Rozdział 10

Istniało wiele cech odróżniających Lokiego od megalomanów drobniejszego sortu, ale najważniejszą z nich był fakt, że bóg psot głęboko wierzył w dwie rzeczy: cierpliwość i research30.

Po czterech dniach oczekiwania na to, by jego magia okazała choć najmniejszy znak wzmocnienia, było już jasne, że cierpliwość zawiodła.

Research natomiast wymagał niestety opuszczenia niewielkiej celi w siedzibie SHIELD, gdzie skandalicznie brakowało materiałów do lektury.

Znał już tryb życia w bazie dostatecznie dobrze, by móc przewidzieć, kiedy strażnicy przejdą korytarzem albo kiedy urocza agent Romanow zechce się z nim zobaczyć. Najlepszy moment na ucieczkę wydawał się być nie nad ranem, ale w czasie obiadu. Wszyscy byli wtedy zajęci czym innym, głodni i skupieni na wpychaniu do swoich głupich ludzkich gęb kolejnych kanapek z rybą, bo Loki zakładał, że to było jedyne, czym się żywili.

Więc właśnie tę chwilę wybrał.

To nie było zbyt trudne przedsięwzięcie. Może i nie mógł polegać na magii, ale wciąż miał na podorędziu parę sztuczek wynikających z jego pochodzenia — a choć nienawidził Jotunów równie mocno, jeśli nie mocniej, co reszty świata, nie był na tyle głupi, by nie skorzystać z czegoś, co dawało mu przewagę.

Wziął do ręki jeden z magazynów i zaczął spacerować po celi, udając, że jest niesamowicie zainteresowany najlepszymi miejscami, w których można kupić dobrą angorę, dopóki nie usłyszał podwójnych kroków mijających jego drzwi.

Przystanął przed kamerą, która skierowana była na wyjście, i lekko na nią dmuchnął. Obiektyw pokrył się lodem. Loki uważnie zagiął jedną ze stron, po czym upuścił magazyn na podłogę, a następnie podszedł do drzwi i przy pomocy malutkiego, lecz zręcznie użytego odłamka lodu wywołał zwarcie w zamku elektrycznym.

Zrobił to na tyle delikatnie, że żaden z alarmów się nie odezwał, gdy Loki znalazł się na korytarzu. Sześć metrów dalej w suficie znajdował się panel dostępu i pomimo nadal nie w pełni sprawnego ramienia bóg psot z gracją podciągnął się do niego. Było tam pełno rur i przewodów elektrycznych. Loki wybrał rurę oznaczoną jako woda i ruszył po cichu jej śladem, wiedząc, że w końcu doprowadzi go do czegoś użytecznego.


Natasza była w trakcie nawijania spaghetti na widelec, gdy jej telefon zawibrował. Odczytała wiadomość, wciąż leniwie kręcąc makaronem: Kamera w celi Lokiego wyłączona, więzień w drodze.

Upuściła widelec, opryskując przy tym Thora i agenta Coulsona sosem marinara, i zerwała się z miejsca.

— Co się dzieje? — zapytał Thor, ocierając twarz wierzchem dłoni.

— Twój brat uciekł — rzuciła kobieta przez ramię, biegnąc w stronę drzwi.

Thor także się podniósł.

— A nie taki był plan?

Agent Coulson podniósł serwetkę Nataszy, umoczył ją w jej wodzie i z nieznacznym, acz pełnym tragizmu zmarszczeniem brwi zaczął wycierać czerwone plamki od sosu z kołnierzyka koszuli.

— Właściwie nie. Mieliśmy zamiar upozorować pożar jutro rano. — Wyglądał na jeszcze bardziej poirytowanego, gdy Thor zaczął się śmiać.


Kotłownia nie okazała się zbyt użyteczna, więc Loki spróbował iść za innym odpływem, nadal skradając się wewnątrz sufitu. W dole usłyszał słabo słyszalne pluskanie oraz męski głos śpiewający: „I'm just a holy fool, oh baby it's so cruel, but I'm still in love with Judas baby".

Jeśli ktoś brał prysznic, musiał być nagi i bezbronny. A jeśli śpiewał, musiał być sam. No chyba że jego poczucie męskości było absolutnie niezachwiane31. A samotny agent SHIELD to agent, którego można zastraszyć i zmusić do podania najszybszej drogi do wyjścia z tego przeklętego betonowego labiryntu.

