W przeciwieństwie do dobrze znanego słonka i jego ciepłych promieni, oczy Antonia ujrzały szare niebo. Chłopak obudził się kilka minut temu, ale wciąż leżał na kanapie i rozważał pozostanie na niej przez resztę dnia. Pogoda za oknem nie zachęcała do wyściubiania nosa za drzwi - w każdej chwili mógł lunąć deszcz. I choć nie miał on nic przeciwko ciepłym kroplom na swoim ciele, to po prostu był w dniu dzisiejszym jakiś taki... niemrawy? To chyba trafne określenie. W głowie krążyły mu wspomnienia z minionego dnia, ciało odmawiało posłuszeństwa i każda komórka podśpiewywała: "Nieeeee chceeeee miiiiii sięęęęę niiiiiic!". Byłby pewnie sam zaczął tak śpiewać, albo przewróciłby się na drugi bok i spał dalej, ale uderzyła w niego pewna myśl.
Przecież muszę dziś iść do pracy... Ech, nie mogę się obijać! Będzie jeszcze na to czas, więc pora wstać...
Tak więc Antoś zmobilizował swoje mięśnie i siłą woli dźwignął się do pozycji siedzącej. Zerknąwszy na zegar stwierdził, iż ma jakąś godzinkę do wyjścia. Nie spieszył się więc ze śniadaniem, ubiorem i higieną osobistą, ale o mało co nie zaliczył spotkania z panelami, kiedy perfidna komoda ożyła i uderzyła go w mały palec, a potem dywan zaczął się ruszać. Na całe szczęście z tej opresji wyratował go fotel. Jedyny sprzymierzeniec w walce ze złośliwymi meblami!
Hiszpan wypiwszy spokojnie herbatkę, wyszedł na klatkę schodową i zamknął za sobą drzwi, by sekundę później zjechać po nieco starej poręczy na sam dół. Było to troszkę ryzykowne, zwłaszcza w jego dzisiejszym stanie otępienia, jednak taka przejażdżka nieco go otrzeźwiła i dodała sił, aby kroczyć raźnie w stronę kwiaciarni. Wychodząc z kamienicy minął Figaro, który to musiał udać się na spacer. Kot ofuknął go na dzień dobry, a chłopak miał ochotę zrobić to samo, ale jego rozeźlone komórki jakoś niespecjalnie się do tego paliły. Trudno się mówi.
Ciężkie chmury spowijały każdy centymetr nieba, a ludzie jakby przyspieszyli swoje zwykłe tempo, bojąc się nagłej ulewy. Jednak znaleźli się i tacy, którzy robili dokładnie na odwrót - wlekli się niemiłosiernie, jakby wierząc, że deszcz przyniesie im ulgę w życiu doczesnym. Antonio był jednym z tych nielicznych "ślimaków" i kiedy już przekroczył próg kwiaciarni, pani Accardi popatrzyła na niego z lekkim politowaniem i jednocześnie troską.
- Ciężka noc, kochaneczku?
- Ech? Nie, to przez tą pogodę... - odparł leniwie zielonooki, zastanawiając się, na jak zmęczonego musi wyglądać. W nocy spał przecież wyśmienicie, a tu proszę, taka uwaga na jego temat...
- Ach tak. Nie dziwię się, że udzielił ci się ten ponury i senny nastrój... Też jestem jakaś taka niemrawa dzisiaj... - kobieta westchnęła, po czym założyła za ucho jakieś niesforne pasemko siwych włosów. - No, ale spróbujmy się rozruszać pracą! Mamy sporo zamówień, z czego większość jest na bukiety. Dasz sobie z nimi radę?
- Oczywiście. - Carriedo uśmiechnął się do niej, po czym wziął się do roboty.
