Rozdział 10
Potężne łomotanie w drzwi jego prywatnych kwater obudziło Snape'a. Szybkie spojrzenie na budzik potwierdziło przypuszczenia jego wyczerpanego ciała: była zaledwie druga nad ranem. Spodziewając się jedynie kłopotów, otworzył drzwi z różdżką w dłoni i przekleństwem na ustach. Nie żeby oczekiwał zabójcy na progu, ale wpadł w życiu w zbyt wiele pułapek, by nie być ostrożnym.
Gdy rozpoznał swoich nocnych gości, był naprawdę gotowy miotać przekleństwami na prawo i lewo.
— Panie Potter… Czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego walisz w moje drzwi? Pomijając, że dawno jest już po ciszy nocnej?
Bachor, z szeroko otwartymi oczyma, miał czelność przepchać się obok niego i wejść do jego kwater.
— Koszmar… — wysapał jedynie. Jego ramię przewieszone było ciasno wokół ramion Rona.
Irytacja Snape'a zniknęła jak za dotknięciem różdżki.
— Czy to wizja? — spytał, szybko prowadząc chłopca do kanapy.
— To nie ja miałem koszmar — powiedział Harry, zdumiony pytaniem. — Tylko Ron.
Snape zatrzymał się gwałtownie.
— Weasley miał koszmar?
— Taaak — potwierdził Harry, zajęty usadzaniem swojego przyjaciela na kanapie Snape'a i przykrywając go afgańskim kocem, wyrwanym z dłoni zaskoczonego nauczyciela. — To było naprawdę straszne. Krzyczał o Vold…eee, sam pan wie o kim. A potem...
— Potter! — warknął Snape, patrząc na obu chłopców. W roztargnieniu zauważył, że Weasley wyglądał okropnie - był blady i cały drżał, a jego włosy były rozczochrane na wszystkie strony i mokre od potu. — Dlaczego, na Merlina, wyciągnąłeś mnie z łóżka?
— Bo Ron potrzebuje eliksir Głębokiego Snu — odpowiedział Harry, zaskoczony.
Snape zacisnął zęby.
— Gdy ostatni raz sprawdzałem, pani Pomfrey miała zapas eliksirów, a to ona jest osobą, która normalnie pomaga studentom w trudnych sytuacjach. Szczególnie w środku nocy!
Ron zadrżał pomimo koca wokół ramion.
— Nie… Nie do szpitala — powiedział pomiędzy szczękaniem zębami.
— Widzi pan? — Harry odwrócił się do swojego przyjaciela.
— Panie Potter. — Snape chwycił go za ramię i obrócił dookoła. Oczy Harry'ego rozszerzyły się, gdy w końcu zdał sobie sprawę z dezaprobaty Snape'a. — Przyprowadzenie przez ciebie pana Weasleya tutaj jest zarówno niepożądane i niewłaściwe. Profesor McGonagall jest osobą odpowiedzialną za dobre samopoczucie swoich podopiecznych i…
— Ale ona nie ma własnego zapasu eliksirów — przerwał Harry, wykrzywiając twarz w irytacji. — Więc ona po prostu wyśle go do pani Pomfrey, a on nie chce tam iść!
— Najwidoczniej nie cierpi tak bardzo, jak ci się wydaje! — Snape zrozumiał swój błąd, gdy zobaczył, że oczy Harry'ego zaczynają migać z gniewu. Nigdy, jęknął do siebie, nie staraj się wzbudzić potrzeby ochrony u Gryfona. Szczególnie o drugiej w nocy.
— A właśnie, że jest!— warknął Harry. — Nie słyszał pan jego krzyków i płaczu. Śnił, że zmienił się w Voldemorta.
Wzrok Snape'a zatrzymał się na chwilę na Weasleyu, który wyglądał zarówno na winnego, jak i upokorzonego.
— Ron powiedział, że nie pójdzie do ambulatorium ani do profesor McGonagall, ale pozwolił mi się tutaj przyprowadzić. — Ponownie Snape zobaczył przebłysk winy na twarzy Weasleya i w końcu zrozumiał, co też dręczy rudzielca.
