Rozdział 9

Następnego dnia obudził mnie mój ukochany dźwięk budzika. Marząc o minucie więcej snu, wyłączyłam budzik i spojrzałam przez okno. Padało. Super. Z powrotem opadłam na poduszkę, zamykając oczy. Jeszcze tylko 5 minut…

Ponownie obudził mnie krzyk Rose.

– Bree, jesteś już gotowa?! – spojrzałam w przerażeniem na zegarek. Była już 7:25, lekcje zaczynały się o ósmej. Cholera! Jak kula armatnia wyskoczyłam z łóżka i wzięłam ubrania, dziękując Bogu, że wczoraj je naszykowałam. Wbiegłam do łazienki, błyskawicznie je zakładając. Pierwszy dzień, a ja jak zawsze musiałam zaspać… Nie udzieliłam odpowiedzi Rose, co skłoniło ją do przyjścia na górę.

– Ty dopiero wstałaś?! – krzyknęła zaskoczona. Sama była już uczesana, ubrana i umalowana.

– Trochę mi się zaspało – jęknęłam, próbując rozczesać ogromny kołtun, który jak na złość powstał na moich włosach. – Zejdę na dół za pięć minut – obiecałam. Blondynka wyszła z mojego pokoju, a ja w końcu uporałam się z włosami, nie prostując ich ani nie lokując. To zabrałoby zbyt dużo czasu. Nałożyłam jeszcze mascarę i pomadkę, po czym zabrałam plecak i zeszłam na dół. Była 7:40, nawet nie zdążę wypić kawy. Cóż, mogłam wcześniej wstać. W salonie zostałam przywitana ironiczną uwagą Emmetta.

– Śpiąca królewna w końcu wstałam – zaśmiał się.

– Och, zamknij się – mruknęłam. Edward, który co dziwne był w domu, podał mi papierowy kubek z kawą. Spojrzałam na niego z wdzięcznością. Wyszliśmy z domu i wsiedliśmy do samochodów. W jednym byli Emmett, Rose i Jasper, w drugim Alice i Edward. Oczywiście dołączyłam się do tych drugich. Z powodu porannej gonitwy nie zdążyłam nawet przez chwilę pomyśleć, o tym, co wczoraj się wydarzyło. Siedząc w samochodzie i obserwując strugi deszczu spływające po szybie, zdecydowałam się nie zaprzątać tym sobie głowy.

– Wy oboje też chodzicie do 11 klasy? – zapytałam.

– Tak, ja, Alice i Bella, reszta jest w 12 – odpowiedział mi Edward.

– Mam nadzieję, że chociaż jedną lekcję będę mieć z którymś z was.

– Nie martw się, na pewno tak będzie – pocieszyła mnie brunetka. Po kilku minutach dojechaliśmy do szkoły, ja prawie skończyłam już kawę, przez co czułam się dużo lepiej. Wysiedliśmy z samochodu.

– Chcesz, żebym poszła z tobą do sekretariatu? – zaproponowała dziewczyna.

– Nie, dzięki, poradzę sobie – odparłam, z pewną siebie miną idąc w stronę biura. Parking oczywiście był pełen uczniów, a nowa twarz wśród znajomych była w tym mieście czymś wyjątkowym, więc gdy tylko kogoś minęłam, dostawałam zaintrygowane spojrzenie. Nie zważałam jednak na to, postanowiłam do nikogo nie podchodzić, jeśli będą chcieli, to się przywitają. Wydawało mi się, że wyraźnie ich onieśmieliłam. Pijąc kolejny łyk napoju, weszłam przez znane mi już drzwi. Na fotelu znów siedziała pani Cope.

– Dzień dobry! To znowu ja. Przyszłam donieść wszystkie dokumenty i odebrać swój plan lekcji – nie przedstawiałam się, uznając to za zbędne. Na pewno mnie zapamiętała.

– Och, oczywiście. Daj mi wszystko, a ja zaraz znajdę twój plan – odparła. W tym samym momencie zabrzmiał dzwonek, obwieszczający początek lekcji.

– Nic się nie martw, powiedz, że byłaś u mnie – powiedziała pani Cope z miłym uśmiechem na ustach. – Proszę, oto twój plan. Tę kartkę daj też każdemu nauczycielowi do podpisania, a po lekcjach z powrotem mi przynieś. Mam nadzieję, że trafisz do swojej pierwszej klasy, prawda? – zapytała, wręczając mi dwie kartki.

