Rozdział 10.

Następnego ranka Harry wstał razem ze słońcem. Po uporaniu się z porannymi czynnościami i pochłonięciu filiżanki kawy, aportował się na Pokątną i użył Fiuu, aby dostać się do Hogsmeade, skąd znów przeniósł się pod bramy Hogwartu i puścił biegiem w kierunku gabinetu McGonagall. Przywitał portret Dumbledore'a machnięciem dłoni i pobiegł schodami na górę, do kwater mieszkalnych byłego dyrektora, by przypuścić atak na jego szafę i wyjąć z niej kolejny zestaw szat dla Snape'a.

Tym razem ubrania były jaskrawo żółte, nawet Ksenofiliusz Lovegood by ich nie założył. Harry aż się skrzywił. Snape spopieli go żywcem, ukrzyżuje ledwie kilkoma pojedynczymi słowami. Chłopak podniósł wzrok na mebel i spytał:

— Zdajesz sobie sprawę, że to dla Severusa Snape'a, prawda? Człowieka, który namalowałby tęczę odcieniami szarości?

Szafa nie odpowiedziała, ale też nie otworzyła się już tego dnia, nieważne jak bardzo Harry ją o to błagał. W końcu, zupełnie zrezygnowany, zmniejszył krzykliwe szaty i wepchnął je głęboko w kieszeń, nim zawrócił w kierunku schodów. Zatrzymał się na chwilę przed portretem Dumbledore'a.

— Przekaż, proszę, profesor McGonagall, że zginąłem dziś od chłosty słownej.

Twarz dyrektora rozjaśnił uśmiech.

— Wszystko będzie dobrze.

— Tak, ciekawe tylko kiedy — mruknął Harry, wrzucając do kominka garść proszku Fiuu. — Ministerstwo Magii — powiedział wyraźnie i wkroczył w szmaragdowe płomienie.

Snape siedział w swojej celce i jadł śniadanie, które dostarczył mu Stworek. Skrzat zostawił Harry'emu drugi talerz i rzucił nań czar utrzymujący temperaturę. Chłopak usiadł więc naprzeciw więźnia i zaczął jeść. Żaden z nich nie odezwał się słowem, tak zresztą było każdego ranka. Dzięki uprzejmości Rhody Gauntlett, Snape dostał też egzemplarz Proroka Codziennego, po który Harry wyciągnął teraz rękę. Przerzucił szybko kilka pierwszych stron, by oszczędzić sobie patrzenia na nagłówki.

Kiedy obaj skończyli jeść i sięgnęli po drugą filiżankę kawy, Harry uderzył czubkiem różdżki w stolik sprawiając, że talerze zniknęły.

— Kojarzysz szafę w pokojach dyrektora? — spytał, zaciskając mocniej dłonie na ciepłej porcelanie. — Tę, o której wcześniej wspominałem? Czy istnieje jakieś zaklęcie, aby ją otworzyć? — Snape wpatrywał się w niego znad krawędzi własnej filiżanki. — Tej w Wieży, obok schodów tuż przy jego Myślodsiewni. Trzymałeś w niej swoje rzeczy, prawda? Profesor McGonagall tak sądziła, ale cóż, ona zachowała swój pokój w Wieży Gryffindoru. Nie do końca wiem, dlaczego, poza tym, że mieszkała w nim od trzydziestu lat i nie chce się przeprowadzać...

— Do czego zmierzasz?

— Zrobiłem już trzy wycieczki do Hogwartu odkąd zaczął się ten cały proces, żebyś miał się w co ubrać. Nie potrafimy znaleźć twoich czarnych szat. Szafa zwyczajnie nie chce się otworzyć, po prostu wyrzuca z siebie wybrany komplet i, cóż, chcę tylko, żebyś wiedział, że ja nie miałem z tym nic wspólnego. To ona decyduje, co dostaniesz do ubrania i strasznie mi przykro, ale... — Harry wyciągnął i powiększył szaty, po czym przekazał je mężczyźnie bez słowa.

Cieszył się całymi trzydziestoma sekundami ciszy, nim spadły na niego wrzaski Snape'a. Mężczyzna zerwał się z miejsca i miotał po małym pokoiku, a Harry zjeżył ramiona na dźwięk każdej obelgi wycelowanej w jego osobę.

