właśnie z karabinem wycelowanym prosto w przemienionego typka, a rozciągnięty Jake pomagał jej nie stracić równowagi przy wystrzale.
- "Robi się" - odpowiedziała przerażającym głosem wampirzyca domyślając się o co chodzi.
Złapała pazurzastymi łapskami za futro przeciwnika i uderzyła go z całych sił głową prosto w środek twarzy. Walnięty w właściwie bardziej rogami niż czołem wampir cofnął się o krok. Z jego pyska wypadł kieł. Następnie dało się słyszeć ogłuszający huk, a serce olbrzymiego nietoperza przebił promień różowej energii. Masywne cielsko znieruchomiało i zaczęło zmieniać się w pył, który pod wpływem wody opadł na ziemię praktycznie natychmiast. Szybko zmieszał się z błockiem tworząc wielką, szarą kałużę.
- "Co to było?" - zapytała z podziwem Marcelina zmniejszając się z powrotem do swej normalnej postaci. Wyciągnęła swoją gitarę z błocka i przetarła ją fragmentem materiału ze zniszczonego leżaka.
- "Wiązka światła w serce" - odparła Bonnibel masując bark, który pochłonął większą część energii odrzutu. Gdyby nie była z gumy, to pewnie zabolałoby znacznie bardziej - "Działa lepiej niż osikowy kołek."
- "Widziałam…" - wzdrygnęła się wampirzyca.
- "Ej, Marcelino" - zagadnął Finn - "Ty jesteś królową wampirów, prawda?"
- "Nom."
- "To dlaczego nie kazałaś temu gościowi się ogarnąć, czy coś?"
- "Większość wampirów nawet nie wie, że maja jakąś królową" - wzruszyła tylko ramionami, po czym zwróciła się do Jake'a - "Daleko jeszcze do tego Magic Mana? Mówiłeś, że znasz drogę."
- "Znam" - odparł - "Jeszcze jakieś pięć minut marszu."
Spacer po lesie był… Niesatysfakcjonujący. Wszystko co w nim żyło, chowało się natychmiast gdy ja zobaczyło. Leśna ściółka skwierczała pod jej stopami, które jednocześnie były przez zawartą w mchu, gnijących liściach i glebie wilgoć boleśnie "parzone". Każda drobna roślinka, jakiej chciała się przyjrzeć była natychmiast spopielana. Zrywane z krzaków jagody parowały w jej palcach, a gdy trafiały do ust były zwęglone i już ani trochę nie przypominały w smaku leśnych jagód.
Przez dobre pół godziny znudzona płomiennowłosa maszerowała przez las kopiąc niewielki kamyk. Za każdym kopniakiem kamień stawał się coraz gorętszy. Coś jak dusza w starym żelazku. Albo jakiś kamlot do podgrzewania wody, bo to właśnie robił - wilgoć ze ściółki parowała natychmiast po zetknięciu się z podgrzanym przedmiotem.
Ni stąd ni zowąd rozległ się głośny grzmot. Dziewczyna natychmiast poderwała wzrok w stronę nieba, które okazało się być w całości ukryte pod grubą warstwą ciemnych chmur. Sytuacja nie była zbyt dobra. Zwłaszcza dla żywiołaka ognia.
Płomiennowłosa zaczęła biec w poszukiwaniu schronienia. Nie minęła nawet minuta, kiedy okolicą wstrząsnął kolejny grzmot, a zaraz po nim coś znacznie głośniejszego. Coś co wznieciło chmurę pyłu, przed którą dziewczyna musiała schować się za pniem drzewa. Gdy tylko mała burza pyłowa się uspokoiła, żywiołak oderwał plecy od zwęglonej kory i popędził dalej nie zwracając uwagi na ból stóp. Wkrótce zaczęło się piekło. Zimne, mokre piekło.
Z nieba zaczęły spadać wielkie krople wody, które były jak lodowe szpikulce dla ciała płomiennowłosej. Ostatkami sił dopadła do przewróconego drzewa, pod którym utworzyła się mała jama. Jej klepisko znajdowało się powyżej poziomu gleby, więc nie było problemu z wlewającą się do wnętrza wodą. Dziewczyna wczołgała się do środka i skuliła w kącie. Przysunęła kolana pod brodę i oplotła nogi rękoma starając się odzyskać najwięcej ciepła jak ile się tylko dało.
- "To tu?" - upewnił się Finn. Jego głos był prawie całkiem zagłuszony przez dźwięk ciężkich kropel uderzających w jakąś blachę.