Loki bezgłośnie odsunął jedną z płyt i opuścił się na dół.


Clint wmasował w głowę kolejną garść szamponu — nie żeby był aż tak brudny, ale gorąca woda była taka przyjemna, a do tego miał całą łazienkę tylko dla siebie, co było o wiele lepsze od słuchania, jak cała grupa facetów narzeka na ich ostatnią wyprawę na ryby. Wciągnął w płuca kolejny haust gorącego powietrza, przygotowując się na przejście do refrenu, składającego się z „Łołołoło…".

Nagle coś bardzo ostrego i zimnego zakłuło go w plecy, tuż poniżej lewej nerki. Czyjaś ręka zacisnęła się na jego ramieniu. Clint zamarł i zmrużył oczy, usiłując coś dostrzec mimo szczypiącego szamponu. Uniósł przy tym ręce, by pokazać, że nie jest uzbrojony.

— Jeśli nie chcesz przekonać się, jak to jest żyć z jedną nerką, człowieku, sugeruję, byś powiedział mi, którędy najszybciej dojdę do głównego wejścia — wysyczał głos tuż przy jego uchu.

— Loki?

— Co? — Ręka na ramieniu Clinta zmusiła go, by się odwrócił, podczas gdy ostry czubek czegoś jakby noża nieubłaganie przesunął się po jego skórze od nerki, poprzez płuco, aż do serca. — A, Hawkeye! Cóż za miła niespodzianka.

Clint usiłował otworzyć jedno oko — udało mu się to na tyle, by mógł stwierdzić, że to rzeczywiście Loki, nim zaszczypało go tak, że pociekły mu łzy.

— O cholera. Jezu. Ale mnie przestraszyłeś, człowieku.

— Cóż, zapewniam cię, że nie mam do ciebie pretensji. Właściwie to gdybym nie gotował się właśnie do przebicia ci aorty, uścisnąłbym ci dłoń. To był mistrzowski strzał.

— O kurczę, dzięki, jestem zaszczycony.

— Chętnie bym jeszcze pogawędził, ale mam dość napięty grafik. — Gdzieś w korytarzu rozległ się dźwięk syreny. — Więc może powiesz mi wszystko, co chcę wiedzieć, a potem będziemy mogli wrócić do usiłowania zabicia się nawzajem jak cywilizowani ludzie, kiedy już ja włożę czysty garnitur, a ty będziesz miał na sobie coś więcej niż tylko mydliny?

— Jasne. Więc jak wyjdziesz stąd, skręć w lewo, potem w prawo…

Ból pomiędzy dwoma żebrami Clinta stał się znacznie ostrzejszy.

— Potrafię stwierdzić, kiedy kłamiesz.

— Miałem na myśli w lewo, a potem znowu w lewo…

— Wciąż kłamiesz.

Clint znał już ich plan dotyczący Lokiego. I tak mieli umożliwić mu ucieczkę następnego ranka, dwanaście godzin różnicy nie było warte zostania zaszlachtowanym przez boga psot pod prysznicem. Był zresztą przekonany, że taka śmierć nie brzmiałaby za dobrze w mowie pogrzebowej.

— No dobra, w prawo, potem dwa razy w lewo, potem korytarz zakręca i są schody. Idziesz w górę, w lewo i już jesteś wolny.

— Dziękuję ci. A, i jeszcze… gdybym kiedyś usłyszał, jak ktoś zarzuca ci, że tymi całymi… strzałami… coś sobie rekompensujesz… nie martw się, powiem im, jak bardzo się mylą.

Clint ponownie uchylił powiekę.

— Dobry z ciebie kumpel.

Loki wyszczerzył zęby, zgarnął kroplę wody z piersi Clinta swoim długim palcem i zlizał ją jednym pociągnięciem języka.

— Zawsze do usług.

I zniknął, pozostawiając po sobie tylko coś metalowego, co z brzękiem opadło na kafelki.

Clint wetknął głowę pod strumień wody, by spłukać szampon z oczu. Gdy tylko był w stanie, rozejrzał się i podniósł z podłogi pilniczek do paznokci upuszczony tam przez Lokiego.