— Ze wszystkich niedopuszczalnych, nieodpowiedzialnych, lekceważących żartów, jakich kiedykolwiek się dopuściłeś, postanowiłeś mnie teraz zmienić w wielkiego kanarka? Nie godzę się na to, Potter. Dopilnuję, by stało się jasne, że to ty za tym stoisz. A teraz zwróć to do tego pożal się Merlinie sklepu, z którego je wziąłeś i przynieś mi coś czarnego.

— Powiedziałem ci, że dała mi to szafa — odparł Harry przez zaciśnięte zęby. — Jak możesz uważać, że to mój pomysł?

— Nie założę ich.

— Nie możesz pokazać się w takim stanie, jakbyś dopiero co uciekł z Azkabanu — krzyknął Harry, zrywając się na nogi. — Poza tym jestem pewien, że to sprawka Dumbledore'a. Ale w porządku. Chcesz inne ubrania? To podaj mi swój rozmiar albo oświeć, gdzie trzymasz swoje stare szaty, żebym mógł ci je przynieść.

Snape zwrócił się ostro w jego kierunku i warknął, zbliżając twarz na odległość zaledwie kilku milimetrów od twarzy Harry'ego.

— Moje szaty są w cholernej szafie.

— Cholera, może i są, ale szafa nie chce się otworzyć i nie pozwala mi ich zabrać — odwarknął Harry. I w tej właśnie chwili stał się w pełni świadomy tego, jak blisko siebie się znajdowali. Chłopak cofnął się o krok, a jego serce tłukło się w klatce piersiowej jakby ktoś rzucił na nie zaklęcie Tarantella. Wziął głęboki oddech i spróbował odzyskać spokój. — Zdaję sobie sprawę, że nie zostało zbyt dużo czasu, ale zrobię co w mojej... — Wtem drzwi otworzyły się z hukiem i stanęła w nich Gauntlett.

— Rozprawa rozpocznie się za pięć minut — poinformowała, a jej wzrok spoczął na Snape'ie. Kobieta uniosła brew i zwróciła się do Harry'ego: — Minister nie chce widzieć oskarżonego w więziennym stroju. Mówi, że proces nie jest wtedy sprawiedliwy, więc jeśli ma coś innego do ubrania... — Jaskrawe szaty poszybowały z podłogi i znalazły się z powrotem na stole. Na twarzy kobiety dało się dostrzec subtelny, mściwy uśmiech, kiedy lewitowała je w kierunku mężczyzny. Snape buntowniczo skrzyżował ręce na piersi. — Cóż, ja bym takich nie wybrała, ale gusta są przecież różne. — I jednym machnięciem różdżki sprawiła, że więzienne szaty zniknęły, zostawiając Snape'a zupełnie nagim pośrodku pomieszczenia.

Harry wytrzeszczył oczy, a jego policzki zapłonęły ogniem; z kolei z twarzy mężczyzny odpłynęła cała krew. Snape instynktownie zakrył dłońmi genitalia, ale Harry nie mógł odwrócić wzroku. Wpatrywał się w linie włosków zaczynających się przy pępku i znikających już za rękami mężczyzny. Przełknął. W tej samej chwili zdał sobie sprawę, iż zarówno Snape, jak i Gauntlett utkwili w nim swój wzrok, co zupełnie go przeraziło.

— Wyjdę, byś mógł się przebrać — wykrztusił i uciekł z pomieszczenia.

Po kilku minutach Gauntlett już prowadziła Snape'a do jego zwyczajowego miejsca. W przytłumionym świetle jego krzykliwe szaty wyglądały na bardziej stonowane; jakby w odcieniu miękkiego masła. Podkreślały też kolor włosów mężczyzny. Co dziwne, doskonale na nim leżały, nawet w ramionach czy talii, a rękawy przylegały do szczupłych przedramion, nadając dłoniom mężczyzny bardziej elegancki wygląd.

Sala powoli się wypełniała. Po kilku rozprawach ludzie już znali swoich sąsiadów. Jedna kobieta przyniosła nawet koszyk pełen muffinek i bułeczek, i rozdawała je każdemu dookoła. Jakiś czarodziej w średnim wieku, który Harry'emu boleśnie przypominał z wyglądu Lupina, rozwiązywał magiczną krzyżówkę.

