Witam zapraszam na następny rozdział. Przypominam że są niezbetowane. Na zbetowane zapraszam na .com. W wersji zbetowanej znajdują się fotografie. Szczególnie polecam te z ostatniego rozdziału.
Dziękuje za komentarze. Dziś rozdział zamykający sprawę z volturi. Tylko proszę nie zabijcie mnie za Belle. To jakoś tak samo z siebie wyszło.
To nie ostatni rozdział. Mam już w głowie kilka następnych wątków. Dziękuje że tak chętnie czytacie to opowiadanie.
Rozdział 10: Goście z Voltery
Edward POV
Właśnie mieliśmy zasiadać do kolacji gdy usłyszałem pukanie. Carisle podszedł otworzyć drzwi i znieruchomiał.
- Czy to rodzinna państwa Cullen?
- Tak, coś się stało – spytał się Carlisle.
- Mam nadzieje że zdążyłem na czas. Nazywam się …
- Tato … - tylko tyle zdążyła wyszeptać, chwyciła się obrusu i straciła przytomność. Osunęła się na podłogę zrzucając na podłogę to co było na stole. Kawałki szkła powbijały się w jej delikatną skórę.
- Carlisle. Ona się wykrwawia! - krzyknąłem do niego. Wziąłem ją na ręce i udałem się do kuchni.
- Mia figlia … córeczko! - usłyszałem za sobą. Wziąłem głęboki oddech by się nie zdenerwować. - Panie Brandon. Musimy ją opatrzeć. Może pan usiądzie i na nas poczeka …
- Idę z wami – oparł hardo.
- Dobrze. Chodźmy do kuchni – powiedział Carlisle zbiegając już ze schodów z torbą w ręku. - Muszę powyciągać szkła z ręki, pozszywać i ocucić. Przyda mi się każda pomoc.
Położyłem Belle na stole. Jej skóra krwawiła. Carlisle podał mi zmoczoną husteczkę.
- Przykładaj ją jej do czoła. Ja się zajmę jej rękoma. Musze ściągnąć jej bluzkę bo jest w niej za dużo szkła …
Nie zdążył dokończyć, gdy wpadła Alice z bluzką.
- To na później jak już ją opatrzysz Carlisle.
- Dziękuje Alice – podziękował Carlisle. Zdjął bluze i koszulkę po czym zwrócił się do ojca Belli.- Przytrzymaj jej rękę. Musisz ją unieróuchomić.
Charli pokiwał głową.
- Musiałem tu przyjechać. Marek i Aro tu jadą.
- Cholera … - wyszeptał Carlisle. - Pogadamy później. Teraz muszę się skupić.
Bella zaczęła powoli odzyskiwać przytomność. Popatrzyła na mnie i się uśmiechnęła.
- Ale sen. Śniło mi się że mój ojciec do nas przyjechał – popatrzyła na mnie, chyba miałem strach w oczach bo powiedziała. - Edward czemu się denerwujesz i dlaczego jestem w kuchni na stole?
- Kochanie, to nie był sen. Twój ojciec przyjechał,a ty zemdlałaś, zrzuciłaś na siebie zastawę i szkła powbijały ci się w ciało – wytłumaczyłem najspokojniej jak umiałam. Pocałowałem ją w czoło, później w usta.
- Ekhm, ekhm … - usłyszeliśmy z boku. - Dlaczego ja nie wiem, że moja córka ma chłopaka?
- Tatusiu! - Wykrzyknęła Bella zarzuciła mu ręce na szyję. Płakała i nie mogła się uspokoić. Carlisle się zdenerwował.
- Bella, musisz leżeć spokojnie. Najpierw powyciągam ci szkła. Na resztę będziesz miała czas później. Oderwała się od ojca i położyła z powrotem na stół.
- Dam ci znieczulenie …
- Ale nie jest mi potrzebne, to tylko kilka szkiełek …
- Bello, patrzyłaś na swoje ręce? - na co pokiwała głową. Popatrzyła i krzyknęła. W ręce było naprawdę dużo szkła, i do tego mocno krwawiła. Pokiwała głową i Carlisle podał jej znieczulenie. Syknęła i zamknęła oczy. Pogłaskałem ją po głowie.
- Tato co ty tu w ogóle robisz? - wyszeptała.
