Rozdział 10: Ten świat oszalał w pięć minut
Autor: Dżentelmen
Moon Knight starał się manewrować samolotem ale unikanie wszystkich ataków było za trudne, nawet przy tak małej machinie. Spidey doskoczył do miejsca drugiego pilota przed innymi, którzy próbowali ustać na nogach, uderzając co chwila o ściany i coraz nowsze klony Madroxa.
- To nie może być trudne. - stwierdził ścianołaz, chwytając za urządzenie kontrolujące szybkostrzelną bronią umieszczoną końcach skrzydeł.
- To jak gra na PlayStation - powiedział rycerz, choć i tak w danym momencie raczej nie powinien odwracać uwagi od kierowania samolotem - Wystarczy, że skieruję nas w ich kierunku. Nie musisz celować, tylko pamiętaj by niepotrzebnie nie zużywać...
- Żryjcie ołów! - zakrzyczał wesoło pajęczak, po czym wypuścił długą serię z obu działek, niestety mijając się z celem, bo przeciwnik pozostał nietknięty.
- Już po nas - stwierdził ponuro Hawkeye, lecz po części miał rację. Tylko Spider-man miał dostęp do broni i szybko wykorzystał cały jej zapas, eliminując tylko jeden z kilku wrogich pojazdów.
- Tnij trawę! - rozkazał Captain, a Marc szybko obniżył pułap tak, że lecieli tuż nad czubkami drzew - Wszyscy wysiadają! - Rogers chwycił za zawór otwierający drzwi, a powietrze jak szalone zaczęło wlatywać do środka.
- Przecież to jakieś dziesięć metrów! - kilku Madroxów zareagowało w ten sam sposób, jednak reszta drużyny nie miała specjalnych obiekcji, a Hawkeye wykonał polecenie jako pierwszy. Spadając, chwycił za łuk i strzałę która po wystrzeleniu w górę uwolniła z siebie mały spadochron. Powietrze było jednak zimne, więc ta sztuczka okazała się mało przydatna i łucznik zaczepił się o najwyższą gałąź drzewa. Dookoła nie było w sumie nic innego więc nawet o awaryjnym lądowaniu nie było mowy.
Kolejny był Captain America, który spadając, osłonił się tarczą lecz mimo wszystko musiał się zatrzymać po drodze na drzewie, bo nie był pewien czy umiałby dobrze wylądować. Samolot leciał tak szybko, że Rogers spadł sto metrów od łucznika, mimo, że skoczył praktycznie zaraz po nim.
- Ja tego nie zrobię! - zaprotestował Madrox, ale na nic to było bo Spider-man złapał go już po tym jak mutant wchłonął swoje kopie, i razem wyskoczyli - Nie wiem czy zauważyłeś, ale nie masz o co zaczepić tą się... - detektyw starał się przemówić swojemu kompanowi do rozumu, choć orientował się, że trochę na to za późno, ale został zagłuszony przez silniki nadlatujących samolotów przeciwnika. Jamie zamknął oczy, modląc się w myślach, przepraszając boga za to, że wyjadał wszystkie ciastka, czekał aż wszystko ucichnie. Jednak nic się nie stało, a ryk silników wciąż dręczył jego uszy. Rozwarł więc źrenice i ujrzał Spider-mana, jednak poruszali się tak szybko, że obraz mu się zaczął rozmazywać. Po chwili dopiero zorientował się, że bohater zaczepił się siecią o jeden z samolotów. Po chwili ścianołaz zwolnił uścisk z wytworzonej przez siebie liny i obydwoje zaczęli pikować w kierunku małego jeziora na dole.
Hawkeye powoli skakał pomiędzy gałęziami. Mimo, że nie był najlepszym akrobatą, jakoś radził sobie z tym otoczeniem i w kilkanaście sekund znalazł się na ziemi. Kolejne co musiał zrobić to ustalić plan działania. Ground Zero znajdowało się daleko od tego miejsca, a o ile pamiętał kierunek to i tak musiałby ruszyć w kierunku reszty. Jednak mógł założyć, że w okolicy i tak przeciwnik ma przygotowane jakieś zabezpieczenia, więc wolał zaczekać i skontaktować się z resztą później. Dotknął więc swojego komunikatora i próbował połączyć się przez wspólny kanał, ale słyszał tylko cichy szum. To nie wróżyło dobrze. Sprawdził więc po kolei pojedyncze linie, i najwyraźniej oprócz niego, tylko Moon Knight był nieuszkodzony, ale z jakiegoś powodu nie odbierał.
- Idioci... - westchnął i usiadł na trawie. Nic nie słyszał ale nie starał się wsłuchiwać, bo musiał się skupić na wymyśleniu jakiegoś planu. Nie znał terenu i nie wiedział nawet jak daleko znajdują się pozostali. Miał kilku znajomych którzy mogli by mu pomóc ale zajęło by to dużo czasu, a poza tym spierało z tym co miał zamiar dostać od Fury'ego po wykonaniu tego zadania. Siedział więc pogrążony w samolubności, wściekły, że tak się zachowuje. Nie mógł poznać samego siebie. To chyba była jedyna droga do spokoju. Musiał wykonać tą misję by później zginąć.
