Dobra, zwyczajnie chcę już zamknąć temat tego opowiadania, bo tak trochę głupio, że wisi tyle miesięcy bez zakończenia, kiedy de facto jest od dawna napisane. Wstawiam ostatnie dwa rozdziały i epilog za jednym zamachem (i tak już wszyscy znaleźli to sobie na Mirriel i dawno przeczytali).
Ostrzegam, że niezbetowane.
Woźny Grigorij Jefensjewiej rzucił czar na pół tuzina łopat, które natychmiast zaczęły energicznie rozkopywać zwał błotnistej ziemi, zawalający ścieżkę wiodącą do zamku. Większość terenu została już uporządkowana po zimie, została tylko ta jedna łacha, która spłynęła z wyżej położonej części wraz z wodami roztopowymi ponad miesiąc temu. Nadeszła najwyższa pora, by zająć się i tym. Na najbliższy mecz na pewno przybędą tłumy i trzeba było się należycie zaprezentować. Goście nie mogli brnąć w błocie po kostki. Odwrócił się właśnie w kierunku składziku z zamiarem wyprowadzenia stamtąd taczki, gdy nagle coś przyciągnęło jego uwagę. Na wybiegu hipogryfów znajdowała się grupka uczniów. Bardziej zainteresowany niż zaniepokojony — durmstrandzka młodzież dobrze wiedziała jak obchodzić się z tymi zwierzętami — podszedł bliżej. Jego oczom ukazała się niezwykle dziwna scenka.
Przed jednym z hipogryfów, Bystrookim, stały dwie głębokie misy. Obydwie były wypełnione przysmakiem tym zwierząt — kurzymi serduszkami. Do jednego z naczyń przyklejono czerwono-czarną flagę, a do drugiej biało-niebieską. Bystrooki z namysłem wpatrywał się to w jedną, to w drugą misę, najwyraźniej nie mogąc się zdecydować od której zacząć. Zawartość i tu, i tu wyglądała identycznie.
— No dalej, Bystrooki, wybieraj — zachęcał go jeden z uczniów, Aleksiej Poliakow. — Kto wygra?
W tym momencie w umyśle woźnego pojawił się błysk zrozumienia. Czerwono-czarna flaga reprezentowała Durmstrang, to jasne, a biały i niebieski były kolorami Dragogardu, z którym szkoła miała zagrać mecz już w najbliższą sobotę.
Hipogryf przysunął dziób do miski oznaczonej flagą konkurenta. Młodzież wstrzymała oddech. Bystrooki przekrzywił łeb, a potem podszedł do drugiej miski i zdecydowanym ruchem porwał z niej kilka kęsów.
— Jednak Durmstrang! — westchnął z zachwytem Aleksandr Pereinow.
— Durmstrang — zgodził się Jewgienij Kimowicz, z roziskrzonym wzrokiem wpatrując się w hipogryfa, który podrzucił łeb do góry, połykając mięso, bynajmniej nie zrażony, że przy posiłku towarzyszy mu liczna publiczność.
— Durmstrang — potwierdził z satysfakcją Poliakow, zapisując coś na pogniecionym kawałku pergaminu, który wyciągnął z kieszeni szaty.
— Czy to znaczy, że wreszcie z nimi wygramy? — zapytał z nadzieją Nikołaj Orłowski.
— No pewnie, przecież sam widzisz, że hipogryf powiedział — oświadczyła z głębokim przekonaniem Tatiana Karlikowa.
— Co to ma znaczyć? — zapytał woźny, budząc lekki popłoch wśród młodzieży. Skupieni na poczynaniach hipogryfa nie zauważyli, że Jefensjewiej wszedł na wybieg i stanął tuż za ich plecami.
— To taki mały eksperyment, Grigoriju Antonowiczu — powiedział Poliakow. — A w zasadzie mój projekt na zaliczenie z wróżbiarstwa.
— Projekt? A co ma wspólnego hipogryf z wróżbiarstwem? — zapytał woźny, mocno zaintrygowany.