— No chyba, cholera, żartujesz… — Pospiesznie wyszedł spod prysznica, ślizgając się po mokrych kafelkach i niemalże wpadając na ścianę.

Jego ręcznik zniknął. Podobnie jak jego identyfikator. A kiedy spróbował otworzyć drzwi łazienki, przekonał się, że zamek został zamrożony na amen.


Ze wskazówkami Clinta wyrytymi w głowie niczym mapa Loki biegł korytarzem, a bose stopy umożliwiały mu poruszanie się niemalże bezszelestnie. Kiedy zza pierwszego zakrętu wynurzyli się dwaj strażnicy, jeden dostał z łokcia w szyję, drugi zaś został pociągnięty za włosy tak, że jego czoło napotkało kolano Lokiego.

Bóg psot biegł dalej, a towarzyszyło mu wycie alarmu. Natrafił po drodze na dwa zabezpieczone przejścia, ale identyfikator Clinta Bartona bez problemu otworzył każde drzwi.

— Loki!

Zaryzykował i rzucił spojrzenie za siebie. Agent Romanow odziana w swój czarny skórzany strój pędziła korytarzem śladem Lokiego. Rzuciła czymś w boga psot, który wydobył zza pazuchy miniaturową buteleczkę z szamponem i użył jej do zbicia pocisku. Rozległ się satysfakcjonujący huk i korytarz wypełniła woń ozonu.

Kolejne drzwi. Loki otworzył je kartą Clinta, uchylając się przed następnym pociskiem. Znalazłszy się po drugiej stronie, zatrzasnął je za sobą i zatkał zamek przy pomocy największej ilości lodu, jaką zdołał wyczarować. Nagrodził go widok agent Romanow dwukrotnie kopiącej w kuloodporne szkło.

— Następnym razem zabawimy się u mnie, najdroższa — zawołał przez drzwi i posłał jej całusa. Po czym wybiegł przez główne wejście, a gdy złapał wiatr w żagle, nikt już nie był w stanie go dopaść.


Baza SHIELD znajdowała się niecałe sto pięćdziesiąt kilometrów od jego mieszkania, licząc według autostrady międzystanowej numer osiemdziesiąt. Zdobycie ubrań i transportu było błahostką w porównaniu z wydostaniem się na wolność, aczkolwiek Loki był nieco rozczarowany tym, jak leżał na nim garnitur odebrany pewnemu pechowemu biznesmenowi.

Wsiadając do windy, spojrzał na swój nowo zdobyty zegarek. Od jego ucieczki minęły sto pięćdziesiąt trzy minuty, wciąż mieścił się w planie. Winda zabrała go do penthouse'a na trzydziestym piątym piętrze. Wszedł do środka z zamiarem zabrania książek i ruszenia dalej — po co kusić los — ale coś było nie tak.

Znikła jego wieża stereo. Znikły książki. Znikła nawet jego najnowsza kompozycja kwiatowa. Loki poczuł ukłucie bólu, tak mocno zacisnął zęby, ale wciąż się uśmiechał — bo to właśnie miał w zwyczaju: zawsze uśmiechał się, gdy był zły — gotów zabić żałosnych idiotów, którzy wybrali sobie najbardziej niewygodny moment, by włamać się do jego mieszkania, zupełnie jakby nie miał dość problemów bez jakichś przeklętych śmiertelników dotykających swoimi brudnymi łapami jego półek z książkami, zdecydowanie zrobi z nich przykład dla innych, kiedy już ich dorwie i…

Z kuchni doszedł go dźwięk otwierania i zamykania szafek.

Loki chwycił za pierwszą broń, jaka wpadła mu w ręce — pogrzebacz z kominka, nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie, bo kiedy chciał nauczyć jakiegoś kretyńskiego śmiertelnika bojaźni przed Lokim, wszystko mogło stać się bronią w jego ręku. Następnie podkradł się do drzwi kuchennych i otworzył je kopniakiem.


30Podczas gdy przeciętni megalomani wierzyli (a) w skuteczność krwi jako eksfoliantu oraz (b) że sadzawka z rekinami to doskonała inwestycja, kiedy chcesz popełnić morderstwo w stroju wieczorowym.
31Prawdopodobieństwo czegoś takiego w bazie wojskowej, gdzie mężczyźni spędzali większość czasu na polerowaniu swoich spluw? Loki by się o to nie założył.