- Hawkeye umrze - zaśmiał się donośnie, czuł, że mu odbija. Nie chciał być już więcej facetem w fioletowych trykotach lecz musiał być nim wystarczająco długo by później odejść w spokoju. Powstał po dłuższej chwili, by po raz ostatni być drugim sobą, by być nim w pełni, tak jak jeszcze nigdy dotąd. I tak się stało. Odchylił głowę lekko do tyłu - Nawet o tym nie myśl. Szanse, że zabijesz mnie z takiej odległości są marne. To, że po twoim nieudanym strzale cię podziurawię... to jest pewne.
Kilkaset metrów na południe, pewien bardzo niezadowolony detektyw, wygrzebywał się akurat z zimnego jeziora na błotnisty brzeg. Spider-man siedział na trawie nieopodal i wykręcał skarpetki by pozbyć się z nich wody. Popatrzył na swojego towarzysza a gdy ujrzał jego zdenerwowanie stwierdził - To nie moja wina. Powinieneś się cieszyć, że to nie zima bo lądowanie byłoby twarde - chwycił za maskę którą chciał zdjąć, jednak przypomniał sobie, że nie może tego zrobić w obecności kogoś kogo ledwo zna - Możesz się na moment odwrócić?
- A co? Jesteś aż tak brzydki pod tą maską? - zaszydził mutant, jednak po chwili odzyskał naprawdę dobry humor bo spośród drzew wyłoniła się znajoma sylwetka - Colossus!
- Hej, znam cię! Jesteś x-manem, co nie? - zagadał ścianołaz - Wreszcie ktoś kto będzie się śmiał z moich dowcipów... chociaż nie. Mieszkasz razem z Loganem co nie?
Piotr minął nowojorskiego herosa, podszedł do Madroxa i wyciągnął do niego rękę. Detektyw złapał go, a jego przyjaciel w tej samej chwili przeistoczył się w swoją stalową formę, po czym rzucił Jamie'em w Spider-mana.
- Na pewno mieszka z Loganem. Nigdzie indziej nie nauczyłby się takiego powitania - oznajmił pająk, podnosząc się w tym czasie z ziemi.
- Coś tu nie gra... - powiedział raczej sam do siebie Multipleman - Czemu nas atakujesz? Przecież to nie ma sensu.
- Co nie ma sensu? - stalowy człowiek zaczął iść w ich kierunku - To, że wykonuję swoją powinność jako mieszkaniec tego kraju? Nie zamydlicie mi oczu amerykanie! - chód zmienił się w bieg, a bohaterowie ledwo co zdążyli odskoczyć na boki.
- Chyba nie obędzie się bez walki. - Parker podniósł się i stanął w bojowej pozie.
- Spotkałeś kiedyś Juggernauta? - zagadnął go towarzysz.
- Takiego dużego z miską na głowie? Mieliśmy kilka dobrych chwil, a co? - siecioplot najwyraźniej nie rozumiał aluzji.
- Wiesz jak go nazywają? - zapytał ponownie Madrox.
- Niepowstrzymany Juggernaut. Rzeczywiście, nie da się go powstrzymać, ale nie rozumiem do czego brniesz.
- Zaraz będziemy walczyć z jedynym gościem który go powstrzymał - Jamie przełknął ślinę i choć zdążył w czasie tej rozmowy stworzyć dużą grupę duplikatów, wcale nie czuł się pewnie.
Gdzieś w okolicach Moskwy, gapie zaczęli już się zbierać wokół wraku samolotu, ale Moon Knight zdołał w porę się ulotnić i przebrać w cywilne ciuchy - Pewnie w jakimś głupim kraju pomyślą, że to ich i zrobią półroczną żałobę... Nie mój problem - westchnął i ruszył poboczem w stronę miasta.
Hawkeye nie obchodził się delikatnie ze swoimi przeciwnikami. Zdawało mu się, że to jedna osoba, jednak okazało się, że miał do czynienia z całą grupą. Mimo swojego wcześniejszego ostrzeżenia w stronę jednego z nich, był zadowolony bo po użyciu kilku strzał na powalenie ich, zyskał sobie motor. Nie było sensu kraść także stroju, który swoją drogą nie przypominał ciuchów żadnego oddziału znanego łucznikowi. Skoro nie zauważył tych kilku dodatkowych celi to znaczyło, że wróg wysłał swoich najlepszych ludzi i ktoś mógł wciąż czaić się w okolicy.