Cholerni, przewrażliwieni, idiotyczni, samobiczujący się Gryfoni, zaklął Snape pod nosem. Weasley najwyraźniej torturuje się tym, co mu zrobił. Z powodu braku wymierzonej mu kara, mózg chłopaka sam opracował własny rodzaj umartwienia.
Snape przewrócił oczami z irytacją. Miał nadzieję, że strach przed ewentualną karą Snape'a doprowadzi bachora do szaleństwa, ale zamiast tego ponadgabarytowe sumienie Gryfona (nie wspominając o skłonności do przesady) zdecydowało, że musi być tak zły, jak sam Czarny Pan, co spowodowało wymierzenie sobie najgorszej z możliwych udręk. A to w ogóle nie pasowało Snape'owi. Chciał żeby Weasley się go bał, a nie miewał jakieś nonsensowne koszmary.
— Weasley, naprawdę jesteś idiotą! — warknął Snape. Chłopiec schylił głowę, wyglądając na jeszcze bardziej nieszczęśliwego, ale Harry – przewidywalnie – wybuchnął gniewem.
— Niech pan go nie przezywa! To nie jego wina, że miał koszmar!
— Och, nie?— Snape uniósł pytająco brew, ale Ron unikał jego wzroku. Czyli rudzielec nie powiedział niczego Harry'emu, a w takim razie...
— Nie!— wykrzyczał chłopiec. Totalnie wkurzony Harry stanął przed Ronem, zmuszając opiekuna do rozmowy z nim. — Jesteście hipokrytami! — krzyknął. — Pan, Dumbledore i McGonagall - wszyscy tylko mówicie, jak to wam na nas zależy i że chcecie żebyśmy przychodzili do was z naszymi problemami, ale gdy to robimy, to nam nie pomagacie. Nie, w porządku! Niech pan po prostu o tym zapomni. Założę się, że Hermiona może uwarzyć ten cholerny eliksir tak dobrze jak pan! — Obrócił się, aby pomóc Ronowi zebrać się z powrotem do Wieży, gdy Snape chwycił go z tyłu za kołnierz.
Wyprowadzając wściekłego chłopca z pokoju, Mistrz Eliksirów odezwał się przez ramię:
— Usiądź na tyłku, Weasley, a jeśli poruszysz się choć o cal, podczas gdy nas nie będzie, to obiecuję, że nie będziesz mógł usiąść do Bożego Narodzenia!
Nawet nie zadając sobie trudu, aby upewnić się, czy rudzielec był posłuszny, Snape kontynuował wymarsz z gabinetu, ciągnąc Harry'ego do salonu i zamykając za sobą drzwi.
— Panie Potter, daj mi jeden dobry powód, dlaczego nie powinienem cię ukarać za ten rażący brak szacunku i nieuprzejme zachowanie — powiedział surowo, próbując się uspokoić.
— Moje nieuprzejme zachowanie?— odparł Harry gniewnie. — To wyłącznie pan był niegrzeczny, odkąd tylko przyszliśmy.
— Nachodząc kogoś o drugiej w nocy, nie należy oczekiwać, że będzie szczególnie gościnny.
— Tak pan to mówi, jakbyśmy przyszli na herbatę. To był wypadek! Potrzebowałem pomocy i przyszedłem. Teraz widzę, że popełniłem wielki błąd. Przepraszam za kłopot, profesorze! —zadrwił z wypracowanym, uprzejmym sarkazmem.— Powinienem wiedzieć lepiej.
Snape ściągnął grzbiet nosa. Musiał napić się kawy. Choć niechętnie, to musiał przyznać, że Harry miał rację.
Wszystkie jego wysiłki, zmierzające do wypracowania lepszej relacji z chłopcem faktycznie się opłaciły. Harry zwrócił się do niego o pomoc w trakcie kryzysu. To było naprawdę dobre - ale o drugiej w nocy czuł się usprawiedliwionym, nie będąc zbyt szczęśliwym wobec tego przejawu postępu.
Widząc oznaki zmęczenia, mocno wyryte na twarzy Snape'a, gniew Harry'ego trochę opadł.