– Tak, dziękuję, poradzę sobie. Do widzenia! – pożegnałam się. Wyszłam z sekretariatu, spoglądając na plan, który przedstawiał się następująco:

Trygonometria

Historia

Angielski

Biologia

Lunch

Hiszpański

W-F

Mam nawet W-F… Super. Nienawidziłam W-F. Kompletnie nie miałam talentu do sportów zespołowych, szczególnie siatkówki i piłki nożnej. W poprzednich szkołach W-F nie był obowiązkowy, jeśli miało się zaświadczenie o uprawianiu jakiegoś sportu poza szkołą. Ja codziennie miałam treningi jazdy konnej, za czym ogromnie tęskniłam. No cóż, pierwszą moją lekcją była trygonometria w klasie nr 9. Poszłam więc pustym korytarzem, szykując się psychicznie na wejście w stylu ,,nowa, nieogarnięta uczennica". Nie mogłam być nieogarnięta. Musiałam być perfekcyjna, jak zawsze. ,,Bree, masz na sobie szałowe jeansy Replay, spryskałaś się Chanel No5 i jesteś fantastyczna" wmówiłam sobie i weszłam do klasy. Wraz z otwarciem drzwi przyciągnęłam uwagę wszystkich osób, w tym pana Vernera. W klasie rozbiegły się gorączkowe szepty. W ostatniej ławce zobaczyłam Edwarda, siedzącego samotnie, przez co miałam ochotę skakać ze szczęścia, lecz tylko pewnym siebie krokiem podeszłam do biurka nauczyciela, przedstawiłam się i dałam kartkę do podpisania.

– Więc, Bree, może przedstawisz się klasie i powiesz, skąd pochodzisz – powiedział. No tak, spodziewałam się tego. Wyszłam na środek klasy.

– Nazywam się Bree Tanner, jestem z Nowego Jorku, lecz sporo czasu mieszkałam we Francji – oznajmiłam spokojnym tonem.

– No dobrze, zajmij jakieś wolne miejsce i przechodzimy do lekcji.

Poszłam na koniec klasy i usiadłam obok Edwarda, uśmiechając się do niego. Lekcja minęła dość spokojnie, co chwilę ktoś rzucał mi zaciekawione spojrzenia, lecz ignorowałam to, robiąc notatki. Tak jak w swoich poprzednich szkołach, zamierzałam być najlepsza. Dość szybko zadzwonił dzwonek kończący trygonometrię. Teraz historia w klasie nr 16.

– Pomóc ci dotrzeć do następnej klasy? – zaproponował Edward.

– Nie, dzięki, poradzę sobie. Jakie masz jaszcze lekcje? – spytałam. Uzgodniliśmy, że mamy razem jeszcze angielski. Na dodatek na biologię chodziłam z Alice, a na W-F z Bellą, która, jak powiedział chłopak, była równie ,,utalentowana" co ja. Poszłam więc do gabinetu nr 16. Po drodze zaczepił mnie jakiś blondyn.

– Hej, jestem Mike Newton – ,,podrywacz", zanotowałam w głowie, przypominając sobie rozmowę z Alice. – Idziesz do 16? Chyba mamy razem historię – powiedział z uśmiechem. Od razu zauważyłam, że próbował mnie poderwać.

– Ja jestem Bree. Tak, też idę do 16 – odpowiedziałam chłopakowi.

– To super! Siedzę z Erickiem, ale on na pewno się nie obrazi jeśli od teraz będę siedzieć z tobą – mówił z tak szerokim uśmiechem, że miałam wrażenie, że zaraz rozerwą mu się policzki. Był ten wyraźnie mną zainteresowany, więc postanowiłam być dla niego dość chłodna, by nie dać mu nadziei.

– Byłoby fajnie – oznajmiłam, nie odzywając się już więcej.

Historia minęła mi dość szybko. Mike cały czas próbował mnie zagadywać, lecz wykręcałam się robieniem notatek. Angielski i biologia także zleciały bezproblemowo. Idąc wraz z Alice na stołówkę, w porze przerwy na lunch, zdałam sobie sprawę, że jeszcze tylko dwie lekcje. Brunetka zaprowadziła mnie do stolika, przy którym zawsze siedzieli Cullenowie i Bella. Wcześniej podeszłyśmy też do kontuaru, gdzie sprzedawali jedzenie. Zdecydowałam się jedynie na jabłko i baton z granoli. Usiadłam przy stoliku. Po chwili przyszedł Emmett, później Jasper z Rose, a na końcu Edward z Bellą, która cały czas wydawała się być mną onieśmielona. Zignorowałam to i rozpoczęłam luźną pogawędkę. Pytali się, jak mija mi dzień i kogo już poznałam.

– Miałaś rację, Alice, Mike to straszny podrywacz. Przyczepił się do mnie na historii i cały czas nawijał – skierowałam słowa do krótkowłosej wampirzycy.