Praca w tym miejscu sprawiała mu przyjemność, dlatego po wykonaniu pierwszego z trzydziestu kilku bukietów poczuł, że wracają do niego siły, które to wcześniej wyssane zostały przez deszczowe chmury. Bądź przeklęta dzisiejsza pogodo! Antonio wykonywał bukiet za bukietem, przycinał różę za różą, tulipan za tulipanem, a na jego twarzy gościł coraz to szerszy uśmiech. Myśl, że tak piękne skomponowane bukiety staną się prezentem dla ukochanej osoby, napawała go dodatkowym szczęściem. Kwiaty nie były dla niego jedynie ładną ozdóbką i uniwersalnym prezentem na prawie każdą okazję, jak o nich myślała większość ludzi – uważał je za niewypowiedziane słowa, emocje, uczucia.

A najbardziej wymowne były róże. Czerwone oznaczały namiętność i gorącą miłość, białe - niewinne i czyste uczucie, różowe - delikatność i słodkość, pomarańczowe - nadzieję na coś więcej niż przyjaźń, fioletowe - miłość od pierwszego wejrzenia, a żółte – najszczerszą więź między przyjaciółmi. Ważna jest też liczba tych pięknych kwiatów, niemniej same kolory już bardzo dużo mówią o intencjach drugiej osoby.
I kiedy Hiszpan tak układał bukiet złożony z czerwonych róż, naszedł go pewien pomysł. A gdyby tak kupił różę dla Lovino? Nie chciał przez całe życie udawać przed nim, że jest tylko współlokatorem, czy tam przyjacielem. Miał ochotę dać mu jakiś delikatny sygnał, że jest coś na rzeczy - chciał działać, ale taktownie. Dość już miał problemów przez swój wcześniejszy nie pomyślunek, zwłaszcza w dniu wczorajszym, kiedy to o mały włos uniknął noża kuchennego... Tak, trzeba było działać powoli i z wyczuciem. Tylko...
Jaką różę mu dać?
Uczucia Antonia były czyste i prawdziwe, więc idealnie pasowałaby tutaj biała. Jednak jego miłość zdawała się mieć również charakter ogromnej i gorejącej, więc może lepiej dać mu czerwoną? A może tak pomarańczowa? No, ale przecież Lovino nigdy mu nie powiedział, że uważa go za przyjaciela... To może jednak biała?
Co robić, co robić...
Pani Accardi klepnęła go lekko w ramię, a on podskoczył jak porażony prądem - tak się zamyślił, że prawie doszczętnie zniszczył niczemu winną białą różyczkę. Westchnął, a starowinka zabrała głos nim zdążył cokolwiek do niej powiedzieć:
- Wszystko w porządku? Wyglądasz gorzej, niż rano... A przecież tak świetnie się czułeś, robiąc bukiety!
- Tak, wszystko dobrze. Tylko... - tutaj się zawahał na moment, rozważając opcję poproszenia pracodawczyni o pomoc w wyborze.
- Tak? - kobieta zdawała się być zainteresowana dalszym ciągiem wypowiedzi chłopaka, bo patrzyła nań wyczekująco.
- ...Tylko zastanawiałem się, jaką różę wybrać dla ukochanej osoby. Mam spory dylemat...
- Och, trzeba było tak od razu, kochaneczku! - odparła wyraźnie uradowana staruszka. - Jakie kolory rozważałeś?
- Czerwony, biały i pomarańczowy. Każdy z nich idealnie oddaje to, co czuję, ale chcę podarować tylko jedną różę...
- Hmm... Czy ta osoba wie o twoich uczuciach?
- Nie, jednak chciałbym, aby to się zmieniło.
- W takim razie powinieneś wziąć pomarańczową. Być może i nie wyraża w pełni twoich emocji, ale przynajmniej powie to, co chcesz - powiedziała pani Accardi, uśmiechając się promiennie i znikając na moment na zapleczu. – Proszę! - wręczyła mu piękną, ale jeszcze nie w pełni rozwiniętą różę. - Na mój koszt.
- Co? Nie mogę tak po prostu jej wziąć...
