Rozdział 10.
Soneę spowijała kojąca ciemność, odcinająca ją świata zewnętrznego. Tak było dobrze; cisza i spokój panujące w jej umyśle skutecznie stłumiły zmartwienia i troski. Nocne marzenia nie chciały wypuścić Sonei ze swoich objęć, nadal karmiąc myśli przyjemnymi wizjami. Nawet tymi, które chciała od siebie odgonić, jednocześnie pragnąć je zatrzymać… Ale musiała się obudzić. Kobieta mocniej zacisnęła powieki i powoli zaczęła opuszczać tarczę, która chroniła ją od porannego mrozu. Zadrżała, gdy zimne i rześkie powietrze otoczyło jej ciało, przenikając przez cienkie szaty. Otworzyła oczy, żegnając senność. Obejmując się ramionami, pokonała ostatnie stopnie schodów Domu Magów. Czarne szaty szeleściły cicho, kiedy samotnie przemierzała dziedziniec. Sonea kochała te poranne godziny za ich ciszę, spokój i brak pośpiechu, który towarzyszył reszcie dnia. Widok szarego nieba, lekko zaczerwienionego przy horyzoncie sprawiał jej radość… Radość, która szybko się ulotniła, gdy przed oczami Sonei mignął rąbek jej czarnej szaty. Kobieta zacisnęła usta, starając się nie myśleć o swoim stanowisku oraz związanych z nim przykrościach.
Ostatnie półtora miesiąca było wyjątkowo ciężkie. Została z powrotem przyjęta do Gildii, otrzymała mieszkanie, służącą i ciemne szaty, które były dla niej niczym piętno. Piętno, które czuła na sobie codziennie. Większość magów traktowała ją obojętnie, ale niektórzy otwarcie dawali jej do zrozumienia, że nie jest tutaj mile widziana. Mimo iż starała się po sobie nic nie pokazywać, w środku bolał ją brak akceptacji.
Sonea wbiegła po kamiennych schodach i weszła do holu Domu Uzdrowicieli. Rumieńce na jej twarzy wywołane mrozem stały się jeszcze wyraźniejsze w ciepłym pomieszczeniu. Przyjemna woń ziół była coraz bardziej intensywna, kiedy pokonywała kolejne stopnie marmurowej klatki schodowej. Znajome zapachy i dźwięki działały jak balsam na zmartwienia i problemy. Sonea była wdzięczna Starszyźnie tylko za jedno; za pozwolenie jej pomagania Uzdrowicielom. Jednak było coś, co sprawiało jej większy ból niż osamotnienie…
Idąc do swojego gabinetu, Sonea spotkała kobietę, która czekała na wizytę u Uzdrowiciela z małą dziewczynką w objęciach. Dziecko mogło mieć najwyżej trzy lata. Drobna rączka była zawinięta niezbyt starannie w bandaż. Matka otuliła opiekuńczo swoją pociechę ramionami, chcąc ukoić płacz. Sonea poczuła znajomy żal. Z chęcią pomogłaby dziecku, ale ściągnęłaby na siebie tylko kłopoty. To była jej kara, dotkliwsza niż wszystko inne. Stała tak przez chwilę rozdarta pomiędzy naturalnym odruchem Uzdrowicielki, a nałożonymi na nią ograniczeniami. Kobieta przyciągnęła do siebie córkę, kiedy dostrzegła milczącą postać Sonei. W jej oczach błysnęły strach i nieufność. Bandaż na dłoni dziewczynki mocno przesiąknął krwią. Na białej tkaninie widniały wściekle czerwone plamy. Rana była poważna i z każdą chwilą odbierała dziecku siły. Płacz stał się jeszcze bardziej przenikliwy.
Sonea zrobiła niepewny krok na przód. Mogę pomóc.
Zatrzymało ją dopiero ostrzegawcze spojrzenie kobiety. Gniew i żal pojawiły się nieproszone. Dlaczego ludzie są aż tak ślepi? Dlaczego nie chcieli zrozumieć, że czarna magia nie musi oznaczać okrucieństwa i przemocy? Czy zrobiła coś złego, chcąc uleczyć dziecko?
- Bandaż powinien być ciaśniej zawiązany, tak aby mógł zatamować krew – powiedziała łagodnie.
Odpowiedziała jej cisza.
Zrezygnowana odeszła, czując w ustach smak goryczy. Nie mogła pomóc jej na siłę. Kobieta wolała bezradnie patrzeć na cierpienia swojego dziecka niż posłuchać jej rady. Mijani na korytarzu Uzdrowiciele mamrotali ciche powitania pod pozorem uprzejmości. Ich zachowanie w połączeniu z reakcją matki chorego dziecka uświadomiły jej, że nawet tutaj czuje się obco. Sonea przyspieszyła kroku, nie zwracając uwagi na otaczających ją ludzi. Z ulgą przekroczyła próg małego gabinetu. Wreszcie znalazła się w swoim azylu. Kąciki ust kobiety uniosły się delikatnie ku górze, kiedy zabrała się za przygotowywanie leków. Zapach ugniatanych ziół i olejków do wcierania w skórę przypominały jej pracę u Elzy. Znajome zajęcie było dla Sonei pewnego rodzaju terapią; pozwalało jej się wyciszyć i odprężyć. Sonea wzdrygnęła się lekko, gdy drzwi zaskrzypiały cicho. Do pokoju wszedł młody służący. Wyglądał na spiętego, a w oczach widoczny był cień lęku. Strach, jaki budziły w ludziach jej umiejętności i tytuł, zaczynał ją powoli bawić.
- Czarny Magu, Soneo. – Chłopak ukłonił się pospiesznie. – List do ciebie – powiedział, podając jej kopertę.
Spokój w umyśle kobiety został wyparty przez troskę o rodzinę, gdy rozpoznała pismo. Złe samopoczucie Jonny martwiło Soneę już od miesiąca, kiedy ciotka poskarżyła się w liście na częste bóle brzucha i zawroty głowy. Brak możliwości spotkania się z najbliższymi wywołał u niej przypływ bezsilnej złości. Sonea tylko raz zaproponowała Jonnie spotkanie. Prychnęła cicho, przypominając sobie odpowiedź ciotki.
Przestań igrać z ogniem! Nie ruszaj się z Gildii, bo napytasz sobie jeszcze więcej kłopotów. Masz wystarczająco dużo problemów, po co ci nowe?!
Papier zaszeleścił cicho, gdy zacisnęła mocniej palce na liście. Nie mogła zostawić Jonny samej, nie w takim stanie. Sonea przeszła przez gabinet i otworzyła jedną z szafek stojących przy oknie. Śledziła wzrokiem półki wypełnione po brzegi buteleczkami oraz ampułkami. W końcu znalazła to, czego szukała. Wynoszenie lekarstw z magazynów Uzdrowicieli było zabronione, ale jej już to nie obchodziło. Podobnie jak zakaz opuszczania przez nią terenu Gildii. Wyciągnęła z szafki brązową buteleczkę z lekiem podawanym kobietom ciężarnym, aby uzupełnić brak witamin. Z kolejnej półki zabrała zioła, z których przyrządzano napar na uspokojenie. Wszystko schowała w kieszeniach swoich szat. Na korytarzu rozległy się krok, którym towarzyszył podniesiony głos Vinary. Po chwili Arcymistrzyni Uzdrowicieli weszła do gabinetu Sonei, zastając kobietę przy układaniu lekarstw w szafce.
- Jesteś mi potrzeba, Czarny Magu. Brakuje mi rąk do pomocy, a wszyscy są zajęci.
Sonea popatrzyła na nią zaskoczona.