Kilkanaście minut później zadzwonił dzwonek, oznajmiający, że już powinnam iść na hiszpański. Byłam pewna, że nie będę miała z tym językiem problemu, mówiłam nim biegle, podobnie jak francuskim, więc lekcje będą dla mnie bardzo luźne. Weszłam do klasy i ponownie oddałam nauczycielce kartkę do podpisania. Kazała mi wyjść na środek i przedstawić się, oczywiście po hiszpańsku, po czym usiąść na jakimś wolnym miejscu. Jakaś dziewczyna, w średnio długich, brązowych włosach, gorączkowo do mnie machała, chcąc, bym usiadła razem z nią. Podeszłam więc do ławki i zajęłam wolne krzesło obok niej.

– Hej, jestem Jessica Stanley – przedstawiła się. Zrobiłam to samo, po czym Jessica zaczęła mi nawijać o najprzystojniejszych chłopakach w szkole. Zauważyłam, że za wszelką cenę próbuje mi się przylizać, była taka milutka, że aż mnie od tego mdliło. Po skończonych zajęciach jak najszybciej wyszłam z klasy. Moją ostatnią lekcją był W-F. Moim największym problemem było to, że za żadne skarby nie miałam pojęcia, jak dotrzeć na salę gimnastyczną, moja duma nie pozwalała mi jednak zapytać o to żadnego ucznia. Pokręciłam się chwilę po korytarzu, szukając jakiejś strzałki, albo czegoś w tym stylu. Nagle zobaczyłam charakterystyczne blond włosy, a później resztę ciała. Jasper. W sumie lepszy on, niż na przykład Mike Newton…

– Jasper, gdzie jest sala gimnastyczna? Bo mam zaraz przeklęty W-F, i nie mam pojęcia jak tam trafić – oznajmiłam z rezygnacją w głosie.

– Musisz iść do końca korytarzu, skręcić w lewo i wejść po schodach. Ciesz się z tego W-F, ja mam teraz trygonometrię – jęknął.

– Chętnie bym się zamieniła – zapewniłam go. – Dzięki za pomoc.

Poszłam zgodnie z jego instrukcjami, myśląc, że to chyba pierwsza nasz wymiana zdań, bez żadnego sarkazmu, irytacji, obrażania się lub przepraszania. Coraz lepiej idzie. Po dotarciu na salę, wręczyłam nauczycielowi kartkę do podpisania, a on kazał mi iść do szatni się przebrać. Wspaniale… Liczyłam, że jednak chociaż dzisiaj W-F mnie ominie, ale się przeliczyłam. W pustej już szatni (pozostałe dziewczyny były pewnie na sali), przebrałam się w strój, który przezornie zabrałam z domu. Ćwiczenie w moich ukochanych koturnach nie byłoby zbyt mądre… Związałam włosy w koka i weszłam na salę. Po jednej stronie rozgrzewkę miały dziewczyny, po drugiej chłopaki. Dołączyłam do tych pierwszych, od razu podbiegając do Belli, które z męczeńską miną robiła skłony.

– Co zwykle tu robicie? – spytałam. – Są jakieś szanse na tenis i absolutny brak siatkówki?

– Niestety, gramy w siatkę cały czas… – odparła, a jakby na potwierdzenie jej słów, usłyszałam krzyk trenera.

– No dobrze, to teraz zagramy w siatkówkę. U chłopców wybiera Mike i Zack, u dziewcząt Bella i Sue.

Boże… na moje szczęście, Bella wybrała mnie jako pierwszą, za co byłam jej ogromnie wdzięczna. Po ustaleniu składu drużyn przystąpiliśmy do gry. Od razu poinformowałam koleżanki z drużyny, by nie rzucały do mnie piłki. Przez jakieś pół godziny starałam się stwarzać pozory tego, że gram, chociaż wraz z Bellą cały czas tylko uciekałyśmy. Chociaż wiedziałam, że pewnie nie zostaniemy jakimiś super przyjaciółkami, rozmawianie z nią było całkiem przyjemne. Wreszcie lekcja dobiegła końca i poszłam do szatni. Przebrałam się w swoje ubrania, z ulgą wracając do wysokich butów. Nienawidziłam czuć się tak niska. Z szatni wyszłam jako ostatnia. Na parkingu czekała na mnie reszta, tym razem bez Edwarda, co oznaczało, że będę jechać razem z Rose, Emmettem, Jasperem i Alice.

– I jak tam W-F? – zapytał Jasper.

– Chyba mogło być gorzej – odparłam. Jazda do domu zajęła kilka minut, które wypełniłam rozmową z Alice i Rose o natarczywości Mike'a, który zaczepiał mnie nawet w drodze do samochodu. W końcu jednak dojechaliśmy, i swój pierwszy dzień szkoły mogłam uznać za oficjalnie skończony.

Kolejne dni wyglądały podobnie, aż do środy. Gdy obudziłam się rano, spostrzegłam że świeci słońce. Gdyby nie to, że byłam na wpół nieprzytomna, pewnie zaczęłabym skakać ze szczęścia. Oznaczało to bowiem, że dziś nie szliśmy do szkoły. Gdybyśmy się tam znaleźli, wywołalibyśmy niezłą sensację… Postanowiłam więc dalej pójść spać, rozkoszując się wolnym dniem, a później iść pobiegać. Gdy ponownie się obudziłam, zobaczyłam, że jest 10:30. Wstałam z łóżka, biorąc strój sportowy i go założyłam. Nie robiłam żadnego makijażu, w lesie i tak nikt mnie nie zobaczy. Zeszłam na dół, gdzie wedle moich przewidywań, siedzieli wszyscy Cullenowie oprócz Jaspera i Carlisle'a. No cóż, wampir, który pracuje w szpitalu, opanował też pewnie nie błyszczenie się w słońcu.

– A ty znów idziesz na polowanie? – zapytał Emmett.

– Nie, idę pobiegać. Ma ktoś może ochotę przyłączyć się do mnie?

– Ja chcę! – odparł mięśniak z entuzjazmem.

– Nie, Emmett. Ostatnim razem segregowaliśmy ubrania, a dziś czas zrobić porządek w kosmetykach! A na tobie będę sprawdzać, czy perfumy nie zwietrzały – zabroniła mu Rose z szatańskim uśmiechem.

– Nie to nie – odrzekłam ze śmiechem i opuściłam dom. Co dziwne, nie miałam ochoty nawet na kawę. Po wyjściu na dwór, od razu puściłam się średnim biegiem w stronę lasu. Najlepsze w byciu wampirem było to, że nigdy się nie męczyłam ani nie pociłam, mimo, że odczuwałam zmęczenie. Biegnąc, obserwowałam jak błyszczy się moja skóra. Przypomniałam sobie, jak pierwszy raz to odkryłam. Razem z Diego. Przyłapałam się na tym, że od sobotniej bitwy ani razu o nim nie pomyślałam. Tyle się działo, że nawet nie miałam na to czasu. Zabiła go Victoria. Na początku byłam załamana, lecz mi przeszło. Ludzie przychodzą i odchodzą, taka kolej rzeczy. Nie ma sensu się do kogoś zbytnio przywiązywać. I tak w końcu się go straci. Wracając na ziemię, odkryłam, że zawędrowałam zdecydowanie dalej, niż zamierzałam. Zwolniłam, mając w planach powrót do domu. Jednak coś nie pozwoliło mi po prostu się odwrócić i odejść. Coś jak bardzo dziwny zapach, do tego coś na wzór… szczekania? Tak, to chyba było to. Nie wiedziałam, że w tych lasach są wilki. Pobiegłam kawałek dalej, z próżnym zamiarem zobaczenia zwierzęcia i zrobienia mu zdjęcia. Co dziwne, nigdy nie wiedziałam wilków. Gdy tak się zbliżałam, zapach stawał się coraz bardziej intensywny. Z przekonaniem mogłam też stwierdzić, że nie był to zapach krwi, jak u innych zwierząt, tylko coś naprawdę ohydnego. Pojawił się też wyraźnie słyszalny szelest liści. I wtedy je zobaczyłam. Zza gęstych, wysokich krzaków wystąpiły dumnie dwa zwierzęta. Wyglądem może i przypominały wilki, ale ich wzrost był porównywalny ze wzrostem konia lub innego podobnego zwierzęcia. Jeden miał ciemno szare futro i wyglądał bardzo groźnie, był też większy od swojego towarzysza. Sierść drugiego była czekoladowobrązowa. Nigdy nie wiedziałam wilka, ale byłam całkowicie pewna, że nie były one tak duże.

Wilki jednak w końcu zareagowały, nie bacząc na moją mało inteligentną minę. Ten większy rzucił się na mnie, przygważdżając mnie do ziemi. Za wszelką cenę próbowałam go z siebie ściągnąć, ale jakimś cudem nie mogłam. Ten drugi tylko pomógł kompanowi, przez co nie mogłam się ruszyć. Zaczęłam krzyczeć i wściekle się szamotać, mimo to sytuacja wciąż była bez zmian. Już dawno nie byłam tak przerażona. Nie zastanawiałam się nawet, jak to możliwe, że wilki zaraz mnie zabiją. Przecież do cholery jestem wampirem, nie mogę skończyć rozszarpana przez jakieś psy. Zachciało mi się płakać, uświadomiłam sobie, że to naprawdę koniec. Moją ostatnią myślą było to, że zakochałam się w Jasperze, gdy nagle ciężar został ze mnie zdjęty i poczułam się wolna.