- Kochaneczku, nie ma dla mnie nic przyjemniejszego, niż pomaganie ludziom, zwłaszcza w miłości. - Uśmiechnęła się do niego w sposób, który jednocześnie miał podnieść na duchu i uciąć wszelkie sprzeciwy. Zielonooki zaśmiał się tylko zawstydzony, niemniej był swojej pracodawczyni bardzo wdzięczny. Róża, którą mu dała, nie wykwitła jeszcze w pełni, więc obdarowana osoba będzie mogła się nią cieszyć znacznie dłużej.
Problem rozwiązany, pora wracać do pracy.
Podczas, gdy brunet pracował, róża stała na wąskim parapecie we flakonie z wodą. Czas mijał i mijał, a Antonio pracował tak zawzięcie jak jeszcze nigdy. Wizja najbliższego spotkania ze współlokatorem napawała go nieopisanym szczęściem i cichą nadzieją. Przez cały czas, kiedy na stole zaczęło się roić od bukietów różanych i nie tylko, w jego głowie powstawały coraz to nowsze obrazy reakcji Lovino na jego niespodziewany podarunek. Jedne były naprawdę pesymistyczne (zdeptanie prezentu, pobicie), inne w miarę realistyczne (niezrozumienie, przyjęcie prezentu bez słowa), a jeszcze inne - niepoprawnie optymistyczne (uśmiech radości na jego twarzy i czuły uścisk). W ciągu tego roku jeszcze chyba nigdy nie myślał tak dużo o jednej rzeczy. O jednej osobie. O tej jednej, jedynej w swoim rodzaju.
Wiele razy słyszał, jak to miłość dodaje skrzydeł. Jednak nigdy nie doświadczył tego uczucia w pełni. Owszem, był zauroczony wieloma dziewczynami, zwłaszcza w szkole średniej, niemniej obecna sytuacja to coś kompletnie innego. Wtedy, całując się z uroczą koleżanką z równoległej klasy, nie czuł się choć w połowie tak radośnie, jak teraz, gdy mógł dostrzec na twarzy Lovino uśmiech. Takich sytuacji było mało, ale dla Antonia to widok naprawdę warty zobaczenia. Mógł godzinami oglądać jego uśmiech na smukłej twarzy, którą okalały miękkie, brązowe włosy... I nie miałby nic przeciwko temu, aby przenikliwe, złote źrenice wpatrzone były w niego choć z odrobiną miłości. Takim małym, maciupeńkim jej pierwiastkiem...
Ech, o czym ja myślę... Marzenia są cudowne, ale lepiej zejść na ziemię - muszę być przytomny, kiedy wręczę mu kwiat!
Nie minęło nawet pięć minut od chwili, gdy to pomyślał, a pani Accardi oznajmiła mu koniec dnia pracy. Nieco zaskoczony szybkim upływem czasu uśmiechnął się promiennie do staruszki i wyjąwszy z flakonu różę, wyszedł na zaciemnioną ulicę. Pogoda nic się nie zmieniła odkąd wyszedł rano z domu - wciąż te same, złowróżbne chmury wisiały na niebie, a z każdą chwilą powietrze robiło się jakby gęstsze i cięższe...
Nadciąga burza. Lepiej, żebym się pospieszył.
Hiszpan skierował swe kroki w stronę dobrze sobie znanej kamienicy, jednak zatrzymał się w pół drogi, gdy jego oczy napotkały automat. Targał nim wewnętrzny obowiązek, aby poinformować siostrę co u niego. Zwłaszcza, że nie robił tego od dobrego czasu... W ciągu kilku sekund już przy nim był i wykręcał odpowiedni numer.
- Halo? - w słuchawce rozbrzmiał głos siostry, a chłopak przełknął głośno ślinę.
- Hola, hermana...
- Jak miło, że żyjesz. - Odparła chłodno, a wyrzuty sumienia kopnęły młodego Carriedo w żołądek.