Aleksiej nie miał większych oporów, żeby udzielić wyjaśnień, zwłaszcza, że Jefensjewiej cieszył się powszechną sympatią młodzieży. Projekt powstał przez przypadek. Pod koniec lutego uczniowie trzeciego roku mieli zgłosić na wróżbiarstwie temat pracy semestralnej. Aleksiej oczywiście o tym zapomniał i zapytany przez nauczycielkę o to, co wybrał, rzucił dla żartu pierwsze, co mu przyszło do głowy, chcąc zyskać na czasie. Było to coś w rodzaju „przydatność hipogryfów w przewidywaniu wyników meczów quidditcha". Profesor Lenkowa postanowiła jednak zażartować po swojemu i temat potraktowała zupełnie poważnie. Aleksiej mógł się tylko cieszyć, że zamiast hipogryfa nie podał smoka albo ogromnej kałamarnicy, bo nie miałby w jaki sposób przeprowadzić eksperymentu. Początkowo chciał przetestować zdolności wróżbiarskie kilku hipogryfów, ale kiedy przekonał się jak bardzo są żarłoczne, prędko zmienił zdanie. Trochę resztek z kuchni jakoś udawało mu się załatwić, ale paru kilogramów nie zdołałaby skombinować w żadnym wypadku. Zawęził swoją grupę badawczą do jednego hipogryfa, Bystrookiego, który okazał się najbardziej chętny do współpracy, i zaczął skrupulatnie notować jego przewidywania. Dwa pierwsze typowania, aczkolwiek okazały się trafne, przeszły jakoś bez echa. Ostatecznie to mogło być dziełem przypadku. Następnie, gdy hipogryf wywróżył przegraną z Jełgawą Aleksiej wraz ze swoim eksperymentem został zgodnie obśmiany przez kolegów. Po wygranej z dwoma niezłymi drużynami Durmstrang miałby polec z takim słabeuszem? Przecież nawet w pierwszej części sezonu spuścili im łomot bez większego trudu. Ale hipogryf okazał się nieomylny. Jego reputacja wyraźnie wzrosła. Bystrooki przewidział również trzy kolejne zwycięstwa Durmstrangu. W sumie miał już sześć trafień z rzędu. Właśnie z tego powodu kolejne typowanie, przed meczem z Dragogradem, zgodnie okrzykniętym najważniejszym spotkaniem sezonu (zresztą jak zawsze), przyszła obserwować liczna grupa kolegów i koleżanek Poliakowa.
Woźny całej historii wysłuchał z dużym zainteresowaniem, ale gdy Aleksiej skończył rzekł tylko powątpiewająco:
— To ciekawy projekt, ale... Cóż, hipogryfy są bardzo inteligentne, ale o zdolności do przewidywania żadnego z nich bym nie podejrzewał...
Bystrooki potrząsnął głową, aż pióra na szyi mu się nastroszyły, łypiąc groźnie na Jefensjewiej złotopomarańczowym okiem.
— Spokojnie, staruszku. — Woźny poklepał go po boku. — Nie chciałem cię urazić.
— Sześć trafnych przewidywań to już nie może być przypadek — upierał się Aleksiej. Spojrzał na swój pergamin. — Bystrooki ma po prostu talent!
— Wewnętrzne oko — dopowiedział Aleksandr.
— Może być i oko — zgodził się Aleksiej.
Tymczasem Bystrooki, po częściowym opróżnieniu misy oznaczonej flagą Durmstrangu przerzucił się na drugą, ale na to już nikt nie zwrócił uwagi.
