Saratella Wydarzenia w Ministerstwie będą wspomniane tylko zdawkowo. A jeżeli chodzi o akcję z mieczem, to Ginny, Luna i Neville powoli zaczynają ją planować.
Rozdział 10
Księgi i wspomnienia
Severus odwiedził bibliotekę późnym popołudniem w niedzielę. Nie bez przyczyny wybrał akurat ten dzień i porę. Zależało mu na dyskrecji, a tę gwarantował tylko czas, gdy była w miarę pusta. Zdarzało się to o wiele rzadziej, niż mogłoby się wydawać, wziąwszy pod uwagę fakt, że uczniowie tej szkoły zajmowali się na ogół wszystkim poza nauką.
W przeciwieństwie do zamętu i hałasu panującego na korytarzach szkoły czy w gwarnej Wielkiej Sali, w królestwie wiedzy, rządzonym niepodzielnie przez Irmę Pince, zawsze było cicho i spokojnie. Każdego, kto odważył się wydać z siebie dźwięk głośniejszy od szeptu, gromiło jej groźne spojrzenie. Poważniejsze wykroczenie, jakim była rozmowa, spotykało się zazwyczaj ze słownym upomnieniem. Jeżeli zachodziła konieczność, by udzielić go powtórnie, bibliotekarka zaczynała tracić cierpliwość. Trzecie „proszę o ciszę" zazwyczaj już nie następowało. Przestępca mącący spokój był po prostu wyrzucany z biblioteki.
Przez lata niewiele się tutaj zmieniało, poza tym, że co roku zasoby biblioteki powiększały się o nowe księgi, zależnie od wielkości przydzielonych na ten cel funduszy. Szerokie, masywne regały, wypełnione po brzegi książkami, stały w dwóch długich rzędach wzdłuż obydwu ścian; wysoki szpaler witrażowych, łukowatych okien ciągnął się przez całą długość jednej z nich. Większość stolików do pracy znajdowała się blisko wejścia i biurka Pince, dzięki czemu bibliotekarka mogła mieć młodzież na oku; tylko nieliczne były położone bardziej na uboczu, pod oknami. Uczniowie mogli swobodnie korzystać z tysięcy zgromadzonych tu ksiąg, rozmieszczonych na regałach tematycznie. Wyjątek stanowiły cenniejsze, bardziej zabytkowe egzemplarze, które panna Pince strzegła na równi z tymi z Działu Zakazanego i udostępniała nad wyraz niechętnie.
Podczas swoich szkolnych lat Severus najwięcej czasu spędzał właśnie tutaj, nie w zatłoczonym pokoju wspólnym czy hałaśliwym dormitorium. Biblioteka stanowiła bezpieczny azyl, oferując schronienie przed światem zewnętrznym, wypełnionym przeklętymi Huncwotami, i była jednym z neutralnych miejsc, w których mógł spotykać się z Lily. Zazwyczaj zajmowali miejsca gdzieś na uboczu. Nawet nie zdawali sobie sprawy, jak rzadki i wyjątkowy widok stanowili w Hogwarcie dziewczynka z Gryffindoru i chłopiec ze Slytherinu siedzący przy jednym stole. Razem odrabiali lekcje i godzinami gadali o wszystkim i o niczym, o ile tylko Pince nie było w pobliżu. Severus miał wrażenie, że odkąd stracił Lily, z nikim nie rozmawiał tak zwyczajnie, po prostu, jak z przyjacielem.
Zapewne dlatego, że nie miał przyjaciół.
