Hagrid przedzierał się przez krzaki. Od dwóch godzin szedł z Puszkiem przez las, a do kolonii „smoczego krzaczka" jeszcze kawał drogi. Wiedział doskonale, dokąd idzie, ale zastanawiało go, jak to możliwe, że chłopaki z siódmego roku dali radę się tam dostać. Spokojnie trzy godziny pieszo i to jeszcze przez gęste zarośla. Puszek skomlał basem, unikając długich na dziesięć centymetrów kolców „wrzecioniarka czarownika", który ścielił im się pod nogami.

Wreszcie, po prawie trzech godzinach, Hagrid stanął na dużej polanie. Okolona była kępkami „smoczego krzaczka". Od wschodu zza drzew wyzierało jezioro.

- Szukaj, Puszek! – nakazał Hagrid, podtykając zwierzakowi pod nos kawałek szaty Zabble'a.

Puszek rzucił się do obwąchiwania polany, a gajowy poszedł na brzeg jeziora. Po drugiej stronie, na wzgórzu, stał Hogwart. Hagrid zamyślił się. Od zamku do polany, na przestrzał, jest dość blisko, niecałe trzy kilometry; ale jak przejść przez jezioro? Jedyny sposób to przepłynięcie dużym statkiem, a takiego trzech gryfonów mieć nie mogło; łódką się nie da bo kałamarnica i inne żyjące w jeziorze stwory bardzo łódek nie lubią.

Hagrid poszedł wzdłuż brzegu, do miejsca, w którym jezioro zwężało się i przechodziło w rzekę, łączącą sieć szkockich jezior. Szuwary, szuwary, szuwary, i nic więcej. Nagle, coś przykuło uwagę gajowego. W jednym miejscu rzeka mocno się zwężała; nad samiuśkim brzegiem stało natomiast wielkie drzewo. Hagrid, latami wędrujący po tym lesie wiedział, że tak ogromny dąb szarzasty (bo był to dąb, magiczna odmiana, która nosiła swoją łacińską nazwę, jednak Hagrid nie znał się na tym i nazywał go po ludowemu: dąb szarzasty) nie wyrósłby tak blisko jeziora; coroczne wylewy rzeki zmyłyby go jeszcze jako sadzonkę. Wiedział też, że dęby nie lubią zbytniej wilgoci. Jeśli ten tu przetrwał, to za pomocą magii. Podszedł bliżej i dokładnie obejrzał drzewo. Po chwili był pewien: nie wyrosło naturalnie. Ktoś zasadził je niedawno i „powiększył" zaklęciem; świadczył o tym niespotykanie regularny przyrost gałęzi i gładkość kolejnych warstw kory. Hagrid zajrzał do dużej dziupli, mniej więcej na wysokości jego oczu. Nie poczuł zapachu żadnego zwierzęcia, co również go zastanowiło. Włożył do dziupli rękę i wyczuł wajchę. Pociągnął.

Coś zgrzytnęło i prawie pod nogami gajowego otworzyło się przejście.

- A to cholernice – powiedział do siebie, z nutą podziwu dla wili.

Z trudem wcisnął się do tunelu. Poczuł zapach mułu i ryb. Dalej iść nie mógł, bo przejście było za wąskie. Jednak mimo to był pewien, że znalazł drogę, którą przechodziły wile i ich goście.

Szybko wrócił na polanę i zagwizdał na Puszka. Zastanowiło go, kto wykopał tunel dla wili. Słyszał nie raz i nie dwa o umiejętnościach leśnych duchów w kwestii błyskawicznego „hodowania" drzew. Jednak to musiały zrobić duchy wodne; musiały działać szybko, żeby nikt się nie zorientował, a zabezpieczenie takiego przejścia pod dnem to też nie byle co. Hagrid postanowił zrobić terenowy wywiad wśród mieszkańców lasu.

- Puszek! Gdzieżeś polazł, utrapiony? – zawołał donośnie, aż spłoszyły się wrony siedzące na drzewach nad jego głową.

Zza krzaków wybiegł jego pupil. Coś okrągłego zwisało z jego pyska i miarowo huśtało się w rytm truchtu zwierzaka.

- O, cholibka!

Puszek położył swoje znalezisko u stóp pana. Radośnie zamerdał ogonem, oczekując pochwały.


Dyrekcja zdecydowała wreszcie o zdjęciu blokady pocztowej, więc sowiarnia przeżyła prawdziwy szturm. Wieść o wydarzeniach sprzed dwóch dni już dotarła do opinii publicznej. Rodzice masowo wysyłali sowy, chcąc sprawdzić, czy nic nie stało się ich dzieciom.

- Poczta! – Snape wniósł do Komnat Salazara worek listów.

Długo trwało rozdzielanie grubszych i cieńszych kopert. Co bardziej nerwowi rodzice zasypali swoje pociechy listami tak, że niejeden pierwszoroczny odchodził od opiekuna z plikiem papierów.