Mecz z Dragogradem nie miał prawa być piękny, biorąc pod uwagę animozje jakie dzieliły obie konkurencyjne szkoły. Wydawały się skazane na konflikt od zarania dziejów. Durmstrang uważano za najbardziej konserwatywną placówkę ze wszystkich rosyjskich szkół magii. Dragograd, jakby dla odmiany, chętnie przyjmował nie tylko czarodziejów półkrwi, ale również mugolskiego pochodzenia. Bogdan uznał za smutną ironię losu, że to właśnie on, człowiek z pogranicza dwóch światów, prowadził drużynę tradycjonalistycznego, przejawiającego na każdym kroku skostniałe poglądy Durmstrangu do starcia z placówką, która duchowo i ideologicznie była mu znacznie bliższa. Wiedział, że nawet jeżeli uda mu się dzisiaj wygrać, to nikt go dzięki temu bardziej szanować nie zacznie. Ale nie przybył do Durmstrangu z misją przekonywania do siebie zgrai ksenofobów. Szanujący się człowiek nigdy nie zabiegał o to, żeby przypodobać się wszystkim. Dzieciaki, z którymi przyszło mu pracować, były na szczęście w znacznej mierze zaskakująco normalne; nie zdążyły przejąć poglądów starszego pokolenia. Jeżeli on mógł im pokazać, że nie wszystko co mugolskie jest złe, to praca w Durmstrangu miała chyba nawet jakiś głębszy sens.
— I jak tam nastrój? — zagadnął go Meier, przystając obok niego w strefie technicznej.
— To zależy od tego, jak nam się mecz ułoży — odparł Bogdan, przyglądając się rozgrzewce swoich zawodników. Zastanawiał się jak sprawdzi się nowe ustawienie. Syczow zastąpił Pietrową w pierwszym składzie i od tego, jak będzie funkcjonować przeorganizowana formacja obronna, mógł w znacznej mierze zależeć rezultat spotkania. — Skąd się wzięli ci wszyscy ludzie? Tłumy jak naszych meczach ligowych — powiedział, spoglądając na trybuny. Stadion pękał w szwach. Zajęte były praktycznie wszystkie miejsca. Puste pozostały tylko niektóre na samych brzegach w bocznych sektorach. Każdy wolny skrawek przestrzeni na stadionie, każda balustrada i barierka była poobwieszana transparentami. Przeważała czerwień i czerń Durmstrangu. Dragograd miał swój przyczółek w sektorze gości. Na trybunach jednak, wśród przyjezdnej publiczności, widać było sporo biało-niebieskich szalików i chorągiewek. Smoki cieszyły się ogromnym uznaniem, dobre wyniki Durmstrangu traktowano raczej jako niespodziankę sezonu. Bębniarze Instytutu dawali jednak z siebie wszystko, żeby zagłuszyć doping konkurencyjnej szkoły. Miarowe dudnienie przypominało łomotanie serca.
— Mówiłem ci, że pod koniec sezonu zawsze wzrasta zainteresowanie meczami, a co dopiero przy takim starciu! — Andreas zdołał jakoś przekrzyczeć narastający hałas.
Bogdan poświęcił dużo czasu na rozpracowanie przeciwnika. W tygodniu poprzedzającym mecz niemal codziennie siedział do późna, zastanawiając się jaką taktykę najlepiej obrać. Meier miał już chyba serdecznie dość jego rozważań, ale słuchał cierpliwie. Bielik wciąż próbował dociec, czy Dragograd lekceważąco potraktuje przeciwnika, którego poprzednio udało mu się bardzo łatwo ograć, czy wręcz przeciwnie, zacznie niezwykle ostrożnie.
Zerknął na swojego konkurenta, stojącego kilkanaście metrów dalej, w strefie technicznej Dragogradu. Trener Konstantin Fiodorowicz Czernyszew był krępy, przeciętnego wzrostu, sporo od niego starszy, z siwymi wąsami i sporą łysiną. Energicznie instruował swoich podopiecznych, wprowadzając jakieś korekty na ostatnią chwilę. Niezbyt przypominał zawodnika sprzed lat. Bielik, chcąc się czegoś o nim dowiedzieć, rozesłał kilka listów do znajomych, z którymi pracował w rosyjskiej lidze i otrzymał nie tylko dużo interesujących informacji, ale też parę kopii artykułów prasowych i zdjęć. Czernyszew miał za sobą bogatą karierę sportową, grał w wielu klubach, chociaż poza rodzimy kraj nigdy nie wyszedł, i wielokrotnie reprezentował Rosję na imprezach międzynarodowych. Zgodnie uznawano go za jednego ze znamienitszych pałkarzy. Od razu powinien go sobie skojarzyć. Jego nazwisko musiało mu mignąć w którejś z relacji prasowych, bo nie przypominał sobie, żeby za dzieciaka widział jakiś mecz Rosjan na żywo. Kiedy sam zaczął grać w kadrze Polski, Czernyszew akurat zakończył karierę, więc nie mieli szansy rywalizować na boisku. Ciekawe, że nie spotkali się jako trenerzy w lidzie rosyjskiej, ostatecznie Bogdan siedział tu sześć lat. Pewnie akurat wtedy Czernyszew pracował za granicą, między innymi w Brazylii i Portugalii. Trenerem był niewątpliwie genialnym, ale również konfliktowym, dlatego rzadko kiedy zagrzewał gdzieś miejsce na dłużej niż rok, w ostateczności dwa lata. W Dragogradzie utrzymywał się wyjątkowo długo, już trzeci sezon.
