Rozdział 10
Wizje…?
"…Korytarz był długi i pogrążony w półmroku.
Słabe światło wydobywające się gdzieś z łuków stropu, tworzyło na podłodze bladoniebieski wzór.
Dziewięcioletni chłopiec szedł powoli, powłócząc nogami.
Nie zmierzał w żadnym konkretnym kierunku. Po prostu włóczył się od dłuższego czasu bez celu po pokładzie, by w końcu dotrzeć do Czytelni.
Pomieszczenie było spore i pełne półek wypełnionych książkami oraz najróżniejszymi przedmiotami. Stały tam także liczne stoliki, krzesła oraz parę ławek.
Kilka wielkich ekranów w ścianach wciąż świeciło lekko, będąc teraz jedynym oświetleniem pustego pokoju, chociaż normalnie większość światła dawały lampy wbudowane w liczne kolumny.
Wildfire usiadł na jednej z ławek, podciągnął nogi i oplótł je ramionami, wsłuchując się w ciszę.
Nie myślał o niczym konkretnym. Po prostu siedział tak nieruchomo, wpatrując się w jeden z ekranów.
Ktoś stanął obok niego, ale chłopiec nie zareagował.
Kątem oka dostrzegł jedynie czarne spodnie i wysokie buty zapinane po bokach na srebrne klamry. Po chwili samiec usiadł obok niego na ławce. Jego lekko przedłużana kurtka również zapinana była na klamry, ale był to jedyny ozdobnik jego stroju.
- Wszystko w porządku? - zapytał spokojny, gardłowy lecz dziwnie zniekształcony głos.
W pierwszej chwili Wildfire zastanawiał się dlaczego, ale wciąż nie podnosił wzroku, wzruszając jedynie obojętnie ramionami.
- Jesteś zły, że odchodzimy?
Chłopiec znów nie odpowiedział, wciąż bawiąc się drewnianą figurką Wraith.
- Myślałem, że wuj wytłumaczył ci dlaczego nie możemy dłużej zostać.
- Bo tłumaczył - mruknął w końcu. - I słyszałem jak rozmawiał z dorosłymi…
- Więc?… Dlaczego jesteś taki zły?
Dopiero wtedy spojrzał na niego… i na moment znieruchomiał, zdezorientowany.
Siedzący obok niego samiec był wysoki, średniej postury. Górną cześć jego głowy zdobił szeroki pas srebrzysto-białych włosów, spięty w połowie głowy w kok. Reszta była dosyć krótko przycięta, tworząc ledwo widoczny wzór. Natomiast jego brodę zdobiły dwa cienkie warkoczyki.
Ale to, co zaskoczyło chłopca, to fakt, że jego twarz była dla niego niewyraźna… jakby rozmazana… skryta we mgle. Jedyne co mógł wyraźnie zobaczyć, to jego intensywnie zielone oczy o pionowych źrenicach.
- Bo nie chcę żebyście odchodzili - powiedział z wyrzutem chłopiec. - Możecie przecież zostać… Nie musicie walczyć, ale możecie zostać…
- Wiesz, że nie możemy - odparł, wciąż tym samym, spokojnym tonem. - Spełniliśmy już nasze zadanie. Opiekowaliśmy się wami przez prawie tysiąc lat, patrząc z dumą, jak się rozwijacie… Ale ta wojna… W tym momencie nasze drogi muszą się rozejść… Gdybyśmy zostali, oczekiwano by w końcu po nas, że przyłączymy się do walki. A jak wiesz, nie możemy się w sprawę śmiertelnych i wam pomóc… chociaż bardzo byśmy chcieli… Takie są zasady…
- To głupie zasady - rzucił poirytowany Wildfire.
- Tak uważasz? - spytał spokojnie samiec. - Uważasz, że powinniśmy zniszczyć tych, którzy was zaatakowali?
- Tak… Jesteście potężni. Możecie ich zniszczyć w każdej chwili.
