10.
Było ciepłe, słoneczne, jesienne przedpołudnie — idealne wręcz na przechadzkę i Gin Ichimaru skwapliwie korzystał z tej okazji. O dziwo, Aizen nie zaprotestował w żaden sposób, gdy Gin zakomunikował mu od niechcenia o potrzebie porannego spaceru. Co prawda, wszyscy wiedzieli, że porucznik Oddziału Piątego lubi się przechadzać o każdej porze dnia i nocy, ale nie spodziewał się, że pójdzie mu aż tak łatwo.
Co więcej, zarówno podczas wieczornego, jak i porannego raportu, Aizen zachowywał się jak każdego innego dnia. Gin nie mógł mieć całkowitej pewności, ale wiele wskazywało na to, że Centrala 46 nie przekazała jeszcze dowództwu Gotei13 żadnych niepokojących wieści.
Dobrze… Im później cała sprawa wyjdzie na jaw, tym lepiej dla niego…
Skrzywił się nieznacznie. Nie był w nastroju, by po raz kolejny roztrząsać wydarzenia tamtej nocy. Powinien zająć się raczej kontemplacją krajobrazu, czy czymś podobnym…
Rozejrzał się wokół. Zabudowania Oddziału Piątego zostały daleko za nim — co samo w sobie wystarczało, by znacząco poprawić mu humor — i szedł teraz przez jesienny las. Zmarszczył brwi. Nie uważał się za osobę szczególnie wrażliwą na uroki otoczenia, ale musiał przyznać, że zagajnik za Akademią robił na nim nad wyraz przyjemne wrażenie…
Zaraz, zaraz… Zagajnik za Akademią?
Przystanął na chwilę ze zdumienia, po czym uśmiechnął się szeroko. Proszę, proszę, gdzież to go zaniosło…
Ruszył przed siebie, tym razem przyglądając się otoczeniu z większą uwagą. Musiał przyznać, że wszystko prezentowało się bardzo, hmmmm, ładnie… Te, hmmm, krople deszczu na liściach… eee… i strumyk, który płynął między drzewami… i same drzewa też. Kolorowe takie. Naprawdę miłe dla oka…
Popatrzył w górę. Niebo… niebo miało kolor ocz-…
Wróć, zreflektował się w duchu Gin Ichimaru, jednocześnie dziękując wszystkim bóstwom, że w okolicy nie ma nikogo, kto mógłby dostrzec jego rumieniec. Doprawdy, skąd coś podobnego przyszło mu do głowy? Czy to w ogóle normalne, żeby oficer Gotei rozmyślał sobie od niechcenia o uczniu Akademii?
Ale, bądź co bądź, odcień się zgadza, pomyślał z rozbawieniem, kategorycznie zakazując sobie przy tym dalszego kontemplowania przyrody.
Choć prawdę powiedziawszy, miło byłoby jeszcze raz trafić do tamtego zakątka. Doprawdy, Izuru-kun znalazł sobie wyjątkowo urokliwe miejsce do rozmyślań…
Znowu!
Uśmiechnął się kątem ust, skręcając w boczną ścieżkę. Cóż, szanse, że trafi z powrotem do miejsca, gdzie poprzedniej nocy znalazł się zupełnym przypadkiem, były bardzo…
Jedną chwileczkę, pomyślał, zatrzymując się nagle. Czy to przypadkiem nie…?
Tutaj. Z całą pewnością tutaj. Poznawał to drzewo. I te paprocie. I ten zwalony pień.
Kluczowym dowodem zaś był fakt, że tuż obok pnia siedział nad strumykiem Izuru Kira.
Co ciekawe, reiatsu chłopca było aż nadto wyraźne… Gin uniósł brwi… czy było możliwe, że przez całą drogę nieświadomie je wyczuwał i to ono doprowadziło go do tego miejsca?