Zamiast z ludźmi, wolał kolegować się z książkami. Chociaż w domu się nie przelewało i rzadko kiedy dostawał coś nowego, to domowa biblioteczka zawierała wystarczająco dużo interesujących pozycji. Podkradał matce księgi o czarnomagicznych urokach i klątwach, czytając wszystko, co mu wpadło w ręce i chłonąc wiedzę, która z pewnością nie była odpowiednia dla dzieciaka w jego wieku. Lektura dobrze się utrwaliła; mając jedenaście lat znał więcej czarnomagicznych zaklęć i klątw niż niejeden uczeń siódmego roku. Jeszcze wcześniej, jako dziewięciolatek, trafił na swój pierwszy Leksykon Eliksirów i chociaż niewiele wówczas zrozumiał z jego treści, przeczytał go od deski do deski kilka razy. Żaden z późniejszych nie miał w sobie tej samej magii co tamten stary, wyszperany w antykwariacie na Pokątnej. Kosztował niecałe dwa galeony, ale dla niego był to majątek. Doskonale pamiętał wystrzępioną, wytartą okładkę księgi i jej poplamione niezidentyfikowanymi substancjami karty, wypadające luzem z rozklejącego się grzbietu. Na jej marginesach zapisywał swoje pierwsze, własne receptury i wymyślone przez siebie zaklęcia, początkowo niezbyt udane. Niestety, nie miał już tej książki, bo Huncwoci uznali, że kradzież „małego skarbu Smarkerusa" będzie niezwykle zabawnym dowcipem. Pewnego dnia, jakoś na początku trzeciego roku, w przypływie niebywałej wręcz lekkomyślności zostawił swoją szkolną torbę przy stoliku w bibliotece i odszedł, by znaleźć coś na półce. Ten moment wystarczył Huncwotom, by dobrać się do jej zawartości i wyciągnąć Leksykon. Kiedy Severus wrócił, Black trzymał już książkę w rękach i ani myślał oddać, drażniąc się z nim i trzymając ją poza zasięgiem rąk wściekającego się Ślizgona. Snape niewiele pamiętał z tego, co nastąpiło później, bo furia, jaka go ogarnęła, skutecznie zaciemniła zdrowy rozsądek; działał czysto instynktownie. Miał ochotę zamordować Blacka i gdyby Potter się w to wszystko nie wtrącił, Merlin jeden wie, jakby się to skończyło. Awantura rozpętała się nieziemska. Pince o mało co nie dostała zawału, a McGonagall odjęła wtedy obydwu domom po pięćdziesiąt punktów za bójkę w bibliotece z użyciem niebezpiecznych zaklęć, co zdaniem Snape'a było wielką niesprawiedliwością, bo to Huncwoci zaczęli. W dodatku nie odzyskał swojej książki, co przez dorosłych zostało jakoś zbagatelizowane. W ferworze walki nieszczęsny Leksykon skończył w strzępach. Od tamtego czasu miał obsesję na punkcie pilnowania swoich rzeczy i nigdy nawet na moment nie zostawiał swojej szkolnej torby.
Teraz, lustrując czujnym wzrokiem wnętrze biblioteki, pomyślał, że nie wszystkie związane z nią wspomnienia były miłe. Może i nic w tym dziwnego, bo większość wspomnień Snape'a nie była miła.
Przy stolikach w głębi sali siedziało tylko kilku uczniów ze starszych roczników. Wszyscy z zaciekawieniem wlepili oczy w dyrektora, natychmiast odwracając wzrok, gdy tylko spojrzał w ich kierunku. Gdy podszedł do biurka Pince, na powrót zaczęli zerkać na niego sponad książek, śledząc każdy jego krok. Snape'owi niezbyt odpowiadała ta popularność. Z jakiegoś powodu wszystkie jego poczynania, nawet tak prozaiczne jak odwiedziny biblioteki, stały się nagle szalenie atrakcyjne.
Pince wychynęła spomiędzy półek niczym nastroszony sęp, mierząc go podejrzliwym spojrzeniem.
— Tak, panie dyrektorze? Czego pan sobie życzy? — zapytała chłodnym, rzeczowym tonem.
Severus miał nieodparte wrażenie, że Pince zwracałaby się do niego w ten sam sposób, nawet gdyby wymordował pół szkoły. Snape'owi było to obojętne; przynajmniej zachowała właściwy tytuł, o którym reszta grona pedagogicznego usilnie zapominała.
— Chciałbym pożyczyć coś z Działu Ksiąg Zakazanych — powiedział półgłosem.
— A to ci niespodzianka — usłyszał komentarz gdzieś z tyłu.
Odwrócił się szybko. Żaden z uczniów nie spoglądał w jego kierunku. Wszyscy siedzieli pochyleni nad księgami, udając, że pilnie się uczą. Nie sposób było zidentyfikować winowajcę. Zmarszczył brwi.
— Wpisał się pan do księgi? — zapytała Irma Pince formalnym tonem, poprawiając okulary. Grube szkła powiększały jej oczy, przez co jeszcze bardziej przypominała sępa.
— Tak — odparł z lekkim roztargnieniem, wciąż spoglądając w kierunku uczniów.
Pince zerknęła w kierunku księgi, leżącej na stoliku przy wejściu tak, jakby mu nie wierzyła. Każdy odwiedzający bibliotekę musiał się do niej wpisać. Snape podejrzewał, że gdyby przyszedł tutaj sam Czarny Pan, to bibliotekarka zapewne też wymogłaby na nim, by trzymał się procedury.