- Tak, to prawda - przyznał. - Ale czy wtedy nie bylibyśmy tacy jak oni?... Arcanie zaatakowali Patrię, ponieważ uważali, że ci, którzy tam mieszkają, są niegodni tego, by żyć. Że są tylko dziwacznym wybrykiem natury… Eksperymentem, który wymknął się spod kontroli Lantean… Postanowili więc was zgładzić… Postanowili odegrać rolę Stwórcy… Gdybyśmy teraz w ten sam sposób potraktowali ich, nie bylibyśmy lepsi… To właśnie dlatego tacy jak my mają swoje zasady… A jedną z nich jest nieingerowanie w konflikty… Możemy obserwować. Możemy doradzać. Ale nie możemy decydować kto ma być zwycięzcą, a kto przegranym… To nie jest nasza rolą… Nie jesteśmy bogami... Jesteśmy potężni, ale nie jesteśmy bogami - dodał.
Wildfire nie odpowiedział od razu.
Rozumiał o czym Avatar mówi… ale wciąż nie potrafił się z tym pogodzić. Nie chciał.
- Ale teraz to Arcanie zabijają nas - rzucił. - Bawią się w bogów.
- Na razie… tak… Ale kto wie. Może niebawem role się odwrócą i to wy zaczniecie zwyciężać.
- Więc dlaczego odchodzicie? Możecie przecież zaczekać w ukryciu… Obserwować… Nikomu nie powiem.
Samiec uśmiechnął się łagodnie.
Ten gest młody Wildfire był w stanie dostrzec. Usta i oczy Avatara, w przeciwieństwie do reszty twarzy, były dla niego wyraźne.
- Bardzo byśmy chcieli… ale nasz czas tutaj dobiegł już końca… My także mamy swoich zwierzchników, którzy nakazali nam wrócić - powiedział Avatar i pochylił się nieco do przodu, przykładając dłoń z boku jego głowy. - Ale obiecuję ci, że któregoś dnia, kiedy będziesz dorosły, nasze ścieżki znów się skrzyżują - dodał.
- Obiecujesz?
- Obiecuję - przytaknął.
Chłopiec przytulił się do niego mocno, a on objął go i pocałował lekko w głowę.
Obaj siedzieli tak przez dłuższy czas, aż w końcu, z progu sali, dobiegł ich męski głos.
- Musimy już iść…
Chłopiec odsunął się i spojrzał na tego, który przyszedł. Od razu go rozpoznał. Jego twarz była dla niego bardzo wyraźna.
To był jego dziadek, Stroke - wysoki, postawny Wraith, którego głowę zdobiła niemal identyczna fryzura co głowę tego, którego znał od prawie tysiąca lat i który go wychowywał.
- Już idę - odparł samiec i znów spojrzał na chłopca. - Uważaj na siebie… I pamiętaj: pewnego dnia znów się spotkamy - dodał, po czym wstał i ruszył w kierunku wyjścia na korytarz.
Wildfire spoglądał za nim. A kiedy Avatar zatrzymał się przed Stroke, ktoś jeszcze podszedł do nich - ludzka samica… chociaż z tej odległości nie był w stanie stwierdzić tego dokładnie.
Była o wiele niższa od nich, szczupła, a jej długie, ciemne włosy spięte były swobodnie w kok.
Zerknęła na chłopca, rozmawiając o czymś z dwójką samców. Jej spojrzenie było łagodne i dziwnie znajome… jednak nie potrafił teraz określić dlaczego.
Po chwili cała trójka ruszyła dalej, a on znów został sam w dużym, pustym pomieszczeniu.
Światła na korytarzu zgasły powoli. Tak samo jak ekrany w Czytelni.
Wokół zapanował mrok. Nieprzenikniony. Otaczając zewsząd Wildfire…"
.
…Dowódca Nebuli otworzył oczy.
Znów był w swojej kwaterze, leżąc w łóżku.
Ten pokój także zupełnie pochłonął mrok. Ala tym razem nie przeszkadzało mu to.
W dzieciństwie, przez długi czas, bał się ciemności. Przerażała go. Był to efekt jego wypadku, po którym długo leżał w śpiączce. Pamiętał, że miał wtedy wrażenie iż otacza go pustka. Ciemność.