- Komplikacje we Włoszech. - odrzekł jej tata. Na szczęście jej ojciec ją trzymał, bo znów się zaczęła wyrywać.
- Leż spokojnie. Wszystko wyjaśnię jak Carlisle skończy cię opatrywać. - Bella pokiwała głową. Serce mi się krajało jak patrzyłem na to co robi Carlisle. Nagle po wyjęciu szkła dotknął jej ręki. Bella zagryzła zęby i jęknęła.
- Carlisle, to ją boli – zaskrzeczałem i odegnałem jego rękę od niej.
- Edward, ona się wykrwawi. Traci za dużo krwi – wyjaśnił mi spokojnie Carlisle. Niechętnie pozwoliłem mu dokończyć. Mimo że Bella starała się nie okazywać bólu to po minucie zaczęła krzyczeć. Jej ból rozrywał mi serce.
- Kocham cię Bello – wyszeptałem jej do ucha. Popatrzyła na mnie niewidocznym wzrokiem.
- Ja ciebie też. Chyba – dodała cienkim głosem, by potem znów krzyknąć. Po dwudziestu minutach Bell miała założone już szwy i zabandażowane ręce. Zaniosłem ją do salonu i posadziłem na kanapie obok siebie.
- No dobra - zaczął Carlisle. - Co pana do nas sprowadza?
Bella POV
Mój tata siedział w salonie. Przyleciał do mnie z Włoch.
- Marek i Aro dowiedzieli się że Bella jest z wami. Chcą przylecieć i rozeznać się w sytuacji.
- Co to znaczy – dopytywał się Carlisle?
- To znaczy że złożą wam wizytę. Nie wiem czy rozpoznali Belle, ale coś ich zaniepokoiło – tłumaczył mój tato.
- Po co tu przyleciałeś. Nie interesowało cię to, co się ze mną działo wcześniej – byłam coraz bardziej podejrzliwa. Po pierwszej euforii zaczęło do mnie dochodzić co chce zrobić.
- Powinnaś się stąd wyprowadzić … - mój ojciec popatrzył na Carlisla.
- Nie wyprowadzę się stąd! - krzyknęłam domyślając się pomysłu ojca.
- Bello to jedyne logiczne wyjście … - próbował dalej.
- Nie. To nie jest żadne wyjście. Może mnie nie rozpoznają. Zmieniłam się. Nie mam już blond włosów i nie noszę okularów – odpowiedziałam hardo.
- Twój wygląd nie ma znaczenia - rzekł bez zastanowienia. - Rozpoznają cię po czymś innym.
- Tak, a po czym? - zapytałam rozdrażniona.
- Dziewczyno posłuchaj …
- Nie to ty posłuchaj. Mam tu rodzinę, która zaakceptowała mnie taką jaką jestem. Znalazłam swoje miejsce, a ty chcesz mnie stąd zabrać.
- Nie chce zrobić tego siłą …
- I nie zrobisz, ja tu zostaje – podszedł do mnie i próbował mnie chwycić. Moje moce zaczęły buzować. Ogień strzelił z ręki i otoczył mnie i Edwarda. Ojciec popatrzył na to w szoku. Mimo że ogień stawał się coraz wyższy do nas nie podchodził, ani się nie rozprzestrzeniał.
- Niesamowite – szepnął Jasper. - Ona całkowicie go kontroluje.
- Charlie próbował podejść, ale ścianki ognia nas odgradzały od niego.
- Nie radze – wysyczałam. - Potrafię więcej niż tylko sztuczka z ogniem czy lodem. Nie pójdę z tobą. Capisci?
- Bella … - wypowiedział ojciec, ale nagle jego słowa zostały przerwane przez otworzenie drzwi. Stali w nich Marek i Aro. No i oczywiście ich świta.
- No proszę, co za spotkanie. Wiedziałem że nie zginęła. Zrobiłbyś to samo co Denali. Za mocno ją kochasz – zawyrokował Marek.
- Moi drodzy po co te kłótnie. Załatwmy wszystko na spokojnie – Aro próbował nas uspokoić. - Przecież Edward i Alice, to dzieci mojego brata. Chce by odwiedzili swojego ojca.
On nie wie o waszym przyjeździe - wykrzyczał Edward. - Nie pojedziemy nigdzie z wami. Wiem że Marek zabił Edwarda i Elisabeth Masenów.