— Szuka pan czegoś konkretnego?
— Poradzę sobie.
Pince sztywno skinęła głową. Odprowadziła go wzrokiem, gdy odszedł na bok, by przeszukać katalog rzeczowy.
Interesującej go dziedziny magii w zasadzie już nie praktykowano, a ilość informacji o niej wydawała się mocno ograniczona. Najprostszym rozwiązaniem byłoby zasięgnięcie języka u kogoś, kto mógł mieć o niej jakieś pojęcie. Problem polegał na tym, że ze znanych mu osób, tylko dwie wiedziały zapewne co nieco o tej dziedzinie; jedną z nich był Czarny Pan, drugą Flitwick. Żaden z nich nie mógł poznać planów Snape'a. Na szczęście istniały jeszcze książki, które nie zadawały pytań, za to chętnie udzielały odpowiedzi.
Zanim przyszedł do biblioteki, przejrzał inne dostępne mu zasoby. Rezultaty były mizerne. W gabinecie Dumbledore'a znajdowało się sporo książek, jednak dotyczyły one w znacznej mierze transmutacji i patrząc po tytułach, nie znalazł nic z dziedziny, której potrzebował. Możliwe, że coś mu umknęło, ale książki stały w dwóch rzędach i nie przejrzał wszystkiego dokładnie, zwłaszcza, że na jednej z półek znalazł mugolskie romanse i to go nieco odstraszyło od penetrowania głębszych pokładów zbiorów. Wolał nie dociekać, co jeszcze mogły kryć regały w gabinecie Dumbledore'a. Wśród setek książek, które sam posiadał, większość dotyczyła eliksirów i czarnej magii, a on potrzebował porządnych, fachowych ksiąg ściśle skupionych na zaklęciach.
Wyszukiwanie interesującego go zagadnienia w katalogu rzeczowym nastręczało pewnych trudności. Dosłowne hasło przedmiotowe zapewne odesłałby go do działu z lekturą o quidditchu i technikach latania na miotle. Najbliższa była lewitacja i to okazało się strzałem w dziesiątkę.
Nikt nie pchał się za nim natrętnie, gdy zagłębił się pomiędzy wysokie regały Działu Ksiąg Zakazanych, położonego w najdalszych rejonach biblioteki. Spędził w nim dobre pół godziny, nie niepokojony przez nikogo, przeglądając dostępne książki. Znalazł dwie, ściśle dotyczące interesujących go zaklęć i najbardziej konkretnych pod względem podejścia do tematu. Dokładnie zapamiętał numer regału i położenie wybranych tomów. Miał zamiar wrócić tutaj w nocy i niepostrzeżenie wynieść potrzebne mu woluminy.
„Dobrze mieć Hogwart po swojej stronie" — pomyślał.
Wszystkie pomieszczenia w zamku były dla niego swobodnie dostępne. Hogwart nie czynił mu żadnych przeszkód. Starożytna magia zamku akceptowała w nim dyrektora i zwykłe Alohomora otwierało przed nim wiele drzwi. Biblioteka nie stanowiła wyjątku.
Posiadając takie możliwości, zastanawiał się, czy nie złożyć wizyty w bibliotece, gdy ta będzie już zamknięta, bez uprzedniego rekonesansu. Doszedł jednak do wniosku, że szukanie książek po omacku i obmacywanie regałów z różdżką w zębach jakoś nie bardzo mu się uśmiecha. Bardziej rozsądne wydawało się wcześniejsze zlokalizowanie potrzebnych źródeł. Wiedział już co gdzie się znajdowało; jego nocna wycieczka do biblioteki zajmie nie więcej niż pięć minut i nikt nie miał prawa go zauważyć. Teraz wystarczyło tylko stworzyć pozory, że przyszedł po coś zupełnie innego. Wracając, zabrał po drodze dwa woluminy traktujące o eliksirach i jeszcze jakąś niewielką książkę, nawet nie patrząc na tytuł. Wystarczyło, że stała na jednym z najdalej położonych regałów Działu Zakazanego, a więc musiało to być coś wyjątkowo okropnego. Severusowi jakoś nie przyszło do głowy, że ze względu na panujący ustrój pewne działy, dotychczas swobodnie dostępne, musiały w tym roku zmienić swoje położenie, co nie przysporzyło mu sympatii Pince, która musiała to wszystko przestawiać.