— Nie sądziłem, że to będzie taki problem — powiedział, pomimo zniecierpliwienia, dość obronnym tonem Harry. — Dba pan o mnie, gdy mam koszmar.
Snape zaczął się modlić o cierpliwość.
— Jest różnica — powiedział spokojnie. — Twoje koszmary mogą być wizją od Czarnego Pana. Ważne jest, aby zasięgnąć mojej pomocy przy nich. Ponadto, jestem twoim opiekunem, więc wskazane jest, abyś przyszedł do mnie…
— No i jestem. Więc dlaczego jest pan takim dupkiem? — W chwili, gdy wyraz wymknął mu się z ust, Harry natychmiast pożałował. — Przepraszam! Przykro mi! — wypalił, cofając się o krok.
Oczy Snape'a zwęziły się niebezpiecznie, a Harry mógł zobaczyć w nich walkę - dać klapsa czy nie? Kiedy profesor wypuścił długi, powolny oddech, Harry odetchnął z ulgą.
— Naprawdę mi przykro — powtórzył, trochę mniej nerwowo, ale niezmiernie szczerze. — Nie powinienem tego mówić. Byłem bardzo zdenerwowany.
Snape pochylił głowę przyjmując przeprosiny. Chłopak robił postępy, szybko i znaczne.
— Obaj jesteśmy zmęczeni i trudno nam utrzymać nasze temperamenty na wodzy — zgodził się Mistrz Eliksirów tonem jednoznacznie sugerującym, że to swoistego rodzaju przeprosiny. — Jestem bardzo zadowolony, że zwróciłeś się do mnie z prośbą o pomoc i obdarzyłeś mnie zaufaniem, że będę ci jej w stanie udzielić. Ale chcę ci uświadomić, że jest spora różnica pomiędzy pomaganiem tobie a innym Gryfonom.
— Ale to nie jest jakiś tam Gryfon — zaprotestował Harry, choć poczuł się mile połechtany pochwałą Snape'a. — To Ron.
— Panie Potter, istnieje kilka powodów, dla których to nie ja powinienem pomóc panu Weasleyowi — powiedział Snape ostatecznym tonem.
— I kilka powodów, dlaczego to właśnie pan powinien to zrobić — wypalił energicznie Harry.
— Na przykład?— zapytał Snape niepewnie.
— Jeśli panu powiem, to mu pan pomoże? — dopytywał się Harry.
— Jeśli uda ci się wymyślić ważny powód – dlaczego właśnie ja – to tak. — Snape uśmiechnął się zwycięsko będąc pewnym, że Harry nie zdoła zbudować logicznego argumentu, ale jednocześnie świadomym faktu, że powinien być zadowolony z przejawianej przez chłopca ślizgońskiej przebiegłości.
Harry odwzajemnił uśmiech.
— Po pierwsze, jest moim najlepszym przyjacielem. Oznacza to, że jego problemy są moimi problemami, a pan przecież powiedział, że zawsze pomoże mi z moimi problemami.
Snape zacisnął usta. To było prawie rozsądne. Być może nie docenił Pottera. Był przecież także synem Lily.
— Nie, panie Potter. Według tej logiki, powinienem pomóc ci w każdym drobnym szczególe twojego życia, jak podczas pisania nieciekawych esejów czy przy drobnych sprzeczkach z kolegami.
Harry był niewzruszony odrzuconym argumentem.
— Dobrze, w takim razie należy to zrobić, bo Weasleyowie praktycznie mnie przyjęli. Nieoficjalnie, oczywiście, choć mówili dyrektorowi, że chcą to zrobić naprawdę. — Snape skinął ostrożnie głową. Wiedział, że rudowłosy klan wciąż o to męczył Dumbledore'a. Jakby nie mieli wystarczająco dużo własnej dzieciarni! — A to sprawia, że Rona jest praktycznie jak mój brat. A pan jest teraz swojego rodzaju moim opiekunem, prawda? Więc to sprawia, że jest pan również w pewnym sensie opiekunem Rona. Skoro jesteśmy ze sobą związani, a on jest dla mnie jak brat, więc wy również jesteście ze sobą związani! — Harry spojrzał na niego triumfalnie.
