HAIIRO
Pot spływał ze mnie strumieniami. Jest go chyba więcej niż krwi w Spartakusie i spermy w Boku no Pico. No dobra…z tym ostatnim to przesadziłem. Udajmy, że tego nie było. Może mój test nie byłby taki hardcorowy gdybym wcześniej nie wkurzył kapitana. Ale przecież to nie tak, że ja to zrobiłem specjalnie! Nie wybierałem sobie gdzie wyląduje! No i skąd miałem w ogóle wiedzieć, że ten demonek będzie moim kapitanem? Nie mogłem przecież tego przewidzieć! Chociaż…niby mógłbym się tym zainteresować wcześniej. Ale to ja. Zważając na mój charakter taka dociekliwość z mojej strony jest mało prawdopodobna. Nie mówiąc o tym, że do wczorajszego dnia nie miałam tak naprawdę zamiaru dołączenia do klubu. A teraz to ja już chyba w ogóle nie chce! Trzeba się będzie użerać z tym małym demonkiem! I nawet go powkurzać nie będę mógł!
No to mogę sobie teraz mówić : nie chce. Ale nie ma szans bym zrezygnował. Najmniejszych. Zacząłem to muszę to skończyć. Nie ma bata żebym się poddał. Najwyżej padnę tu i umrę. Przynajmniej będę wiedział, że zrobiłem wszystko co mogłem by wygrać. Nie chce też taryf ulgowych! Jak jakieś mają to niech sobie je wsadzą w dupę. Dam sobie radę sam.
Tylko jedno mnie zastanawia…to jest trening do klubu koszykówki czy do wojska?
-Dalej! Jeszcze dwadzieścia pompek Ci zostało – warknął czerwonowłosy demon i zachichotał złośliwie. O tak. Mały sadysta lubi patrzyć jak się męczę i dysze. Jakieś fetysze, kurde, ma. Ale ja mam jeszcze siły! Nie dam mu satysfakcji. Ma obozie też miałem ciężkie treningi. No, dalej Gil. Jedna-prawidłowa-pomka-wojskowa! Dasz radę- a teraz wstawaj. Szybciutko. Pięć okrążeń.
Uh… bieganie już nie jest takie złe. Biegam codziennie więc takie ćwiczenie to dla mnie ulga. A na pewno wolę to od pompek. Jeszcze chwila i bym tam padł na ziemię. Już mi się nawet trochę ręce trzęsły. Dobrze, że od dziecka ćwiczyłem w nich siłę. Nie mam zielonego pojęcia po co to robiłem, ale w takich przypadkach dziękuje siedmiu Bogom za moje zafascynowanie do wysiłku fizycznego.
Nie zdążyłem nawet zacząć drugiego okrążenia gdy kapitan pojawił się u mojego boku i ryknął.
-Padnij!
Nawet się nie zdziwiłem. Zbyt wiele razy byłem na wojskowych obozach by się zdziwić. A tam jak zbyt późno reagowałem, dostałem taki morderczy trening, że następnego dnia ledwo stałem na nogach. Nauczyłem się więc, że słowo „ padnij" oznacza, że mam paść natychmiast. Nawet jeśli nie leci we mnie żaden granat, tylko szyszka z sosenki.
Szybko rzuciłem się na ziemię i znieruchomiałem. Po chwili usłyszałem pełen zadowolenia chichot. Ja pierdziele. Ten człowiek jest pojebany. Aż mam ochotę sam go podręczyć. Tak żeby nie mógł rano wstać. Albo żeby… nawet jeszcze dzień później nie mógł zjeść z łóżka! Haha…krzepiące te moje myśli.
-A teraz następne dwa okrążenia się przeczołgasz. Migiem.
Ponownie, nie protestując wykonałem polecenie. Nie żebym marudził…ale naprawdę, co ma czołganie się do koszykówki? Bo ja naprawdę nie widzę połączenia. Po prostu powinienem uznać, że to wszystko się działo dla chorej satysfakcji mojego małego demonka. Nie przerywałam ćwiczenia jednak wbrew sobie, podniosłem na chwilę wzrok. No pięknie. Ja tu tyram, a go nawet nie ma obok. Co nie znaczy, że nie przygląda się temu z skądś indziej. A niech go leszy. Byleby przetrwać wszystkie jego chore pomysły.
-Wstawaj- głos usłyszałem kilka metrów za sobą. Może jednak tam był. I patrzył na mój zgrabny tyłek. Haha. Podziwiał widoki.
Lekko się chwiejąc, podniosłem się i stanąłem wyprostowany przed chłopakiem. Posłałem mu wyzywające spojrzenie i wykrzywiłem usta w lekkim uśmieszku. Kukurydza mu dupsko. Nie złamie mnie.
Chłopak schylił się ( tak… schylaj się, schylaj…po mydło) i podniósł piłkę do kosza. Spojrzał na mnie z zmrużonymi oczyma i rzucił ją w moim kierunku, używając do tego całej swojej siły.
Mimo całego mojego zmęczenia, złapałem ją bez problemu i pokręciłem nią, oceniając jej ciężkość i oczyszczając ją z brudu. Wow, mam rozumieć, że dopiero teraz zaczyna się część z koszykówką? Ok. Pełen podziw dla sadystycznych ciągotków kapitana.
