Rozdział betowała 100-ki. Yakou. no. Ou. / EDIT. A także Himitsu
Tsukiaisuishou - ależ nie ma za co, z wielką chęcią wzięłam się za to tłumaczenie, naprawdę brakowało mi go w języku polskim. Chociaż przyznam, że wciąż dziwnie mi się przestawić z niektórymi... zwrotami. Dziękuję za miłe słowa i cieszę się, że ci się to wszystko tak bardzo podoba, to chyba najlepsza nagroda jaką mogłam dostać za pracę, jaką wkładam w to tłumaczenie :).
Louise - ani słowa nie zdradzę, jak potoczy się sprawa z Umbridge, chociaż zaraz sama się o tym przekonasz. Mam tylko nadzieję, że będzie to dla ciebie satysfakcjonujące. I zgadzam się z tobą w sprawie ujawniania zaskakujących cech bohaterów. A - takie jest moje zdanie - będzie coraz lepiej. Powoli historia będzie ukazywać coraz jaśniejszy wątek... chociaż, przyznam, że trochę jeszcze przed nami ;).
Niestety bezimiennie do Gościa - tak, ostatnie zdania są raczej specyficzne i zazwyczaj zaskakujące albo intrygujące. Wiesz, też mam nadzieję, że uda mi się takie tempo utrzymać, inaczej chyba musiałabym zapaść się pod ziemię, aby nie zostać ofiarą zabójstwa ;). Chociaż bardzo miło wiedzieć, że w razie potrzeby mam do kogo się zwrócić o pomoc ;).
NigrumLotus - najlepszy, mówisz? Cieszę się, że ci się tak bardzo podobał. I Tom, oczywiście. A on będzie się robił coraz... wyraźniejszy z biegiem czasu. Co do błędów, to mam nadzieję, że i tym razem żadne się nie znajdą. Rozdział jest, według mnie, ciekawy. Zaraz sama ocenisz :).
A teraz mała niespodzianka - jako, że moja mała Wena została nieco nakarmiona, tym razem wrzucam "dwa" rozdziały. Już tłumaczę - rozdział dziesiąty podzielony został na dwie części, które zostały w oryginale opublikowane w różnym czasie. Ja postanowiłam wrzucić je razem. Tak więc przed wami cały rozdział dziesiąty - mam nadzieję, że wam się spodoba.
Miłego czytania!
Ulubieniec Losu
Rozdział dziesiąty
Część pierwsza
(Punkt widzenia Toma)
Wtargnął do Wielkiej Sali nie zważając na to, że wszyscy skierowali się na nich swój wzrok.
Umbridge za to zapłaci. Szkoda, że w porywie swojego gniewu pozbył się dowodu… Po prostu nie był w stanie znieść jakiegokolwiek znaku tej kobiety na Harrym. Do diabła, jeśli Harry nie nosił jego znaku, to nie będzie nosił znaku nikogo innego. Ale nawet mimo tego, że nie posiadał żadnego fizycznego dowodu, zadanie, jakie sobie postawił, było diabelnie proste.
Czuł jak Harry cofa się nieznacznie, podświadomie starając pozostać w jego cieniu. Jego uchwyt wzmocnił się, kiedy kierował się ku wiedźmie.
- Jakieś ostatnie słowa, ropucho? – syknął chłodno. Czuł zadowolenie widząc, że jej oczy wytrzeszczyły się w przerażeniu.
- Ja… Co to ma znaczyć? – wypluła. – Jestem starszym podsekretarzem Ministra, nie masz prawa tak do mnie mówić!
- Och? – warknął lodowato. – Cóż, ja jestem Lordem Voldemortem, więc masz rację – nie jesteś w ogóle warta tego, bym z tobą rozmawiał. Ale, niestety, czasami trzeba się poświęcić.
Jej twarz zbladła całkowicie.
- Ale… jak, nie możesz! – Twarz ropuchy przybrała wdzięczny wyraz, gdy zaczęła się krygować. – O co chodzi, mój Panie?
Dumbledore wstał.
- Tom… - zaczął.
Jego oczy rozbłysły krwawą czerwienią. Poczuł jak Harry drgnął nieznacznie z bólu, kiedy otworzyło się między nimi połączenie.
- Zdajesz sobie sprawę z nielegalności krwawego pióra, suko? – zapytał cicho, skutecznie zatrzymując działania dyrektora. Pomarszczone, niebieskie oczy zamrugały.
- Harry, mój chłopcze? – zapytał Dumbledore, a jego twarz zaczęła przypominać pomarszczoną kreaturę. – Czy to naprawdę konieczne? Dlaczego nie usiądziecie? – Zły ruch. Tom dosłownie czuł, jak maski Harry'ego opadają, słysząc ten nieznacznie protekcjonalny ton.