Rozgrzewka wkrótce dobiegła końca i wszyscy zawodnicy z podstawowych składów zeszli do szatni. Rezerwowi zostali jeszcze na boisku, żeby poćwiczyć sobie różne zagrania. Bogdan skupił uwagę na Pereinowie. Chłopak rzucił właśnie piękną bramkę do dolnej obręczy, której nie zdołał upilnować Kimowicz. W pewnym momencie poczuł na sobie czyjś wzrok. Zerknął w lewo i natrafił na czujne spojrzenie Czernyszewa, który studiował go równie uważnie, jak on jego jeszcze przed chwilą. Bogdan natychmiast poczuł do niego coś w rodzaju dziwnej, trudnej do uzasadnienia podskórnej niechęci, zupełnie jakby drugi szkoleniowiec usiłował grzebać mu w umyśle.
— On chyba nie jest Legilimentą, co? — mruknął.
Andreas usłyszał pełną antypatii nutę pobrzmiewającą w jego głosie.
— Raczej nie, ale chyba wiem, dlaczego już teraz działa ci na nerwy.
Bielik zerknął na niego pytająco.
— Jesteście do siebie po prostu zbyt podobni — stwierdził z rozbawieniem.
— Głupoty gadasz — oświadczył Bogdan, ale sam przed sobą musiał przyznać, że może było w tym ziarnko prawdy. I to nawet całkiem spore.
Odprawa meczowa tym razem była krótka i konkretna.
— Słuchajcie, oni od pierwszej chwili będą chcieli nas przycisnąć i zepchnąć do defensywy. Nie możemy pozwolić im się rozbujać, bo może się to naprawdę źle skończyć. Pamiętajcie, że oni też się nas obawiają, nie wiedzą, co my sobie wymyśliliśmy. Trzymajmy się naszych założeń, a wszystko będzie dobrze.
Zawodnicy z powagą skinęli głowami. Oczkow raz zapiął rękawice i na tym postanowił poprzestać. Debiutujący na pozycji pałkarza Syczow miał bardzo przejętą minę; ściskał swoją pałkę tak mocno, jakby wypuszczenie jej mogło spowodować jakąś nieodwracalną katastrofę. Rannankari wyglądał trochę markotnie. Chyba brakowało mu Pietrowej; odeszła ze składu akurat wtedy, gdy zaczynało im się grać ze sobą już zupełnie dobrze. Trójka ścigających zdradzała różny stopień nerwowego wyczekiwania. Orłowski jeszcze do końca nie wiedział, co go czeka, a Kierżakow i Tieriechowa zdawali sobie z tego sprawę aż za dobrze. Krum jak zwykle wyglądał na zasępionego i jeszcze bardziej niż zwykle przytłoczonego odpowiedzialnością jaka na nim ciążyła.
Durmstrang zaczął nieco nerwowo. Ścigający Instytutu, gdy dochodzili do kafla, nagminnie gubili go tuż pod polem bramkowym Dragogradu albo niecelnie rzucali. Z kolei trójka napastników przeciwnika, Muserski, Grankin i Apalikow poruszali się tak, jakby stanowili jeden organizm. Wyprowadzane przez nich kontry były zabójcze, gdy przechwytywali kafla w jednej chwili znajdowali się pod obręczami Durmstrangu, w nieprawdopodobny wręcz sposób unikając tłuczków odbijanych przez Rannankariego i Syczowa.