Gin uniósł brwi. Ot, zagadka. Skoro jednak już tu był…
Spojrzał raz jeszcze na Izuru Kirę i przeszedł go dreszcz na samą myśl, że ktokolwiek może siedzieć na tak mokrej trawie — w końcu w nocy padało! Zaraz jednak jego uwagę zwróciło coś innego — tego ranka nie miał powodów, by ukrywać swoje reiatsu, a mimo to chłopiec najwyraźniej go nie zauważył. Musiał być czymś mocno zaaferowany…
Uśmiechnął się pod nosem. Nic nie stało na przeszkodzie, by podejść i zapytać… a przy okazji mógłby przeprosić za swoje wczorajsze zniknięcie…
Shunpo — i oto znalazł się nad brzegiem strumienia, tuż za plecami Kiry. Chłopiec zdawał się uparcie wpatrywać w coś na jego drugim brzegu…
— Widzisz tam coś ciekawego, Izuru-kun? — zagadnął od niechcenia Gin, nachylając mu się do ucha. Na dźwięk jego głosu Kira zerwał się na równe nogi, wyraźnie wystraszony — i Gin Ichimaru miał już ochotę zeń zażartować; jednak w tej samej chwili chłopiec zachwiał się, jakby zakręciło mu się w głowie. Gin zareagował odruchowo, obejmując ramieniem jego plecy — i zdziwił się niepomiernie, gdy Kira skulił się raptownie, a po jego twarzy przemknął grymas bólu.
Gin zmarszczył czoło, a jego nieodłączny uśmiech na chwilę zgasł. Co u licha?
— Wszystko… w porządku, Izuru-kun? — zagadnął swym zwyczajnym tonem. Chłopiec na powrót przysiadł na trawie, spuścił wzrok.
— Przepraszam, poruczniku — wyszeptał. — Jak pan widzi, jestem kiepski w wykrywaniu reiatsu…
Gin Ichimaru uniósł brew. Cokolwiek nurtowało Izuru Kirę, musiało zajmować go bez reszty — Gin wątpił, by w przeciwnym razie chłopiec tak po prostu usiadł w obecności oficera. Ponadto… Czy mu się zdawało, czy w jego głosie słyszał najlżejszą sugestię goryczy?
Westchnął w duchu. Nie mógł uwierzyć, by tak banalna sprawa dręczyła Kirę do tego stopnia. Co więcej… nie tłumaczyło to jego gwałtownej reakcji na próbę pomocy. Popatrzył na chłopca bystro.
— Kiepski dzień w szkole?
Kira wciąż siedział ze spuszczoną głową, skubiąc bezwiednie źdźbła trawy.
— Można… można tak powiedzieć, panie poruczniku — odparł w końcu ostrożnie.
Gin przysiadł na pniu. Odpowiedź Izuru nadal niczego nie wyjaśniała — upewniła go jedynie w przekonaniu, że zaistniał jakiś problem i to bardziej skomplikowany, niż mogło się początkowo wydawać.
Zamyślił się nad kolejnym pytaniem. Jako szpieg musiał celować w odgadywaniu cudzych nastrojów i ich przyczyn — jednak nigdy wcześniej nie miał do czynienia z uczniem Akademii. I czemu miałoby mu zależeć, by rozgryźć powody przygnębienia Izuru Kiry? Czyżby chciał mu w ten sposób wynagrodzić swoje wczorajsze zniknięcie? A jeśli tak — to czemu tak bardzo się tym przejmował?
Zganił się w duchu. Podobne rozważania do niczego w tej chwili nie prowadziły. Jeśli chciał się czegoś dowiedzieć, to należało zapytać, a nie bezproduktywnie się zastanawiać.
Poza tym… czemu chłopiec sprawiał wrażenie, jakby ktoś go obił? Jego reiatsu… Teraz, gdy Gin się nad tym zastanowił, doszedł do wniosku, że było w nim coś… niezdrowego. Uczuł, że zaczyna boleć go głowa.
— Jakieś kłopoty na treningu? — zapytał, próbując trafić na właściwy trop. Odpowiedział mu przeczący ruch głowy. I milczenie.
A zatem nie tędy droga… No cóż, nie oczekiwał, że Kira z miejsca zacznie wylewać przed nim swe żale — ale mimo wszystko liczył na odpowiedź, która dawałaby chociaż pewien punkt zaczepienia.
Postukał palcami o pień. Hmmm…
Właściwie, pomyślał nagle, to…
— Nie powinieneś być przypadkiem na zajęciach, Izuru-kun? — rzucił od niechcenia. Izuru Kira posłał mu szybkie spojrzenie, nim znów uciekł wzrokiem.