I przypomniał sobie teraz, że w tamtym okresie, z początku również miał sny podobne do tego. Dziwne sny, które mogły być rzeczywistymi wspomnieniami ukrytymi gdzieś głęboko w jego podświadomości… A może wtedy także tylko zadziałała jego wyobraźnia, kiedy umysł próbował zapełnić czymś pustkę powstałą na wskutek amnezji, pomyślał.
Ale to, o czym śnił, wydawało mu się być takie realne. Zbyt realne, aby być jedynie zwykłym snem. Wytworem jego wyobraźni.
Może wcale nie utracił wszystkich wspomnień, jak sądził do tej pory, pomyślał. Tylko z biegiem lat spychał je coraz głębiej w mroki podświadomości. Ale teraz, kiedy zaczął myśleć o tamtych odległych czasach, pod wpływem Stardusta i jego opowieści o Avatars, jego podświadomość zaczęła się powoli budzić z długiego snu.
Więc może gdzieś w jego umyśle jest więcej takich wspomnień, które aż do tej pory pozostawały w uśpieniu.
Nie potrafił tylko wyjaśnić dlaczego śnił akurat o tym… I akurat teraz.
Zamazana, niewyraźna twarz musiał należeć do kogoś, kogo znał w dzieciństwie. Ktoś na tyle dla niego ważnego, że gdzieś w umyśle pozostało wyobrażenie o nim, lecz kogo twarz i głos zostały utracone na wskutek amnezji.
Stąd ten niewyraźny obraz i zniekształcony głos.
Ale czy naprawdę był to jeden z Avatars? Istota, niegdyś śmiertelna, która przeszła na wyższy poziom egzystencji, przemieniając swoje organiczne ciało w czystą energię.
Odkąd pamiętał słyszał od Najstarszych opowieści o nich. Jak przybyli do tej galaktyki i odnajdując Pierwszych Wraith na Argelum, zaopiekowali się nimi… by później żyć wśród nich i prowadzić ich przez prawie tysiąc lat jako Opiekunowie. Przewodnicy.
Ale kiedy wybuchła wojna, odeszli, nie mogąc decydować o tym kto wygra, a kto przegra. Decydować za los. Za przeznaczenie.
To było jeden z ich głównych nakazów, jak głosiły legendy. Nawet te pochodzące od Lantean.
Niektórzy mieli im to za złe, że porzucili swoich podopiecznych wtedy, kiedy ci najbardziej ich potrzebowali. Dlatego też odrzucili w końcu w niepamięć Avatars i opowieści o nich, sprowadzając je do roli historyjek dla dzieci…
A mimo to Dowódca nigdy nie opowiadał nikomu o swoich snach. Nawet wujowi czy dziadkowi, którzy przecież wychowali się pod okiem Avatars.
Tak jak teraz nie miał takiego zamiaru robić tego teraz… Chociaż ten sen w sumie nie był sprzeczny z tym, co zawierały historyczne przekazy.
Dlatego też, jakkolwiek poruszony wydawał się być Stardust pojawieniem się Kate Harrigan na Vallen, Wildfire nie miał zamiaru pytać go o prawdziwość jego snu.
Przynajmniej nie na razie.
Na razie zaczeka i zobaczy jak rozwinie się sytuacja…
Wziął głębszy wdech i spojrzał na śpiącą obok, na wznak, ludzką samicę. Jej nagie ciało tylko częściowo zasłaniał koc, a długie, kruczoczarne włosy spływały na plecy.
Czasami przychodziła do niego sama. A czasami to on ją wzywał. Nigdy jednak oficjalnie nie została jego Aliqtar - Osobistym Czcicielem. Miał ku temu swoje powody, a ona przystała na jego warunki.
Mimo to, wśród innych czcicieli na hive, pozwoliło jej to osiągnąć bardzo wysoką pozycję.
Dowódca wyszedł spod swojego koca i przeszedł do łazienki, aby ubrać swój uniform, po czym opuścił kwaterę.
Wraith nie potrzebowali tyle snu, co ludzie. Nieraz wystarczało im jedynie kilka godzin drzemki, aby odzyskać pełnię sił. Poza tym teraz, kiedy jego myśli wciąż krążyły wokół tego dziwnego snu i tak nie mógłby ponownie zasnąć.