Głośny doping tej części publiczności, która sprzyjała Instytutowi, generalnie niewiele pomagał. Gwizdy, które rozlegały się za każdym razem, gdy Smoki dochodziły do kafla, zdawały się nie wywierać najmniejszego wpływu na ich zagrania. Gra toczyła się od obręczy do obręczy, nabierając coraz bardziej zawrotnego tempa. Dragograd jednak mniej się mylił i bezlitośnie wykorzystywał każdą nadarzającą się okazję. Wkrótce Durmstrang przegrywał już ośmioma bramkami. Bielik uznał, że nie może dłużej czekać i poprosił o czas.
— Słuchajcie, co się dzieje? Nie tak umawialiśmy się przed meczem. Kola, Elia, za szybko chcecie rzucać, oni tylko na to czekają, żeby wymusić błąd. Dokładniej przymierzcie, nie starajcie się jak najszybciej, na odwal. Z nimi to nie przejdzie, mają za dobrego obrońcę. Tu trzeba dobrze przygotować pozycję, wyczekać, aż on pójdzie do przodu.
Zmienił trochę ustawienie, instruując pałkarzy, by grali bliżej siebie, zacieśniając szyki. Istniało co prawda ryzyko, że powstanie w ten sposób duża dziura między linią, która wyznaczała ich formacja a obrońcą, ale Oczkow wiedział jak sobie radzić w podobnych sytuacjach. Ścigający mieli włączać się w grę obronną i pomagać przy blokowaniu przeciwnika.
— Spróbujmy ich dojść na parę bramek — dodał na koniec Bogdan. — I pamiętajcie, tylko spokojnie.
Dragograd dalej atakował obręcze Durmstrangu gradem rzutów, ale nagle w Oczkowa wstąpiły jakieś nadludzkie siły. Czy sprawiły to wcześniejsze słowa trenera, czy po prostu desperacja obrońcy, który sam nie zdobywając bramek mógł wpłynąć na wynik jedynie poprzez zapobieganie kolejnym golom, w każdym razie nagle zaczął dokonywać prawdziwie niesamowitych i imponujących interwencji. Kilka razy z rzędu udało mu się obronić naprawdę trudne piłki, co sprawiło, że atak przeciwnika stracił nieco rezonu. Ścigający Durmstrangu wreszcie wzięli się do roboty, wykorzystując okazje do zdobycia bramek z kontry. Dragograd, coraz bardziej zdenerwowany tym, że przewaga topnieje im w zastraszającym tempie, zaczął się nagle mylić i coraz częściej gubić kafla. Instytut zaliczył kilka udanych przechwytów.
Dzięki dobrej postawie Oczkowa Durmstrangowi udało się odrobić straty i teraz obydwie drużyny szły łeb w łeb. Bielik spojrzał na szukających, krążących nad boiskiem. Zauważył, że Płatkow cały czas kontrolował, co robi Krum. Musiał wiedzieć, że Wiktor dotychczas wykazywał się znakomitą skutecznością i pewnie dostał od swojego trenera instrukcje, żeby go dobrze pilnować.
Kiedy Durmstrang odskoczył przeciwnikowi na trzy bramki, Czernyszew poprosił o czas. Bielik wykorzystał okazję, by przekazać własne spostrzeżenia swoim zawodnikom.
— Witja, uważaj na Płatkowa, on się ciebie bardzo blisko trzyma, zupełnie jakby coś kombinował. Kola, Elia, Fiedka, oni teraz będą was za wszelką cenę wypychać z pola bramkowego. Krzyżówka i rzut z dystansu.
Krzyżówka w tym przypadku oznaczała, że w ostatniej chwili ścigający zamieniali się pozycjami i przeciwnik do końca nie wiedział kto i skąd będzie rzucał. Jeden z napastników mógł wlecieć w pole karne z kaflem, jakby przymierzał się do strzału z małej odległości, ściągając do siebie obrońcę i w odpowiednim momencie podać do któregoś z partnerów, znajdującego się poza linią.