Snape walczył z mdłościami. To było o wiele za wcześnie, żeby nawet kontemplować jakiekolwiek powiązanie z Weasleyami.
— Absolutnie NIE.
Potter skrzywił się, ale potem z determinacją powrócił do ataku.
— Dobrze… — W jego głosie było teraz słychać zdecydowanie. — Trzeba mu pomóc, bo to jest dobre dla wojny.
Snape prychnął z niedowierzaniem, ale Harry nalegał.
— Wiem, że muszę walczyć z Sam-Wiesz-Kim, ale Ron i Hermiona też będą walczyć… — Urwał, rzucając Snape'owi spojrzenie pełne goryczy. — Nie chcę żeby to robili i powiedziałem im o tym, ale Hermiona oświadczyła, że jej rodzice już są w niebezpieczeństwie, ponieważ są mugolami. Z kolei rodzina Rona walczyła z nim podczas pierwszej wojny, więc on myśli, że są zdrajcami krwi. Poza tym każdy już wie, że są moimi najlepszymi przyjaciółmi, więc będą w niebezpieczeństwie tak czy siak. A zresztą oni mówią, że wolą walczyć i zginąć, niż stchórzyć i się schować. — Pomimo bezwzględnych słów, głos Harry'ego był trochę niepewny. Gryfon spojrzał na Snape'a, jakby prosząc go o opinię. Nauczyciel skinął głową. Niezależnie od jego osobistej opinii o pannie wiem-to-wszystko i rudym kretynie, zgadzał się z ich decyzją. Będąc naocznym świadkiem okrucieństw, do których zdolni byli śmierciożercy, Snape był przekonany, że najlepszym wyjściem dla wszystkich było jak najlepsze przygotowanie się do walki z nimi. Inne podejście gwarantowało jedynie szybszą, choć nie mniej bolesną, śmierć.
— Dobrze.— Harry wydawał się nieco pokrzepiony wiedzą, że Snape się z nim zgadza w tej kwestii (lub przynajmniej nie zgłasza żadnego sprzeciwu). — To oznacza, że wszyscy będziemy walczyć z Sam-Wiesz-Kim, a im mniej ufamy sobie nawzajem, tym łatwiej Voldiemu będzie nas pokonać. — Snape spojrzał na niego ostro. Voldie? Harry uśmiechnął się lekko. — Wie pan, Ron… eee… nie ufa panu bardzo. Jeśli mu pan teraz pomoże, to dzięki temu lepiej pana pozna i zaufa, tak jak ja… — Snape wzdrygnął się z lekka, słysząc jak beztrosko Harry złożył taką deklarację. Czy chłopak w ogóle zdaje sobie sprawę z tego, co właśnie powiedział? Być może to wczesna godzina powodowała, że nie myślał jasno. Nieświadomy szoku swojego opiekuna Harry ciągnął beztrosko: — I dzięki temu będzie mu łatwiej pracować z panem oraz resztą z nas z Sam- Wiesz-Kim.
Cholera. Wbrew jego oczekiwaniom, bachor znalazł rozsądny argument. Snape skrzywił się. Nie dość, że będzie musiał pochwalić logikę Harry'ego, to w dodatku będzie musiał pomóc Weasleyowi. Czy ta noc może być jeszcze gorsza?
— Bardzo dobrze. — Udało mu się nie zgrzytać zębami przy wypowiadaniu tej pochwały.— Pomogę panu Weasley.
Ku zdumieniu Snape'a, Harry zarzucił mu ręce wokół pasa.
— Wiedziałem, że się pan zgodzi!
Snape prychnął, ale poklepał chłopca po plecach nim wyswobodził się z uścisku. Lepiej się wycofać nim dzieciak zorientuje się, co zrobił. Oczywiście to ta barbarzyńska godzina powodowała, że chłopak zachowywał się tak swobodnie, a jednocześnie nieprzewidywalnie. Potter nigdy by go dobrowolnie nie dotknął, a ojciec chłopca na samą myśl o tym na pewno przewraca się w grobie.