- Przecież ja nie mogę…
Uzdrowicielka machnęła lekceważąco ręką.
- Będziesz mi jedynie asystować. Poza tym tutaj rządzę ja, a nie Balkan. – Vinara nie czekając na odpowiedź opuściła gabinet.
Kobieta wybiegła za nią z pokoju.
- Przed chwilą przyniesiono tutaj syna Mistrza Kalna. Siedemnastoletni chłopak założył się z kolegami, iż ujeździ konia, którego niedawno kupił ojciec. – Vinara pokręciła głową z politowaniem. – Zakładu nie wygrał, a za swoją głupotę zapłacił złamaną ręką. Uraz jest na tyle poważny, że potrzebuję pomocy.
- Chłopak może nie zechcieć, abym ci asystowała. Ludzie mi nie ufają.
Vinara rzuciła jej przelotne spojrzenie.
- Dziwisz się im?
Sonea odwróciła wzrok.
- Nie.
Uzdrowicielka wprowadziła ją do pokoju, gdzie wykonywano zabiegi. Na łóżku leżał młody mężczyzna. Rozpięta na piersi koszula ukazywała potworną ranę. Kość była złamana w kilku miejscach i przebiła się przez skórę. Vinara zabezpieczyła rękę okładami tamującymi krew.
- Podałam mu środek nasenny. Nie pozwalał mi obejrzeć ręki. – Kobieta podeszła do chłopaka, zabierając się za zdejmowanie opatrunków. – Podejdź tutaj.
Sonea wykonała polecenie. Pomogła Vinarze złożyć pokiereszowaną kończynę. Złamana kość zaczęła się zrastać pod wpływem magii.
- Dokończ leczenie – poleciła Uzdrowicielka, obserwując ją uważnie.
Sonea sięgnęła po swoją moc po czym wysłała w stronę rany. Za pomocą magii złączyła rozerwane mięśnie, a na końcu uleczyła poszarpaną skórę. Możliwość wykonywania chociaż części obowiązków Uzdrowiciela, wywołała na jej twarzy delikatny uśmiech. Vinara zerknęła na nią z ukosa.
- Dobra robota, Soneo – pochwaliła ją. – Jak na tak długą przerwę w leczeniu przy użyciu magii, spisałaś się całkiem nieźle. Szkoda, że nie możesz wykorzystywać swoich umiejętność, pracując tutaj jak wszyscy. Jesteś jedną z najlepszych Uzdrowicielek, jakie miałam przyjemność poznać – mruknęła.
Sonea zerknęła na nią zaskoczona. Nigdy nie otrzymała od niej takiej pochwały. Poczuła jeszcze większą sympatię i wdzięczność do kobiety.
- Dziękuję ci, Vinaro.
Uzdrowicielka uniosła pytająco brew.
- Za co?
- Zaufałaś mi, prosząc mnie o pomoc.
- Nie musisz dziękować. Rozumiem powody, które tobą kierowały, jednak nadal uważam, że decyzja o odejściu była głupotą. Twój problem można było zupełnie inaczej rozwiązać. – Vinara sięgnęła po stojącą na stoliku miskę z zimną wodą. – Przygotuj napar przeciwbólowy.
Czarne szaty szeleściły cicho, gdy Sonea zaczęła krzątać się przy półkach z lekami. W gabinecie zapadło milczenie, które Vinara zdecydowała się przerwać po kilku minutach.
- Komu innemu jesteś winna podziękowania, Soneo – powiedziała spokojnie, przemywając zimną wodą świeżo uleczoną rękę, zmywając z niej krew. – Wiele zawdzięczasz Akkarinowi.
Sonea nie odpowiedziała jej, wpatrywała się bezwiednie w utarte zioła unoszące się na powierzchni gorącego naparu.
W ciągu tego miesiąca widziała się kilkakrotnie z czarnym magiem. Rzadko rozmawiali o czymś innym niż sprawy Gildii. Sonea nie raz tęskniła za ich relacjami sprzed najazdu; wtedy nie zapadała między nimi niezręczna cisza. Pomimo ich chłodnych stosunków opartych na wspólnej kontroli, tylko jego tak naprawdę miała tutaj. Oprócz Vinary i Dannyla jedynie Akkarin nie traktował jej wrogo, chociaż wyczuwała złość czarnego maga do niej. Sonea pamiętała interwencję mężczyzny, kiedy Regin nie mógł się już dłużej powstrzymać od bezdusznego komentarza na temat jej pochodzenia i miejsca w Gildii. Czarny mag odciągnął ją od Wojownika, ratując przed kompromitacją, a Regina od policzka, którego chciała mu wymierzyć. Vinara miała sporo racji, ale nie wiedziała, że to dzięki Akkarinowi została wybrana rok temu na Czarnego Maga. O wielu rzeczach Gildia nie wiedziała i nigdy się nie dowie.
Sonea zapatrzyła się w okno wychodzące na ogrody skąpane w porannym słońcu.
Istotnie, wiele mu zawdzięczam, pomyślała z ironią.
Cery nalał wina do dwóch kieliszków i podał jeden z nich Akkarinowi, który siedział naprzeciwko niego. Mężczyzna w czarnym płaszczu przycisnął usta do szkła, smakując bordowy napój. Nie było to Ciemne Anuren, jednak wino z pewnością należało do jednych z najdroższych . Akkarin odłożył swój kieliszek na blat biurka.
- Masz ponurą minę, Ceryni – powiedział, przyglądając się Złodziejowi w skupieniu.
Młody mężczyzna westchnął ze znużeniem.
- Nadal nie możemy znaleźć Tiwary. Zupełnie jakby zapadł się pod ziemię.
Akkarin zmarszczył brwi w rozdrażnieniu. Trzy tygodnie temu zdołał złapać ucznia handlarza i zaprowadzić go Gildii. Przesłuchanie odbyło się w wąskim gronie. Starszyzna niewiele dowiedziała się od młodego adepta poza tym, że posługiwał się czarną magią oraz nienawidził Gildii. Tiwara nie mówił mu dużo o swoich planach i o sobie samym. Starszyzna wydała na niego wyrok śmierci, którego wykonaniem zajął się Akkarin. Mag wzdrygnął się, odganiając od siebie niemiłe wspomnienie egzekucji. Odbieranie komuś życia było dla niego czymś potwornym, a on zabił już zbyt wielu. Tiwara zniknął kilka dni po schwytaniu ucznia. Od tej pory nie było po nim śladu.
- Czy jest możliwe, aby opuścił Imardin?
Cery pokręcił przecząco głową.
- Ma tutaj zbyt wiele interesów do nadzorowania. Poza tym, jak zdołałby wykształcić dwóch kolejnych adeptów?
Mag sapnął wstrząśnięty. Po plecach spłynął mu zimny dreszcz.
- Jesteś pewien?
- Owszem. Moi ludzie nadal obserwują okolicę, w której przebywał Tiwara. Wczoraj przybyło tam dwóch mężczyzn. Ich skóra również została zafarbowana jak u pierwszego. Wieczorem pojawili się najważniejsi dilerzy w starym magazynie. Tamci przydzielili im gnil z kolejnej dostawy.
- Zatem to jest główny magazyn? – spytał Akkarin.
- Na to wygląda.
- Podpal go, Cery. Tylko niech to wygląda na przypadkowy pożar.
Złodziej uśmiechnął się przebiegle.
- Da się zrobić.
Czarny mag zmarszczył brwi w zamyśleniu.
- Nadal mam wątpliwości co do tej dwójki mężczyzn. Zafarbowana skóra nie musi świadczyć o byciu czarnym magiem.