— Kapitan Ukitake mnie zwolnił… — powiedział cicho. — N-nie wagaruję, poruczniku… — dodał, jakby nieco spłoszony.
Gin popatrzył na niego z zaskoczeniem. W życiu nie przyszłoby mu do głowy, by kogokolwiek winić za wagary — w końcu każdemu mogły się przydarzyć.
No dobrze, poprawił się w myślach. Może każdemu poza Izuru Kirą. To wszakże nijak nie zmieniało faktu, że nie zamierzał robić z tego problemu…
Skoro jednak Kira został zwolniony z zajęć, to coś musiało być nie w porządku. I to mocno nie w porządku — kogoś, komu wagary wydawały się ciężkim przewinieniem, nie zatrzymałby w dormitorium zwykły katar czy parę siniaków…
— Kapitan Ukitake z pewnością miał dobry powód, by cię zwolnić, Izuru-kun — stwierdził, na pozór lekkim tonem, jednocześnie nie spuszczając z Kiry bacznego wzroku. Chłopiec znów milczał przez chwilę, obracając w palcach znaleziony w trawie kamyk i przygryzając wargi. Wreszcie…
— J-jestem do niczego — szepnął, a Gin wychwycił niemal niezauważalne drżenie w jego głosie. — To wszystko przez to…
Kamyk wylądował z cichym pluskiem w toni strumienia — Gin zaś patrzył na chłopca w całkowitym osłupieniu. Co temu dzieciakowi znów strzeliło do głowy?
— Mógłbyś powtórzyć… bo chyba się przesłyszałem? — zagadnął, przywołując na twarz maskę rozbawienia. Izuru Kira podciągnął kolana pod brodę. Na Hollowa, przemknęło przez głowę Gina, co z nim?
— Przepraszam, poruczniku… — wykrztusił tymczasem chłopiec. — Przepraszam, że… że się wczoraj nie zjawiłem… Wiem, że… z-zawiodłem…
Gin poczuł, że robi mu się co najmniej głupio. Jeśli to był jeden z powodów fatalnego nastroju Kiry, to… U licha, powinien to jakoś wyjaśnić… Tylko jak?
Z drugiej strony, Izuru Kira musiał mieć naprawdę poważny powód, jeśli nie wrócił wczoraj do zagajnika. Gin był niemal całkowicie pewien, że stało się to z tej samej przyczyny, dla której dziś Kira opuścił zajęcia…
I jeszcze ten ból, który odmalował się wcześniej na jego twarzy i odbijał się echem w reiatsu…
Dość tego kluczenia.
— Co się stało, Izuru-kun? — zapytał wprost, autorytatywnym tonem oficera Gotei. Kira podniósł na niego wystraszone, błękitne spojrzenie.
— Ja… Zasłużyłem, poruczniku… — wyjąkał. — T-to… za karę… Należało mi się…
— Co? — rzucił Gin, nieco zbyt ostro, czując, jak w głębi duszy kiełkuje nad wyraz paskudne przeczucie. Izuru Kira skulił się jeszcze bardziej.
— D-dwadzieścia batów… — szepnął jakby z zawstydzeniem, opierając czoło na kolanach.
Co takiego?!
Gin patrzył na Kirę w osłupieniu, nie wierząc w to, co właśnie usłyszał. Czuł się, jakby znienacka trafił wprost do Hueco Mundo. Równie dobrze Izuru mógłby oznajmić, że postanowił rzucić akademię i zająć się uprawą persymonek. Musiał się przesłyszeć… Coś takiego nie było przecież możliwe…
Było?
Było. Gdyby Izuru Kira chciał skłamać, z całą pewnością nie wspomniałby o czymś tak upokarzającym jak chłosta — o tym Gin był całkowicie przekonany. Uczuł, że narasta w nim zimny gniew. Nie interesował się dotąd regulaminem Akademii, ale zakładał, że powinien chronić on uczniów. Zresztą, nawet w Gotei13, organizacji bądź co bądź militarnej i złożonej z dorosłych, nie stosowano podobnie okrutnych i bezsensownych kar.