— Tak, tak, w porządku. Ale nie sądzę, że powinieneś być, aż tak pewny siebie.
Oszołomiony zarówno ulgą i zmęczeniem Harry uśmiechnął się.
— Och, miałem dwie inne propozycje, które na pewno by poskutkowały. Cieszę się, że nie musiałem z nich korzystać.
Zaciekawiony Snape zatrzymał się w drodze do magazynku eliksirów.
— Och? Dlaczego?
— Bo by pan pomógł, ale wściekałby się — odpowiedział Harry szczerze.
— Wysławiaj się poprawnie, panie Potter. Nawet o tej porze nie ma żadnego usprawiedliwienia dla mówienia w tak niechlujny sposób — zganił Snape automatycznie, ale jego ciekawość wzrosła. — Dlaczego byłbym zły?
Harry zatrzymał się i spojrzał przenikliwie na opiekuna. W jego wzroku można było dostrzec błysk zgorszenia.
— Powiem panu, jeśli obieca pan, że nie da mi klapsa.
— Dlaczego miałbym ci dać klapsa?— Instynkt podejrzliwości, głęboko zakorzeniony w osobowości Snape'a, nakazywał mu drążyć temat.
— No cóż, pomyślałem, że jeśli żaden argument by nie zadziałał, to po prostu zaoferowałbym panu quidquo.
Snape skrzywił się, myśląc:
— Chodzi ci o qui pro quo?
Harry skinął głową.
— Myślałem, że to może zadziałać, skoro jest pan Ślizgonem i w ogóle.
— A co takiego planowałeś mi zaoferować w zamian za moją pomoc panu Weasley?
— Raczej chodziło mi o to, czego planowałem nie robić — przyznał Harry, uśmiechając się.
— Wyjaśnij — nakazał mu Snape jedwabiście, zmniejszając dystans między nimi.
Harry, zajęty próbą zwalczenia ataku chichotu, który go dopadł, nie zauważył tego.
— No cóż… Pomyślałem, że jeśliby pan nie chciał pomóc, to powiedziałbym każdemu coś, co mogłoby się panu nie spodobać.
Snape zacisnął szczękę. Możliwości były prawie nieograniczone. Bachor Pottera wiedział wiele poufnych informacji na temat jego powiązań z Czarnym Panem. Dodając do tego bezprecedensową ilość czasu, jaką spędził w towarzystwie Snape'a, w tym lwią część w jego prywatnych kwaterach, to kto wie, na co mógł się natknąć?
— Na przykład? — Nie był pewien, czy był zadowolony z taktyki szantażu czy też zbulwersowany nią. Czy Minerwa była świadoma, do czego jej małe lwy są zdolne? A może to obawy o powrót Voldemorta, powodował dziwne zachowania studentów? Czyżby niektórzy z jego Ślizgonów biegali, angażując się w głupie bohaterstwo?
— Na przykład to, jak mnie pan objął — ogłosił Harry radośnie. — A jeśliby mi nie uwierzyli, to powiedziałbym im, że mogą zapytać się dyrektora, bo przy tym był. A gdy już otrząsnęliby się z szoku, to miałem zamiar powiedzieć im, że pana drugie imię to Jaskier.
— CO?! — ryknął Snape, przytrzymując się ściany. — Moje drugie imię to Tobiasz.
Harry wzruszył ramionami.
— Tak, ale skoro raz by mi uwierzyli, to pomyślałem, że mogę spróbować również z tym. Aha… i miałem zamiar im powiedzieć, że trzyma pan tutaj białego, puchatego króliczka, jako chowańca, którego nazwał pan Panem Przytulaczkiem. — Zaczął się śmiać z przerażenia widocznego na twarzy Snape'a. — I… i że kiedy był pan dzieckiem, to spał pan z pluszowym jednorożcem, którego nazwał Tęcza. I że… Ała!
Snape widząc oczyma duszy, jak jego, budowana latami, reputacja wrednego nietoperza z lochów zostaje bestialsko zniszczona, zareagował przewidywalnie. Podnosząc Harry'ego za kołnierz, jedną ręką schował go pod pachę, a drugą elegancko sprowadził na siedzenie szlafroka Harry'ego.
