10.

Zanim jeszcze narzeczeni opuścili windę i przekroczyli próg ich biura, wzięli głębokie oddechy i uśmiechnęli się do siebie ciepło.

- Gotowa?- zapytał Jack, biorąc ją za rękę.

- Bardziej już nie będę…- odpowiedziała Sue. Dosłownie za chwilkę, mieli rozpocząć przedstawienie i dziewczyna nie ukrywała przed narzeczonym zdenerwowania.

- Wszystko będzie dobrze, Sue…- pocieszył ją.- Nikt się nie domyśli…- dodał, a ona znowu się zaczerwieniła na wspomnienie poranka, kiedy się jej oświadczył.

- Jack…- szepnęła zawstydzona.- Nie rób tak!- poprosiła.

- Czego mam nie robić?- spytał, choć dobrze wiedział, o czym mówiła. Uwielbiał, gdy się czerwieniła, zresztą, wspomnienie tego poranka było mu bardziej, niż przyjemne…

- Nie wspominaj o tym na pięć minut przed tym, jak ogłosimy zaręczyny, bo tak mnie zawstydzasz, że od razu połapią się, w czym rzecz…- wyszeptała.

Po tych słowach, Sparky nacisnął guzik „stop" i winda zatrzymała się między piętrami, a on przyciągnął ją bliżej. Dotykając jej włosów, a potem kładąc dłonie na jej policzkach, powiedział:

- Przepraszam, Sue. Już nie będę. Wybaczysz mi?- spytał robiąc maślane oczy. Gdy tak na nią patrzył, mogła wybaczyć mu wszystko…

- Tak…- odpowiedziała cicho, nieco uspokojona.- Wiem, że to wydaje ci się dziecinne, ale…- zaczęła tłumaczyć, lecz jej przerwał, kładąc palec na wargach.

- Nie musisz nic mówić, Sue. Ja rozumiem…- powiedział powoli.- Nigdy więcej, specjalnie nie zrobię nic, co mogłoby cię zawstydzić, a jeśli zrobię coś takiego nieumyślnie, proszę cię, czuj się w prawie, aby mnie ukarać. Przyjmę każdą karę z pokorą.- powiedział, choć w myślach dodał: - Bylebyś nie kazała mi spać osobno… - Zgoda?- spytał łagodnie.

- Zgoda…- uśmiechnęła się.

- Dziękuję, kochanie…- powiedział, już po raz drugi nazywając ją tak czule. Szkoda tylko, że to wszystko, w ramach „ćwiczeń wiarygodności"…

- Proszę… kochanie.- zachichotała, czym rozbawiła i jego.

Levi przez chwilę patrzył na tę dziwaczną scenę i pomyślał:

- Ludzie to są skomplikowani… My przynajmniej nie owijamy w bawełnę!

U psów, wszystko było znacznie prostsze…

Już po sekundzie, winda ruszyła dalej, a po minucie, cała trójka zgodnie wchodziła do biura niepomna, że zaręczyny Jacka i Sue, stały się już tajemnicą poliszynela…

Kiedy przekraczali próg biura. Tara i Lucy już czekały dyskretnie przyczajone w pobliżu biurka Sue, „pijąc kawę". Obie doskonale orientowały się w sytuacji (mowa oczywiście o zaręczynach), lecz nie miały pojęcia, jak do tego doszło. Znaczy się, tak trochę miały, ale szczegóły istniały w ich prywatnych aktach, obarczonych klauzulą najwyższej tajności…

Uśmiechnęły się więc tylko, na widok splecionych dłoni przyjaciół i czekały na „niespodziewane" wieści.

- Jack, Sue… Co nowego?- zapytały unisono, znacząco spoglądając na ich ręce.

- Chcielibyśmy wam coś powiedzieć, ale najpierw poproszę tutaj D., ok?- spytał agent.

- Ok.- odarły zgodnie patrząc, jak puszcza dłoń ukochanej i na chwilę znika za drzwiami gabinetu Dyrektora Operacyjnego, Dimitriusa Gansa. Gdy już obaj pojawili się w biurze, a Myles i Bobby dołączyli do grupy, udając zupełnie zdezorientowanych, Jack ponownie chwycił dłoń Sue i powiedział powoli:

- Może was to nieco zdziwi, ale Sue i ja zdecydowaliśmy się pobrać…- ogłosił z uśmiechem. - Wiem, że to niespodziewane, ale nic sobie nie wyobrażajcie. Nie ma w tym żadnych podtekstów. Po prostu, chcemy być razem…- dodał szybko, widząc, że Crash już szykuje niewybredny żarcik. Musiał go powstrzymać, nim Bobby zawstydzi Sue.

- To fantastycznie!- padło chóralnie.- Najwyższy czas! Gratulacje!- przekrzykiwali jedni drugich. Narzeczeni spokojnie przyjmowali życzenia od przyjaciół, póki „tłum" nie ochłonął i nie padło zasadnicze pytanie…

- Kiedy ślub?- wypaliła Lucy Leland.

- Najszybciej, jak się da. I tak zwlekaliśmy z tym zbyt długo.- odparł Jack, a Sue dodała cicho:

- Myśleliśmy o przyszłej sobocie…

- Co? Mam w niecały tydzień zorganizować wesele roku? Nawet ja nie jestem taka szybka!- zaprotestowała żona Mylesa.

- Dziękuję ci, Lucy…- zaczęła powoli Sue.- Doceniam twoje zaangażowanie, ale planowaliśmy skromną ceremonię. Wy no i oczywiście nasi rodzice i rodzeństwo. Nie potrzebujemy wystawnego wesela…- mówiła niepewnie.

- Sue, Sue…- wtrąciła się Tara.- Nie sądzisz chyba, byśmy pozwoliły, by nasza przyjaciółka cichaczem wychodziła za mąż. To nie wchodzi w rachubę…- ciągnęła. - Skromna ceremonia, i owszem, ale nawet taka wymaga przygotowań, a bez pomocy sobie nie poradzicie, dlatego właśnie macie nas…- dodała znacząco.

- Tippy ma rację…- ciągnęła Lucy.- We dwie…

- Trzy…- wtrącił D.- Donna z chęcią pomoże.

- We trzy…- sprostowała Lucy.- …urządzimy wam takie „skromne" wesele, że mucha nie siada, choć przyznaję, że czasu jest niewiele. To nic. Damy radę, prawda Tipps?- mrugnęła do przyjaciółki.

- Prawda, Luce!- odparła tamta.

- I tego się właśnie boję…- mruknęła pod nosem Sue. Straciła kontrolę nad własnym ślubem. Żegnaj skromna uroczystości…

- No, to do roboty!- zaordynowała pani Leland.- Mamy masę spraw do załatwienia…

TBC