Stiles spodziewał się bardziej, że kiedy w końcu spotkają się na udeptanej ziemi, będzie to bardziej jak mecz towarzyski. Albo jedno z tych spotkań emitowanych w telewizji ogólnokrajowej, w którym udział brały gwiazdy. Nie miał pojęcia co Mets miałby robić na takim meczu, ale przytomnie zachował tę uwagę dla siebie. A raczej nie miał wielkiego wyboru, ponieważ stracił kwiaty w drzwiach, kiedy Derek przyparł do niego całym ciałem, nie biorąc jeńców. Powinien był z góry założyć, że Metsi będą grali nieczysto, zatem wsunął mężczyźnie język do ust, w tym czasie swoimi dłońmi anektując kolejne terytorium. Pośladki Dereka były dwoma twardymi półkulami i chciał pod niebiosa wychwalać Terry'ego Collinsa i jego diaboliczne treningi.
Nie miał pojęcia, którą bazę zaliczyli jeszcze w korytarzu, ale miał nadzieję wygrać ten mecz. I to niebawem.
- Derek – wychrypiał.
- Sypialnia, kwiaty, drzwi – odpowiedział mężczyzna, jakby zbierał całą drużynę swoich szarych komórek do ponownego uderzenia.
- Niekoniecznie w tej kolejności – rzucił Stiles, ponieważ akurat w najlepszym interesie jego własnego teamu było dotrzeć do innego pomieszczenia niż kuchnia.
Z drugiej jednak strony Derek oszukiwał. Zmuszał go do gry na przestrzeni, której nie znał. Jego wyobraźnia nie miała kiedy zacząć działać, wychwytując mocne i słabe strony mieszkania. Seks na kuchennej ladzie mógł się okazać o wiele wygodniejszy. W końcu znajdowała się też niedaleko, więc może nie musieliby się przegrupowywać.
Na szczęście Derek był cudownym biegaczem i zdążył opanować sytuację z otwartymi drzwiami zanim Stiles na dobre złapał oddech. Pieprzeni Metsi byli o wiele za szybcy, ale na pewno nie zamierzał tego przyznać przy jednym z nich. Zatem przyssał się dłońmi do jedynej rzeczy, na którą zwracał uwagę, kiedy widział jednego z członków tej Cudownej Drużyny i zacisnął dłonie na pośladkach Dereka.
Hale prychnął.
- Powiedziałem ci co jest dobrego w Metsach, ale ty nigdy nie powiedziałeś co jest dobrego w Bravesach – przypomniał sobie.
- Podoba mi się jak polerujecie swoje kije baseballowe – rzucił Derek.
I Stiles nie wiedział dokładnie o co chodziło, ale drużyna jego szarych komórek rozpierzchła się momentalnie, zostawiając go z Metsem, który grał teraz kategorycznie nie czysto, spychając go do defensywy. Stiles miał tylko nadzieję, że podążają w kierunku sypialni, gdzie mógłby zmienić taktykę gry i przyszpilić przeciwnika do miękkiej pościeli. Chciał sprawdzić czy te krzywe nogi obwiną się wokół niego tak doskonale jak sądził.
O wiele za szybko pierwsza część spotkania zakończyła się. I chyba następowała wymiana koszulek, chociaż nigdy w życiu nie zamierzał tknąć stroju drużynowego Metsów. Derek zresztą nie podawał mu swoich ubrań. Skupił się bardziej na rozrzucaniu ich wokół. I może to też były zawody, ponieważ robił to w tempie błyskawicznym. Stiles nie pozostał wiele w tyle i kiedy zwarli się ponownie dysproporcja w ich umięśnieniu nie stanowiła problemu. Był w końcu podstępny i sarkastyczny, więc obwinął dłoń wokół penisa Dereka, poruszając ręką kilka razy, aż mężczyzna wzdychał w jego policzek. I popchnął go na łóżko, ponieważ Mets rozłożony na łopatki to Mets idealny.
- Zdajesz sobie sprawę, że cały czas do siebie mówisz? – spytał Derek całkiem poważnie.
- Uhm, to dlatego przestaliśmy się całować? – zdziwił się.
- Yhym. I mam dla ciebie wiadomość. Nie ważne kto wygra teraz, proponuje rewanż – rzucił Hale, wypinając w jego stronę swój tyłek nieprzypadkowo, kiedy starał się wczołgać wyżej na łóżko. – Tylko tym razem po tym spotkaniu, pamiętaj jak wygląda moja twarz – dodał.
- Jasne – powiedział półprzytomnie Stiles.