W końcu odziani w purpurę ławnicy zajęli swoje miejsca i, w ciągu kilku minut, można było rozpocząć.

— Proszę o wprowadzenie kolejnego świadka — nakazał Kingsley i Gauntlett zniknęła za drzwiami, gdzie narastające zamieszanie zwróciło uwagę Harry'ego. Usłyszał brzęczenie łańcuchów odbijające się od kamiennych ścian i trzeszczący krzyk człowieka odzianego w więzienne szaty Azkabanu. Mężczyzna próbował uciec, lecz kobieta zwiększyła uścisk, a otaczający ich aurorzy próbowali przetransportować go w odpowiednie miejsce.

W końcu więzień podniósł wzrok, lecz kiedy padł on na Snape'a, świadek zaśmiał się, mimo iż jego spojrzenie wciąż przepełniała furia.

— Ty! Ty zdrajco! — Aurorzy próbowali usadzić go siłą. — Puszczajcie mnie! Puszczajcie! — Mężczyzna nie przestawał się miotać, ale Gauntlett wyczarowała sznury, które natychmiast oplotły jego całe ciało. Kiedy już został w pełni unieruchomiony, Harry pozwolił sobie zerknąć na Snape'a, który siedział niczym posąg z oczami utkwionymi gdzieś w przestrzeń. To będzie ciężka walka, zwłaszcza iż Harry nie wiedział nawet, którego ze śmierciożerców miał właśnie przesłuchać.

— Możesz zaczynać, Harry — mruknął Kingsley, dzięki czemu chłopak dał radę otrząsnąć się z szoku.

Miał wrażenie, że jego nogi były zrobione z waty, jednak mimo to wstał, wyszedł na środek sali i skinął głową w kierunku Aurorów. Za sprawą pojedynczego machnięcia różdżką, oplatające więźnia sznury zniknęły i mężczyzna wpatrywał się w Harry'ego spode łba.

— Um... Kim jesteś? — spytał, czując się jak idiota, za którego zawsze miał go Snape.

— Nie za dużo to chcesz wiedzieć? — zaśmiał się więzień szyderczo, lecz Harry przewrócił oczami. W porządku, potrafił przecież radzić sobie z opornymi świadkami.

— Wnoszę o pozwolenie na użycie Veritaserum. — Gdy tylko to zdanie opuściło usta Harry'ego, mężczyzna zbladł i zaczął krzyczeć.

— Avery! Guy Avery! — Po czym opadł na krzesło, ale ledwie kilka sekund później wychylił się z niego na tyle, na ile pozwalały na to łańcuchy, i obdarzył Harry'ego morderczym wzrokiem. — Zadawaj swoje pytania.

— W porządku. — Chłopak wrócił do stolika i odszukał w notatniku Avery'ego. Wrócił do świadka z zapiskami w dłoni. — Kiedy poznałeś Severusa Snape'a?

— Co to za pytanie? Kiedy nas przydzielili do Slyhterinu, oczywiście. Ale czy sądzisz, że trzymałem się z kimś takim? Z mordercą i zdrajcą?

— Tak, właśnie tak uważam — odparł Harry zimno. — Wiem, że tak było i jeśli znowu spróbujesz mnie okłamać, użyję na tobie Veritaserum. A teraz opowiedz nam o relacji łączącej Snape'a z Jamesem Potterem.

Avery wybuchnął śmiechem i był to najbardziej ohydny dźwięk, jaki Harry kiedykolwiek słyszał.

— Relacji? — parsknął. — Chcieli się nawzajem potopić w Czarnym Jeziorze. Gdyby obaj znaleźli się w tej samej łodzi, tylko jeden z nich dotarłby do brzegu. Nienawidzili się. Jedyną osobą, której Snape nie znosił jeszcze bardziej był Syriusz Black. Trochę ironia, nie?

— Co masz na myśli?

— Och, Snape pieprzył jego brata. Nie mam pojęcia, czy było w tym coś jeszcze, czy po prostu chciał się odegrać na Syriuszu, ale zadziałało. Syriusz niemal go zabił z pomocą swojego wilkołaka, kiedy się o tym dowiedział.