- Nad ranem zamordowali żebraka. Na skórze ofiary były cienkie nacięcia, a ciało lekko napalone. To już musi brzmieć przekonująco.
Akkarin skinął głową. Nadal był zamyślony.
- Są słabi i niedokształceni – mruknął. – Powinno pójść łatwo.
- Chcesz walczyć z nimi sam? – Cery przyglądał mu się zmrużonymi oczami.
- Owszem.
- Nie lekceważ ich siły, Akkarinie – syknął. – A Sonea? Mogłaby pomóc.
Mag zacisnął usta w wąską linię.
- Ona nic nie wie. Balkan nie ufa jej do końca, zakazał komukolwiek o tym z nią mówić.
Cery prychnął.
- Sonea nie jest głupia ani ślepa. Prędzej czy później się dowie. Będzie ci jeszcze mniej ufać, jeżeli odkryje, że coś przed nią ukrywasz.
Akkarin sięgnął po kieliszek.
- Już mi nie ufa. - Wino ukoiło gorycz w gardle. Był bezsilny wobec obojętności i braku sympatii ze strony Sonei. Nie musiała go kochać, nie musiała z nim być. Chciał jedynie, żeby przestała czuć do niego niechęć. – Wciągnięcie Sonei w poszukiwanie dzikiego to spore ryzyko. Jest jeszcze bardziej kontrolowana niż ja. Wystarczy, żeby tylko raz zniknęła, a nie ruszy się nigdzie bez nadzoru.
Złodziej zaklął cicho pod nosem.
- Gildia i jej cholerne zasady.
Usta Akkarina ułożyły się w rozbawiony półuśmiech.
- Trudno się z tobą nie zgodzić, Ceryni.
Powóz zatrzymał się na dziedzińcu z lekkim szarpnięciem. Dannyl odetchnął głęboko, poprawiając nerwowym ruchem fioletową szatę na piersi. Nie spodziewał się tak szybkiego wezwania przez Wielkiego Mistrza. Wyszedł z pojazdu, słysząc jak służący zamyka za nim drzwiczki. Mag zadarł głowę do góry, zmrużonymi oczami wpatrując się w niebo. Do spotkania z Balkanem została ponad godzina, a on już czuł nieprzyjemne zdenerwowanie wywołane stresem. Specjalnie wyjechał wcześniej z domu, aby móc przygotować się do rozmowy z Wielkim Mistrzem i ambasadorami Lanu oraz Elyne. Alchemik skrzywił się lekko. To nie był jedyny powód szybkiego wyjazdu; nie chciał dziś przebywać w towarzystwie Tayenda dłużej niż to konieczne. Potrzebował chwili wytchnienia od ich częstych kłótni. Może zbyt szybko zdecydowaliśmy się na związek? Dannyl ruszył w stronę Uniwersytetu z zamyśloną miną. Różni nas bardzo wiele, ale w Elyne nie odczuwałem tego tak mocno jak tutaj. Po powrocie, Imardin stał się taki obcy. Jakbym wychowywał się w zupełnie innym miejscu… Przed oczami Alchemika mignęła drobna postać odziana w czerń. Dannyl śledził spojrzeniem filigranową kobietę. W jej krokach nie było widać dawnej radości i pewności siebie. Nieprzenikniony wyraz twarzy i czarne szaty sprawiały, że wyglądała tajemniczo i intrygująco. Jednak on znał ją na tyle, żeby dostrzec cień zagubienia w jej postawie.
- Sonea!
Kobieta zatrzymała się zaskoczona i niepewnie rozejrzała dookoła. Rysy jej twarzy złagodniały, kiedy go dostrzegła.
- Witaj, Dannylu – powiedziała z ciepłym uśmiechem, gdy się z nim zrównała.
Przyjrzał jej się z troską. W brązowych oczach gościły smutek zmieszany z ostrożnością, nie radosny błysk, który pamiętał sprzed roku. Powinien wcześniej z nią porozmawiać.
- Ledwo cię poznałem w tych szatach, Soneo. – Skrzywiła się lekko w odpowiedzi. – Nie podoba ci się nowe stanowisko, co?
- Nie. Czuję się tutaj jak w klatce – mruknęła.
- Nie tylko ty. –Zerknął na magów, którzy przechodzili obok, obserwując ich z gorliwą ciekawością. – Przejdziemy się?
Skinęła głową w odpowiedzi.
- Chętnie.
Ruszyli w stronę lasu, oddalając się od zabudowań Gildii. Sonea dopiero teraz odkryła, jak bardzo brakowało jej towarzystwa. Przy Dannylu mogła się wreszcie zachowywać swobodnie. Alchemik nie czuł się skrępowany jej obecnością. Traktował ją tak, jakby nic się nie zmieniło. Opowiadał jej o swoich podróżach i badaniach, odrywając od szarej rzeczywistości.
- Tęsknisz za Elyne – zauważyła.
Dannyl zaśmiał się cicho.
- I to bardzo. Brakuje mi elyńskiego podejścia do życia. Kyralia jest bardziej konserwatywnym krajem. Większość Domów zaciekle walczy miedzy sobą o prestiż i wpływy na dworze królewskim. Tam arystokraci potrafią dojść do porozumienia bez kierowania się własnymi interesami. Podział społeczeństwa na biednych i bogatych nie jest aż tak widoczny jak w Imardinie. Capia stała się dla mnie domem, tam mogę być sobą.
- Kiedy zamierzasz wyjechać?
- Mam nadzieję, że w ciągu kilku najbliższych tygodni. Wiele zależy od decyzji Wielkiego Mistrza. – Dannyl spojrzał na nią z żywym zainteresowaniem. – Dość o mnie. Jak ci się podobało na wyspach Vin?
Sonea uśmiechnęła się do swoich wspomnień.
- Chciałabym tam jeszcze kiedyś wrócić. Mieszkałam w małym portowym miasteczku. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko morza. Przez te dwanaście miesięcy nikt mnie nie kontrolował. Mogłam robić to, czego brakowało mi tutaj. Byłam wolna.
- Nie tęskniłaś za Imardinem?
Kobieta wpatrywała się przez chwilę w rezydencje należące do sędziwych magów. Miała zamyślony wyraz twarzy.
- Za Imardinem? – powtórzyła cicho. – Nie… Brakowało mi jedynie rodziny i przyjaciół. Mogłam ściągnąć do Iliamu wujostwo. Żałuję, że nie pomyślałam o tym wcześniej.
- Zgodziliby się?
- Wątpię. – Sonea prychnęła cicho. – Wróciłam, bo ciotka potrzebowała mojej pomocy. Teraz nie mam nawet możliwości się z nią zobaczyć.
- Nie istnieje żaden przepis zabraniający magom odwiedzania bliskich – zauważył Dannyl.
- Zamierza z tego… - Sonea przystanęła raptownie, wodząc zagubionym spojrzeniem dookoła.
Miejsce, w którym się znaleźli, nie było jej obce, a jednak wszystko wyglądało tutaj inaczej. Posępne drzewa otaczające stary cmentarz zostały wycięte. Między zniszczonymi przez czas płytami wyznaczono nowe ścieżki. Nagrobków było znacznie więcej niż zapamiętała. Większość z nich została postawiona całkiem niedawno. Spojrzała pytająco na Dannyla, który posłał jej smutny uśmiech.
- Po najeździe Ichanich, cmentarz przestał być zagadką. Zanim Gildia wprowadziła zakaz posługiwania się czarną magią, wielu umierających magów decydowało się na oddawanie swojej mocy. W ten sposób energia nie pochłaniała ich ciał. Rok temu wielu straciło życie w czasie walki z sachakańskimi wyrzutkami. Starszyzna uznała za stosowne pochować tutaj poległych.