Draco otworzył białą, opalizującą kopertę w gronie znajomych. Pansy przewracała oczami nad każdym zdaniem swojej matki, która, powodowana niepokojem, zdwoiła swoje zwykłe czułości i dopytywała się, „czy kochanieńka moja pysiaczko na pewno jesteś cała i zdrowa?". Blaise zabrał się za odpisywanie matce, wiedząc, że jeśli przekona się, że całe niebezpieczeństwo grozi tylko gryfonom, na pewno się uspokoi.

- Jak twoi reagują? – zapytała Dracona Daphne. – Ja dostałam polecenie pilnowania małej – westchnęła i kiwnęła głową w kierunku czytającej kolejny list Astorii.

- Proponują, że mnie stąd zabiorą, jeśli chcę – odpowiedział Malfoy.

- Zabiorą cię stąd? – Crabbe i Goyle przerwali kłótnię o pióro i wytrzeszczyli na niego oczy. – Przecież Dumbel nikogo nie wypuszcza!

- Mam ojca w ministerstwie – odparł spokojnie Draco. – Zastanawia mnie tylko, dlaczego nie przysłali komisji do zbadania „mordu w Gryfindorze".

- Bo nie mogą – odpowiedział mu John, dotychczas milczący. – Dyrekcja sama prowadzi śledztwa w takich wypadkach.

- Dlaczego? – kilka par oczu z ciekawością wpatrywało się w Johna.

- Jeśli coś stanie się uczniowi na terenie szkoły, to, według prawa czarodziejów, dyrekcja sama prowadzi dochodzenie. Dlatego każda szkolna pielęgniarka i nauczyciel eliksirów przechodzą szkolenia z medycyny sądowej. Wzięło się to stąd, że od początku istnienia szkół dla czarodziejów zdarzały się nieszczęścia związane z lekcjami. No, wiecie: złamania przy quiddichu, pogryzienia przez magiczne stworzenia, zatrucia. Śledczy z ministerstwa musieliby siedzieć w szkole cały czas.

- Ale oni nie żyją – zapiszczała kruczoczarna pierwszoroczna.

- Przypadki śmiertelne szkoła też bada sama – odpowiedział John. – Kiedyś było ich dużo więcej, a pracowników ministerstwa dużo mniej niż dziś.

- Skąd to wszystko wiesz? – zapytał Draco, który rzadko spotykał kogoś lepiej znającego się na zwyczajach czarodziejów niż on.

- Też mam ojca w ministerstwie – odparł z półuśmiechem John. – Departament jurystyki.

- Chcesz zostać prawnikiem? – zapytała Daphne, przysuwając się bliżej.

- Nie – gryfon pokręcił głową. – Aurorem.

Jego odpowiedź spowodowała chwilową konsternację. Ciszę przerwał Blaise.

- Wiesz, co, Yung – rzekł, wyciągając się na szmaragdowym kocu, tuż obok Pansy. – To jest niezła fucha. Też myślałem o karierze aurora; ale – dodał, widząc zdziwienie na twarzach kolegów – musiałbym wyłapać na początek połowę swojej rodziny.

Jego słowa wywołały wesołość, niezrozumiałą dla Johna. Gdy ślizgoni znów zajęli się tematem listów z domu, zapytał Draco:

- O co chodzi z rodziną Zabiniego?

- Nie słyszałeś? – zdziwił się Malfoy. – Jego matka jest pół-wampirem.

Oczy Johna zrobiły się okrągłe jak spodki.

- To nie wszystko – ciągnął Draco. – Jedna jego ciotka poślubiła wilkołaka, a druga ciotka ma dziecko z dementorem.

- Z dementorem!? – John skołowaciał.

- Dementorzy też mogą, jeśli o to pytasz – Draco uśmiechnął się złośliwie.

- Wkręcasz mnie, Malfoy.

- Na głowę mojego pradziadka Juliusza, którego zagryzły wile – zaklął się Draco. – Nie wkręcam.

- Wile!? – John zbaraniał. Malfoy coraz bardziej go zaskakiwał.

- Pradziadek Juliusz miał… no… różne upodobania, które nie do końca można wyjaśnić – Draco uśmiechnął się bardzo szelmowskim uśmiechem, więc gryfon zdecydował się nie dopytywać.

- Wracając do Zabiniego…

- No, Zabini – Draco wskazał wiszący pod sufitem portret. – To jego dziadek, Gilli Zabini, pół-tryton.

- Merlinie – Johnowi opadła szczęka. – Tryton!?

- Pół – sprecyzował Draco. – Nie miał ogona.

John postanowił od dziś nie wierzyć w plotki, jakie krążą o ślizgonach. Prawda jest dużo gorsza.

- Reasumując, stwierdzam że – Draco uśmiechnął się pełnym uśmiechem – gdyby został aurorem, Zabini musiałby zamknąć swoją matkę, dwie ciotki, kilku wujów, nie mówiąc już o dalszym kuzynostwie.

John jeszcze raz przyjrzał się portretowi pradziadka Zabiniego. Po bokach szyi, w miejscach, gdzie pradziadek Yunga na portrecie nad kominkiem rodziców miał gęste bokobrody, Gilliemu Zabiniemu rytmicznie falowały sinozielone skrzela.