Niehonorowo było atakować od tyłu, ale przeciwnik ewidentnie na to liczył. I Stiles nie mógł tak po prostu zostawić całej niechronionej przestrzeni nadal nietkniętej. A chodziło przecież o tyłek Dereka Hale'a, który był jedyna pozytywną rzeczą na temat Metsów. Nie zwlekał zatem, ponieważ chwile wahania sprawiały, że całe cesarstwa upadały, a co gorsza Metsi wygrywali Word Series. Do tego nie powinno się nigdy więcej dopuścić. Pokazał więc Derekowi, że jest nienajgorszy w stałych fragmentach gry, ponieważ to przecież był fundament dobrego meczu. I Hale najwyraźniej doceniał, bo jego twarz schowana była w poduszkach. Nadal jednak słyszał te małe dźwięki potwierdzające wyższość Bravesów, które miały mu zapaść głęboko w pamięć. I kiedy w końcu zdecydował się, że należy podbić i zakończyć bawienie się z przeciwnikiem, miał wrażenie, że jednak nie rozplanował zbyt dobrze własnych sił. Jego własny penis był tak wrażliwy, że nakładanie prezerwatywy stało się problemem. Tyłek Dereka naprawdę był dziełem sztuki.
Wola walki w nim nie osłabła jednak. To do jasnej cholery był tylko Mets i nie powinien zachowywać się tak, jakby robił to pierwszy raz. Wsunął się zatem do ciasnego tyłka Dereka, stwierdzając jednak, że nie docenił również przeciwnika. Hale musiał to robić specjalnie, bo Stiles rozciągał go jeszcze kilka minut temu i wszystko było jedwabiście gładkie, i na pewno niezaciskające się tak podstępnie.
- Derek – jęknął.
- Rusz się – zażądał Hale.
Wbił się do końca, trochę zdezorientowany, ponieważ trenerzy przeciwników rzadko udzielali wskazówek swoim wrogom. Może to jednak nie była do końca tak dobra rada, bo wszystko spięło się w nim, więc w ramach zemsty ugryzł Dereka w ramię. Hale zacisnął swoje mięśnie na nim tylko bardziej i zaczął się ruszać na jego fiucie. I Stiles nie był do końca pewien kto kogo pieprzy. Nie wiedział nawet o jakiej bazie mówili, ale może Derek miał przewagę, bo znajdowali się na jego stadionie domowym. Gra na terenie przeciwnika zawsze była trudniejsza.
Zebrał się w sobie, przegrupowując siły i zmienił nawet zawodników, decydując, że należy się wyprostować i wbić ponownie ze wszystkim co miał, aby rozproszyć przeciwnika. I Derek wydał z siebie podejrzany odgłos sztywniejąc i oddając mu kompletnie prowadzenie. Stiles zatem nadał nowe tempo rozgrywce, starając się nie odpuszczać, chociaż jego mięśnie ud wołały o time break. Tłum jednak skandował, a raczej jeden powalony na kolana przeciwnik, który nagle stał się jego ogromnym fanem. I Stiles totalnie rozumiał jak to było zmieniać strony, bo nie widział nic bardziej cudownego niż Derek Hale i jego tyłek. Nawet spotkanie z Jimem Johnsonem nie mogło równać się tej chwili. I podejrzewał, że wygrana Braves w Word Series nie przyćmiłaby jego orgazmu, który zostawił go zszokowanego, spoconego i nadal z otwartymi ustami.
Drużyna Mets zaskakująco ten jeden raz zgadzała się z jego poglądami na tę wyczerpującą rozgrywkę i najwyraźniej mieli spocząć ramię w ramię na murawie, dysząc niemożliwie głośno.
Prezerwatywa kleiła się do niego, ale nie była na pewno gorsza niż mokra plama, którą Derek zostawił pod sobą. Mieli się do niej przykleić jeszcze tej samej nocy – czuł to wyraźnie. Z jego szczęściem zapewne Hale odrywając swoje włosy łonowe od pościeli, uszkodzi sobie coś i jego ojciec wydziedziczy go. Wtedy jednak adoptując Dereka nie sprawiłby, że byliby braćmi. Seks byłby nadal możliwy.
- Krótka przerwa i rewanż? – spytał Derek.
- Podoba mi się ta propozycja. Idę spać, ale w razie czego skontaktuj się z moim agentem – powiedział, sugestywnie patrząc na swojego wyczerpanego fiuta.
Derek zaczął się śmiać tak cudownie głośno. I kiedy Stiles zasypiał, ten jeden raz nie bał się, że obudzi się z ramieniem porysowanym pisakiem.