- T-To... Co tam u was słychać? - głos mu drżał ze wstydu i strachu, bo może i nie widział siostry na oczy, to jednak respekt przed starszym i potencjalnie wkurwionym rodzeństwem wciąż był w nim obecny.
- A, wszystko w porządku. Udało mi się ostatnio dorobić jako opiekunka do dziecka, przez co stać nas było na odmalowanie ścian w salonie. Wreszcie mają piękną, jasnożółtą barwę, a nie podrapaną wszędzie zgniłą zieleń... - westchnęła. - A co z tobą? Przez co najmniej tydzień nie dawałeś znaku życia. Martwiliśmy się o ciebie.
- Wiem, arrepentido... - odparł, a sumienie nieco przycichło, bo w głosie siostry zelżał już lodowaty ton. - U mnie wszystko po staremu.
- Antonio. Znam cię na tyle dobrze by wiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, w twoim życiu ciągle się coś zmienia, więc wątpię, żeby od naszej ostatniej rozmowy nic się nie zmieniło. Po drugie, twój ton głosu zdradza, że łżesz.
- Hermana... Dlaczego z tobą się tak ciężko rozmawia...? - zapytał zrezygnowany, choć dobrze wiedział, że było to pytanie bardziej retoryczne.
- Więc? Oświecisz mnie?
- Cóż... - zawahał się na moment, ale potem stwierdził, że chyba może wyznać to i owo siostrze. - Zakochałem się.
- ... CO!?
- No... Tak wyszło... - odparł bezradnie zielonooki, zupełnie, jakby był małym dzieckiem, które coś przeskrobało i teraz oczekuje za to kary.
- Czemu chciałeś coś takie zataić, ja się pytam!?
- No... Po prostu bałem się to powiedzieć. - Odpowiedział już nieco głośniej Antoś.
- Ale dlaczego? Miłości nie należy się wstydzić! - żachnęła się.
- Nawet jeśli osobą, którą kocham, jest mój współlokator? - te słowa same popłynęły z jego ust. Zaczerwienił się już po fakcie, choć siostra nie mogła tego oczywiście zobaczyć.
- Ech, Antonio... Co ja z tobą mam... Tak, nawet wtedy! - umilkła na chwilę, by później dodać - Nie mówię, że z tą świadomością jest mi teraz lżej na sercu, jednak... Jednak jeśli jesteś szczęśliwy, to w porządku. - Hiszpanowi kamień spadł z serca i, gdyby tylko mógł, wyściskałby siostrę.
- Miło, że nie negujesz moich przekonań!
- A czy to by coś dało?
- Nie. - I oboje się roześmiali. Jak na początku konwersacji Carriedo był nieco nachmurzony i zlękniony, tak teraz promieniał. Skoro siostra nie miała nic przeciwko jego orientacji i on sam również, to problem nie istniał! No, pozostaje jeszcze sama osoba Lovino, jednak to już nieco inna bajka.
Rozmawiał tak z siostrą jeszcze przez kilka minut, po czym zdał sobie sprawę, co trzyma w jednej ręce i dla kogo to jest. Pospiesznie się pożegnał obiecując, że będzie dzwonił co najmniej raz dziennie. Osobiście uważał, że to przesada, jednak nie kłócił się z nią o to - miał ważniejszą sprawę na głowie niż przegadywanie się z siostrą (wytnie się fakt, że i tak postawiłaby ostatecznie na swoim). Odłożywszy słuchawkę, pobiegł raźnym krokiem w stronę mieszkania, a wydawało mu się, że miłość jakby dodała mu prędkości, bo znalazł u się u drzwi kamienicy zaskakująco szybko. Przekroczył próg, a jego oczy napotkały obrażone spojrzenie Fiagro. Wyglądało na to, że Piero gdzieś wybył, zamykając uprzednio wszystkie okna. Równało się to pozostawieniu kota poza mieszkaniem na czas bliżej nieokreślony, ku niezadowoleniu zwierzaka. Niemniej pogłaskał go (co było ryzykowne, zważywszy na humor tej szaroburej kulki) i udał się tempem ekspresowym na odpowiednie piętro.