Jak można było dopuścić do czegoś podobnego?
Gin mimowolnie zacisnął dłonie w pięści. Gdyby ten, kto wydał wyrok na Izuru Kirę, trafił w tej chwili w jego ręce, nie uniknąłby spotkania z Shinsou…
Czemu tak bardzo się tym przejmujesz…?
Zawahał się na chwilę, przygryzając wargi. No właśnie… czemu?
Odpowiedź zjawiła się sama, zupełnie naturalnie. Przejmował się, bo… czuł, że on tu zawinił.
Pojął nagle, czemu drzewa na drugim brzegu wydawały się Izuru takie interesujące. Czuł, że nie dałby rady spojrzeć w tej chwili na Kirę i zachować spokoju.
Uświadomił sobie, że od dłuższego czasu milczy. Niedobrze… należało coś odpowiedzieć, nim chłopiec uzna, że Gin potępia go za to, co się stało.
— Za… spóźnienie — bardziej stwierdził, niż zapytał. Poczuł, że Kira przygląda mu się niepewnie.
— T-tak… — usłyszał po chwili. — Ale… nie zasłużyłem na nic innego… Należało mi się…
Gin zdobył się, by wreszcie popatrzeć na Kirę. Chłopiec wpatrywał się przed siebie niewidzącym wzrokiem, ciskając do wody drobne kamyki.
— Należało mi się… — podjął Izuru po chwili przerwy przejmująco obojętnym tonem. — Spóźniłem się na zajęcia i słusznie zostałem ukarany… Nie powinienem ich opuszczać, szczególnie że… że jestem taki słaby z wyczuwania reiatsu…
Gin zamrugał ze zdumieniem. Czy… czy to możliwe, by Kira naprawdę tak uważał? Podobna postawa wydawała mu się nieprawdopodobieństwem… W końcu nic nie usprawiedliwiało chłosty za podobne przewinienie. Poza tym… Co on się tak uczepił tego nieszczęsnego reiatsu?
— Na dodatek… — ciągnął tymczasem Kira nieco zduszonym głosem — H-hinamori-san i… Abarai-kun… Oni też prawie… przeze mnie… A… a potem… Na pewno zachowaliby to w tajemnicy… Ufam im i… i wiem, ale… Ale i tak nie mogłem… Zawiodłem ich i… i zraniłem… choć wcale na to nie zasłużylim, ale… Nie mogłem im powiedzieć… — Izuru zacisnął kurczowo dłonie na okrytych kosode ramionach, a Gin znów poczuł ukłucie sumienia. Na wszystkie Hollowy Hueco Mundo, wyglądało na to, że chłopiec aż nadto przejął się wczorajszą obietnicą milczenia. — Nie mogłem… Nikomu nie mogłem… Dałem słowo…
Gin poczuł, jak wzbiera w nim pogarda do samego siebie. A zatem nie mylił się... Izuru Kira naprawdę ucierpiał przez niego — z powodu obietnicy, której nigdy nie musiałby składać, gdyby on, Gin Ichimaru, nie był tak lekkomyślny w swoich planach. Do demona, że też chłopiec miał nieszczęście natknąć się na niego poprzedniego ranka… Mogło się to wydawać nieprawdopodobne, ale Ginowi trudno było znieść myśl o tym, że przyczynił się do czyjegoś cierpienia. Szczególnie gdy szło o kogoś niewinnego… i o kogoś, kto wcześniej dołożył wszelkich starań, by mu pomóc.
Gin Ichimaru zerknął odruchowo na swoją rękę — po czym zaklął w duchu. To była wyjątkowo podła świadomość… a na dodatek nijak nie wiedział, co powinien w zaistniałej sytuacji zrobić.