- Skąd to wiesz – Aro próbował podejść do nas bliżej. - Ogień się rozprzestrzenił. - Heidi spokojnie. Chcemy tylko porozmawiać.
Zauważyłam kątem oka że dwa osiłki kierują się w stronę Esme i Emmetta. Skupiłam się i ogień objął wszystkich Cullenów. Osobny krąg otaczał mojego ojca. Nie ufałam mu na tyle by pozwolić mu do nas podejść. Nagle poczułam że coś próbuje zablokować moje moce. Wściekłam się niesamowicie i nagle usłyszeliśmy krzyk. Dwie postacie zaczęły biegać, a ich ubrania się paliły. Widziałam że Marek próbuje je uratować ale ogień ich po prostu pochłonął. Spalili się żywcem na popiół.
- Jasny gwint. Co to było? - zaskowyczał Jasper.
- O ja pierdole – tylko tyle zdołała wykrztusić Rose.
- To się nie dzieje naprawdę – wydusiła z siebie Alice.
- Bella skoncentruj się. Panuj nad ogniem – upominał mnie Carlisle niezrażony tym co się stało.
- Ja w to nie wierzę – Edward nie mógł się opanować. - Ona spaliła ludzi.
Zawrzało we mnie.
To był Jane i Alec dzieci Marka. Gdybym tego nie zrobiła zablokowali by moją moc i zabili nas wszystkich – wyplułam i koncentrowałam się na ogniu. Za chwilę jednak usłyszałam komentarz Esme i prawie zachłysnęłam się.
- Kochanie bądź dzielna. Jestem z ciebie bardzo dumna – nie tego się po niej spodziewałam.
Nagle usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk. Wszyscy popatrzyli w tam stronę. To Marek próbował przedrzeć się do nas przez ogień. Spalił się na miejscu. Zaczęłam się trząść. Carlisle chwycił mnie od tyłu.
- Trzech ludzi. Zabiłam trzech ludzi. Jestem mordercą – tylko to chodził mi po głowie. Nie panowałam już nad ogniem. Buchał ze mnie, ale ja byłam w szoku.
- Bella nie myśl o tym. Jak się poddasz Aro nas wszystkich pozabija. Edward pomóż mi. Ona nie może stracić panowania - Carlisle błąkał się i nie wiedział co robić.
Edwarda, ktoś zabije Edwarda i Carlisla. Mojego Edwarda. Nie pozwolę na to. Prędzej zginę niż któremuś z nich uda się kogoś zabić. Ta ostatnia myśl podniosła mnie. Objęłam Edwarda i Carlisla ramionami.
- Jeżeli będziemy mieli zginąć to razem. Dopóki będę miała siłę nie pozwolę by ktoś przedostał się do nas. Nawet jeśli będę musiała tego kogoś zabić – moja najbliższa rodzina stanęła koło mnie. Każdy położył rękę na moim ramieniu. Nagle spojrzałam na podłogę. Cholera skąd tu woda. Woda … woda … myśl Bella. Skąd tu się wzięła woda.
- Matko Boska jeszcze tego nam potrzeba! - panikowałam. Każdy patrzył na mnie w szoku. - Nie widzicie Rose odeszły wody. Ona rodzi.
Rose spojrzała na dół i krzyknęła, Emmett zemdlał, a Alice, Esme i Carlisle zajęli się dziewczyną.
- Edward, Jasper musicie ocucić Emmetta. Musi być przygotowany do walki – zwróciłam im uwagę na najważniejszą sprawę. Edward się nie ruszył ode mnie, natomiast Jasper zajął się omdlałym osiłkiem. Popatrzyłam na Aro.
- Zabiję każdego kto będzie próbował nas skrzywdzić. Nie obchodzi mnie co chciałeś osiągnąć. Nie pozwolę się nikomu do nas zbliżyć.
- Muszę iść po torbę – wystękał doktor jest w gabinecie. Skupiłam się a po chwili ogień uformował drogę do schodów.
- Alice ty biegasz najszybciej – zawyrokował Carlisle i już jej nie było. Po chwili zjawiła się z torbą w ręce. Ogień powrócił na swoje miejsce.
- Jesteś niesamowita. Meraviglioso (cudowna). Po prostu cudowna – szeptał Edward.