Zastał zamknięte drzwi, co oznaczało, że Lovino jeszcze nie wrócił z pracy. Antonio westchnął nieco rozczarowany, jednak jego zapał nie zgasł. Otworzył drzwi swoim kluczem i pokierował swoje kroki w stronę kuchni, gdzie znalazł jakieś wysokie naczynie i wlał do niego trochę wody. Kiedy jego pomarańczowy prezent spoczął w owym naczyniu, miał zamiar udać się do salonu. Wtem wzrok napotkał na drzwiach lodówki karteczkę, której z pewnością nie było tam rano. Podszedł bliżej by odczytać jej treść:

Antonio, wyszedłem z Pierem do knajpy na jego "prośbę".
Będę około 23, więc nie zdemoluj mi domu do tego czasu. Błagam.

PS Piero prosił, byś zajął się Figaro podczas jego nieobecności,
ale nie waż mi się brać tego sierściucha do mieszkania!
JAK TO ZROBISZ, JESTEŚ TRUP.

Lovino

Karteczka wyjaśniła Carriedo nieobecność Desimone i współlokatora, niemniej poczuł się on lekko rozczarowany - musi poczekać do jedenastej z niespodzianką... Odczytawszy notatkę, powędrował do salonu i rzucił okiem za okno, gdzie pogoda ulegało coraz większemu pogorszeniu. Był ciekaw, kiedy spadnie deszcz, na który zanosi się przecież cały dzień. Nie to, żeby lubił taką pogodę, ale ulewa byłaby ciekawą odmianą od wiecznie bezchmurnego i słonecznego nieba... Pomimo niezwykłości tego widoku, może się on szybko znudzić. A i deszcz raz na jakiś czas nie zaszkodzi czy to ludziom, czy zwierzętom, czy roślinom!
Minuty mijały, ale dla Antosia trwały one wieki. Z nudów zaczął się przechadzać po mieszkaniu bez konkretnego celu - od tak, dla zabicia czasu. Po jakimś czasie przystanął przed jedynymi drzwiami, za które jeszcze nie dane mu było zajrzeć - drzwiami do sypialni Lovino. Pokusa była ogromna, jednak poczucie uczciwości nakazywało się wycofać. Choć z zewnątrz wyglądał na beznamiętnego, wewnątrz toczyła się zażarta walka pomiędzy ciekawością i sumieniem. Ostatecznie wygrało to pierwsze i z bijącym sercem otwarł owe drzwi.
Sypialnia współlokatora była całkiem ładnie urządzona. Ściany pokoju pokrywała głęboka czerwień, a podłogę - panele. Pod ścianą stało łóżko, na przeciwko którego znajdowało się duże okno. Nieopodal niego stała szafa, komoda i biurko. Poza tym, tu i ówdzie postawione były drobne detale, które dodawały sypialni uroku i swoistego charakteru, np. kolejne zdjęcie oprawione w drewnianą ramkę, albo pejzaż powieszony na jednej ze ścian. Wszystko znajdowało się w idealnym porządku, co świadczyło tylko o schludności lokatora, jednak... Spod łóżka coś wystawało i to burzyło porządek oraz harmonię panującą w pomieszczeniu.
Wiedziony ciekawością brunet kucnął przy łóżku, by owy przedmiot wyciągnąć i się mu przyjrzeć. Przecież nikt nie umrze, jeśli zobaczy co to jest, prawda...? Wysunąwszy owe coś chłopak odkrył, że jest to wielkie, czarne pudło. Nie mógł powiedzieć, że było ciężkie, ale na pewno nie było też puste. Położył je na biurku i w momencie, kiedy uniósł wieko, jego serce zamarło, a na zewnątrz grzmotnęło i błysnęło, oświetlając na moment pokój wręcz nienaturalnie jasnym światłem. Zielone oczy Carriedo utkwił w przedmiocie, którym to były... skrzypce.