Wrócili do gry. Mecz trwał już długo, znacznie dłużej niż którekolwiek ze spotkań jakie dotychczas rozegrali w rundzie wiosennej. Walka o kafla stała się nieco bezładna, w przepychance zawodnikom nieraz zdarzyło się przekroczyć granice dopuszczalnych zagrań i złapać przeciwnika za ramię albo zahaczyć trzonkiem o jego miotłę. Sędzia jednak musiał mieć iście sokoli wzrok, bo zauważał wszystkie przewinienia niemal natychmiast. Stanowczo uziemiał na dwie minuty każdego, kto tylko sobie na to zasłużył.
Publiczność wciąż niestrudzenie dopingowała zawodników. Hipogryf Durmstrangu wyhaftowany na transparencie stroszył czarne pióra, biały smok Dragogradu groźnie szczerzył kły i rozkładał skrzydła. Obydwaj trenerzy, niestrudzenie i dość żywiołowo reagowali na wydarzenia na boisku, starając się wciąż podpowiadać swoim zawodnikom, co robić. Pomimo wysiłków Czernyszewa szala zaczęła się jednak przechylać na stronę Durmstrangu. Instytut wysuwał się na coraz większe prowadzenie, coś, czego w meczu z Dragogradem nie udało im się dokonać od lat. Oczkow, który bronił jak w transie, dwojąc się i trojąc, szedł na rekord, bo już teraz miał prawie pięćdziesięcioprocentową skuteczność. Nic nie wytrącało bardziej z równowagi niż obrońca, który znienacka, raz za razem, pojawiał się przed obręczą, do której akurat zamierzało się rzucić. Zapewne to sprawiło, że Smoki, tak świetnie zorganizowane, zaczęły tracić chłodną głowę. Nagle to oni zaczęli wymieniać niecelne, łatwe do przechwycenia przez ścigających Durmstrangu podania, i tracić kafla nawet jeszcze na własnej połowie. Tieriechowa nie miała w zwyczaju marnować takich prezentów. Kierżakow okazał się niezwykle skuteczny w strzałach z dystansu, a Orłowski uparcie nękał obrońcę Dragogradu wrzutkami z ostrego kąta. Smokom jakoś słabiej szło pilnowanie skrajów pola bramkowego. Ich pałkarze grali dobrze, ale często spóźniali się z cofnięciem do obrony.
Mecz trwał już dwie godziny i czterdzieści minut, kiedy wreszcie nad boiskiem pojawił się znicz. Dzień był słoneczny, więc złoty błysk dostrzegło wiele osób. Publiczność zerwała się z miejsc, uczniowie Durmstrangu jak szaleni wymachiwali szalikami. Krum dostrzegł znicza. Krum musiał złapać znicza! Nie było w ogóle innej możliwości.
Ale Płatkow leciał tuż za nim. Bogdan widział to wszystko jakby w zwolnionym tempie. W ostatnim momencie, gdy Wiktor już wyciągał rękę po znicza, szukający Dragogradu nagle wyskoczył mu zza pleców. Minimalnie zepchnął go z kursu i chwycił małą, złotą piłeczkę, uprzedzając go dosłownie o centymetry.
Rozległo się trzykrotne gwizdnięcie. Sędzia zakończył mecz. Bogdan nie musiał nawet patrzeć na tablicę, by wiedzieć, że przegrali dwieście pięćdziesiąt do trzystu dziesięciu. Jęk zawodu kibiców Durmstrangu utonął w wybuchu entuzjazmu fanów Dragogradu. W powietrze wystrzeliły z różdżek srebrne i niebieskie iskry, zupełnie jakby było to zwycięstwo wieńczące pierwsze miejsce w lidze. Smok na transparencie konkurencyjnej szkoły rozłożył kryzę, dumnie się prostując. Hipogryf Instytutu zerknął na niego spode łba i odwrócił się tyłem. Zawodnicy Dragogradu wylądowali na murawie, rzucając swoje miotły i biegiem pędząc do swojego szukającego, żeby go wyściskać. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że uratował im ten mecz. Reprezentanci Durmstrangu byli kompletnie załamani. Wylądowali, gdzie popadło i po prostu przysiedli, albo stali na boisku, wpatrując się w jakiś nieokreślony punkt, a Oczkow po prostu położył się na murawie w swoim polu bramkowym, najwyraźniej zbyt zmęczony, by powlec się w kierunku szatni.