- Uważajcie, Aro będzie próbował was zaatakować – usłyszeliśmy krzyk Alice. Odwróciłam się w stronę Ara, który zastygł w miejscu. To przeważyło szalę. Sprawiłam że ogień zamiast otaczać i chronić nas zaczął skupiać się wokół naszych włoskich agresorów. Po chwili wszyscy spłonęli i nastała w domu cisza. Patrzyłam tępo przed siebie. Czy to już koniec. Czy naprawdę ich zabiłam.
- Bambino, alla fine (Dzieci, już koniec) – usłyszałam nieznany głos. - nie zrobię wam krzywdy. Chcę porozmawiać ze swoimi dziećmi. Nie zrobię im krzywdy naprawdę.
- Tato – wyjąkała cicho Alice. Popatrzyłam na Edwarda, który był spięty. - Idźcie do niego. Ja muszę załatwić swoją sprawę.
Alice i Edward podeszli do Kajusza i o czymś rozmawiali. Ja miałam niedokończoną sprawę z moim własnym rodzicem.
- Jak widzisz, nie ma już powodu bym musiała uciekać. Zrezygnowałeś ze mnie oddając mnie do sierocińca. Teraz Cullenowie są moją rodziną i ich nie opuszczę.
- Bella, wiem że nie zrozumiesz tego nigdy. Zrobiłem to z miłości do ciebie – próbował się tłumaczyć.
- Myślisz, że nie wiem co to poświęcenie z miłości. Ja by uratować rodzinę zabiłam ludzi. Nie mam do ciebie o to pretensję. Jestem w stanie to zrozumieć. Ale nie możesz przychodzić tutaj i liczyć że opuszczę Cullenów dla ciebie. Przykro mi. Kocham cię, ale nie zrobię tego.
- Dlaczego oni są tacy dla ciebie ważni.
- Kochają mnie i zaakceptowali mnie taką jaką jestem. Z tym czymś niewytłumaczalnym we mnie. Z tą moją dziwną mocą, darem … -
- Jesteś normalna, nie masz żadnego daru – wycedził złowieszczo.
- Czyżby, więc czemu władam ogniem i lodem? - zirytowana aż kipiałam.
- Nie władasz. To anomalia, którą można z ciebie wykorzenić. Jesteś taka jak matka – nie był w stanie panować nad gniewem.
- A więc to po nie to uzyskałam. Ciekawe – zastanowiłam się. - Co ona umiała?
- Nic.
- Tato, nie uda ci się unikać tego tematu.
- Nie mam ci nic do powiedzenia.
- Twoja matka, była kimś w rodzaju medium – Edward podszedł i otoczył mnie ramieniem, po czym zaczął dalej tłumaczyć. - Potrafiła określić, co osoba robi i gdzie się znajduje. Musiała dotknąć rzeczy, którą ktoś nosił. Odnalazła wiele osób. Niestety twój ojciec tego nie aprobował.
- To nie żaden dar. Tego należałoby się pozbyć – ojciec nadal był uparty. Nagle usłyszałam krzyk Rose i wrzask noworodka.
- Tato, ja mam tajemniczą moc. Musisz to zaakceptować – wysapałam. Czułam że tracę przytomność. - Edward zanieś mnie do Carlisla. Tato zostaje tutaj. Pogódź się z tym.
Po tych słowach straciłam przytomność.
Edward POV
- Bambino, alla fine (Dzieci, już koniec) – usłyszałem nieznany głos. - nie zrobię wam krzywdy. Chcę porozmawiać ze swoimi dziećmi. Nie zrobię im krzywdy naprawdę.
- Tato – wyjąkała cicho Alice. Cały czas byłem w szoku.
- Idźcie do niego. Ja muszę załatwić swoją sprawę – powiedziała Bella, po czym podeszłą do swego ojca. Chwyciłem Alice w pasie i podeszliśmy do … nie nawet w myślach nie mogłem go tak nazwać.
- Dziękuje że podeszliście. Chce byście wiedzieli jedno, nie będę was więcej niepokoił. Jeżeli będzie chcieli tu jest mój adres, telefon i inne dane. Proszę tylko o jedno. Napiszcie chociaż sms lub wyślijcie pocztówkę na święta, bym wiedział że żyjecie – po tych słowach położył kartkę na ziemi, odwrócił się i chciał odejść.