Bibliotekarka w milczeniu wzięła od niego księgi, by wyjąć z nich karty i dołożyć do jego karty czytelnika. Przy ostatniej jakby zawahała się na moment i rzuciła Snape'owi przeciągłe, zagadkowe spojrzenie. Severus, tknięty jakimś przeczuciem, spojrzał na tytuł książki, którą zabrał z ostatniego regału. O zgrozo, mugolskiej książki.
Bram Stoker. „Drakula".
Z kamiennym wyrazem twarzy zgarnął wszystkie woluminy i szybko wyszedł z biblioteki.
Kiedy szedł w stronę klatki schodowej, usłyszał zbliżające się, pośpieszne kroki, odbijające się echem na pustym korytarzu i, nim zdołał zakwalifikować te odgłosy jako podejrzane, dwójka uczniów niemal wpadła na niego na zakręcie. Zatrzymał się gwałtownie, w ostatniej chwili unikając zderzenia, o mało co nie upuszczając książek.
— No proszę... Longbottom. Weasley — wycedził, obdarzając zimnym, przeszywającym spojrzeniem najpierw jedno, a potem drugie. — Dokąd tak wam się spieszy? — zapytał aksamitnym głosem.
Nie oczekiwał odpowiedzi na to pytanie. Longbottom trząsł się jak galareta, jak zawsze, kiedy Snape znajdował się w pobliżu; teraz jednak miał ku temu szczególny powód, którego Severus nie dostrzegł.
Neville o mało co nie padł trupem, gdy spojrzawszy pod nogi, by uniknąć wzroku, który nieodmienne od siedmiu lat wzbudzał w nim paniczny lęk, spostrzegł, że przypadkowo przydeptał skraj długiej peleryny dyrektora. Dziękując w duchu Merlinowi, że profesor tego nie zauważył, nieznacznie się cofnął.
Weasleyówna nie okazywała strachu, ale umiejętność panowania nad emocjami nie należała do jej mocnych stron. Na twarzy miała wyraz zaciętości, ale i zakłopotania, co jednoznacznie wskazywało, że ta dwójka miała coś na sumieniu albo niebawem mieć będzie.
— Sądzicie, że nie wiem, co planujecie? — zapytał groźnie.
Longbottom głośno przełknął ślinę.
— Wymykanie się z dormitoriów po nocy, napisy na ścianach, Gwardia Dumbledore'a. Macie się za ruch oporu?
Jego uwadze nie umknęło, że Longbottom jakby się rozluźnił; spojrzał na Weasley, najwyraźniej oczekując, że to ona przejmie inicjatywę. Musieli kombinować coś innego, poważniejszego niż bazgranie po ścianach.
— Nie wiemy o czym pan mówi... profesorze — powiedziała Ginny Weasley spokojnie.
— Oczywiście, że nie — odparł Snape, krzywiąc się.
Weasley, w przeciwieństwie do Longbottoma, spojrzała mu prosto w oczy. Doskonale. Niewerbalne Legilimens przyszło odruchowo. Nieraz dyskutowali na temat stosowania tego zaklęcia z Dumbledore'em, który miał swoje obiekcje, zwłaszcza w kwestii używania go na uczniach, o ile, oczywiście, nie chodziło o większą sprawę. Severus takich obiekcji nie miał, niezależnie od stawki.
Korzystanie z legilimencji wymagało subtelności i precyzji. Zazwyczaj potrafił wyczuć, kiedy ludzie nie mówili prawdy. Zdołał wyłapać pojedyncze, oderwane obrazy, wszystko w ułamkach sekundy; żadne z dwójki uczniów nie zorientowało się, co się właściwie stało. Gargulec strzegący wejścia do dyrektorskiego gabinetu, korytarz, gdzieś w dalekich zakątkach zamku, jakaś pusta komnata, chyba klasa? Potter. Longbottom. Lovegood. Zamknięte drzwi. Zaraz, jakie drzwi? Wspomnienie Pottera na moment wytrąciło go z równowagi i stracił koncentrację.
— Przebywanie na korytarzu nie jest chyba zakazane? — powiedziała Weasley hardo. — Przynajmniej na razie?
— Nie jest — potwierdził zimno. — Ale bezczelny ton w rozmowie z nauczycielem już tak. Minus pięć punktów dla Gryffindoru.