Zaraz po zakończeniu meczu Czernyszew podszedł do Bielika, by wymienić z nim uścisk dłoni. Wspomniał coś o świetnej postawie drużyny i korzystnym dla Durmstrangu bilansie. Bogdan odpowiedział mu coś jak automat, wydusił z siebie nawet dość szczere gratulacje za zwycięstwo, i poszedł do swoich zawodników, wiedząc, że dużo czasu upłynie, nim zdoła jakoś podnieść ich na duchu i choć trochę pocieszyć. Nikt nie zastanawiał się teraz ile zdobyli w ogólnym rozrachunku punktów, ani nie wspominał meczu jako świetnie zagranego, wyrównanego i pełnego walki spotkania. Wszyscy zawodnicy Durmstrangu mieli w głowie tylko jedną, przygnębiającą myśl. Znów się nie udało.
Dragograd kolejny raz pozostał niepokonany.
Potężne rozczarowanie było najłagodniejszym określeniem pomeczowych nastrojów. Nie ma nic gorszego niż świadomość, że wygraną miało się na wyciągnięcie ręki, ale znów kolejny raz zabrakło trochę szczęścia. Tego dnia Dragograd wcale nie zaprezentował się jako silniejsza drużyna, nie wyrobili sobie nad Instytutem przewagi, mało tego, to oni, a nie Instytut, musieli ostatecznie gonić wynik. Durmstrang walczył jak nigdy i przegrał jak zawsze. Jak bardzo wszyscy byli załamani takim rezultatem dało się poznać po absolutnie grobowej atmosferze jaka zapanowała w szkole. Po meczu z Jełgawą przeważała pełna rozczarowania złość. Teraz tylko smutna rezygnacja. Nawet ktoś, kto z numerologią był zupełnie na bakier, wiedział, że marzenia o zdobyciu pierwszego miejsca w lidze w tym sezonie właśnie zostały unicestwione.
— Tak niewiele brakowało, tak niewiele — powtarzał Karkarow, z ponurą miną szarpiąc swoją kozią bródkę i wpatrując się gdzieś w przestrzeń. Okazji do wznoszenia toastów przy nauczycielskim stole dzisiaj nie było, ale dyrektor i tak zdrowo pociągał ze swojego kubka, co pozwalało przypuszczać, że herbatę ma doprawioną jakimś wzmacniającym płynem.
Feder też nie wyglądał zbyt radośnie. Najwidoczniej żałował, że obstawił tak wysoką wygraną Durmstrangu w lidze. Woronowowi z ust nie schodził pokrętny, cyniczny uśmieszek, zupełnie jakby przegrana Instytutu była świetną wiadomością. Bierezowa mruknęła coś, że może wreszcie to szaleństwo się skończy i uczniowie wezmą się za naukę, zamiast przesiadywać na trybunach i gapić się na treningi drużyny. Egzaminy miały się rozpocząć lada dzień. Lenkowa, jakby dla odmiany, uśmiechnęła się życzliwie do trenera. Bielik nie miał jednak pojęcia jak w takim dniu może wyglądać tak pogodnie, jakby zupełnie nic się nie stało. Zdążył zauważyć, że chodziła na niemal wszystkie mecze i jako tako nawet znała się na quidditchu. Poza tym jako numerolożka tabelkę potrafiła zapewne zinterpretować równie dobrze jak on, a kto wie, czy nawet nie lepiej.