- Rothena też? – Sonea poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła.
- Tak.
Dannyl poprowadził ją między marmurowymi nagrobkami, na których wypisano imiona i tytułu magów. Wiele z nich było ozdobionych złoceniami oraz wymyślnymi płaskorzeźbami. Alchemik zatrzymał się przed płytą wykonaną z białego kamienia. Swoją prostotą i skromnością oddawał charakter człowieka, którego pod nim pochowano. Sonea wpatrywała się w dwa słowa wykłute w zimnej skale:
Rothen
z Domu Revin, rodu Kelion
Mistrz Kyraliańskiej Gildii Magów
Serce zaczęło boleśnie tłuc się w jej piersi, utrudniając złapanie oddechu. Oczy zapiekły ją od łez.
- Jeżeli nie masz nic przeciwko, chciałabym pobyć trochę sama – powiedziała cicho.
Mag skinął głową.
- Rozumiem. – Poklepał ją delikatnie po ramieniu. – Do zobaczenia, Soneo.
W milczeniu obserwowała, jak kieruje się w stronę lasu. Dopiero gdy cienie drzew pochłonęły jego sylwetkę, usiadła ostrożnie na kamiennej płycie. Położyła swoją drobną dłoń na białym marmurze. Był zimny, zupełnie inny niż ciepłe dłonie byłego opiekuna. Przed oczami Sonei zatańczyły wspomnienia dotyczące Rothena. Jego przyjazny ton głosu, który tyle razy ją upominał. Cierpliwość i zrozumienie, które zawsze mogła u niego znaleźć. Ojcowska miłość w błękitnych tęczówkach, kiedy na nią patrzył. Spędziła z nim tyle czasu, a jednak teraz było to dla niej śmiesznie mało. O tak wielu sprawach chciała z nim jeszcze porozmawiać, a już nigdy nie będzie mogła. Czuła się jak małe, zagubione dziecko, które znalazło się między obcymi sobie ludźmi. Pieczenie w gardle stawało się coraz silniejsze. Obok żalu pojawił się wstyd. Przez cały rok nie chciała myśleć o niczym związanym z Gildią, nawet o nim, bo za bardzo bolało. Sonea zacisnęła mocno usta. Śmierć Rothena pogłębiła pustkę po stracie Dorriena. Tęsknota za nimi stała się jeszcze silniejsza. Kobieta wzięła głęboki wdech i powiodła spojrzeniem po kamiennych płytach. Nie tylko ona straciła bliskich w najeździe Ichanich. Wielu magów zginęło, zostawiając po sobie łzy i smutek. Do tego nigdy nie musiałoby dojść, gdyby nie duma i nieostrożność jednego człowieka. Człowieka, którego wciąż kochała.
Słone krople popłynęły po jej policzkach, skapując na marmur. Sonea zamknęła oczy, pozwalając łzom zmyć cały ból. Nie wiedziała, jak długo płakała. Minuty mogły zamienić się w godziny, ale dla niej nie miało to znaczenia. Ucisk w klatce piersiowej wreszcie ustąpił, a płacz ustał. Zostały tylko spokój i ślady po łzach. Wzdrygnęła się lekko, słysząc za sobą kroki.
- Soneo... – głęboki męski głos, tak dobrze jej znany, przebił otaczającą ją ciszę.
Kobieta otarła mokre policzki wierzchem dłoni. Powoli wstała i odwróciła się twarzą do mężczyzny stojącego kilka kroków za nią. Ciemne oczy wpatrywały się w Soneę uważnie, kiedy podchodziła do niego bliżej.
- Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? – wykrztusiła. Gardło miała wyschnięte od płaczu.
- Spotkałem się z Dannylem. Szukałem ciebie.
Sonea zmrużyła oczy.
- Po co?
Usta Akkarina drgnęły lekko w rozbawieniu.
- Zauważono twoje zniknięcie. Do Balkana przybyli ambasadorowie Lanu oraz Elyne. Wypada, aby cała Starszyzna uczestniczyła w rozmowach, a ty jesteś jej częścią.
- Dlaczego nie dowiedziałam się o tym wcześniej? – spytała ostro. Nie odpowiedział jej.
- Chodź, Soneo. – Akkarin odwrócił się do niej plecami, ruszając w stronę Rezydencji Wielkiego Mistrza.
Klnąc pod nosem, kobieta zrównała krok z wysokim mężczyzną. Szli obok siebie, nie odzywając się. Tylko szelest szat i szmer oddechów przerywały otaczającą ich ciszę. Sonea co chwilę czuła na sobie spojrzenie ciemnych oczu, które powodowało przyjemne dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Czarny rękaw szaty Akkarina muskał delikatnie jej dłoń, dając cień przyjemności, jaką przynosił ze sobą kiedyś jego dotyk. Przysunęła się lekko do niego, pragnąc być choć odrobinę bliżej.
- Płakałaś.
Sonea zamrugała zaskoczona, gdy wyciągnął dłoń ku jej twarzy, ścierając samotną łzę. Rozchyliła subtelnie usta, czując przyjemne ciepło jego skóry. Ten gest był zaledwie muśnięciem, ale obecna w nim czułość obudziła w Sonei dawne zaufanie do czarnego maga. Zaufanie, które przyniosło niewiele dobrego… Żal zmieszany z urażoną dumą ponownie dały o sobie znać, ale zlekceważyła je. Potrzebowała jego obecności i wsparcia. Tylko tyle teraz od niego chciała.
- Tęsknię za Rothenem. Zbyt mało czasu z nim spędziłam, a nie potrafiłam tego wcześniej dostrzec.
Z twarzy Akkarina zniknęły chłód i obojętność. Nie był już tak odległy jak przed chwilą.
- Często, gdy odchodzi ktoś bliski zaczynamy rozumieć, że można było zrobić więcej. Twój smutek jest zrozumiały, ale przeszłości nie zmienisz. Naucz się cieszyć czasem, który z nim spędziłaś, Soneo – powiedział łagodnie.
- To nie zmienia faktu, że nigdy już z nim nie porozmawiam. Zastąpił mi rodziców, których tak na prawdę nigdy nie miałam.
Akkarin uniósł brew do góry, patrząc na nią ze zdziwieniem.
- Nie znałaś ich?
- Matka umarła, gdy byłam bardzo mała. Zostały mi po niej strzępki wspomnień. Ojca widziałam tylko raz. Zostawił nas. – Skrzywiła się. – Wychowało mnie wujostwo. Nie mieliśmy stałego domu, często się przeprowadzaliśmy. Najgorzej było w czasie Czystki.
- Moja rodzina ma wiele pięknych posiadłości. – Czarny mag zatrzymał się na skraju lasu, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem. – Bliscy niczego mi nie odmawiali, prócz swojego czasu. Ojciec zawsze był zajęty sprawami państwowymi, nie interesował się mną.
- A matka? – spytała ostrożnie.
- Zmarła przy porodzie – odparł krótko.
Sonea odwróciła głowę, chcąc uniknąć jego spojrzenia. Nigdy nie mówił jej o swojej przeszłości zanim wstąpił do Gildii. Zawsze był tajemniczy, co ją tak bardzo pociągało. Chciała wiedzieć o nim jak najwięcej, jednak teraz czuła się nieswojo. Zapragnęła zmienić temat na bardziej neutralny. Uwagę kobiety zwróciło zamieszanie w pobliżu Uniwersytetu. Dwójka magów kłócąca się donośnie przypomniała Sonei o bieżących sprawach.