.
.
Kate wstała w końcu i weszła do jaskini, rozglądając się wokół.
Przez ostanie pół godziny siedziała na skraju urwiska, wpatrując się gdzieś w dal. Najpierw rozmyślała o przeszłości… o Ziemi. Ale szybko doszła do wniosku, że teraz powinna skupić się na swojej obecnej sytuacji. Obmyśleć jakiś plan.
Wątpiła, aby wyłączenie nadajnika podprzestrzennego za pomocą jej elektrycznych wyładowań przyniosło pożądany efekt na stałe: gubiąc sygnał, Wraith zaprzestali by polowania na nią. Zapewne maja inne metody odnajdowania Biegaczy, wypracowane przez tysiąclecia. Dlatego też nie może od razu wrócić na Vallen. Musi odczekać jakiś czas i upewnić się, że nie sprowadzi Wraith prosto do miasteczka.
Poza tym miała jeszcze jeden problem: umowa z Vi.
Termin, jaki jej dał, mijał za trzy dni i jeśli nie stawi się na miejsce… wolała nie myśleć co może zrobić.
Chociaż z drugiej strony wydawał się być rozsądny, pomyślała. Jeśli nawet przyleci do Vallen, ludzie powiedzą mu co się stało. Że została zabrana przez inny hive podczas żniw… Tylko czy to powstrzyma go przed tym, by nie wysłać swoich żołnierzy na żniwa? Czy ta wiadomość wystarczy, aby wciąż dotrzymał swojej części umowy?
Trudno było jej to stwierdzić. To nie był już film, tylko rzeczywistość. Nie mogła swobodnie hipotetyzować, opierając się na domysłach fanów serialu i szafować życiem tysięcy ludzi.
Tylko jak znaleźć jednego konkretnego Wraith wśród tysięcy innych?
Nie wiedziała nawet jak się nazywa.
Ani nawet gdzie zacząć pytać…
Zatrzymała się tuż za wejściem do jaskini, przyglądając jak Thanis dokłada drewna do ognia. Zdążył już nawet przygotować sobie posłanie z dużych liści i nazbierać jakieś owoce.
Harrigan usiadła na jednym z głazów.
- To jak to było? Z Biegacza przebranżowiłeś się na… czciciela Wraith? - spytała w końcu z nuta ironii.
- Przebranżowiłeś? - powtórzył, spoglądając na nią.
Wyraz jego twarzy wyraźnie sugerował, że nie zrozumiał znaczenia tego słowa.
- Zmieniłeś… zawód - wyjaśniła.
- Nie - niemal mruknął i wrócił do swojego zajęcia, zaczynając kroic jeden z owoców. - Otrzymałem kuszącą propozycję: jeśli dobrze cię wyszkolę i Dowódca będzie zadowolony z Łowów, darują mi wolność…
Kate parsknęła.
- I ty im wierzysz?
Thanis spojrzał na nią niezbyt przyjemnie.
- A ty na moim miejscu nie zaryzykowała byś? - zapytał oschle. - Nie mam nic do stracenia… Mam prawie pięćdziesiąt lat. Biegaczem jestem od pięciu. Jeśli nawet nie dotrzymają słowa, to moja sytuacja i tak nie ulegnie zmianie… A tak… zawsze mogę mieć nadzieję - dodał już spokojniej.
Kobieta przyglądała mu się przez chwilę.
Nie lubiła tego robić, ale musiała się upewnić, czy mężczyzna mówi prawdę… czy tylko jest to częścią gry.
Przeskanowała więc jego umysł. Tylko w ten sposób mogła mieć pewność, że mówi prawdę. Nie mogła ryzykować, że odkryje przed nim swoje tajemnice, a chwilę później zjawią się tutaj Łowcy Wraith, aby zmierzyć się z nią.
Na jej szczęście umysł mężczyzny stał przed nią otworem niczym otwarta księga, w której mogła czytać bez najmniejszego wysiłku… A to sprawiło, że zobaczyła więcej niż planowała.
Rozmowa o powodzie, dla którego oboje znaleźli się w tym miejscu mimowolnie przywołała w umyśle Thanisa wspomnienia o żniwach Wraith na jego planecie… i o tym, jak został Biegaczem.