- Tak, to konieczne – syknął Potter. Magia uniosła się – magia Harry'ego – ciemniejąc, aby dopasować się do jego własnej. Irytowanie jednego z nich było jak igranie ze śmiercią. Irytowanie obu – podpisaniem paktu z diabłem. – Na pewno jako dyrektora i Najwyższego Niezależnego* powinno to pana obchodzić, co? – drwina trafiała w sedno. Dumbledore, lekko zdziwiony, zrobił krok do tyłu. Uśmiechnęli się.
- Ja… – Umbridge jąkała się, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, w jakim się znalazła. Uśmiechnęła się cukierkowo i to na niego skierowała ten słodki uśmiech. Jej łapczywe oczy przesuwały się przerażająco po ręce i plecach Harry'ego.
Ostra cisza. Niemal namacalnie czuć było, jak zdenerwowani uczniowie czekają na rozwój wydarzeń. Profesorka zebrała się w sobie.
- Jeśli naprawdę jesteś Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, to dlaczego obchodzi cię szlaban Pottera? Jest Chłopcem, Który Przeżył. Nie wiedziałeś?
- Uważaj – powiedział Harry cicho, jadowicie – albo inaczej okaże się, że dołek, który sobie kopiesz, stanie się grobem.
- Powinieneś pójść do Azkabanu! – Teraz wiedźma już wstała, cofając się od nich.
Niemal się roześmiał. Poczuł mściwą satysfakcję.
- Odpowiadając na twoje ostatnie zadane jako nauczycielka pytania – powiedział, obserwując jej bladość. – Tak, doskonale wiem, kim jest Harry i czy powinno mnie to obchodzić? Powinnaś zwrócić uwagę na nasze dawne relacje. Zawsze mówiłem, że jedynym powodem, dla którego skończyłaś w Slytherinie jest twoja ambicja.
- Zbyt głupia na Krukonkę, za leniwa na Puchonkę i za bardzo tchórzliwa, by trafić do Gryffindoru – wyliczał Harry z uśmieszkiem na twarzy. Teraz Umbridge wyglądała już na bardzo, bardzo zdenerwowaną. Lubił to. Wszystko szło jak powinno… teraz już tylko Harry musiał jeszcze wybrać odpowiednią stronę – jego.
Widział zrozumienie pojawiające się na jej twarzy. Życie Harry'ego należało do niego i tylko do niego. Nikt inny nie miał prawa go tknąć. Nigdy.
- To wszystko było strasznym nieporozumieniem – próbowała się wytłumaczyć.
Harry, podobnie jak on, podniósł różdżkę.
- Czy wiesz, że według twojego kochanego Ministerstwa bycie śmierciożercą jest przestępstwem i podlega karze spędzenia reszty życia w Azkabanie? – zapytał miłym głosem Harry. Riddle natychmiast załapał o co mu chodzi. To było genialne. Powinna wiedzieć, że lepiej nie grozić Potterowi Azkabanem.
Powoli, uśmiechając się drapieżnie, wypowiedział w myśli zaklęcie. Morsmorde.
Niemal niezauważalnie skinął głową.
- Diffindo – powiedział Harry głośno, by wszyscy w sali go usłyszeli.
Różowy rękaw wiedźmy rozerwał się, odsłaniając Mroczny Znak.
Oczy Umbridge rozszerzyły się.
- To… nie możecie tego zrobić!
- Ja, Harrison James Potter (Evans) Peverell Gryffindor, Lord i dziedzic rodu Gryffindora**, zwalniam cię ze stanowiska nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią i przekazuję w ręce aurorów jako śmierciożercę i mojego osobistego wroga – powiedział formalnie Harry.
Dodał swoje trzy słowa, a jego oczy pociemniały – wzywając Dumbledore do zainterweniowania.
- Ja, Tomas Marvolo Riddle (Gaunt) Peverell Slytherin, prawdziwy Lord i dziedzic rodu Slytherina**, popieram to. Niech tak się stanie.
Błysnęło światło, czerń i biel wypełniły pokój zabierając ze sobą wiedźmę.
Zemsta była słodka.
W sali zapadła pełna zdziwienia cisza.
- To przerażające, że Biały Lord pozwolił nauczać śmierciożercy. Powinieneś się wstydzić, dyrektorze.
Nie mógł oprzeć się pokusie ostrzeżenia. Tak łatwo mógł zaskarżyć Dumbledore'a o zaniedbanie.
Harry przewrócił oczami.
- Po prostu musiałeś mieć ostatnie słowo, prawda?
- Ależ oczywiście.
Sekundę później przybyli przedstawiciele Ministerstwa.
Przedstawienie czas zacząć.
Rozdział dziesiąty
Część druga
(Punkt widzenia Harry'ego)
- Co się tutaj dzieje? – zażądał odpowiedzi Scrimgeour.