- Ta … Kajusz – zatrzymał się. - Zrozum, to dla nas na razie za dużo. Chciałbym abyś zatrzymał się w hotelu w Port Angeles na miesiąc. Na pewno tam do ciebie przyjdę, ale nie dziś.
Odwrócił się, popatrzył na mnie ze łzami w oczach.
- Będę na was czekał. Tak długo jak chcecie. Dziękuje że chcesz dać mi szansę.
- Przyjdę razem z nim – wychlipała Alice i podeszła go uściskać. - Ale dziś nie dam rady z tobą rozmawiać. Daj nam ten miesiąc. Na pewno się zjawimy.
Kajusz pokiwał głową, odwrócił się i na pożegnanie powiedział – Będę czekał. Będę na pewno.
Kiedy wyszedł odwróciłem się w stronę Belli. To co dziś zrobiła zszokowało mnie. Ona jest taka silna. Ja chyba nie umiałbym kogoś zabić. BRRR. Podszedłem do niej. Czemu ona pyta, o tą sukę. Ratowała zaginionych ludzi, kiedy tego nie chciałem. Te rzeczy, których dotykała. To był dla mnie jakiś kit. Tylko czemu robiła to za darmo.
- Twoja matka, była kimś w rodzaju medium – powiedziałem Belli i otoczyłem ją ramieniem, po czym zacząłem dalej tłumaczyć. - Potrafiła określić, co osoba robi i gdzie się znajduje. Musiała dotknąć rzeczy, którą ktoś nosił. Odnalazła wiele osób. Niestety twój ojciec tego nie aprobował.
- To nie żaden dar. Tego należałoby się pozbyć – jej ojciec nadal się wściekał. Nagle usłyszałem krzyk Rose i wrzask noworodka.
- Tato, ja mam tajemniczą moc. Musisz to zaakceptować – poczułem że Bella się na mnie osuwa. - Edward zanieś mnie do Carlisla. Tato zostaje tutaj. Pogódź się z tym.
Po tych słowach straciła przytomność. Kurwa, kurwa, kurwa. Pochwyciłem ją na ręce i podbiegłem do Carlisla.
- Zrób coś. Straciła przytomność! – wrzasnąłem do niego.
- Jasper podłącz jej kroplówkę. Podłącz jej magnez, potas i żelazo.
- Carlisle … - Jasper próbował zaoponować.
- Do jasnej cholery, rób co mówię. Widzisz że mam problem z Rose. Drugie dziecko ułożone jest nóżkami do przodu. Nie urodzi się normalnie – Carlisle był bardzo skoncentrowany. - Zawołałem już pogotowie. Jasper zanieście ją do jej pokoju. Na razie podawajcie jej to co powiedziałem i co dwie godziny kontrolujcie poziom ich.
Wziąłem Belle na ręce. Zaniosłem ją do pokoju. Jasper szedł za mną z kroplówkami. Położyłem ją do łóżka. Jasper założył jej weflon i podłączył kroplówki. Głaskałem ją po głowie.
- Nie bój się kochanie. Carlisle i Jasper cię uratują – szeptałem jej do ucha.
Ojciec Belli zrobił awanturę, bo chciał zabrać nieprzytomną Belle ze sobą. Carlisle na to nie pozwolił. Zadzwonił na policję i pogotowie. Powiedział że nie pozwoli Belli opuścić tego domu i jak nie wyniesie się stąd, do przyjazdu policji, to każe go aresztować. Nim zjawiła się policja Alice pobiegła po wodę i oblała nią cały pokój. Kiedy się zjawili powiedzieliśmy im że próbowano nas podpalić gdy byliśmy na górze, ale podpalacze zginęli własną bronią. Wylali za dużo benzyny. Powiedzieliśmy im że wzięliśmy naczynia z wodą i nimi gasiliśmy pożar. Uwierzyli nam. Carlisle pojechał karetką z Rose i dzieckiem do szpitala. Tam szybko zrobili jej cesarkę. Na szczęście chłopcy są zdrowi, ale muszą być w inkubatorach do czasu uzyskania odpowiedniej wagi. Jeszcze nie mają imion. Rose została z Emmetem w szpitalu. Z tego co powiedział Carlisle wypuszczą ją po tygodniu. Carlisle wrócił do domu po 24. Zaraz poszedł do Belli. Sprawdził jej krew i powiedział, że teraz to jej organizm musi się sam zregenerować. Miałem wrażenie że czegoś się boi. Cały czas spędziłem przy jej łóżku. Następnego dnia, podczas śniadania Carlisle powiedział, że zwolni nas z zajęć na dwa dni. Nikt nie miał na nic ochoty.