— A najgorsze, że… — głos Izuru Kiry ścichł nagle, a Gin zmarszczył brwi z zaniepokojeniem. O co jeszcze chłopiec zamierzał się oskarżyć? — Najgorsze, że nie dałem rady… Naprawdę… naprawdę chciałem… miałem nadzieję, że… Ale… n-nie mogłem…
Izuru urwał, na jego twarzy wyraźnie odmalował się wstyd. Gin zmrużył oczy — chłopiec najwyraźniej nie dostrzegał, że choć nie dotrzymał jednego przyrzeczenia — nie z własnej winy, to należało podkreślić — to nie złamał słowa w sprawie znacznie ważniejszej, przynajmniej z punktu widzenia samego Gina. Wydawało się jednak, że jego obecne zawstydzenie nie wynikało jedynie z poczucia winy… i Gin Ichimaru niemal jęknął nad własną głupotą, gdy pojął, co tym razem miał na myśli Kira. Jak mógł o tym zapomnieć… wszak chłopiec także tu i teraz cierpiał nie tylko wewnętrznie, ale i fizycznie… Dwadzieścia batów…
Ginie Ichimaru, ty skończony półgłówku!
— Nie dałem rady… — szept Izuru ponownie zwrócił jego uwagę. — Nie dotrzymałem także i tej obietnicy… Sam pan widzi, poruczniku… Do niczego się nie nadaję…
Ukrył twarz w dłoniach. Gin był niemal pewien, że za chwilę usłyszy szloch — i poczuł się jeszcze gorzej. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Spojrzał na chłopca z niekłamanym podziwem — Izuru Kira wyraźnie był dzielniejszy, niż sam sobie uświadamiał. Choć mimo wszystko, Gin wolałby, by Kira nie musiał udowadniać przed nim swego męstwa w taki sposób…
— Czy… czy wszystko robię źle…? — dobiegło naraz spomiędzy palców Izuru. Gin uczuł, jak wzbiera w nim irytacja: na cały świat, samego siebie i — w najmniejszym stopniu — na Izuru Kirę. Musiał coś z tym zrobić… u demona, był chłopcu winien przynajmniej tyle. Kira nie powinien zadręczać się z powodu spraw, w których nijak nie było jego winy…
— Spójrz na mnie, Izuru Kiro — nakazał stanowczo. Chwilę trwało, nim Kira uniósł z wahaniem głowę. Sprawiał wrażenie nieco przestraszonego.
— Czy uważasz, że Gotei13 to… potwory? — zapytał Gin, nie spuszczając z niego wzroku. Niebieskie oczy rozszerzyły się ze zdumienia, ale w chwilę potem Kira gorliwie potrząsnął głową. Gin Ichimaru mimowolnie uśmiechnął się szerzej. Nie spotkałeś jeszcze Kenpachiego Zaraki, pomyślał. Ani Retsu Unohany. Ani…
Jego uśmiech przygasł.
Sousuke Aizena już spotkałeś.
— A czy… masz MNIE za potwora? — drążył z naciskiem. Tym razem Izuru zaprzeczył jeszcze energiczniej — i najzupełniej szczerze, jak uświadomił sobie Gin. Poczuł wdzięczność; już teraz znaleźliby się w Seireitei tacy, którzy…
Przygryzł wargi. Nie pora, by rozwodzić się nad sobą.
— W takim razie — podjął — sądzisz może, że jestem idiotą? Hmm?
Chłopiec popatrzył na niego wstrząśnięty.
— Poruczniku Ichimaru…
— Posłuchaj uważnie, Izuru — Gin Ichimaru wszedł mu w słowo, jednocześnie przysiadając nad brzegiem tuż obok Kiry. Trawa wciąż była mokra, ale nie miało to teraz najmniejszego znaczenia. Należało powiedzieć głośno to, co musiało zostać wypowiedziane. — Jak dotąd nie usłyszałem od ciebie niczego, co świadczyłoby o jakiejkolwiek winie, do której musiałbyś się poczuwać… Nie mam też powodów, by sądzić, że zawiodłeś — dodał, czując na sobie niepewne spojrzenie chłopca.
— Właśnie tak — ciągnął zdecydowanie, odpowiadając na niewypowiedziane wątpliwości Kiry — choć sam nie był pewien, skąd w nim ta nagła determinacja, by udowodnić chłopcu jego własną wartość. W końcu, wbrew przepowiedni generała Yamamoto, wzbraniał się przed tym, by dopuścić kogokolwiek bliżej siebie… — To, że nie zdołałeś przyjść, nie wynikało z twojej złej woli… I nie myśl, że nie potrafię tego zrozumieć…
Szczególnie że nawet na ciebie nie czekałem…, pomyślał, czując się nagle wyjątkowo paskudnie.