- Co sprowadza ambasadorów do Gildii?
- Elyne i Lan sprzeciwiają się podpisaniu pokoju z Sachaką. – Akkarin prowadził ją ścieżką przez labirynt ogrodów. Z trudem dotrzymywała mu kroku. – Ich zdaniem to zbyt szybka decyzja.
- Utrzymanie przyjaznych stosunków z Sachaką powinno być interesem wszystkich Krain Sprzymierzonych – zaprotestowała.
- Owszem, ale każdy też chce mieć korzyści z paktu. To polityka, Soneo.
Wysoki labirynt utworzony z ozdobnych drzewek i krzewów przerzedził się, ukazując ustronny zakątek ogrodu. Okrągły trawnik otoczony był przez mur pokryty winoroślami. Po środku stała mała fontanna, a ziemię wokół niej wyłożono mozaiką z roślinnymi ornamentami. Latem musiało być tutaj z pewnością pięknie, ale teraz miejsce sprawiało smutne wrażenie. Pożółkła trawa i suche liście szeleściły pod ich butami, kiedy skierowali się w stronę niepozornego przejścia w murze. Sonea podniosła wzrok do góry. Przed nią wznosiła się Rezydencja Wielkiego Mistrza. Rozpoznała duże okna biblioteki, z których rozciągał się widok na ogrody za budynkiem i las. Mimowolnie zadrżała, czując napływ wspomnień związanych z tym miejscem.
- Nie tęsknisz? – spytała cicho.
Akkarin popatrzył na nią z zainteresowaniem.
- Za czym?
- Za Rezydencją, przywilejami, za życiem Wielkiego Mistrza.
W jego ciemnych oczach pojawiło się rozbawienie połączone z jeszcze innym uczuciem, którego nie zdążyła nazwać. Rozpłynęło się w czarnych tęczówkach, pozostawiając je nieprzeniknione.
- Miałbym tęsknić za licznymi spotkaniami na dworze królewskim, ciągłym wysłuchiwaniem kłótni i rozwiązywaniem sporów między magami. Nie… Nie tego mi brakuje – mruknął.
Więc czego?
Chciała już zadać to pytanie, ale Akkarin minął ją, pozostawiając tylko domysły.
Sonea usiadła wygodniej w fotelu, rozglądając się po salonie Rezydencji. Nic się nie zmieniło, pomieszczenie nadal wyglądało tak, jak je zapamiętała. Nie oczekiwano od niej brania udziału w dyskusji. Była tutaj, bo tak wypadało. Tocząca się rozmowa zeszła na drugi plan, kiedy jej umysł odpłynął, oddając się rozmyślaniom. Mimo, że znała wiele pomieszczeń w domu Wielkiego Mistrza i była częstym gościem, czuła się tu obco. Rezydencja nie należała już do mężczyzny, który siedział obok niej. Ich wspólne sekrety zostały starte razem z kurzem przez nowego służącego…
- Elyne i Lan odmawiają podpisania pokoju w na obecnej sytuacji. – Sonea zerknęła z ciekawością na mężczyznę o ostrych rysach twarz. Ambasador Ladrin z Lanu wpatrywał się nieustępliwie szarymi oczami w Balkana. – Rozmawialiśmy już z królem Merinem, ale nie przyniosło to żadnych rezultatów. Mamy nadzieję, że jako Starszyzna Gildii zrozumiecie nasze obawy.
- Proszę mówić jaśniej, Ambasadorze. Jak do tej pory nie padły żadne konkrety prócz zażaleń. – Balkan zakołysał kieliszkiem z winem, obserwując mężczyznę.
Ladrin zmrużył oczy, co nadało mu drapieżnego wyglądu.
- Najważniejsze i najwyższe instytucje magów znajdują się w Imardinie. Wypadałoby, aby podpisanie pokoju miało miejsce w innym państwie Krain Sprzymierzonych.
- Siedziba Gildii istotnie znajduje się w Imardinie, a umowa z Sachaką jest ściśle związana z magią. Poza tym to Kyralia walczyła z Ichanimi, nie Lan czy Elyne – powiedział wyniośle Garrel.
Ambasador rzucił spojrzenie sędziwemu Elyńczykowi, którego mina wyrażała niezadowolenie i znużenie.
- Porozumienie Krain Sprzymierzonych zakłada równość państw! Kyralia jest na jak najlepszej drodze do złamania tej zasady.
- To absurd! – warknął Balkan.
Elyńczyk machnął lekceważąco ręką.
- Zostawmy na chwilę sprawę miejsca zawarcia pokoju, a skupmy się na jego warunkach. Sachaka powinna znieść niewolnictwo, a nie ma o tym żadnej wzmianki.
- To wymaga czasu, ambasadorze Derionie – odpowiedział uprzejmie Akkarin. – Król Amakira nie zechce tak łatwo zrezygnować z potęgi, jaką dają niewolnicy, podobnie reszta magów Sachaki. Podzielam twoje zdanie, jednak niektóre zmiany należy wprowadzać stopniowo.
- Przy ustalaniu warunków pokoju, ambasadorowie króla Amakiry nic nie wspominali o ingerencji w sprawy Krain Sprzymierzonych – wtrącił Osen. – Powinniśmy postąpić tak samo.
- O jakich warunkach mówisz, Administratorze?! – fuknął Ladrin, patrząc na maga w błękitnych szatach jak na skończonego głupca. – To raczej spełnianie życzeń Sachakan! Pakt obejmuje umowę o wymianie wiedzy. My damy im uzdrawianie, a oni co nam zaproponują? Czarną magię?! – prychnął pogardliwie.
- Obecne warunki pokoju w żaden sposób nie zapewniają nam bezpieczeństwa. W razie złamania paktu przez Sachakę jesteśmy bezbronni. - Derion potarł palcami pomarszczone skronie.
- Kyralia źle negocjowała w imieniu Krain Sprzymierzonych, dlatego uważamy, że to państwa Lanu oraz Elyne powinny prowadzić dalsze pertraktacje. – Na ustach Ladrina pojawił się zjadliwy uśmiech. – Ponoć Kyralia boryka się z własnymi problemami wewnętrznymi. Może dlatego nie jesteście w stanie przyłożyć większej uwagi do rozmów z Sachaką.
O czym on mówi? Sonea rzuciła szybkie spojrzenie Akkarinowi, który skrzywił się lekko w odpowiedzi.
- Wszystko jest pod kontrolą – wycedził Balkan, akcentując każde słowo. – Z tego, co słyszę nie zapoznałeś się dokładnie z warunkami podpisania pokoju. Sachaka nie dostanie żadnych materiałów dotyczących uzdrawiania dopóki sama nie zaproponuje czegoś równie cennego. Gildii bardzo zależałoby na poszerzeniu wiedzy w zakresie starożytnej magii.
- Kyralia posiada imponujący zbiór informacji, wasze biblioteki pękają w szwach od ksiąg i pergaminów. Pozwólcie nam wzbogacić naszą kolekcję. – W oczach Deriona rozbłysły chytre błyski.
Sonea poczuła, jak udziela jej się niepokój pozostałej części Starszyzny. W tej grze stawką była wiedza, która oznaczała potęgę. Każdy chciał mieć w niej jak największy udział. Do Gildii wstępowali nowicjusze również z innych Krain Sprzymierzonych, po zakończeniu studiów składali przysięgę wierności władcom swoich państw, nie Merinowi. Każdy z magów bez względu na narodowość mógł ubiegać się o najwyższe stanowiska. Jednak to w Imradinie koncentrowała największa siła magiczna. Ta potęga wywoływała przerażenie i zazdrość u władców pozostałych Krain Sprzymierzonych. Przekazanie Kyralii zapisów o starożytnej magii sprawi, że stanie się jeszcze silniejsza.