Harry przechylił na bok głowę. O kurcze, pamiętał tego faceta z włosami przypominającymi grzywę lwa z czasów, w których był nastolatkiem. Żaden auror nie mógł cię nastraszyć, jeśli widziałeś go jako pijanego piętnastolatka. Ach, dobre czasy. Mężczyzna rozejrzał się i jego wzrok zatrzymał się na nim oraz Tomie. Jego usta zacisnęły się, a krew odpłynęła mu z twarzy.
- Co zrobiliście z panią Umbridge? – zapytał natychmiast Scrimgeour. Harry zastanawiał się, czy powinien czuć się urażony tym, że wszyscy automatycznie zawsze go o wszystko obwiniają.
- Rufus – wargi Toma drgnęły. – Zostaliśmy aurorem?
- Panie Riddle, czy możemy przeprowadzić to oficjalnie? – Mimo tego wyglądał na zdenerwowanego. Błogosławić pracowników Ministerstwa.
Tom wzruszył lekko ramionami, z uprzejmym wyrazem twarzy.
- Ależ oczywiście. – Jego fioletowe oczy stwardniały. – Pani Umbridge jest śmierciożercą.
Niemal roześmiał się na mieszankę absolutnego obrzydzenia, przerażenia i obrazu biednego małego sieroty, jaką udało się stworzyć Tomowi, jednocześnie zdobywając szacunek.
- Nie widziałeś Mrocznego Znaku? – Harry niewinnie zamrugał oczami. Rufus zawahał się, zerkając na swoich ludzi. Był wyraźnie rozdarty między wykonywaniem swojej pracy, a nie ufaniem im.
- Cóż, tak, ale…
- Ale co? Czy to nie jest dla ciebie wystarczający dowód? Syriusz Black nie miał nawet procesu, a on naprawdę był niewinny. – Widział, jak Scrimgeour krzywi się. Oczy Toma przez chwilę spoglądały na niego z widocznym rozbawieniem.
- Cóż… - zaczął Rufus, któremu bez wątpienia nie podobało się to, że przerwał mu nastolatek.
- Jesteś TOMEM RIDDLE'EM! – wtrącono się mu głośno w zdanie. Harry niemal parsknął, kiedy kolejne wejście w słowo sprawiło, że na twarzy aurora pojawił się wyraźny gniew.
- A ty jesteś? – spokojna odpowiedź Toma wydawała się jeszcze bardziej irytować Scrimgeoura.
- Dawlish, ja… łał, to zaszczyt. Jestem wielkim fanem tego, co zrobiłeś...
To musiał być żart. Miał na myśli Voldemorta, ach, nie mógł mieć… nie mógł, prawda?
Wydawało się, że myśli Toma poszły tym samym torem, a przynajmniej tak sugerowała niewielka linia na jego czole. To było niemal niezwykłe, jak dobrze się znali. I jak słabo.
- Co zrobiłem? – powtórzył Tom, wysyłając aurorowi intensywne, oceniające spojrzenie.
- Złapałeś dziedzica Slytherina podczas ataków potwora.
Och. A przez chwilę już się martwił. Tom wyglądał na nieco zdezorientowanego.
Och, Harry niemal się roześmiał, to się jeszcze dla Toma nie wydarzyło; chociaż wiedział on, kto jest dziedzicem Slytherina. Riddle wysłał mu krótkie spojrzenie, ostrzegając, że kiedy tylko opuści ich Ministerstwo, będzie się z tego tłumaczył. W odpowiedzi Harry tylko niewinnie się uśmiechnął.
- Ach, to. To nic takiego – oznajmił chłodno Tom, uśmiechając się uroczo. – To był po prostu mój obowiązek.
Kłamca.
Dawlish uśmiechnął się głupio, wierząc w każde słowo przyszłego Czarnego Pana. Ironia w swojej najlepszej postaci. Jakim cudem udało mu się zostać aurorem… chociaż znów, to przecież Ministerstwo. Prawie wszyscy byli w nim niekompetentni, więc ten głupek pasował tam idealnie.
- Co macie zamiar zrobić z Umbridge? – zapytał Harry, robiąc niewielki krok do przodu. Skulił się wewnętrznie, kiedy wszyscy na niego spojrzeli. Szczęka Dawlisha opadła.
- Czekaj, jesteś Harrym Potterem!
- Tak – odparł cierpliwie. – Cześć.
- Jakie to ma znaczenie? – wybuchł Scrimgeour. Teraz już Dawlish wyglądał na podekscytowanego.
- Nie rozumiesz! – odpowiedział.
- Dlaczego więc nie wyjaśnisz? – zapytał powolny, dostojny głos. Potter obrócił się, aby spojrzeć na ciemnoskórego, łysego mężczyznę. Kingsleya Shacklebolta. Aurora. Członka Zakonu – w czasie lata spotkali się na Grimmauld. Harry'emu nie brakowało chorego zrządzenia losu, kiedy po ucieczce z czasów Toma wylądował w Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa. Ironia. Chora ironia.