-Pokaż mi swój rzut za trzy- mruknął trochę spokojniej. Uhm. Tego się nie spodziewałem. Myślałem, że czeka mnie kolejny morderczy trening, ale wygląda na to, że demonek wreszcie się zainteresował moimi prawdziwymi umiejętnościami. No to muszę dać z siebie wszystko. Mimo, że już ledwo zipię. Dobrze, że akurat rzut za trzy był czymś co zawsze chciałem opanować do perfekcji i wychodziło mi to bardzo dobrze. Uznałem, że rzucę z miejsca, w którym stoję. Będzie większy szpan.
Przekołowałem kilka razy i wyskoczyłem lekko. Piła odbiła się od tarczy i wpadła do kosza. Szkoda, że nie było czystego. Byłbym większym koksem. No ale niemożna mieć wszystkiego, nie?
-Dobrze. Teraz zrób dwa kroki w tył i powtórz rzut.
Serio? Jeszcze dalej? Jeszcze się nie zaspokoiłeś? No dobra. Niech będzie. Pomogę Ci się zaspokoić. Zrobiłem nawet trzy kroki i rzuciłem. Chwała nieistniejącym siedmiu Bogom, że maglowałem te rzuty do upadłego. Teraz nie dam mu satysfakcji. Piłka ponownie trafiła, a ja nie potrafiłem powstrzymać pełnego zadowolenia uśmiechu. Usłyszałem nawet jak Feliks bije mi brawo i wiwatuje. No przynajmniej jednego mam prawdziwego przyjaciela! Kochany Feliks. W sukience czy bez, zawsze można na niego liczyć. Odwróciłem głowę w ich kierunku i pomachałem im wesoło. To był błąd. Momentalnie przede mną pojawił się demonek, który piorunował mnie wzrokiem. Uhm… naprawdę nie wygląda na zadowolonego. Chyba ktoś tu nie lubi jak przestaje się zwracać na niego uwagę.
-W tej chwili, jednym co ma cię obchodzić to, to co do ciebie mówię!
-Nie denerwuj się tak. Tylko machałam twojej drużynie.
-Machać to będę ja. Twoimi kończynami jak już je poucinam- mruknął i zmierzył mnie wrogim spojrzeniem. Zacisnąłem wargi żeby się nie roześmiać. On naprawdę myśli, że wygląda groźnie? Bo jak tak, to się myli – a teraz za mną, aniołku.
Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu gdy po raz kolejny usłyszałem swoje nowe przezwisko. Nie żeby mi się podobało gdy mnie tak nazywa! … czy coś… wcale się nie podoba… po prostu… co do sytuacji…to dość zabawne.
Czerwonowłosy stanął przed koszem i spojrzał na mnie drwiąco. On chyba nie chce…sam kapitan?
-Pokaż co potrafisz- powiedział i rozłożył szeroko ręce, stając w obronie. Jeden na jednego z kapitanem? Jasne…torturuj mnie bardziej. Przekołowałem piłkę kilka razy i rzuciłem się do przodu. Kilka sekund przed zmierzeniem się z demonekiem, szybko wycofałem się, błyskawicznie zmieniłem rękę i ruszyłem w przeciwną stronę. Zbyt wolno niestety i chłopak wybił mi piłkę i spróbował ją zebrać. Nie doczekanie! W zbiórce to ja jestem mistrzem. Wykonałem szybki ruch i sprzątnąłem mu ją z przed nosa i znów spróbowałem go wyminąć. Chłopak jednak znów zablokował mnie.
Cholerny demon! Pokaże mu na co mnie stać! I przy okazji wykorzystam ulubiony trik kuzyna.
Rzuciłem piłką na oślep o tablice i wyminąłem chłopaka. Będąc przy koszu, rzuciłem się żeby ponownie zebrać piłkę i wrzucić ją do kosza. Coś na kształt wsadu, wsadem nie będącym. Za niski jestem mimo wszystko. Nie zbyt dobry w te klocki. Taki trik wychodzi mi raz na pięć skoków. W dodatku teraz nie grałem sam. Momentalnie przede mną pojawił się kapitan. Cholerna zaraza. Mam go w dupie.
Wylądowałem i złapałem piłkę. Szkoda tylko, że przy okazji poczułem całe swoje zmęczenie i zachwiałem się na nogach. No i upadłem na ziemie. Ale nie mając zamiaru się poddawać, w locie rzuciłem piłką i zdobyłem punkt. Kukurydza ci w tyłek! Już nie pierwszy raz tak zdobywam punkt! Nie moja wina, że mam anemię i czasem się wywracam.
Wylądowałem tyłkiem na twardym podłoży i jęknąłem. Auć. Moja biedna dupa. Powinien mi za to zapłacić. Swoim bólem dupy. Bez skojarzeń oczywiście.
Przez chwilę kapitan spoglądał na mnie, wyraźnie się zastanawiając. Potem założył ręce na klatce piersiowej i znów się uśmiechnął.
-No i co się lenisz, aniołku? Myślisz, że to koniec? To dopiero początek!