Przed nimi stała rozpadająca się rudera. Wszystkie okna były powybijane, drzwi były wystawione i oparte o wewnętrzną część framugi, a frontową ścianę podpierały jakieś krzywe tyczki. Cały przestrzeń przed tym "domem" wysypana była piaskiem, który formował nieregularne zaspy i aktualnie był dość mokry. Ścieżkę prowadzącą do drzwi stanowiły porzucone w piachu deski, a po obu jej stronach leżały liczne puste butelki i kartony z napisem "piach", z których wyrastały zielone roślinki nieokreślonego gatunku. Gdzieś dalej stał wrak niebieskiego samochodu. Pokryta rdzą karoseria wyglądała jakby ktoś codziennie obijał ją młotkiem, szyby były pozbijane, a koła ktoś podwędził.
- "Jestem tego całkowicie pewien" - odparł Jake.
- "Tu mieszka ten cały Magic Man?" - zaśmiała się Marcelina - "Mam wrażenie, że to jest jakiś zwykły frajer…"
- "Frajer, a jakże!" - zaśmiał się ktoś doniośle - "A do tego straszny dupek!"
Na środku ścieżki z drewnianych desek zmaterializował się się jakiś typek. Pojawił się dosłownie znikąd. Miał zieloną skórę, a jako ubrań używał jaskrawo-żółtej, podartej koszulki i spodni oraz kapelusz w tym samym kolorze. Na plecach miał pokaźnych rozmiarów plecak ze śpiworem, czy innym kocem przytroczonym do górnej części.
- "Mamy go!" - wrzasnął Jake zmieniając kształt swych dłoni w tarczę i miecz.
- "Do ataku!" - zawtórował mu Finn wyciągając miecz z umieszczonej przy plecaku pochwy.
Nie marnując ani sekundy czasu rzucili się na zielonoskórego przeciwnika. Magic Man natychmiast zrobił popisowego fikołka i zawisł w powietrzu, a bracia, nie natrafiając na żadną przeszkodę, zaryli twarzami w piach.
- "Złapaliście mnie w zły dzień" - zachichotał - "Nie mam pomysłów na żadne gry słów" - z jego palców wystrzeliły kolorowe płomyki, w środku których migotały drobne gwiazdeczki. Obydwa strumienie barwnych ogni trafiły wygrzebującego się z piasku psa.
Żółty futrzak wzdrygnął się, po czym w ułamek sekundy przemienił się w kupkę piasku. Magik zatrząsł się śmiechem próbując jednocześnie wykrztusić jakieś słowa.
- "Jake!" - wrzasnął blondyn. W jego oczach pojawiły się łzy - "Zginiesz świrze!" - krzyknął zamachując się mieczem i biorąc rozbieg.
Złośliwy czarodziej zniknął w chmurze złotego pyłu, który śmierdział jak zgniłe jajka, po czym pojawił się tuż za plecami chłopaka. Z szerokim uśmiechem na zielonym pysku kopnął młodego bohatera w tyłek, po czym kolorowym płomieniem zmienił jego plecak w zębatego potworka. Zielonkawy, materiałowy stwór wspiął się na głowę swego właściciela i złapał ją zębami. Finn padł na piach i zaczął się miotać próbując uwolnić się od połykającej go bestii. Jego miecz poleciał gdzieś na bok.
- "Te dwa głupki dały się pokonać w mniej niż minutę" - Bonnibel przestała wyglądać zza krzaka.
- "Czy oni nie byli przypadkiem tankami w grze?" - zapytała Marcelina - "Powinni wytrzymywać dłużej…"
- "Wydaje mi się, że i tak mieliby problem" - odparła różowa - "Zróbmy to tak jak z tym wampirem. Ty go zdezorientujesz, a ja zastrzelę."
- "Można spróbować" - zgodziła się czarnowłosa, po czym chwyciła za topór i zrobiła się niewidzialna - "Bądź gotowa."
Wampirzyca wyleciała zza krzaków i bezszelestnie zbliżyła się do uśmiechniętego magika, który rozglądał się w poszukiwaniu pozostałych intruzów. Zamachnęła się toporem i machnęła licząc, że uda się ściąć głowę irytującego typka. Niestety czarownik zrobił kolejnego fikołka i uniknął ciosu. Zaczął się zanosić śmiechem.
- "Widzę cię, nocna kreaturo! Co ty na małą zmianę przyzwyczajeń?" - z jego palców ponownie wystrzeliły podobne do fajerwerków płomienie.
Marcelina przestała być niewidzialna, a następnie zmieniła się w nietoperza, który trzymał gitarę w łapkach. Dzięki temu magiczne pociski minęły ją, co prawdopodobnie uratowało jej życie.
Mniej więcej w tym samym momencie z krzaków dobiegł głośny huk, a z głowy Magic Mana strącony został żółty kapelutek. Przedziurawione nakrycie głowy spadło na piach i zajęło się ogniem.
- "Oho! Kogo my tu mamy?" - zachichotał czarodziej odwracając się w stronę, z której nadleciała salwa. Zanim jednak się tam udał, na sekundę odwrócił się w stronę nietoperza i zmienił jego gitarę w wielkiego gluta gumy balonowej, która przylepiła się do łap stworka i pociągnęła go swym ciężarem w stronę gruntu.