- Carlisle czego się boisz jeżeli chodzi o Belle? - wypaliłem bo cały czas wyłapywałem u niego że się boi. Popatrzył na mnie nieprzytomnym wzrokiem.
- Edward, ona zabiła siedem osób. Boję się jak sobie z tym poradzi – wytłumaczył. - Jak my sobie z tym poradzimy. Nie zapominaj że ona zabiła ich by uratować nas.
- Może się przeprowadzimy? - wysunęła Esme. Każdy popatrzył na nią i przetrawiał to co właśnie powiedziała.
- Na razie nie możemy. Rose i dzieci są w szpitalu, Bella nieprzytomna, Ja też nie mogę rzucić pracy od tak – oponował Carlisle.
- Carlisle nie mówię o wyprowadzce z Forks, tylko z tego domu – odezwała się Esme. - Belli i nam będzie ciężko tu mieszkać.
- Esme, może pojedziemy dziś do pośrednika nieruchomościami i przejrzymy oferty. Przecież nie musimy dziś podejmować decyzji – zaproponowała Alice.
- A co z tym domem. Nikt go nie będzie chciał kupić – stwierdziłem.
- Zobaczymy Edwardzie. Na razie to idź się przespać. Ledwo słaniasz się na nogach. A my z Alice pojedziemy do agenta i przejrzymy oferty – zadecydowała Esme.
Wszyscy rozeszliśmy się. Położyłem się spać z nadzieją, że jak się obudzę to Bella się wybudzi. Marzenie ściętej głowy. Po dwóch dnia wróciliśmy z Alice do szkoły. Esme znalazła dla nas dom i przeprowadzimy się do niego w ciągu dwóch tygodni. A Bella nadal nieprzytomna. Co wieczór Esme z Alice ją myły, a ja po szkole opowiadałem jej co się wydarzyło. Boże nie pozwól żeby umarła. Jeśli ona umrze …
Bella POV
Siedem dni później
Obudziłam się i było ciemno. Popatrzyłam dookoła i stwierdziłam że jestem w swoim pokoju. Byłam bardzo głodna. Miałam wrażenie że odleciałam na dłużej niż godzinę. Popatrzyłam na ręce i zobaczyłam że mam do nich podłączone kroplówki. No tak Carlisle. Odłączyłam je, ale poczułam się bardzo słabo. Gdzie Edward? Co się z nim stało? Chwiejąc się pokuśtykałam do ściany i trzymając się jej poszłam do pokoju Edwarda. Każdy krok sprawiał mi ból. Uchyliłam drzwi do jego drzwi. Popatrzyłam i się uśmiechnęłam. Jak zwykle zrzucił na dół kołdrę i wędrował niespokojnie po całym łóżku. Podeszłam do łóżka, podniosłam kołdrę i przykryłam nią go. Pocałowałam w czoło. Od razu się uspokoił. Przynajmniej na razie będzie spał. Usłyszałam burczenie w żołądku. No tak, trzeba coś zjeść. Wyszłam z jego pokoju i udałam się do kuchni. Czułam się już coraz lepiej. Ciekawe jak długo byłam nieprzytomna. Może zjem tylko jogurt dla pewności. Z tym postanowieniem weszłam do kuchni, zapaliłam światło, podeszłam do lodówki, wyjęłam jogurt, wyciągnęłam łyżeczkę z szuflady i zaczęłam go jeść. Nagle usłyszałam otwieranie drzwi na górze, potem drugie drzwi się otworzyły.
- Edward, czemu nie śpisz synku? - usłyszałam pytanie Esme.
- Idę zobaczyć co z Bellą, a ty? - odpowiedział zapytany.
- Idę do kuchni, zaparzę sobie herbaty – potem usłyszałam jak Esme schodzi po schodach, a Edward udał się do mojego pokoju. Następną rzeczą było otwieranie równoczesne dwóch drzwi i równoczesny krzyk.