Świat Harry'ego niebezpiecznie zatrząsł się w posadach i chłopak musiał złapać się krawędzi stołu, by utrzymać się na nogach. To nie mogła być prawda. Snape kochał jego matkę, niemal obsesyjnie. To była jedyna stała w jego życiu, jedyna prawda na temat mężczyzny, którą Harry znał. Nawet patronus Snape'a przybierał formę łani, na Merlina.

Niezdolny spojrzeć na mężczyznę, który zapewne wpadał teraz w apopleksję, Harry potrząsnął głową, a świat zawirował razem z nią.

— To... To niemożliwe.

Avery uśmiechnął się podle, odsłaniając rządek nadgniłych zębów.

— Och, twoją mamuśką też się interesował. W końcu była jedyną osobą w Hogwarcie, która skłonna była poświęcić mu czas. Kto wie? Może ją też byłby w stanie przelecieć. Merlin jeden wie, czy naprawdę jej chciał, ale z takimi pedałami nigdy nic nie wiadomo.

To przesłuchanie w ogóle nie szło w kierunku, jaki Harry początkowo miał na myśli. Jakimś cudem, przez jedno niewinne pytanie, znalazł się po szyję w śmierdzącym bagnie. Musiał natychmiast sprowadzić rozmowę na właściwy tor.

— Nie wciągaj w to mojej matki. Rozmawiamy o Jamesie Potterze i Severusie Snape'ie. Czy robili z siebie nawzajem pośmiewisko?

Avery potrząsnął głową i przeciągnął brudną dłoń po twarzy.

— Pośmiewisko? Nie, w ogóle nie masz o niczym pojęcia. Robili wszystko, by się pozabijać, w taki jednak sposób, by nie wylecieć ze szkoły. Nikt nie śmiał zostawić ich samych. James i jego kumple obrali Snape'a za cel już pierwszego dnia szkoły. Dopiero gdy James zaczął chodzić z twoją matką, Snape zdał sobie sprawę z tego, że nie należy podpadać ludziom, którzy mogli mu pomóc.

— Czy to prawda, że Snape znał się na czarnej magii lepiej, niż większość siódmorocznych?

Brwi Avery'ego wystrzeliły do góry.

— Gdzież żeś usłyszał taki nonsens? Nie, Snape był takim samym ignorantem jak reszta z nas. Miał jakiś talent do eliksirów i był najlepszy w zaklęciach. No, może twoja matka była trochę lepsza. Snape tworzył jednak własne czary, nim w ogóle siedliśmy do SUMów.

Harry był nieźle zaznajomiony z tą umiejętnością mężczyzny i nie sądził, by zagłębianie się w temat było rozsądne, ale nim zdołał jakkolwiek przekierować rozmowę na inne tory, Avery ponownie się odezwał:

— Wymyślił takie jedno zaklęcie... — Więzień zachichotał, a towarzyszący temu świszczący dźwięk sprawił, że Harry aż zagryzł zęby. — Biedakowi, którego przeklął paznokcie przebiły buty. Twój ojciec stracił przez to kilkanaście par, tak w ogóle. To zawsze było śmieszne, zwłaszcza gdy próbował je zdjąć. Bardzo popularna klątwa w tamtych czasach.

— Tak — wyrzucił z siebie Harry przez zaciśnięte zęby. — Już widzę, jak wszystkich do siebie przekonał za jej pomocą.

— Przekonał do siebie? Snape? — Avery parsknął. — Przecież znasz go lepiej niż większość ludzi. Któż mógłby się do niego kiedykolwiek przekonać? — Potem odwrócił głowę w stronę Snape'a i rzekł: — Poczekaj aż wrócisz do Azkabanu. Nie zapomnieliśmy, po której stałeś stronie i każdy z nas ma ochotę pokroić cię na kawałki. I nie łudź się, że strażnicy cię uratują. Zabiłeś Dumbledore'a i oni o tym pamiętają, równie mocno jak my.

— Och, więc nie jesteście już przyjaciółmi — stwierdził Harry z pogardą, której nie mógł dłużej ukrywać.