— Ał! Obiecał pan! — zaprotestował Harry, ale utrzymanie oburzonego tonu było niezmiernie ciężkie, biorąc pod uwagę fakt, że cały czas walczył z sobą by nie chichotać.
— Nie obiecałem — zauważył Snape przez zaciśnięte zęby. — Chyba nie sądziłeś, że na spokojnie przyjmę próbę szantażu.
— Och, niech pan da spokój… Ał. To doskonały plan, godny Slytherina — stwierdził Harry, wijąc się. — Powinien mi pan… Ał!... Przyznać punkty za inicjatywę. Ała! Nie tak mocno! Przecież nawet tego nie zrobiłem!
Snape wyprostował Harry'ego, odwrócił, po czym zgromił go wzrokiem godnym bazyliszka.
— Jeśli kiedykolwiek, jeszcze raz, choćby przez chwilę, będziesz kontemplować rozprzestrzenienie tych permanentnych bzdur…
Harry uśmiechnął się bezczelnie do niego. Jego twarz była zaczerwieniona, a włosy jeszcze bardziej rozczochrane niż zwykle, ale klapsy najwyraźniej niewiele zdziałały w opanowaniu jego impertynenckiej postawy. Snape zmarszczył się groźnie. Oczywiście powinien zastosować więcej siły w uderzeniach, ale kto by się spodziewał, że chłopiec stanie się tak nieczuły na jego surowy sposób bycia?
— Założę się, że mogłem przekonać przynajmniej połowę pierwszorocznych. Przyjmie pan zakład?
Snape sięgnął mu do kołnierza ponownie, na co natychmiast Harry cofnął się do tyłu, unosząc ręce w geście poddania. Mimo to uśmiech nie schodził mu z twarzy.
— Dobrze, już dobrze. Niech pan nie będzie taką zrzędą.
— Zrzędą… — Brwi Snape'a osiągnęły prawie linię włosów. W tej sekundzie miał zamiar ukrócić tą bezczelność. — Panie Potter… Jeśli nie chcesz dostać prawdziwej kary, to w tej chwili zaczniesz mi okazywać należyty szacunek.
W jego głosie nie było słychać najmniejszego śladu humoru i uśmiech Harry'ego powoli zgasł.
Snape patrzył, ukrywając zdziwienie, jak psotna mina Harry'ego została zastąpiona przez pierwsze oznaki niepewności, potem przerażenie, a wreszcie poczucie winy.
— Przykro mi — powiedział w końcu Harry, patrząc w ziemię. Cała wesołkowatość go opuściła. — Nie chciałem być lekceważący. Był pan naprawdę genialny, słowo. Nie chciałem pana zdenerwować. Myślałem, że… No wie pan… Że uzna to pan za śmieszne… — Ręce ostrożnie zakradły się na tyłek, który zaczął delikatnie masować.
Snape spojrzał na pochyloną głowę i opuszczone ramiona Gryfona i westchnął cicho. Merlinie, ale chłopiec był wrażliwy. Jego irytacja częściowo wyparowała, gdy stało się jasne, że chłopiec nie planował tak naprawdę być bezczelny, a częściowo, kiedy uświadomił sobie, że nie stracił wprawy w zastraszeniu bachora. Po prostu inaczej, niż pierwotnie zakładał, w różnych sytuacjach musiał korzystać z różnych metod.
— Twoje wysiłki, aby wzbudzić we mnie współczucie są daremne, panie Potter. Dałem ci wystarczająco dużo czasu i wskazówek by zauważyć nadciągające dla twoich pośladków niebezpieczeństwo — zauważył surowo, choć jego głos był znacznie mniej srogi niż kilka chwil wcześniej.
Harry spojrzał w górę, zdezorientowany.
— Współczucie?
Snape odciągnął rękę Harry'ego, która masowała tyłek, wciąż piekący po otrzymanych klapsach.
— Jeśli chcesz wywołać u mnie wyrzuty sumienia z powodu mojego brutalnego ataku, to na przyszłość polecam nie chichotać, gdy wymierzam ci klapsy.