Weasley najwyraźniej miała zamiar powiedzieć coś, co zapewne pozbawiłoby Dom Lwa kolejnych kilku punktów, ale, spostrzegłszy coś za jego plecami, ostatecznie nie rzekła ani słowa. Snape spojrzał przez ramię. W ich kierunku szła Luna Lovegood. Radośnie pomachała z oddali do kolegów.
— Ginny, Neville — powiedziała lekkim tonem, podchodząc bliżej, tak uszczęśliwiona, jakby widzieli się pierwszy raz od co najmniej dziesięciu lat, a nie ledwie parę godzin temu na obiedzie. Jej głos był jak zawsze jakby oderwany od rzeczywistości, rozmarzony i senny zarazem. Sprawiała wrażenie, że dopiero kiedy podeszła do nich, dostrzegła dyrektora. Uśmiechnęła się do niego szeroko. — O, dzień dobry, panie profesorze.
— Dzień dobry — odparł odruchowo Severus. Rzucił okiem na czerwone trampki Lovegood, wystające spod szaty, bądź co bądź niezbyt pasujące do szkolnego stroju. Za uchem miała zatkniętą różdżkę, a na szyi jakiś dziwny naszyjnik. Cóż, Lovegood była zawsze nieco… oryginalna.
— Ładne popołudnie, prawda? — zagadnęła.
Kwestia co Lovegood uznaje za ładne popołudnie mogła być nieco dyskusyjna, bo przez cały dzień wiał silny, porywisty wiatr, a niebo było zasnute szarymi, kłębiastymi chmurami.
Luna, niezrażona, że profesor nie zareagował na jej uprzejmie wygłoszoną uwagę o pogodzie, zapytała z uśmiechem:
— Nie widział pan gdzieś mojego mimoucha?
— Słucham? — zapytał Snape z roztargnieniem. Wciąż miał przed oczami wspomnienia ujrzane w umyśle Weasley i starał się nic z nich nie stracić. Szczegóły wymykały mu się jak piasek przesypujący się między palcami. Potrzebował chwili spokoju, by ułożyć sobie te obrazy w logiczną całość. Intrygowały go te zamknięte drzwi. Z czymś mu się kojarzyły.
— Mojego mimoucha — powtórzyła z łagodną cierpliwością Luna. Neville i Ginny wymienili zaskoczone, zmieszane spojrzenia. — Uciekł mi gdzieś. Mam dla niego ciasteczka. — Wyjęła z kieszeni nieco wymiętoszoną paczuszkę kociołkowych piegusków. — Ktoś chce ciasteczko? Panie profesorze? — Wyciągnęła torebkę w jego stronę.
Longbottom spoglądał na koleżankę już nie ze zdziwieniem, a z jawnym przerażeniem. Weasley postanowiła zareagować, korzystając z nadarzającej się sytuacji jako pretekstu, by zniknąć z zasięgu wzroku dyrektora. Złapała Lovegood za ramię, odciągając ją od Snape'a.
— Chodź Luna, pomożemy ci szukać tego mimoducha.
— Mimoucha — sprostowała Lovegood z lekką pretensją w głosie, posyłając dyrektorowi uprzejmy uśmiech.
Longbottom pośpieszył za koleżankami, omijając Snape'a szerokim łukiem. Severus spoglądał za nimi, patrząc, jak odchodzą w głąb korytarza.
— Mimoucha, co? — mruknął do siebie.
Miał zamiar wrócić już do swoich komnat, ale postanowił jeszcze zajść do gabinetu i zamienić słowo z Dumbledore'em i innymi portretami. Polecił im podjąć dyskretną próbę dowiedzenia się czegoś o nadchodzącym tajnym zebraniu nauczycieli. Przeświadczenie, że prędzej czy później zdołają coś wysondować, sprawiało, że zaglądał do gabinetu co najmniej kilka razy dziennie. Zatrzymawszy się przed gargulcem, przypomniał sobie o wciąż nieustawionym haśle. Przełożył książki do lewej ręki i wyciągnął różdżkę, by utrwalić wybrane słowo. Nim zdążył je wypowiedzieć, na korytarzu znienacka pojawił się Irytek, sfruwając na dół spod sufitu, pod którym był przyczajony.
— Aha! — wykrzyknął radośnie na widok Snape'a. — Się ma, dyrciu!
Odchrząknął i zaczął swoją przyśpiewkę:
Nasz dyrektor Śmierciożerca po szkole grasuje,
Miota się po kątach, wszystko kontroluje,
Czarna peleryna, ponure spojrzenie,
Myśli, że ma wszystkich na jedno skinienie.