— Przyjaciółmi? Z nim? — Avery potrząsnął głową. — Musisz zrozumieć coś na temat Snape'a. On nigdy nigdzie nie pasował, nawet do Slytherinu, nawet do wiernych sług Czarnego Pana. On wręcz płaszczył się błagając o życie twojej matki; szlam...

— Nie waż się! — syknął Snape z furią w oczach. — Była mugolakiem, z urodzenia; na to nikt nie ma wpływu. Ani ona, ani ty nie wybieraliście swoich rodziców.

— Jesteś żałosny — wypluł Avery. — Nadal murem za nią, co Snape? Płaczesz po dwudziestu latach od śmierci kobiety, którą zabił Czarny Pan? — Szaleństwo wypłynęło na jego brzydką twarz, wykrzywiając usta w dziwaczny grymas, który zapewne miał być uśmiechem. — Za biednym Regulusem pewnie nie uroniłeś ani łzy? Rozgryzłeś już, dlaczego zniknął? Czy może wyrzekłeś się go przez te wszystkie lata?

Snape odwrócił głowę i wpatrywał się w ławników bezbarwnym wzrokiem. Harry nie miał pojęcia, o czym mógł myśleć.

— Kiedy powiedziałeś, że Snape nigdzie nie pasował — odezwał się, przechadzając po tej części sali, którą uważał za „swoją". — Co tak naprawdę miałeś na myśli?

— Nie wierzę, że jesteś aż tak tępy — odparł Avery, unosząc brwi. — Słuchaj, Potter. Zawsze jest ktoś taki, nie? Jakiś dzieciak, który odstaje, który nie ma pojęcia, jak działa świat. Zawsze mówi nie to, co trzeba, robi coś niewłaściwie, ale nie wie jak to naprawić. Miał być przebiegłym Ślizgonem, a Snape miał w sobie tyle sprytu, co jakiś Puchon. Chciał być jednym z nas, więc tworzył te swoje zaklęcia i warzył eliksiry. I przyłączył się, kiedy Lucjusz mu kazał.

Jego słowa paliły i wykręcały wnętrzności Harry'ego i chłopak uznał, że nie chce słyszeć już więcej.

— Odprowadźcie go do Azkabanu — powiedział cicho, owijając się szczelniej peleryną. Stał przy swoim stoliku z pochyloną głową, niezdolny spojrzeć komukolwiek w oczy. To bolało. Świadomość, że Snape nawet we własnym Domu był tak prześladowany, że musiał kopiować zachowanie innych, by próbować się im przypodobać.

Wyprowadzenie Avery'ego z sali zajęło Gauntlett kilka dobrych minut; więźniowi widocznie nie spieszyło się z powrotem do własnej celi, do Azkabanu stojącego samotnie pośrodku Morza Północnego. Walczył więc i protestował, jak tylko mógł i dopiero, gdy zniknął z sali, miejsce świadka zajęła kolejna osoba.

Kobieta wyglądała na kilka lat starszą od Narcyzy, ale była mocniej zbudowana; jej ramiona wydawały się niemal zbyt obszerne jak na resztę sylwetki. Miała jednak ciepły, matczyny uśmiech, ale w jej orzechowych oczach czaiła się jakaś ostrożność, jak gdyby została schwytana w pułapkę. Owinęła się w szaty w odcieniu głębokiego burgundu i utkwiła wyczekujący wzrok prosto w Harrym.

— Przepraszam, ale nie znam pani nazwiska — powiedział.

— Emma Vanity.

— Jak poznała pani Severusa Snape'a?

Vanity spojrzała w kierunku mężczyzny, krzyżując z nim spojrzenie. Wydawać się mogło, że go pamiętała, jednak Harry nie mógł stwierdzić, czy o Snape'ie można było powiedzieć to samo. Wyglądał, jakby nie miał pojęcia, kim była, ani dlaczego znalazła się w sądzie.

— Był dwa, może trzy, lata młodszy ode mnie. Oboje byliśmy w Slytherinie — odparła, ponownie skupiając uwagę na Harrym. — Wszyscy w Domu Węża znali Snape'a albo przynajmniej wiedzieli, kim był. To on tracił nasze punkty, szybciej niż można było je nadrobić.