Jazda przez las była o wiele przyjemniejsza niż by się spodziewał, choć gdzieniegdzie ziemia była oblodzona i można było mieć niezły wypadek. Mimo wszystko, Clint radził sobie świetnie. Poza łukiem, motor był tym z czym radził sobie najlepiej, ale wciąż nie był do końca pewny czy uda mu się cokolwiek zdziałać. Już dawno powinien spotkać któregoś z towarzyszy, chyba, że zboczył z trasy. Na to wyglądało bo wkrótce wyjechał na otwartą przestrzeń a tam czekał już komitet powitalny. Chciał zawrócić, ale zauważył, że z lasu wyjeżdża więcej przeciwników. Byli przyzwyczajeni do tego terenu więc udało im się go dogonić.
Z dużego, samochodu terenowego, wygrzebał się jakiś wąsacz, najwyraźniej ktoś ważny w tej całej wesołej bandzie - Glupye amerikantsy. Kapitulyatsiya ili umeret.
- Czy ja wyglądam na kogoś kto rozumie rosyjski? - Barton zaśmiał się, bo pytanie wydawało się dość retoryczne.
Ten gość spojrzał na jednego ze swoich podwładnych lecz tamten wzruszył tylko ramionami.
- Nikogda ne sdavaĭtes* - łucznik dodał te słowa z jeszcze większym rozbawieniem. W końcu lekcje które dostawał kiedyś od Nataszy się przydały.
Słowa Hawkeye'a i jego drwiny sprawiły, że jego rozmówca wyraźnie się zdenerwował - Ubyeĭte yego! - wydał donośny rozkaz, a wszyscy jego ludzie skierowali broń w stronę Clinta.
Nagle, dźwięk głośnego wybuchu przeszył powietrze. Oponenci obrócili się do tyłu i ujrzeli jak spośród zgliszczy zniszczonych samochodów, wyłania się powoli, srebrzysta postać. Tymczasem Clint spojrzał za siebie i odetchnął z ulgą, widząc Rogersa siedzącego na jednym z pokonanych przeciwników - Czemu wszyscy zjawiacie się na ostatnią chwilę? Myśleliście, że sobie nie poradzę?
- Jak zwykle niewdzięczny. Następnym razem gdy tuzin gości będzie szykował się do zabicia ciebie, przypomnij mi bym ci nie pomagał - odezwał się Spidey, który razem z Madroxem prawdopodobnie przemknął się przez siły wroga, po wrzuceniu Colossusa w tamte pojazdy.
- To był żart - westchnął łucznik.
- Myślałem, że to ja jestem od żartów - pająk założył ręce na piersi, udając obrażonego.
- Dobrze widzieć, że drużyna zaczyna się zgrywać - stwierdził Cap.
- Moon Knighta tu nie ma - przypomniał mu Jamie.
- Pewnie zajął się zadaniem. Nie można go winić - odrzekł Clint.
- Ty go usprawiedliwiasz? Ten świat oszalał. Oszalał w pięć minut - mimo wcześniejszego, niezbyt dobrego humoru, tym razem detektyw starał się rozśmieszyć ekipę.
W tym momencie wszyscy zwrócili wzrok ku Colossusowi który kroczył w ich stronę z pięściami zaciśniętymi, gotowymi do miażdżenia ludzi.
- Nie powinniśmy walczyć. Peter jest moim przyjacielem i nie zaatakowałby mnie z własnej woli - detektyw starał się powstrzymać grupę herosów przed walką, jednak jego słowa nie były wystarczająco przekonujące - Na pewno ktoś go kontroluje.
- Więc wbijmy mu trochę rozumu do głowy - to powiedziawszy, Spider-man doskoczył do przeciwnika, i robiąc fikołki i uniki, starał się go skołować tak by dać szansę reszcie drużyny.
- Mam kilka wybuchowych strzał ale teraz nie byłoby mądrze ich użyć - stwierdził Hawkeye, lecz mimo to sięgnął do kołczanu, a zamiast wcześniej wymienionego efektu, jego broń spowodowała, że nogi wielkoluda zostały obklejone szybkoschnącym glutem. Spidey podążył tym tropem i użył skondensowanej sieci by unieruchomić ręce przeciwnika.
- Dobranoc towarzyszu - Captain chwycił za tarczę i posłał ją w twarz Colossusa. Uderzenie nie wywołało żadnej krzywdy ale przynajmniej na chwilę odwróciło uwagę stalowego mężczyzny, tak by w następnych sekundach, pająk i Rogers zadali wspólny cios.
Captain odwrócił wzrok i zauważył, że przywódca, czyli ostatni przytomny przeciwnik, właśnie rzucił się do ucieczki - Jamie?
- Już dawno. - odparł z uśmiechem mutant.
Na drodze uciekiniera stało już kilka kopii, które skutecznie odcięły mu drogę.
- Moon Knight będzie wiedział gdzie szukać? - zaciekawił się Spider-man.
- Pewnie, że tak. Przecież to Moon Knight - Hawkeye westchnął głośno i padł na trawę, by w końcu trochę odpocząć - Wy lepiej pomyślcie jak my dotrzemy do miasta.