Prawdopodobnie wiele z tych historii było do siebie podobnych, pomyślała kobieta. Wojsko próbowało bronić cywili, lecz i tak ponieśli sromotną klęskę. Kilku z nich zostało schwytanych, a tych, którzy stawiali największy opór, postanowiono użyć w roli zwierzyny łownej. Tak jak było to w przypadku mężczyzny, niegdyś dumnego oficera w swojej armii, a teraz…
- …Słyszałam opowieści o Biegaczu, któremu udało się wyłączyć nadajnik - odezwała się w końcu.
Thanis podniósł nieco wzrok znad swojego posiłku.
- Tak, z Satedy - niemal mruknął i podał jej kawałek kory na której ułożył owoce. - Wraith nazywają go Hardplayer, ponieważ pokonał samego Lorda Wraith… Wyjątkowo nieprzyjemne indywiduum. Nie chciała byś go spotkać - wyjaśnił, a ona udała, że nie wie o kim mówi. - W każdym razie jest jeden problem: Satedanin miał pomoc New Lantean… Słyszałaś o nich? - spytał nagle.
- Tak… Obiło mi się o uszy - zażartowała.
- No a ja nie widzą w okolicy żadnego - dokończył. - Nawet nie wiem gdzie ich szukać… Poza tym chodzą słuchy, że odeszli, jak kiedyś Przodkowie, pozostawiając nas na pastę Wraith - mruknął.
- A ja słyszałam, że wciąż się ich spotyka…
Mężczyzna parsknął lekko.
- Pobożne życzenia - stwierdził. - Ludzie musza w coś wierzyć, aby nie stracić resztek nadziei.
- Na mojej planecie jest takie powiedzenie: nadzieja umiera ostatnia.
Thanis spojrzał na nią, lecz nic skomentował jej słów, odkładając jedynie swoje prowizoryczne naczynie na bok.
- Prześpij się - powiedział, gestem głowy wskazując posłanie. - Z samego rana zaczynasz trening.
- Super - rzuciła z ironią i wstała. - Już nie mogę się doczekać.
- Kiedy Wraith zaczną swoje Łowy, będziesz dziękować Przodkom, że miałaś ku temu okazję - oznajmił oschle. - Jeśli chcesz pożyć, lepiej zacznij myśleć o tym poważnie, zamiast liczyć na cudowne ocalenie przez New Lantean… Cuda się nie zdarzają.
- Czasami się zdarzają - odpowiedziała, uśmiechając się tajemniczo kącikiem ust, po czym zamknęła oczy zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
Słyszała jednak jak westchnął ciężko, a potem wyszedł z jaskini.
Znów uśmiechnęła się lekko, tym razem sama do siebie.
.
.
…Ciepły wiatr poruszył jej włosami, kiedy wystawiała twarz ku słońcu.
Dzień był przyjemny i spokojny, a w powietrzu unosił się przyjemny, lekko słodki zapach… chociaż nie potrafiła określić co to było.
W końcu otworzyła oczy.
Stała na ścieżce wijącej się wokół niewielkiego wzniesienia, porośniętego równymi rzedami drzewek i dywanem zielono-purpurowej trawy. W oddali wznosiło się jakieś miasteczko otoczone murem, porośniętym gdzieniegdzie przez pnącza.
Widok przypominał jej toskańskie winnice… tyle, że zamiast krzewów winorośli, wszędzie rosły niskie drzewka pomarańczowe.
To od nich musiał pochodzić ten słodki zapach, który czuła, uznała.
- Masz, spróbuj… Są bardzo słodkie - odezwał się nagle z boku męski głos.
Spojrzała w tamtą stronę. To był Thanis, ubrany w lekki, jasno-brązowy strój, odpowiedni do tutejszego ciepłego klimatu. W wyciągniętej dłoni trzymał pomarańczę. Wzięła ją z lekkim uśmiechem i zaczęła obierać ze skórki.