— Snape tracił punkty? — Harry'emu ciężko było zachować kamienną twarz. Nic dziwnego, że zawsze je odejmował za najbardziej błahe przewinienie, albo choćby podejrzenie takowego. To również wyjaśniało, czemu zawsze przydzielał je Ślizgonom za samo istnienie.

— W zatrważającym tempie — odparła. — Gdyby po prostu nauczył się ignorować Pottera, zamiast dawać się nabierać za każdym razem, może, raz czy dwa, mielibyśmy jakąś szansę na Puchar Domów. Sama, będąc w drużynie quidditcha, robiłam co mogłam, ale to nigdy nie wystarczało, by nadrobić straty.

— Grałaś w drużynie? — spytał Harry. — Na jakiej pozycji?

— Byłam kapitanem, panie Potter, ale grywałam niejednokrotnie jako ścigająca i szukająca, gdy zaszła taka potrzeba. Severus starał się przyłączyć, ale jego umiejętności nie były dość dobre. Mimo to znał wszystkie reguły na pamięć.

Założę się, że tak, pomyślał Harry.

— Cóż, sam jest dobry w przestrzeganiu zasad — powiedział. — Przyjaźniłaś się z nim?

— Czy przyjaźniłam? — Vanity znów spojrzała na Snape'a i potrząsnęła głową. — Nie. Severus nie miał przyjaciół, poza jedną dziewczyną z Gryfindoru. Zabiegał o nich, ale to zawsze wyglądało, jakby fretka pragnęła przyjaźni z hipogryfem, co było z góry skazane na niepowodzenie. Severus próbował wkupić się w łaski kolegów z roku, ale oni od razu go przejrzeli. Pewnie pomogłoby, gdyby czasem potrafił powstrzymać się od komentarza.

Harry przypomniał sobie słowa Avery'ego.

— Mówił nie to, co trzeba, w nieodpowiednim momencie?

— Nie, panie Potter. — W głos Vanity wkradła się pewna stanowczość. — Chodzi o obelgi, o zjadliwe komentarze. Snape był bardzo wrednym chłopakiem, potrafił też spektakularnie pogorszyć każdą sytuację. Nikt, kto zalazł mu za skórę, a więc prawie wszyscy, nie wyszedł z konfrontacji z nim bez szwanku. To przez jego własne zachowanie nikt go nie lubił.

— Ale był dobry, jeśli chodzi o magię, prawda? To musiało coś znaczyć.

— Ależ tak, dobrze mu szło tworzenie własnych zaklęć — odparła czarownica. — Musze przyznać, że jedno z nich okazało się być dla mnie przydatne w codziennym życiu.

Ciężko było sobie wyobrazić, że którekolwiek z zaklęć stworzonych przez Snape'a było przydatne do czegoś innego niż torturowanie. Jednak mimo iż kobieta była Ślizgonką, Harry nie mógł sobie wyobrazić, by mogła zdobyć się na większą przemoc niż danie klapsa dzieciom.

— O jakim zaklęciu mówisz?

— Nazywa się... Cóż, nie wiem, czy nadał mu jakąś specjalną nazwę, ale inkantacja brzmi Muffliato. Wycisza wszelkie dźwięki, co w domu pełnym dzieci jest niezwykle użyteczne. Pozwala bez przeszkód prowadzić konwersację z innymi, kiedy dzieci się bawią.

Harry'emu niemal cała krew odpłynęła z twarzy. Muffliato niejednokrotnie uratowało mu życie, gdy razem z Ronem i Hermioną uciekali przed śmierciożercami.

— Masz rację. Jest śmiertelnie przydatne. — Chłopak zerknął na swoje notatki i stwierdził, że nie ma więcej pytań. — Dziękuje, że pani przyszła. Pewnie tak nie wygląda, ale naprawdę pani pomogła.

Kobieta przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu.

— Muszę przyznać, że nie rozumiem pańskiej strategii, ale jeżeli uważa pan, że moje zeznanie było pomocne, to się cieszę. — Po czym wstała i skinęła głową w kierunku Kingsleya i ławników, nim opuściła swoje miejsce. Po drodze z sali zatrzymała się przy krześle Snape'a i położyła mu dłoń na ramieniu. — Życzę ci powodzenia, Severusie.