- Carlisle!
- Spokojnie, on się przecież nie rozdwoi – jęknęłam zdegustowana i dalej wcinałam jogurt. Esme przestała wołać Carlisle, ale nadal krzyczała.
- Edward na miłość boską, co się stało? Dlaczego Esme krzyczy na dole? - zapytał Carlsle.
- Nie ma jej! Nie ma Belli ! - wrzeszczał Edward.
- Carlisle, ona na jest na dole i je jogurt ! - Esme podbiegła do mnie i mnie uściskała.
- Na Miłość Boską Jasper ubierz gacie, Emmet ciebie też to dotyczy – usłyszałam Carlisle, a po chwili do kuchni wpadł Edward i wyrwał mnie z objęć Esme by samemu mnie przytulić.
- Meraviglioso. Meraviglioso – szeptał mi do ucha. Pacnęłam go łyżeczką od jogurtu w głowę.
- Te cię kocham pazzo. (wariat) A teraz z łaski swojej mnie puść. Chce dokończyć mój jogurt – zaśmiałam się kiedy mnie puścił. Po nim ściskali mnie pozostali.
- Jak się czujesz Bello – zapytał Carlisle. Zastanowiłam się przed odpowiedzią.
- Dobrze, tak myślę. Jestem trochę obolała i strasznie głodna.
- Mała odleciałaś na ponad tydzień. Zostaw dla nas coś w lodówce na śniadanie ok? - zażartował Emmett.
- Emmett co z Rose i dziećmi? - spytałam niepewnie. Pamiętam że jedno się urodziła, ale co potem …
- Erick i Lukas czują się dobrze. Rose wypisana zostanie jutro i pojedzie do naszego nowego domu – wyjaśnił Emmett.
- Nowego domu? A co z tym?
- No cóż, nie czuliśmy się tu zbyt dobrze po tym co się stało. Na razie będzie stał pusty, chyba że ktoś go odkupi, co jest bardzo wątpliwe – rzekł Jasper.
- Carlisle, a co myślisz o zrobieniu tu Domu dla Samotnych Matek z Dziećmi lub Domu Dziecka. Tu jest tyle pokoi i są one duże. Mogłoby tu mieszkać dużo osób. Na zewnątrz jest tyle miejsca, które można by wykorzystać na plac zabaw. To idealne miejsce na coś takiego. Z dala od miasta, można odgrodzić by dzieci nie pouciekały – argumentowałam. - Poza tym Carlisle, ja nie długo skończę szkołę i zawsze marzyłam o pracy w takim ośrodku.
- Bella to fantastyczne. Esme nudzi się, Rose też nie będzie mogła pójść do pracy od dzieci. To fantastyczne rozwiązanie! - wykrzyknął Carlisle. Tak mnie tym przestraszył że upuściłam łyżeczkę. - Zawołam jutro architekta i poproszę go by naniósł poprawki, wynajmę ekipę budowlaną i może w wakacje Ośrodek by już ruszył.
- Tak, i pamiętaj że zawsze możesz nas tam wysłać za karę – zażartowała Alice.
- Dobra młodzieży do łóżek. Spać.
Skierowaliśmy się do łózek.
- Bello – zatrzymał mnie głos Carlisla. - Czy możemy porozmawiać w cztery oczy.
- Carlisle może rano. To może zaczekać – wycedził Edward.
- Edwardzie rozmawialiśmy już na ten temat. To naprawdę może zniszczyć jej psychikę – nie ustępował doktor.
- W porządku Edwardzie, jeżeli chcesz to możesz zostać. Porozmawiam z tobą o tym co zaszło. Nie jestem śpiąca – zgodziłam się i usiadłam.
- Powiedz mi, czy wszystko pamiętasz?
- Chyba tak – zaczęłam niepewnie. - Wiem że zabiłam co najmniej pięć osób …
- Siedem – sprostował machinalnie Carlisle. - Przepraszam że przerwałem. Proszę kontynuuj.
- Mój ojciec chciał mnie zabrać z powrotem do domu. A właśnie co z nim?
- Mieszka w tym samym hotelu co Kajusz. Robi wszystko by cię odzyskać – wycedził Edward.
- Edwardzie – przystopował go doktor. - Nic nie może zrobić. Zrzekł się praw do niej. My teraz jesteśmy jej prawnymi opiekunami.