Snape wyłazi z lochów, strzeżcie się Gryfoni.
Snape wyłazi z lochów…
Tym razem Severus nie miał zamiaru czekać na drugą zwrotkę. Zamiast na gargulca, automatycznie skierował różdżkę na poltergeista.
— Depulso! — powiedział głośno i dobitnie, wiedząc, że będzie tego później żałować; po takim potraktowaniu Irytek nie da mu spokoju co najmniej przez tydzień.
Zaklęcie odrzuciło poltergeista o dobre kilka metrów. Trafił prosto w stojącą pod ścianą zbroję. Stalowy pancerz rozsypał się z głośnym rumorem, niosącym się echem po korytarzu.
— Hej, to wcale nie było śmieszne! — zawołał Irytek przyduszonym głosem, dobiegającym gdzieś spod napierśnika.
— A mnie się podobało — mruknął do siebie Snape ze złośliwym uśmiechem. Zniknął w przejściu za gargulcem, gdzie Irytek nie miał dostępu.
Wszedł po spiralnej klatce schodowej na górę. Kiedy położył rękę na klamce drzwi wejściowych, zastygł w bezruchu, uświadomiwszy sobie, na co spoglądał. Dębowe, wypolerowane drewno, złota kołatka w kształcie głowy gryfa... Ależ oczywiście! We wspomnieniach, które dostrzegł przez ułamek sekundy w umyśle Weasley, widział drzwi dyrektorskiego gabinetu.
Co oni mogli planować?
Neville, Ginny i Luna szybkim krokiem oddalili się w głąb korytarza. Ledwie zniknęli z pola widzenia Snape'a, Ginny pociągnęła Lunę za rękę i cała trójka puściła się biegiem w górę po schodach, byle dalej od dyrektora. Neville przez całą drogę nerwowo oglądał się za siebie, pilnując, czy wampir z lochów ich nie śledzi. Odetchnęli dopiero na szóstym piętrze. Upewniwszy się, czy nikogo nie widać w pobliżu, wślizgnęli się do jednej z pustych klas.
— Mało brakowało! — Neville otarł pot z czoła i opadł na najbliższe krzesło. — On na pewno coś wie, mówię wam.
— Tylko tak gada. Nie ma żadnych dowodów — powiedziała Ginny stanowczo.
Luna pokiwała głową twierdząco, chrupiąc ciasteczko.
— Wiesz, co o nim gadają — powiedział cicho Neville.
— Że czyta w myślach? Bzdura. — Ginny machnęła ręką.
Neville nie wyglądał na przekonanego.
— No, ale z tym mimouchem to było dobre — zwrócił się do Lovegood. — Świetnie to wymyśliłaś, Luna.
— Właśnie, Snape kompletnie zbaraniał — przyświadczyła Ginny. Nie mogła powstrzymać cichego śmiechu na wspomnienie miny Śmierciożercy. Musiał być nieźle zaskoczony.
— Kiedy on mi naprawdę gdzieś uciekł — powiedziała Luna zmartwionym głosem, rozglądając się dookoła na wysokości swoich kolan. — A myślałam, że udało mi się go oswoić.
— Eee… tak, jasne. — Ginny rzuciła Nevillowi porozumiewawcze spojrzenie. — Słuchajcie, chciałam, żebyśmy się dzisiaj spotkali, bo myślę, że… no, musimy coś zrobić. Coś więcej niż dotychczas.
— Co my tam możemy… — szepnął Neville.
— Bardzo dużo możemy! — stwierdziła Ginny zdecydowanie.
— Napisy na ścianach nic nie zmienią. Snape się tylko wścieka.
— I dobrze. Napsujemy mu jeszcze trochę krwi.
— O, planujemy coś nowego? — zainteresowała się Luna. — A kiedy przyjdzie reszta?
— Nie przyjdzie — oświadczyła Ginny. — Sprawa dotyczy tylko nas trojga. To będzie naprawdę niebezpieczne i muszę wiedzieć, czy w to wchodzicie.
Neville zerknął na nią, unosząc brwi w zdziwieniu, ale kiwnął głową twierdząco. Luna miała na twarzy wyraz łagodnego zainteresowania.
— Jasne — oświadczyła beztrosko Krukonka, nawijając pasmo włosów na palec. — A co będziemy robić?
Ginny przez chwilę milczała, zbierając myśli. Wreszcie uznała, że najlepiej będzie od razu przejść do rzeczy:
— Chodzi o miecz Godryka Gryffindora.
c.d.n.