Następna rzeczą, jaką Harry zarejestrował był fakt, iż aurorzy niemal rzucili się na mężczyznę w celu sprawdzenia i prześwietlenia, czy niczego mu nie przeszmuglowano. Wyciągnęli go z miejsca i ustawili w centrum sali, a wszyscy zgromadzeni wyciągali szyje, by lepiej widzieć całe przedstawienie.

— Przestańcie! — krzyknął Harry. — Zostawcie go w spokoju. Niczego mu nie dała.

Zarządzono przerwę i pozwolono wszystkim opuścić salę. Snape'a, natomiast, wyciągnięto na korytarz i kazano zdjąć szaty, by aurorzy mogli ukończyć procedurę. Harry niemal ział ogniem, myśląc jakie to wszystko niedorzeczne.

— Czy możemy po prostu skończyć na dziś? — błagał Kingsleya. — Ona jedynie życzyła mu szczęścia, niewielu ludzi potrafi się zdobyć choćby na to. Jeżeli myślisz, że go przeklęła i jeśli sam tego chcesz, wystarczy zostawić go w pomieszczeniu pełnym gapiów obserwujących proces. Już oni dopilnują, by nie dotrwał południa.

— Nie chodzi o jego bezpieczeństwo — odparł Minister. — Wyobraź sobie, co by mógł zrobić mając w dłoniach różdżkę.

— Może powinieneś się skupić na tym, co może zrobić bez niej — mruknął Harry złowieszczo, ale wrócił do sali i opadł na krzesło. Gdy ujrzał zadowolony z siebie wyraz twarzy Percy'ego, miał ochotę go przekląć.

— Ej, Harry — szepnął jeden z dziennikarzy siedzących w pierwszym rzędzie. — Dała mu coś?

Chłopak potrząsnął głową stanowczo. Kiedy Snape powrócił na swoje miejsce, Harry zauważył czerwony ślad tuż pod jego okiem. Napędzany czystą furią, chwycił za różdżkę, a drugą dłonią złapał za brodę mężczyzny. Wyrywał się i próbował odepchnąć dłoń Harry'ego, ale ten jedynie złapał ją i powiedział:

— Przestań, chcę cię wyleczyć. Tylko tyle. Nie ruszaj się. — Wpatrywali się w siebie przez chwilę i wyrażało to o wiele więcej, niż mogłyby zwykłe słowa. Snape w końcu się poddał, by Harryw końcu mógł powiedzieć odpowiednią inkantację, której nauczył się w Akademii. Rosnący siniec natychmiast rozpłynął się w nicość.

Chłopak schował różdżkę i wrócił na miejsce. Po drodze zatrzymał się jednak przy jednym z aurorów.

— Skrzywdź go jeszcze raz, a dopilnuję, by przydzielono cię na stałe do monitorowania Fiuu. Nie myśl sobie, że nie mam takiej mocy. — Skrzyżował wzrok z wystraszoną Gauntlett i wyprostował plecy. — Przyprowadź następnego świadka. Proszę — dodał po chwili.

Ku jego uciesze, na sali pojawiła się pani Hooch, którą obdarzył szczerym uśmiechem. Wymienili grzeczności i Harry pokręcił głową, pytając:

— Jak radzi sobie Gryffindor w tym roku?

— Są tuż za Krukonami, dzieli ich niewielka różnica. Z przykrością muszę stwierdzić, że potrzebują lepszego Szukającego. Sytuacja nie miałaby miejsca, gdybyś tylko wrócił do szkoły razem z panną Granger.

Harry nie poczuł żadnego ukłucia winy.

— Robię to, co powinienem — odparł. — Przepraszam, że ściągam panią aż z Londynu, by otrzymać odpowiedzi na zaledwie kilka pytań. Nie jest tego dużo.

— Nie ma sprawy, panie Potter — odparła kobieta dziarsko. — Dawno nie widziałam moich znajomych z Departamentu Magicznych Gier i Sportów, co więcej, zaplanowałam spotkanie z trenerką Os z Wimbourne, która pojawi się w Hogwarcie na finałowym meczu. Chodzą słuchy, że zaoferują miejsce w drużynie pewnemu Krukonowi.