Harry spojrzał na opiekuna. Czyżby Snape faktycznie zażartował? Nie brzmiał już jakby był strasznie wściekły – tak jakby naprawdę wierzył, że powiedziałby te wszystkie rzeczy o nim. A tyłek naprawdę strasznie go piekł. Harry tak bardzo się śmiał dowcipkując, że gdy dostał pierwsze klapsy, to nie przywiązywał do nich większej uwagi, ale kiedy szczęśliwe skowronki wypełniające jego pierś znikły pod wpływem srogiej reprymendy Snape'a, poczuł ich skutek w dziwnym rodzaju opóźnionej reakcji. Teraz, obserwując uważnie Snape'a, pomyślał, że nauczyciel wygląda, jakby już nie był zły. Bardziej jakby był... zmęczony.
— Tak naprawdę to nie zrobiłbym tego, słowo. Ja tylko żartowałem — powiedział cicho, ukradkiem spoglądając na wysokiego człowieka.
— Wiem, Harry — przyznał Snape, świadomie używając chłopca imię, co wywołało natychmiastową reakcję, a u niego wywołał krzywy, ślizgoński uśmieszek. — Ale przez chwilę nie byłem tego taki pewien.
— Co? Jak mógł pan pomyśleć, że zrobię coś takiego! — krzyknął obrażony Harry.
Snape uniósł brew.
— Jak raczyłeś zauważyć, to był bardzo ślizgoński plan. Czy naprawdę myślisz, że Ślizgon nie uczyniłby takiej oferty na poważnie?
Oczy Harry'ego rozszerzyły się, gdy pomyślał o tym.
— Chce pan powiedzieć, że Draco zaproponowałby coś takiego?
— Nie, pan Malfoy ma zbyt mocno rozwinięty instynkt samozachowawczy, żeby rozważać taki plan, a co dopiero podzielić się nim ze mną, nawet w żartach — odpowiedział Snape ostrym tonem. — To nie było szczególnie inteligentne posunięcie.
Harry, przez około trzy sekundy, wyglądał na urażonego tymi słowami, a w następnej chwili zaczął ponownie chichotać, gdy tylko przypomniał sobie minę Snape'a podczas „szantażowania" go.
— Potter… — zaczął Snape ostrzegawczo, ale chłopak mu przerwał.
— Pan Przytulaczek… — Harry zakrztusił się, próbując powstrzymać się od śmiechu.
— Potter, masz dokładnie dziesięć sekund, aby się opanować, albo jutro nie będziesz w stanie siedzieć w klasie!
— Tak, profesorze... Jaskier. — Harry uchylił się przed ręką Snape'a próbującą chwycić go za ucho, po czym udało mu się opanować. — W porządku, przepraszam. To był ostatni raz, obiecuję.
Snape przewrócił oczami, ale był zbyt zmęczony, aby ponownie surowo zbesztać chłopka.
— Potter, jest druga w nocy. Proponuję zabrać eliksir, po który przyszedłeś i wrócić do łóżka.
Harry szybko spoważniał przypominając sobie o przyjacielu, czekającym w gabinecie Snape'a.
— Racja. Biedny Ron.
Pobrawszy eliksir Głębokiego Snu z podręcznego magazynku, Snape spojrzał na chłopca stojącego obok niego.
— Jaki był ten drugi?
— Co drugi? — zapytał Harry z roztargnieniem, przypatrując się wszystkim dziwnie świecącym fiolkom eliksirów.
— Mówiłeś, że miałeś dwa zapasowe plany, których mogłeś użyć. Próba szantażu była jednym z nich. Jaki miałeś inny pomysł?
Harry wyglądał na bardzo zakłopotanego.
— Żaden.
— Potter, nie obrażaj mojej inteligencji, próbując mnie okłamać.
— Dobrze, już dobrze — chłopiec wiercił się, jęcząc: — Nie będę kłamać, ale nie chcę panu tego powiedzieć.
— Boisz się, że wymierzę ci kolejne klapsy? — zapytał Snape sucho.
Harry pokręcił głową, ale nie chwycił przynęty. Ciekawość zaczęła Snape'a zżerać, tym bardziej, że wiedział, iż jeśli nie dowie się, jaki plan miał Potter, to całą noc będzie o tym myślał.