— Ale przecież… — odważył się wtrącić Izuru, nerwowo obracając w palcach zerwane właśnie źdźbło trawy. — Przecież nie dotrzymałem obietnicy…
— Dotrzymałeś — odparł stanowczo Gin. Gdy odpowiedziało mu niedowierzające spojrzenie, poczuł, że powinien dodać chłopcu otuchy jakimś gestem; sam jednak nie wiedział, co takiego powinien zrobić. Nigdy nie przywiązywał wagi do podobnych rzeczy… Rangiku zawsze była w tym lepsza. — Dotrzymałeś, Izuru — powtórzył, zdobywając się na odwagę i kładąc ostrożnie dłoń na ramieniu Kiry. Chłopiec drgnął zauważalnie, niebieskie oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Gin kontynuował. — Za cenę własnej godności i nietykalności dotrzymałeś danego mi słowa i dowiodłeś, że jesteś wart zaufania… Nie mam ci nic do zarzucenia, Izuru Kiro.
— Poruczniku…
— Nie powiedziałeś nikomu ani słowa, prawda, Izuru? Nawet gdy… — Gin kaszlnął, by zamaskować niespodziewane załamanie głosu; od niechcenia poprawił kosode pod szyją, dając tym samym do zrozumienia, że to od chłodu. — Nawet gdy wiedziałeś, co cię czeka?
— N-nie… — potwierdził nieśmiało Izuru Kira, po raz kolejny uciekając spojrzeniem. Gin poklepał go lekko po ramieniu.
— I właśnie o to chodzi — oznajmił swym radosnym tonem, którym każdego był w stanie zbić z tropu. —Czy mógłbyś więc łaskawie spojrzeć na sprawę z tej strony, zamiast bezsensownie się pogrążać…?
Kira przygryzł wargi, ale wydawał się nieco pewniejszy swego. Gin uśmiechnął się kątem ust. Wyglądało na to, że terapia choć w części poskutkowała…
— A swoją drogą… — rzucił, chcąc ostatecznie rozluźnić atmosferę. — O co chodziło ci z tym reiatsu?
Na twarz Izuru Kiry w jednej chwili wystąpił rumieniec.
— S-sam nie wiem, co się dzieje… — wyznał, zerkając na Gina z pewnym wahaniem. — Chyba… chyba po prostu jestem w tym marny, ale… ale bywa, że… nie potrafię kogoś wykryć… — dokończył, czerwieniąc się jeszcze bardziej.
Gin Ichimaru uniósł pytająco brwi.
— Miałbyś na myśli kogoś konkretnego?
— N-noo, tak… — przyznał Kira, nieco niechętnie. — Pana, poruczniku…
Gin zamrugał, zaskoczony. Niemożliwe, żeby…
— Jesteś głupi, czy tylko naiwny? — zagadnął. Kira popatrzył na niego z oszołomieniem. Gin potrząsnął głową, z udawaną rezygnacją.
— Doprawdy, czego oni was uczą? — podjął. — Nie wiedziałeś, że oficerowie Gotei potrafią, gdy chcą, maskować swoje reiatsu…?
— Więc… to dlatego… — wyrwało się Izuru. Gin posłał mu autentycznie rozbawione spojrzenie.
— Ano dlatego — przyznał. — Nie masz się więc o co martwić…
Na ustach Kiry zatańczył blady uśmiech, ale chłopiec nic nie powiedział. Jakiś czas siedzieli w ciszy — a Gin złapał się na tym, że podziwia roztaczający się przed nim widok.
Zmrużył oczy. Otaczał ich barwny jesienny las, na ciemnobłękitnym niebie świeciło słońce, a płynący przed nimi potok lśnił w jego blasku. Było naprawdę pięknie… czy raczej byłoby, gdyby nie fakt, że reiatsu Izuru Kiry aż pulsowało bólem.
Dwadzieścia batów, pomyślał Gin. To także należało naprawić…
Wstał, nagle zdecydowany; uśmiechnął się, napotykając błękit zdumionych oczu. Wyciągnął dłoń.
— Chodź ze mną… Izuru.