— To dobrze — odparł Harry i mówił to z całą szczerością. — Chciałem zadać pani kilka pytań o quidditch.

Ludzie wymieniali skonsternowane spojrzenia; Hooch i Kingsley nie stanowili tu żadnego wyjątku. Snape, natomiast, wciąż biernie przyglądał się ścianie.

— Czy w ogóle istnieje cokolwiek na temat quidditcha, czego byś nie wiedział?

— Cóż, pamięta pani mój pierwszy mecz. Zagrałem już na pierwszym roku, chociaż teoretycznie nie powinienem. Profesor Quirrell próbował wtedy przekląć moją miotłę.

Hooch zmarszczyła czoło, ale odparła:

— To było bardzo dawno temu, ale tak. Pamiętam.

— Często pani sędziuje na meczach, zgadza się?

— Tak. Nauczam również latania, nadzoruję mecze i służę radą kapitanom podczas treningu. — Zmrużyła oczy i przekrzywiła lekko głowę. — Chociaż... — Jej żółte tęczówki błysnęły w słabym świetle, a długi palec znalazł się tuż przy wąskich ustach, gdy zbierała myśli. — Profesor zdecydował sprawować nadzór nad jednym z twoich pierwszych meczy.

— Zgadza się. — Harry energicznie kiwał głową. — Było kilka problemów przy tych pierwszych.

— Tak. Najpierw przeklęto twoją miotłę; skakała w górę i w dół, jakby ją opętano. Dopiero znacznie później dowiedzieliśmy się, że to robota Quirrella.

— A drugi mecz? Czy również go pamiętasz? Graliśmy z Puchonami.

Hooch zerknęła w kierunku Snape'a.

— O ile dobrze pamiętam, nie sędziowałam na tym meczu. Profesor Snape pełnił obowiązki sędziowskie. Znał reguły gry prawie tak dobrze jak ja. To był jedyny raz, gdy wykazał jakiekolwiek zainteresowanie meczem, w którym nie grali Ślizgoni.

Harry'ego ogarnęło poczucie bezgranicznej ulgi.

— Owszem. — Uśmiechnął się lekko. — Zdaję sobie sprawę, że może pani nie znać odpowiedzi na następne pytanie, proszę powiedzieć jeśli tak jest. Czy wie pani, dlaczego Snape został wtedy sędzią?

— Oczywiście — odparła Hooch. — Severus uznał, iż znajdujesz się w niebezpieczeństwie i zagrożone jest twoje życie. Nie ufał nikomu innemu na tyle, by powierzyć mu to zadanie.

To było zupełnie w stylu Snape'a. Zawsze musiał być lepszy niż zwykli śmiertelnicy – we wszystkim. No, może poza nawiązywaniem relacji międzyludzkich.

— Skąd pani o tym wie?

Hooch zaśmiała się krótko.

— Severus nigdy nie robił z tego tajemnicy. Kiedy chodziło o pilnowanie pana, panie Potter, zawsze stał pierwszy w kolejce, choć zawsze musiał gorzko ponarzekał, jak wielką zrzucono na niego odpowiedzialność. A jednak nikomu innemu nie potrafił zaufać, gdy w grę wchodziło pańskie bezpieczeństwo. Zgaduję, że robienie odwrotnie tego, czego chciał, musiało sprawiać mu jakąś dziwną przyjemność.

— Czy byliście przyjaciółmi?

— Przyjaciółmi? — Hooch wpatrywała się w mężczyznę, po czym przeniosła wzrok na ławników. Tylko połowa z nich zwracała uwagę na to, co działo się na sali. — Nie ujęłabym tego w taki sposób, po prostu go podziwiałam. Szybko też nauczyłam się schodzić mu z drogi. Zawsze potrafił wybrać dobrych kapitanów dla Slizgonów. Byłam pod wrażeniem.

Harry uznał, iż tyle w zupełności wystarczy.

— Dziękuję pani za przybycie.

— Proszę odwiedzić kiedyś Hogwart, panie Potter. Przyjść na jakiś mecz swojej starej drużyny, na pewno zrobi im się miło — powiedziała i skinęła mu dziarsko, po czym opuściła salę rozpraw, stukając obcasami o kamienne, marmurowe płyty.