— Powiesz mi, jeśli obiecam ci, że nie dostaniesz już żadnych klapsów? — Kolejne zaprzeczenie.
— Co, jeśli obiecam, że nie będę się złościć? — I jeszcze jedno.
— No dalej, chłopcze! To może wcale nie był ślizgoński plan!
— To nie był ślizgoński plan. — Ledwie usłyszał słowa Harry'ego, były tak ciche i skierowane w stronę podłogi. — Tylko H'f'l'p'.
Snape starał się wyłapać sens w tym bełkocie.
— To był plan… Hufflepuff? — powtórzył zdumiony. — Jak to? — zażądał. Zatrzymał się gwałtownie i łapiąc Gryfona za łokieć, zmusił go do tego samego.
Harry oblał się rumieńcem i wbił wzrok w podłogę, byle nie patrzeć opiekunowi w oczy.
— Potter, powiedz mi. — Nic. Cisza. — Harry?
Tak jak Snape przewidywał chłopiec złapał przynętę.
— Ja… Pomyślałem, że jeśli nic innego nie zadziała, to zapytam, czy zrobi to pan... Dla mnie. — Ostatnie dwa słowa były niemal niesłyszalne, ale Mistrz Eliksirów i tak był pod ogromnym wrażeniem odwagi Harry'ego, który zdecydował się to powiedzieć.
Co nie zmieniło faktu, że tym razem to Snape się zarumienił. Było to równoznaczne z deklaracją, czyli czymś, z czym Ślizgon nie za bardzo wiedział jak sobie poradzić, ani nawet jak się do niej ustosunkować emocjonalnie.
— Rozumiem…
Harry poczuł się, jak kompletnie niewdzięczny bachor. Ni z gruszki palnął o swoich uczuciach niczym potrzebujący maluch! Czy mógłby być bardziej żałosny? Teraz Snape zacznie z niego szydzić i będzie się domagał dowiedzieć, skąd przyszło mu w ogóle do głowy, że stwierdzenie „zrób to dla mnie!" w ogóle zadziała. Snape nigdy nic nie zrobi dla Pottera, chyba, że coś zgoła odmiennego od pierwotnej idei. Jakby nie wystarczyło, że był na tyle rozkojarzony, by pozwolić sobie na rzucenie się namężczyznę i przytulenie go. Nadal był zaskoczony, że Snape nie odepchnął go lub nie uderzył, jak na pewno uczyniłby wuj Vernon w takiej sytuacji.
Co on myślał? Wiedział, że Snape nienawidzi tego rodzaju rzeczy. Dobrze, zdał już sobie sprawę, tamtego dnia, w gabinecie dyrektora, że Snape tak naprawdę nie nienawidzi go już, a że dzięki jego mamie być może Snape nawet faktycznie odczuwa trochę żalu i sympatii wobec niego. Ale Harry miał świadomość, że paplanie o swoich uczuciach w ten sposób, to na pewno nie było coś, co Snape chciał usłyszeć... Nie… Był głupi, głupi, głupi. To nie było tak, że Snape chciał go lubić, ale pomiędzy przyrzeczeniem danym jego mamie, proroctwem i rolą Harry'ego w nadchodzącej wojnie, po prostu do niego przywykł. Już nie sprawiał wrażenia jakby nim pogardzał i to było świetne. Ale żeby brzmieć tak, jakby myślał, że Mistrz Eliksirów się o niego naprawdę troszczy lub tak jakby spodziewał się, że Snape zacznie działać jak jego zaślepieni krewni wobec Dudleya i jego wszystkich głupich życzeń… cóż, tylko Merlin wiedział, jak bardzo może to zaszkodzić ich związkowi.
O nie… Snape odchrząknął. Nadchodzi prawda. To miało być straszne.
— Cóż, Potter, przypuszczam, że to by zadziałało — stwierdził wreszcie spokojnie Snape, po czym wyszedł z pokoju, pozostawiając zszokowanego Harry'ego, patrzącego za nim z otwartą buzią.