- W tym roku zbiory będą wyjątkowo obfite. Lato jest słoneczne, a deszcze częste - powiedział, stając obok niej i także spoglądając w dal, na miasteczko. - To zabawne, ale kiedyś nigdy bym nie przypuszczał, że pewnego dnia zostanę hodowcą pomarańczy.
- Lepsze to niż bycie Biegaczem - zażartowała.
- Tak, to fakt - parsknął lekko. - Miałem dużo szczęścia…
- Ale nie na długo - wtrącił niespodziewanie inny, bardziej gardłowy głos.
Oboje odwrócili się, by zobaczyć przed sobą dwóch Wraith. Tych samych, których Harrigan spotkała podczas wszczepiania jej nadajnika podprzestrzennego.
A potem niższy z nich uniósł nagle swoją dłoń, by z impetem przyłożyć ją do piersi Thanisa.
Kate z przerażeniem patrzyła, jak twarz mężczyzny zaczyna pokrywać się głębokimi zmarszczkami i starzeć w zastraszającym tempie.
I wtedy poczuła czyjąś dłoń na swojej piersi. Odwróciła gwałtownie głowę, by zobaczyć twarz drugiego Dowódcy szczerzącego do niej ostre żeby w szerokim uśmiechu satysfakcji. Chwyciła jego rękę, próbując go powstrzymać, ale zamiast tego poczuła jedynie jak zaczyna jej brakować tchu…
.
…Harrigan otworzyła gwałtownie oczy, chwyciła rękę mężczyzny i równie gwałtownym ruchem powaliła go na bok… A potem zastygła nad nim w bezruchu, z uniesioną pięścią gotową, aby uderzyć.
Mężczyzna patrzył na nią zupełnie zdezorientowany… tak samo zresztą jak ona.
- To tylko ja - powiedział w końcu spokojnym tonem głosu.
- Przepraszam - niemal mruknęła i usiadła obok, przecierając twarz dłońmi. - Miałam… mały koszmar - dodała, z potem spojrzała w kierunku wyjścia z jaskini. Na zewnątrz panowała noc. - Coś się stało? - spytała.
- Nie… Chciałem zrobić ci mały trening w nocy… ale teraz zaczynam się zastanawiać czy w ogóle go potrzebujesz - dodał z nutą podejrzliwości.
Spojrzała na niego, marszcząc nieco brwi z wyrazem zapytania na twarzy.
- To, co właśnie zrobiłaś… Przeszłaś wojskowe szkolenie, prawda?
Nie odpowiedziała. Nie od razu. Najpierw sięgnęła po kawałek owocu i przeżuła go.
- Mój wuj jest wojskowym. Zrobił mi kiedyś miesięczne szkolenie a-la surwiwalu… Stwierdził, że pewnego dnia może mi się przydać - odparła niemal obojętnym tonem.
A jednak w jej głosie mężczyzna wyczuł nutę nostalgii, zaczynając się zastanawiać kim naprawdę jest jego podopieczna. Czy tylko prostą kobietą z jednego z wielu miasteczek, jakich pełno w tej galaktyce?… Czy też kimś innym… O czyjej prawdziwej tożsamości Wraith nie mają bladego pojęcia.
Ale teraz zaczynał rozumieć jakim sposobem udało się jej tyle razu uciec.
Uśmiechnął się nieco.
- Najwyraźniej nie zapomniałaś jego nauk. To dobrze… dla ciebie - przyznał. - Masz szansę dłużej pożyć… Ale i tak nie powinnaś przeceniać swoich możliwości. Jak już wspomniałem, Wraith są szybsi i silniejsi.
- Nie przeceniam - odparła, znów spoglądając na niego.
- To dobrze… Ale mimo to chodź - dodał i klepnął ja lekko w udo. - Może zdołam nauczyć cię jeszcze kilku sztuczek - zażartował nieco, wstając, po czym wyszedł z jaskini.
Harrigan westchnęła ciężko i ruszyła za nim niezbyt chętnie.
- Koniecznie w środku nocy? - wymamrotała.
- Noc może być twoim sprzymierzeńcem bardziej niż sądzisz - powiedział.
- Jakbym słyszała wuja - znowu mruknęła.
Mężczyzna uśmiechnął się, lekko rozbawiony.
