X

Otrząsnął się z rozmyślań i spojrzał przed siebie, wprost na zachodzące słońce Buenos Aires.

Długie, złote promienie padały na drewniany ganek i rozchodziły się na setki mniejszych, pocięte siatkowaną zabudową. Podeszła do niego cicho i objęła delikatnie od tyłu. Pogłaskał ją po ramieniu, czując pod palcami dotyk gładkiej skóry. Uśmiechnęła się lekko i nachyliła głowę.

- Gotowy, doktorze?

Jej łagodny szept przegonił widok pokrwawionej dziewczyny. Odwrócił głowę i dotknął z lubością jej gęstych, kasztanowych włosów. W promieniach zachodzącego słońca zdawały się nabierać jeszcze więcej barwy; przez chwilę przesuwał między palcami pojedynczy kosmyk, uśmiechając się delikatnie.

- Już idziemy, Clarice.

Pocałowali się krótko i przelotnie; ich pieszczoty zawsze były subtelne i wyważone, nieraz wręcz kończyły się w połowie, nigdy jednak nie przekraczały pewnej granicy. Doktor Lecter wstał z fotela i spojrzał uważnie na stojącą obok Clarice. Długa, seledynowa suknia doskonale podkreślała jej figurę i opadała swobodnie aż do kostek. Wiedział, że będzie w niej pięknie wyglądać od momentu, gdy ujrzał ją w sklepie.

- I jak? – zapytała, uśmiechając się zalotnie.

Dotknął delikatnie złoty naszyjnik i powoli przesunął palce wzdłuż jej obojczyka.

- Olśniewająco. – szepnął po chwili.

Miejsca w Teatro Colón czekały już dawno. Nie była to ich pierwsza wizyta w argentyńskiej operze, nie mniej jednak zawsze wzbudzała w nich pewien wyjątkowy stan uniesienia.

Clarice chwyciła Hannibala pod ramię i oboje zeszli do samochodu. Doktor odruchowo włożył rękę do lewej kieszeni płaszcza.

Po raz kolejny tego wieczora wyczuł pod palcami delikatny chłód.

W jego kieszeni, od pięciu lat niezmiennie, spoczywał mały, złoty krzyżyk.

KONIEC