- Cóż – zaczął Dawlish, wskazując na Pottera i Toma jak dziecko, któremu powiedziano, że Boże Narodzenie odbędzie się miesiąc wcześniej. – Jeśli on jest Tomem Riddle'em, to on musi być Harrisonem Evansem! Co oznacza, że Harry Potter jest Harrisonem Evansem!
Harry klaskał powoli.
- Geniusz! – oznajmił sarkastycznie.
- Wiem, nie? - Najwyraźniej Dawlish nie wyczuł sarkazmu.
- Do czego zmierzasz? – zapytał Scrimgeour. Dawlish uśmiechnął się radośnie.
- Wybawiciel Jasnej Strony jest także legendą Ciemnej Strony. Teraz na pewno wygramy. Łatwo może zabić Sami-Wiecie-Kogo.
Harry zamarł, zaciskając pięści i starając się zapanować nad swoją magią. Oczy Toma błysnęły purpurą, po czym pociemniały.
- Och? – rzekł chłodno, po czym zdał sobie sprawę, że wraz z Tomem ponownie byli całkowicie jednomyślni.
- O bogowie – wymamrotał inny auror, wyczuwając niebezpieczeństwo.
- Dawlish, kochanie? – powiedziała słodko aurorka.
- Smith? – odpowiedział błyskotliwie wzywany.
- Zamknij się. Pamiętam historie o Ślizgońskim Duecie tak samo dobrze jak ty.
Patrzył na nią, nic nie rozumiejąc. Dumbledore podniósł się, udając dobrego dziadka.
- Ślizgońskim Duecie? – powtórzył.
- Jasne, wszyscy ich tak nazywali. Było tego więcej, według mojego dziadka.
- Na przykład? – zapytał ciekawie Alphard, szczerząc się do nich.
- Razem czy osobno?
- Oba - zdecydował Abraxas. Dawlish wydawał się nie zauważać drapieżnych uśmieszków na twarzach Ślizgonów – ale wszyscy inni z pewnością tak.
- Dajesz – zachęcił Scrimgeour, ale nikt nic nie powiedział. Nikt – nikt – kto znał obu albo jednego z nich nie angażował się w ich walki.
- Cóż, um… Riddle jest jak Książę Slytherinu… – Tom uśmiechnął się na to. - …Evans jest Gryffinem, Wężowym Lwem albo Tym-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać-Jeśli-Ten-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać-Słyszy. Nigdy nie wiedziałem, skąd się wzięło to ostatnie…
Harry wymienił z Tomem spojrzenie. Obaj wiedzieli, skąd się ono wzięło.
- Gdybyś natomiast porozmawiał z Lwami, powiedzieliby ci że byli oni trenującymi przyszłymi Mrocznymi Lordami i uczniami Grindewalda.
Harry roześmiał się, słysząc to.
- Nie umiem wyobrazić sobie Toma stającego się Czarnym Panem – wyjaśnił i jakimś cudem udało mu się zachować przy tym kamienną twarz. Dumbledore wysłał mu zdumione spojrzenie. To niemal zniszczyło jego opanowanie.
- Oskarżasz mnie o coś? – dopytywał się Tom, przypatrując się Dawlishowi. Smith nieco się cofnął.
- Nie! – Teraz wyglądał na nieco spanikowanego.
- Myślę, że powinniśmy już sobie pójść – oznajmiła Smith.
- Świetny pomysł – uśmiechnął się nerwowo Scrimgeour. – Idziemy, masz rację… Pani Umbridge otrzyma odpowiednią karę.
Aurorzy uciekli, brutalnie chwytając za ramię zdezorientowanego Dawlisha.
Chwila ciszy.
A następnie zaczęli się śmiać.
- Więc, o co chodziło z tym potworem i dziedzicem Slytherina?
Do diabła.
* Najwyższy Niezależny/Najwyższa Szycha (ang. Supreme Mugwump) – nazwa przewodniczącego Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów
** Autorka wytłumaczyła te tytuły w taki sposób: w książkach powiedziane zostało, że Harry jest dziedzicem Gryffindoru poprzez linię Potterów, którzy spokrewnieni byli z trzema braćmi (Peverell), z którego jeden związany był z Gryffindorem. Ja po prostu pokręciłam to wszystko w taki sposób, by stworzyć Toma potomkiem Slytherinu poprzez Gauntów, spokrewnionych z jednym z braci Peverell. Nazwa Evans odnosi się do pseudonimu Harry'ego. Jako tłumaczka dodam od siebie, że możecie być spokojni, „pochodzenie" Pottera nie jest w żaden sposób później przywoływane i nie odgrywa żadnej roli.