- Uparty osioł. Co za cornuto (głupek). On nic nie rozumie – gorączkowałam się i nagle poczułąm że zaraz wybuchnie ogień. Podbiegłam do okna, otworzyłam je i podpaliłam stos liści daleko od domu. - Piu ignorante d'una gallina (Jest głupszy od kury), Carita! (na litość boską!), Stronzo di merda! (Pierdolony drań!) …
W myślach moje przekleństwa nadal nie przestałam wyrzucać. Kiedy się uspokoiłam zobaczyłam że Carlisle i Edward stoją z szeroko otwartymi oczami. Edward patrzył na mnie, Carlisle za okno. Ja też tam spojrzałam i zamarłam. Za oknem ukazał mi się niesamowity widok. Ogień był na wysokość 2 metrów i uformował się w kształt serca. Po prostu coś cudownego.
- Edward leć do góry po aparat – krzyknął Carlisle.
- Nie trzeba już zrobiłam temu zdjęcia – odezwała się z góry Alice.
Nagle zapragnęłam pobawić się ogniem żeby rozładować wciąż kipiącą we mnie złość na mojego ojca
- Alice przygotuj aparat – To co się działo potem to po prostu jakiś odjazd. Inaczej tego nie można nazwać. Z ognia uformował się anioł, diabeł, postać na koniu, a już na koniec postanowiłam pójść na całość i na czarnym niebie rozświetlił się napis THANK YOU THE CULLENS (dziękuje cullenowie)
Po chwili ogień w moim środku zelżał i całkowicie ustąpił. Litery zgasły. Ci co byli na górze zeszli do nas. Esme płakała. Emmett i Jasper zaniemówili a po chwili zauważyłam łzy na ich twarzach, Alice podbiegła do mnie, przytuliła mnie i pocałowała w policzek. Po chwili odwróciłam się i jeszcze raz ukształtowałam serce z ognia i w środku napisałam imię. Edward objął mnie od tyłu i pocałował mnie w policzek
- Kocham cię. Moja Meraviglioso. Z tym moje moce to kuglarskie sztuczki – wyszeptał Edward i wszyscy się uśmiechnęli.
- Dziękuje wam. Za to że nie odwróciliście się ode mnie i nie oddaliście mnie ojcu. Wiem że potrafi nieźle zaleźć za skórę. Dziękuje wam za to. Masz rację Carlisle – tu zwróciłam się twarzą do głowy rodu – zabicie ludzi to nie coś co łatwa przychodzi i łatwo się zapomina. Jednak pogodziłam się z tym ponieważ inaczej nie byłoby was. A tego bym nie zniosła. Wiecie, że w kiedy byłam mała tata zabrał mnie do Polski. Usłyszałam tam piosenkę, której słowa wam przytoczę.
Zamknięta w sobie szukasz ucieczki
Boisz się wyjść, boisz się chcieć
Wiem jak jest trudno strach przezwyciężyć
Na przekór życiu nadawać mu sens
Wszystkim nam brakuje szczęścia
Masz to na co godzisz się
Każda droga jest łatwiejsza
Gdy widzisz to, co dobre jest
- Bella my nie znamy polskiego – zirytował się Emmett.
- Przepraszam już tłumaczę
Introverted you are looking for escape
Afraid to go out, afraid to want
I know how hard it is to overcome fear
In spite of life give it meaning
All the people missing luck
You have this what you accept
Every road is easier
When you see what is good
- To jest bardzo trafne w naszym przypadku – podsumowała Esme i uśmiechnęła się w naszą stronę. Nagle Edward się zaśmiał. Wszyscy spojrzeli na niego.
- Przepraszam, ale coś sobie właśnie uświadomiłem. Jeżeli takie cuda potrafisz wyczyniać z ogniem, to co zrobisz z lodem i resztą – kiedy Edward zdążył wypowiedzieć te słowa Carlisle zemdlał. Naprawdę padł na podłogę.
- Ale czad – wyrwało się Jasperowi. Teraz to już nikt nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.
Byliśmy wolni od Marka i Ara, mieliśmy się przeprowadzić do nowego domu, w naszym starym domu miał powstać Dom dla Samotnej Matki, wszystko szło w dobrą stronę, ale czy aby na pewno?