- Wasze obawy weźmiemy pod uwagę, jednak nadal będziemy chcieli, aby to w Imardinie doszło do podpisania pokoju. Proponuję poczekać z dalszymi rozmowami do przyjazdu ambasadorów Lonmaru. – W głosie Balkana wyczuwalna była desperacja.
- Wątpię, aby zechcieli przybyć po tym, jak ich arogancko przyjął Merin kilka tygodni temu – powiedział chłodno Derion.
Wielki Mistrz sprawiał wrażenie zaskoczonego.
- Nic mi o tym nie wiadomo.
- Wasz król na zbyt wiele sobie pozwala. Odprawia ambasadorów Lonmaru z niczym. Nas nawet nie chciał słuchać! Zwycięstwo Gildii nad Ichanimi sprawiło, że Merin stał się zbyt dumny i pewny siebie. Nawet Starszyźnie nie mówi o najważniejszych sprawach, a powinien – warknął Ladrin.
- Elyne i Lan nie będą tolerować braku porozumienia między przywódcami Gildii, a królem Merinem. Jeżeli Kyralia nie zmieni swojej polityki, obawiam się, że sojusz z Krainami Sprzymierzonymi zostanie zakończony.
W salonie zapadła cisza przesycona niedowierzaniem i złością. Balkan wyglądał tak, jakby ktoś wymierzył mu cios w twarz.
- Grozicie nam wojną? – spytał cicho Akkarin, nie spuszczając wzroku z Ladrina.
Mężczyzna poruszył się niespokojnie, czując na sobie przeszywające spojrzenie czarnych oczu.
- Nie. To jedynie ostrzeżenie, Czarny Magu Akkarinie – oznajmił powoli Derion, wyglądając przez okno, za którym słońce powoli chowało się za horyzontem, zostawiając po sobie czerwoną smugę na niebie.
Półmrok spowijający Uniwersytet otulił Soneę, ukrywając ją przed światem. Kobieta odetchnęła głęboko i ruszyła przed siebie, starając się jak najciszej stawiać kroki na posadzce. Poczuła kwaśne rozbawienie na myśl, jak łatwo poszło jej opuszczenie Domu Magów. Wystarczyło jedynie cierpliwie poczekać aż wszystkie światła pogasną i wyjść po cichu z mieszkania. Wewnątrz Uniwersytetu zaległa ciemność, której nie potrafiła przebić wzrokiem. Polegała na swojej pamięci, szukając wejścia do podziemnych tuneli. Kilkakrotnie pomyliła korytarze i musiała zawracać, kurczowo trzymając się ściany jako jedynego przewodnika. W końcu znalazła to, czego szukała. Wargi Sonei wygięły się w uśmiechu, kiedy wyczuła pod palcami znajome zagłębienia w ramie obrazu. Ostrożnie wsunęła dłoń za malowidło, natrafiając na mosiężną dźwignię. Chłód panujący w podziemnych korytarzach musnął twarz Sonei, wywołując nieprzyjemne uczucie niepewności. Tunel był najszybszą i dość bezpieczną drogą do slumsów, ale z pewnością nie nieużywaną. Sonea była przekonana, że Akkarin wybrał podziemne przejścia, kiedy przyniósł ją do Gildii. Znała jeszcze jedno wyjście – spora szczelina w Wewnętrznym Murze nieopodal źródła. Przygryzła dolną wargę, nie mogąc się zdecydować. Poruszając się podziemnymi przejściami miała pewność, że nikt jej nie zauważy, droga przez las była bardziej ryzykowna. Zależało jej na jak najszybszym dotarciu do domu Jonny, jednak wolała już przemykanie się przez ogrody niż niechciane spotkanie z czarnym magiem w jednym z korytarzy…
Odgłosy kroków zaskoczyły ją, zmuszając do szybkiej decyzji. Niezbyt delikatnie zamknęła przejście do tuneli i ruszyła w stronę wyjścia z Uniwersytetu. Obejrzała się nerwowo. Za nią podążała wysoka postać, z pewnością był to mężczyzna. Sonea przyspieszyła, chcąc zwiększyć między nimi dystans. Zdyszana wybiegła z budynku, znikając w jednej z ogrodowych alejek. Nie odważyła się zwolnić ani na chwilę. Dopiero gdy otoczyły ją wysokie drzewa lasu, jej krok stał się spokojniejszy. Naciągnęła na głowę kaptur i utworzyła wokół siebie tarczę. Srebrzysty blask księżyca przedzierał się przez gałęzie, odbijając na zmarzniętej ziemi cienie czarnych pni. Kobieta podążała niepozorną ścieżką, która doprowadziła ją do otoczonego pierścieniem drzew źródła. Stukot kamieni toczących się po nierównej powierzchni wywołał mocne uderzenia jej serca. Ktoś ją śledził przez całą drogę, a ona tego nie zauważyła, chociaż była tak ostrożna. Nie zdążyła się obejrzeć, gdy poczuła nacisk na swoją tarczę. Odwróciła się na pięcie, przygotowując się do walki. Nieznajomy mężczyzna zbliżał się do niej powoli. Głęboki kaptur uniemożliwiał jej rozpoznanie przeciwnika. Uderzenie mocy wstrząsnęło jej tarczą. Odpowiedziała na jego atak serią pocisków. Wszystkie rozbiły się o barierę ochronną nieznajomego. Był od niej znacznie silniejszy. Zmełła pod nosem przekleństwo, myśląc gorączkowo. Istniały sposoby na pokonanie mocniejszego maga, wystarczyło go tylko przechytrzyć… Sonea zamknęła oczy i utworzyła dysk świetlny, którego blask zmusił mężczyznę do zasłonięcia twarzy. Korzystając z chwilowej słabości przeciwnika, przesunęła się w stronę drzew, ukrywając się w ich cieniu. Zaczęła powoli zbliżać się do nieznajomego, nadal utrzymując kulę świetlną. Dopiero gdy znalazła się w odległości jednego kroku od niego, pozwoliła jasnemu dyskowi rozpłynąć się w mroku. Mężczyzna uniósł głowę do góry i omiótł wzrokiem teren przed sobą. Sonea wykonała jeden ruch do przodu, ale natychmiast zamarła, słysząc trzask pękającej gałęzi pod jej butem. Wysoka postać odwróciła się ku niej gwałtownie. Silna męska dłoń zacisnęła się wokół gardła kobiety niczym stalowa obręcz. Sonea otworzyła usta, rozpaczliwie łapiąc powietrze. Lewą dłoń położyła na palcach zaciskających się na jej szyi, wbijając w nie paznokcie. Nie pomogło. Z całych sił zamachnęła się, chcąc go uderzyć. Poczuła ciepłą ciecz pod opuszkami palców. Z ust mężczyzny wydobył się cichy syk. Mocnym szarpnięciem pociągnął kaptur jej płaszcza w dół.
- Sonea?
Wzdrygnęła się na dźwięk swojego imienia i znajomego głosu. Chłodne palce puściły delikatną szyję kobiety, pozostawiając po sobie czerwone ślady.
- Co ty tutaj robisz?! – Akkarin odrzucił kaptur płaszcza do tyłu, odsłaniając twarz.
- Mogłabym zadać to samo pytanie – wychrypiała, posyłając mu wściekłe spojrzenie.
Czarny mag zmrużył oczy.
- Odpowiedz! – zażądał.