Bonnibel otrząsnęła się i powoli zaczęła zbierać się z ziemi, na którą posłał ją odrzut karabinu. Bolał ją bark i tyłek. Była prawie pewna, że znajdzie tam jakieś siniaki.
Uniosła wzrok i znieruchomiała. W jej stronę zbliżał się szczerzący się radośnie Magic Man. Typek uniósł dłonie, na końcach których pojawiły się kolorowe iskierki, a królewna zaczęła się wycofywać nie podnosząc tyłka z błota.
Tą jakże miłą chwilę przerwał im zduszony przez jakiś materiał, gniewny krzyk. To Finn szarżował z mieczem w stronę magika. Jego głowa była już w całości ukryta wewnątrz plecaka, ale to widocznie mu nie przeszkadzało. Kierował się na słuch albo podążał za bohaterską intuicją. Jeśli coś takiego w ogóle istnieje.
Najważniejsze, że jakimś cudem udało mu się pobiec w odpowiednią stronę, a następnie w odpowiednim momencie i pod odpowiednim kątem machnąć mieczem. Ostrze zagłębiło się w bok klatki piersiowej zdębiałego czarownika. Dało się usłyszeć nieprzyjemne chrupanie łamanych kości i mlaśnięcie ciętego mięsa i organów. Klinga wyszła drugim bokiem i przy okazji odcięła jeszcze rękę. Trzy części martwego Magic Mana wylądowały z obrzydliwym plaśnięciem na mokrym piachu. W tym samym momencie plecak Finna znieruchomiał i zsunął się z jego głowy. Zaraz później kupka piachu zmieniła się w skonfundowanego Jake'a, a Marcelina odzyskała swoją gitarę.
- "To było coś…" - mruknął chłopak. Całe plecy miał uwalone błockiem, a twarz pokrytą drobnymi zadrapaniami. Wytarł swój miecz o plecak pokonanego i schował go do pochwy.
- "Gdzie teraz?" - zapytał pies. Całe futro miał pełne piachu.
- "Widziałam coś ciekawego w lesie i chciałabym to obejrzeć" - powiedziała Bonnibel. Cała była w błocie i bez przerwy masowała sobie bark - Spokojnie, to jest po drodze do Candy Kingdom.
- "W takim razie prowadź" - powiedział z uśmiechem Jake.
Przez jakieś dziesięć minut błądzili przez las. Deszcz wciąż uparcie bombardował ziemię, a ciemne chmury akompaniowały mu efektami światło i dźwięk. Jake utrzymywał, że jest z tej sytuacji bardzo zadowolony - kiedy robił za baldachim w deszczu, mógł się pozbyć tego denerwującego piachu z futra.
Bonnibel cały czas przyglądała się otoczeniu przez celownik z kamerką termiczną przymocowany do jej karabinu. Jej przyjaciele nawet nie pytali dlaczego to robi. Bali się, że wyjaśnienie będzie trudne do zrozumienia.
- "Jest!" - ucieszyła się nagle różowowłosa, po czym wskazała przewrócone drzewo znajdujące się jakieś sto metrów od nich. Dochodził spod niego słaby, pomarańczowy blask.
- "Pójdę zobaczyć co to!" - zawołał Finn, po czym nie czekając na zgodę pobiegł we wskazanym przez królewnę kierunku.
Kilka wypełnionych pluskaniem się w błocku sekund później znalazł się przy niewielkiej jamie, która uformowała się pod powalonym pniem. Nie dbając o czystość swoich nóg uklęknął tuż przy wejściu do nory i zajrzał do środka. To co tam zobaczył sprawiło mocno go zdziwiło. W kącie tej malutkiej ziemianki siedział bowiem żywiołak ognia.
- "Hej" - odezwał się miłym głosem - "Hej! Wszystko okej?"
Gdy ognista postać podniosła głowę, Finn zdziwił się jeszcze bardziej - twarz płomiennowłosej dziewczyny zdecydowanie mu kogoś przypominała. Nie był zresztą osamotniony w tym odczuciu. Żywiołak miał identyczny wyraz buźki, co bohater.
- "Finn?" - zapytała płomiennowłosa szeroko otwierając oczy.
Uff... Palce mnie bolą od klepania w klawiaturę, ale już się tak rozpędziłem, ze nie mogę się zatrzymać. Jakimś cudem zdążyłem z premierą xD.
No nic... Mam nadzieję, że się wam podobało. Piszcie recenzje, opinie, zadawajcie pytania, lajkujcie, śledźcie (to serio jakoś lepiej brzmi po angielsku... choć i tak lepiej "śledźcie" niż "podążajcie"xD).
~MasterSkorpius
PS O zgrozo... Tu jest limit do 50 dokumentów... Musiałem usunąć roboczą wersję pierwszego rozdziału pętli D:
