Rozdział dziesiąty: Dwa serca
Stali w grupie, rozglądając się uważnie dookoła. Byli przekonani o tym, że są obserwowani.
- Pan może i wygląda jak dziecko, ale to cholerny demon. – powiedział jeden z mężczyzn. Miał kruczoczarne włosy, intensywnie błękitne oczy oraz symetryczne, mocno zarysowane kształty twarzy. – Musimy być bardzo ostrożni. Tu nawet liście mają uszy.
- Nie możemy przecież czekać w nieskończoność! – żachnęła się nagle jedna z ciemnowłosych kobiet. – Mój syn jest tam gdzieś, samotny i przerażony! Bóg jeden raczy wiedzieć, co ten maniak chce z nim zrobić. Musimy go ocalić, nim nie będzie za późno.
- I ocalimy go. – zapewniła ją kobieta o blond włosach. – Uratujemy Henry'ego. Pan tym razem nie wygra.
Zaraz potem wizja się zmieniła. Grupa była ta sama, ale lokalizacja inna. Stali przy małym ognisku i rozmawiali z jakąś dość niską blondynką o włosach upiętych w luźny kok. Rozpoznałam w niej Dzwoneczka, tę wróżkę z niektórych moich poprzednich wizji. Była więźniem w Nibylandii już dobrych trzydziestu lat.
- Jeśli nie macie planu wyjścia, ja wam w niczym nie pomogę. Nie chcę narazić się na gniew Pana. – wróżka mówiła bardzo szybko i bardzo cicho, jak gdyby bała się, że Pan może ją podsłuchać. – Nie po tym, jak sprowadził tu drugiego Najprawdziwszego Wierzącego.
Zaraz potem Dzwoneczek chyba pożałowała, że w ogóle się odezwała. Jej news wywołał ogólne poruszenie w grupie.
- Drugi Najprawdziwszy Wierzący? – spytał się jasnowłosy mężczyzna, podchodząc szybko do wróżki i łapiąc ją za ramię. – To niemożliwe. Henry jest jedynym Wierzącym.
- Każdy świat ma Najprawdziwszego Wierzącego. – wyjaśniła szybko Dzwoneczek. – Henry pochodzi z Krainy Bez Magii, i tam jest jedynym Wierzącym. Ale ten drugi Wierzący nie pochodzi ze świata Henry'ego.
- A skąd? Z Krainy Baśni? – spytała się ciemnowłosa kobieta; przybrana matka Henry'ego, jeśli się nie myliłam.
Dzwoneczek pokręciła jednak przecząco głową.
- Nie. Z… z Krainy Tysiąca Życzeń, jeśli dobrze się zorientowałam. – Po jej słowach ciemnowłosa kobieta wciągnęła głośno powietrze, wyraźnie zaskoczona tym odkryciem.
- Nie może być. – wyszeptała, wciąż mocno zdumiona. – Kraina Tysiąca Życzeń? To Pan ma tam dostęp? Przecież podobno nikt nie może się tam dostać bez zgody tamtejszego władcy od dnia, kiedy porwano ich syna wprost z jego kołyski.
- A jednak. – odparła Dzwoneczek. – I, jeśli dobrze usłyszałam, to tym Najprawdziwszym Wierzącym jest właśnie starsza siostra porwanego księcia. Elyon, jeśli dobrze pamiętam jej imię.
- Elyon? To ona jest tamtejszym Wierzącym? – zdziwiła się kobieta. – Boże… nie zazdroszczę jej rodzicom. Najpierw stracili syna, a teraz córkę… dlaczego jej nie chronili bardziej?
- Tego nie wiem. – odpowiedziała Dzwoneczek. – Wiem tylko, że jest gdzieś na tej wyspie. Ale, znając Pana, na pewno jest w miejscu chronionym jakimiś potężnymi zaklęciami. Może trzyma ją tu jako ewentualne zastępstwo za Henry'ego, gdyby jego oryginalny plan nie wypalił… tego nie wiem. Wiem tylko, że nie zamierza jej na razie użyć do ocalenia swojego życia. Woli serce Henry'ego.
I na tym wizja się zakończyła. Wzięłam głęboki wdech, próbując się jakoś uspokoić.
Wiedzieli o mnie. Wiedzieli, że tu jestem. No, może to i nawet dobrze dla mnie. Jeśli dobrze pamiętałam ich twarze, to wśród tej ekipy znajdowali się książę David i Królewna Śnieżka. Ta dwójka była ucieleśnieniem dobra. Z pewnością zatem będą mnie chcieli ocalić.
Teraz nie mogłam jednak stąd zwiać. Jeszcze nie teraz. Pan musiał mi przecież zaufać. Musiał uwierzyć, że naprawdę zamierzałam mu pomóc. Jeśli zauważy choćby cień wątpliwości… wtedy na sto procent zajmę miejsce Henry'ego.
Pojawił się też inny problem – moje wizje. W końcu zaczęły się pojawiać. I to pewnie o nich właśnie Pan mówił, kiedy ględził tych swoich „wrogach". To o nich pewnie miałam go ostrzegać. Pytanie tylko: czy chciałam go ostrzec przed tą dokładnie sytuacją? Czy powinnam mu wyjawić, że o mnie wiedzą? Nie byłaby to żadna nowość dla niego – Pan ma szpiegów rozsianych na całej wyspie. Na pewno podsłuchają tę rozmowę. Być może jednak powinnam mu zdradzić to i owo, aby szybciej zyskać na jego zaufaniu.
Nagle znów mną zachwiało, a ja zaklęłam na głos. Kolejna wizja? No wolne żarty. Dopiero co przeszłam przez jedną. O co teraz chodziło?
Nie, to nie wizja. – podpowiedział jakiś cichy głosik w mojej głowie, gdy zamiast wizji pojawił się tylko fragment obrazu. Siedziałam przed małym, góra jedenastoletnim chłopcem. Miał ciemne włosy, bladą cerę i pyzatą, okrągłą buzię usianą tu i ówdzie delikatnymi piegami. Od razu rozpoznałam w nim Henry'ego Millsa, chłopca z moich wizji.
Henry podniósł niechętnie spojrzenie. Utkwił je nagle w miejscu, w którym siedziałam. Nie obok, nie ponad – dokładnie tam, gdzie siedziałam. Uniosłam brwi w zdumieniu, widząc to.
- Cześć. – odezwał się nagle Henry, zaskakując mnie możliwie jeszcze bardziej. – Kim jesteś?
No nie. – pomyślałam, otwierając ze zdumienia usta. – Potrafię się z nim porozumiewać telepatycznie. Ale jazda!
- Jestem Elyon. – odpowiedziałam mu, nieco niepewna tego, co właściwie robię. Czy to w ogóle działało? A może to była tylko jakaś inna, dziwniejsza forma wizji tego, co ma nastąpić? – Jak… jakim cudem…?
- Nie wiem. – odparł Henry. Zerknął ostrożnie za siebie, aby upewnić się, że nikt go nie podsłuchuje. – Ale to ty jesteś tą dziewczyną, o której mówią Chłopcy Pana? Tą księżniczką, którą sprowadził tu z jakiegoś innego świata? Z Krainy… Stu Życzeń?
- Tysiąca Życzeń. – poprawiłam go. – Tak, to ja.
- Czy to jest jakaś moc Najprawdziwszego Wierzącego? – spytał się Henry. – Chciałem cię spotkać po tym, jak o tobie usłyszałem. Czy to jest jakaś forma…?
- Nie sądzę. – przerwałam mu szybko. Chyba usłyszałam kogoś na zewnątrz. – Posłuchaj mnie teraz uważnie, Henry, bo nie mam dużo czasu. Twoja rodzina jest tutaj, w Nibylandii. – Henry momentalnie ożywił się na wieść o tym, ale nie dałam mu dojść do słowa. Po hałasach z zewnątrz wywnioskowałam, że ktoś szedł w stronę mojej chatki. W każdej chwili mógł się tu zjawić. – Zapamiętaj moje imię, Henry, bo to bardzo ważne. Ja też jestem Najprawdziwszym Wierzącym. – Henry znów chciał coś powiedzieć, ale ja znów nie pozwoliłam mu dojść do słowa. Miałam coraz mniej czasu. – Spróbuję pomóc twojej rodzinie na tyle, ile będę mogła. Ale ty też musisz odegrać swoją rolę. Pamiętaj o mnie, gdy już uda im się do ciebie dotrzeć. Skontaktuj się wtedy ze mną. Przekażę ci wówczas informacje o miejscu mojego pobytu. A potem… muszę lecieć. – dodałam szybko, słysząc szczęk klamki. – Do zobaczenia, Henry.
Nie byłam nawet pewna, jak „to coś" wyłączyć. Ale chyba moje pożegnanie zadziałało, bo wizja Henry'ego znikła. Zamiast niego patrzyłam się teraz na stojącego w drzwiach chatki Felixa, który przyglądał mi się bacznie.
- Cześć, Felix. – powiedziałam nieco beztroskim tonem głosu. Felix za żadne skarby nie mógł się dowiedzieć o więzi łączącej mnie i Henry'ego. Ta moc wszystko zmieniała. Dzięki niej mogłam ocalić i siebie, i tego chłopca. Musiałam to tylko dobrze wykorzystać. – Jak tam w obozie? Masz jakieś soczyste newsy dla mnie?
- Jedyne, co mam tu soczyste, to jabłka. – Felix wskazał na kosz ze świeżą żywnością. – Skąd wytrzasnęłaś tę suknię?
Instynktownie zerknęłam w dół. No tak, pomyślałam, podnosząc spojrzenie z powrotem na Felixa. Pewnie gość nie wie, jak działają te moce.
- Jestem Najprawdziwszym Wierzącym, czyż nie? – odpowiedziałam, uśmiechając się niewinnie. – To tylko jedna z zalet posiadania takiego specjalnego serduszka. Powinieneś zobaczyć kąpiel, jaką sobie wcześniej sprawiłam. Iście królewska, przyznam. Jeszcze trochę się porozkręcam, a może zrobię z tej chatki wiszący pałac. Pełny asortyment, możliwość wyboru z kilkunastu sypialń, własna wielka biblioteka… o, to by było coś ekstra.
Felix przysłuchiwał się mojej gadaninie ze stoickim spokojem. Byłam jednak pewna, że pod sam koniec chyba się nawet uśmiechnął.
- Jesteś ciekawa. – przyznał w końcu Felix. Zaskoczył mnie tymi słowami, nie powiem. Sądziłam, że za mną nie przepada. – No, a przynajmniej na pewno jesteś ciekawsza niż ten chłopiec Henry. Pan wziął go ze sobą jako wybrańca… ale tak coś czuję, że ty lepiej władasz tymi mocami. Jesteś w tym naturalna.
- Mam sześćset sześćdziesiąt dwa lata, Felix. – odparłam, patrząc się na niego pobłażliwie. – Czary opanowałam do perfekcji już ponad czterysta lat temu. Zorientowanie się w kwestii: „co i jak odnośnie mocy Wierzącego" zajęło mi parę godzin. Ten Henry z kolei ma dopiero z jedenaście lat. To jeszcze dziecko. Fakt, może i wyobraźnię ma bogatą, ale do czegoś takiego potrzeba również praktyki. Mnóstwo praktyki.
- I pewnie dlatego Pan woli zachować się przy życiu. – odpowiedział Felix, uśmiechając się przy tym kątem ust. – Bo wie, że jeśli chodzi o kreatywność i rozmiar mocy, to ciebie zdecydowanie bardziej warto mieć przy sobie. Gdy Pan odzyska już swoje moce dzięki Henry'emu, to ciebie z pewnością wyznaczy do pomocy w odbudowywaniu tego świata.
- Nie mogę się wręcz tego doczekać. – powiedziałam; nieco zbyt sarkastycznie, ale guzik mnie to obchodziło. Felix nawet chyba się tym nie przejął. Odstawił na stolik świeży prowiant, po czym wyszedł z chatki bez pożegnania.
A ja znowu zostałam sama. Oj, matulu… chyba jednak przyjdzie mi się tutaj nieźle wynudzić. Oby ci ludzie ze Storybrooke ocalili Henry'ego na czas.
A potem żeby zdołali ocalić mnie.