- Nikt mi nie będzie rozkazywał – odparła buntowniczo, wysoko unosząc głowę. – Czy robię coś złego, chcąc jedynie wyjść?
- Dlaczego właśnie teraz, o tej porze? – Jego spojrzenie stało się jeszcze bardziej przenikliwe.
- W dzień nie mam czasu. – Widziała, że go tym nie przekonała. – Chyba wierzysz mi na tyle, aby wiedzieć, że nie mam zamiaru wzmacniać się.
- Ja tak, ale Starszyzna nie.
- Nie muszą o tym wiedzieć.
- Za bardzo cenię sobie ich zaufanie, żeby je narażać – warknął.
Prychnęła ze złością.
- O twoich nocnych wycieczkach też wiedzą?
Czarne oczy Akkarina rozbłysły.
- Jedna rada na przyszłość, Soneo. Jeżeli chcesz szantażować, to upewnij się, że masz czym.
Kobieta już otwierała usta, aby mu odpowiedzieć, kiedy nocną ciszę rozdarły gwizdy i śmiech. Nie byli sami. Oboje odwrócili się w stronę, z której dochodziły odgłosy. Pomiędzy drzewami dostrzegli zarysy czterech ludzkich postaci, które zmierzały w ich stronę. Zimny blask księżyca padł na skrawek bordowej szaty.
- Wojownicy – mruknęła, zerkając z ukosa na Akkarina.
Mężczyzna zmarszczył brwi, obserwując zbliżających się magów.
- Nie podoba mi się to – powiedział cicho.
- Czy jest możliwe, aby zauważono nasze zniknięcie?
- Wątpię. Gdyby tak było, alarm postawiłby na nogi całą Gildię. – Akkarin obrzucił bystrym spojrzeniem otaczający ich teren. Chwycił delikatnie Soneę za ramię i pociągnął ją w stronę rumowiska skalnego. – Chodź.
Zaskoczona poszła za nim posłusznie w górę kamienistego zbocza. Drobny żwir osuwał się w dół pod wpływem ich kroków, szemrząc cicho. Sonea coraz wyraźniej słyszała głosy magów rozbrzmiewające w ciemności. Żołądek ścisnął jej się nieprzyjemnie na myśl, że mogą ich zauważyć. Przyspieszyła, zrównując się z Akkarinem. Mężczyzna skręcił w lewo, prowadząc Soneę do wyrwy w kamiennej ścianie, gdzie mogli się ukryć. Ślizgała się na gładkich i ostrych kamieniach, które pokrywały w tym miejscu zbocze. Akkarin pierwszy dotarł do skalnej półki. Odwrócił się w stronę Sonei i ostrożnie chwycił jej dłonie, pomagając wejść. Szczelina była na tyle wąska, że musieli stać niemalże przytuleni do siebie. Ta bliskość wywoływała u kobiety zażenowanie połączone z tłumionym pożądaniem. Odwróciła głowę w stronę źródła, skupiając całą swoją uwagę na magach.
- Nikt się nie dowie. – Sonea skrzywiła się, słysząc znajomy głos Regina. – Znikną stąd nad ranem.
- Wycieczki do Domu Derim to nie to samo, co sprowadzanie ich tutaj! – warknął inny Wojownik, szarpiąc Regina za szatę.
Pozostała dwójka mężczyzn wpatrywała się z wyczekiwaniem i zniecierpliwieniem w przejście w Wewnętrznym Murze, nie zwracając uwagi na podniesiony ton towarzysza.
- Za przyjemność się płaci, Kiano – zadrwił Regin. – One zrobią wszystko, co zechcesz, za przyprowadzenie ich tutaj.
- Jesteś pewien, że można liczyć na ich dyskrecję?
Regin prychnął lekceważąco.
- Przeżywasz to, jak jakiś szczeniak. To tylko głupie dziwki.
Sonea sapnęła wstrząśnięta. Derim był jednym z najpopularniejszych domów uciech w Imardinie, słynącym z wyuzdanych ofert. Kobieta spojrzała na Akkarina, który wpatrywał się w Wojowników z niesmakiem wypisanym na twarzy.
- Sprowadzają prostytutki do Gildii? – wykrztusiła.
- Na to wygląda. Nie istnieje, żadne prawo, które by tego zabraniało, chociaż powinno.
- A ja nie mogę nawet wyjść, aby odwiedzić rodziny! Myślałam, że Gildia już nie mogła upaść niżej – powiedziała z goryczą.
Akkarin odwrócił się w jej stronę, wpatrując w nią uważnie.
- To dlatego chciałaś dziś skorzystać z podziemnych przejść? – spytał cicho.
Sonea odwróciła wzrok, chcąc uniknąć jego natarczywego spojrzenia.
- Martwię się o Jonnę. Od miesiąca skarży się w listach na zły stan zdrowia, a ja jedynie mogę jej odpisać.
- Przecież twoja rodzina może cię tutaj odwiedzać.
Popatrzyła na niego ponuro.
- Moi bliscy pochodzą z najbiedniejszej warstwy społecznej, nie będą mile widziani przez magów. Wątpię, aby Uzdrowiciele zaopiekowali się odpowiednio ciężarną kobietą ze slumsów.
Akkarin westchnął ciężko, przymykając na chwilę zmęczone oczy.
- Powinnaś była mi o tym powiedzieć.
- Nie muszę ci o wszystkim mówić – odparła, śledząc wzrokiem cztery młode kobiety o wyzywająco umalowanych twarzach, które podeszły do Wojowników. W Sonei wezbrał bezsilny gniew, kiedy dotarł do niej pusty chichot prostytutek. – Zakazy Gildii mało mnie już obchodzą. Nie jestem więźniem i mogę pójść, gdzie zechcę. Nikt mi nie będzie mówił, co mam robić, nawet ty! – powiedziała podniesionym głosem.
Akkarin pochylił się nad nią gwałtownie.
- Soneo, ciszej.
Wpatrywali się w siebie w milczeniu. Czuła przyjemne ciepło bijące od jego ciała, które tak ją kusiło. Nie myśląc o tym, co robi, przysunęła się do niego. Delikatne dreszcze wstrząsały Soneą od skrywanych uczuć i emocji. Ostrożnie uniosła oczy, napotykając spojrzenie ciemnych tęczówek. Napięcie znikło z twarzy Akkarina zastąpione głębokim zamyśleniem. Silne palce musnęły jej policzek, wywołując na nim gęsią skórkę. Kolejny krok do przodu i była jeszcze bliżej. W brązowych włosach kobiety zatańczył gorący oddech Akkarina. Nieśmiało położyła drobną dłoń na jego przedramieniu, przesuwając ją powoli w górę po ciemnym płaszczu. Przez zniszczony materiał mogła wyczuć jedynie zarys mięśni, cienkie blizny nadal pozostawały ukryte. Sonea z żalem uświadomiła sobie, że to przeszłość Akkarina uczyniła z niego człowieka, na którym jej zależało. Mężczyzna poruszył się, zmuszając ją do wycofania się w stronę skalnej ściany. Wzdrygnęła się, gdy plecami dotknęła zimnego kamienia. Ciarki wywołane chłodem znikły, kiedy musnął palcami jej twarz. Powolnym ruchem przesunął kciukiem po krawędzi szczęki Sonei. Delikatnie uniósł podbródek kobiety do góry, przechylając jej głowę w bok. Westchnęła cicho, gdy ich wargi się spotkały. Rozmawiali ze sobą w milczeniu, pieszcząc się wzajemnie. Każdy pocałunek był staranny, dokładny. Każdy przynosił przyjemność i ukojenie. Akkarin objął ją lewym ramieniem w talii, przyciskając ją do siebie, a prawą dłoń przyłożył do lekko zarumienionego policzka Sonei. Serce łomotało w jej piersi, utrudniając złapanie oddechu. Coraz więcej wysiłku kosztowało ją utrzymanie tempa, które narzucił. Wargi Akkarina oderwały się od jej własnych, pozwalając nabrać powietrza. Wędrował ustami po twarzy kobiety, badając delikatną skórę. Sonea zamknęła oczy pod wpływem jego pieszczot, wdychając kojący zapach maga, który pobudzał zmysły. Wodziła dłońmi po plecach Akkarina, czerpiąc przyjemność z jego bliskości. Mężczyzna musnął jej nos, podążając z powrotem w stronę drżących ust kobiety. Ten pocałunek był inny; bardziej gorliwy i łapczywy. Sonea musiała stanąć na palcach, kiedy Akkarin przyciągnął jej twarz bliżej swojej. Silne ramiona zaciskały się wokół niej coraz mocniej, pozbawiając ją tchu. Wargi miała zaczerwienione i obolałe od intensywnej przyjemności, ale wciąż to było za mało. Pragnęła więcej…
- Dosyć tego! Gdzie macie gnil?!
Gnil…
Słyszała już tą nazwę wymawianą przez Uzdrowicieli z bezradnością i frustracją. Wiele razy próbowała dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat, ale jedyną odpowiedzią, jaką otrzymywała do tej pory, było milczenie. Sonea oderwała się od Akkarina, dysząc ciężko.
- O czym on mówi? – spytała, wskazując na Wojownika, który szarpał młodą prostytutkę za ramiona. – Czym jest ten gnil?
Akkarin wyprostował się, odsuwając od niej delikatnie. Nadal jednak czuła jego ciepłe dłonie na swoich biodrach. Wahał się przez chwilę, ale odpowiedział jej w końcu.
- Rok temu w Imardinie zaczęto handlować nowym narkotykiem. Bardzo szybko gnil stał się najpopularniejszym środkiem odurzającym, po który zaczęli sięgać również magowie. Zlekceważono pierwsze oznaki poważnych uzależnień, które dotknęły bylców. Problem przestano bagatelizować, gdy magowie i członkowie Domów zacieśnili kontakty z dilerami. Największe dostawy gnilu są przeznaczone dla najzamożniejszych arystokratów, którzy posiadają wpływy na dworze.
- Gildia zajęła się tą sprawą? – Sonea wpatrywała się w maga z niezrozumieniem. – Przecież to należy do obowiązków Gwardii.
- Istnieje podejrzenie, że osoba kierująca całym procederem jest magiem – odparł Akkarin.
Głośna wymiana zdań przy źródle zwróciła ich uwagę. Regin rzucił sakiewkę pod stopy najstarszej z prostytutek.
- Nie tak się umawialiśmy – warknęła kobieta. – Miałyśmy spędzić tutaj noc!
- Nie przyniosłyście gnilu! – Wojownik wskazał ruchem głowy na sakwę. – Zabierajcie pieniądze i znikajcie!
- Nie jesteśmy handlarzami, po co innego nas wynajęliście. – Usta kobiety ułożyły się w pogardliwym uśmiechu. – Chyba, że się wstydzisz, Mistrzu Reginie…
Mężczyzna sapnął z oburzenia. Nocne powietrze zawibrowało od magii, kiedy wysłał w stronę ladacznicy pojedyncze uderzenie.
- Bierzecie pieniądze albo odejdziecie z niczym!
Kobieta podniosła się z ziemi, dysząc. Biały puder na jej twarzy zmieszał się z błotem. Chwyciła sakiewkę, ukrywając ją w staniku skąpej sukni.
- Obiecuję, że tego pożałujesz, magu – syknęła.
Jej słowa Wojownicy przyjęli chóralnym śmiechem. Kurtyzana posłała im ostatnie wściekłe spojrzenie i razem z towarzyszkami zniknęła między drzewami.
- Dlaczego im zapłaciłeś?! – syknął jeden z magów.
Na ustach Regina pojawił się szyderczy uśmiech.
- Za fatygę.
Sonea odetchnęła z ulgą, kiedy Wojownicy zawrócili w stronę zabudowań Gildii. Razem z Akkarinem opuściła skalną wnękę, rozpoczynając ostrożne zejście w dół zbocza. Nie rozmawiali ze sobą, każde z nich było pogrążone we własnych myślach. Sonea dyskretnie przesunęła palcami po wargach. Nadal były lekko opuchnięte od pocałunków. Akkarin skręcił w prawo, zmierzając do przejścia w murze. Słysząc za sobą jej kroki, mężczyzna odwrócił się do niej i spojrzał prosto w oczy.
- Soneo, zostań.
Skrzywiła się ma dźwięk pobrzmiewającego w jego głosie cienia rozkazu.
- Muszę zobaczyć się z Jonną – powiedziała cicho, podchodząc do Akkarina.
Mężczyzna wpatrywał się w nią przez chwilę w zamyśleniu.
- Starszyzna w każdej chwili może zapukać do drzwi twojego mieszkania. Nawet w środku nocy. Jeżeli odkryją, że zniknęłaś, to będą mieli doskonały pretekst do jeszcze większej kontroli nad tobą.
Sonea ze złością wyjęła z kieszeni płaszcza złożoną kartkę papieru i wcisnęła ją Akkarinowi do ręki.
- Przeczytaj.
Mężczyzna rzucił jej przelotne spojrzenie, rozkładając list. Widziała, jak na jego twarzy pojawia się niepokój, kiedy odczytywał treść wiadomości.
- Podejrzewam, że ciąża Jonny jest zagrożona – wyjaśniła, wpatrując się w niego wyczekująco. – Ona potrzebuje mojej pomocy.
- Porozmawiaj jutro z Osenem, postaraj się uzyskać pozwolenie na opuszczenie Gildii. Jeśli się nie uda, to wtedy możesz z czystym sumieniem złamać prawo. – Wbił w nią ostre spojrzenie, widząc jej niezadowolenie. – Soneo, posłuchaj mnie chociaż raz! Dostosuj się do ich zasad, a po pewnym czasie uzyskasz część niezależności.
Kobieta, jakkolwiek niechętnie, musiała przyznać mu rację.
- Będziesz widział się dzisiaj z Cerym?
- Owszem. – Ciemne oczy przesuwały się po jej twarzy, wywołując przyjemne ciarki u podstawy kręgosłupa Sonei.
- Przekażesz mu coś ode mnie? – spytała, podając Akkarinowi małą paczkę.
- Co to jest?
- Leki – odpowiedziała, unikając jego spojrzenia.
- Wynoszenie jakichkolwiek środków leczniczych z Domu Uzdrowicieli bez pozwolenia jest zakazane. Nie będziesz miała kłopotów?
Pokręciła przecząco głową.
- Nie. Jutro uzupełnię magazyn. Nikt nie zauważy. Niech Cery da to Jonnie.
- Będzie wiedziała, jak ma przyjmować lek?
Sonea wskazała na list, który trzymał w dłoni.
- Z drugiej strony napisałam jej sposób dawkowania.
Akkarin schował zawiniątko wraz z listem do kieszeni płaszcza.
- Obiecuję, że trafi to do twojej ciotki. – Niepewnym ruchem założył zbłąkany kosmyk włosów za ucho kobiety. – Dobranoc, Soneo.
Po tych słowach odwrócił się i ruszył przed siebie. W milczeniu obserwowała, jak czarny płaszcz niknie w ciemności panującej pod drzewami, która ukryła jego postać przed jej oczami.