Kamzoj i Symonowa chwalili postawę Durmstrangu, ale Bogdanowi zbytnio nastroju to nie poprawiło. Miał charakter sportowca i nawet jeśli tego nie okazywał, to ciężko przychodziło mu pogodzenie się z porażkami. Nie, do licha, nawet po tylu latach w tym fachu nie potrafił się z nimi pogodzić, zwłaszcza, jeżeli zwycięstwo znajdowało się w zasięgu. Odpowiadał tak zwięźle i krótko, że było to aż prawie nietaktownie. Nauczyciele jednak trochę już znali trenera i wiedzieli, że jedyne, co go teraz zaprząta, to mecz. Bielik szybko wstał od stołu. Miał przed sobą długą noc. Wiedział, że nie zaśnie, póki dokładnie nie przeanalizuje sobie całego tego spotkania.
Gdy tylko odszedł Woronow bez żadnego skrępowania stwierdził, że Durmstrang na pewno teraz zleci na czwarte miejsce.
— Nie zdołają się teraz już pozbierać, nie ma mowy — mówił do Kruzenszterna. — No i skończy się klasycznie... Cóż, nie każda inwestycja jest udana... — dodał nieco ciszej, tak, żeby nie dotarło to do uszu dyrektora.
— Od początku mówiłam, że to totalna głupota — wtrąciła Bierezowa. — Co to za pomysł ściągać tutaj trenera, nie dość, że z Polski, to jeszcze półmugola.
— Gdyby choć połowa z nas robiła tyle, co ten „półmugol", to Durmstrang miałby szansę stać się znacznie lepszą szkołą — odezwała się nagle Symonowa.
Starsza część kadry nie znalazła żadnej odpowiedzi na takie stwierdzenie. Po prawdzie nie chciała też wdawać się z nią w dyskusję. Rozmowy z Symonową ograniczali do niezbędnego minimum i dotyczyły one wyłącznie spraw zawodowych. Konserwatywni nauczyciele uważali ją za skandalistkę, bo wyszła za mąż za mugolaka.
Zapadło niezręczne milczenie. Zapewne dlatego przy stole nauczycielskim wyraźnie dał się słyszeć cichy głos Raisy Timiriaziewowej, dopytującej się nieco niepewnie siedzącego obok niej Federa o finalny rezultat dzisiejszego meczu.
— Czyli w sumie zyskaliśmy po tym wszystkim dziewięćdziesiąt punktów, o trzydzieści więcej od Dragogradu. To chyba dobrze...?
Bogdan nawet kiedy skończył z quidditchem, nigdy całkowicie nie zerwał z czynnym sportem. Bieganie miało to do siebie, że można było praktykować je wszędzie. W domu miał na wyciągniecie ręki las, w którym ścieżka wiodła wzdłuż krawędzi nadmorskiego klifu. W prześwitach między nachylonymi pniami drzew i gałęziami dało się dostrzec granatową toń morza. Tutaj musiała wystarczyć hala. Gdyby ktoś się uparł mógłby spróbować regularnie biegać i na zewnątrz, ale teren był tu trudny, w wielu miejscach podmokły, bagienny i zdradliwy. Tajga natomiast w niczym nie przypominała zwykłego lasu. Złowroga, ciemna gęstwina budziła respekt, chociaż częściej można było w niej spotkać zwykłego drapieżnika niż nieprzyjazne magiczne stworzenie. Drzewo rosło przy drzewie, a nawet w najsłoneczniejszy dzień nie dało się dostrzec nad głową nieba; nic, tylko ciemność i wilgotny chłód. „Lepiej tam nie chodź sam, bo jeszcze cię niedźwiedź zeżre albo co" — przestrzegł go Meier i chyba tym razem nie żartował. Bogdan na wszelki wypadek postanowił potraktować ostrzeżenie poważnie. Wolał zresztą wybierać się na spacer połączony z krótką przebieżką wzdłuż najdalej położonego jeziora. Tamtejszy obszar był nie tyle najbardziej suchy, co najmniej pokryty rozległymi kałużami pozostałymi po stopniałym śniegu, które wciąż jeszcze się utrzymywały, chociaż mieli już czerwiec. W dzień temperatura dochodziła zwykle do kilku stopni, niekiedy nawet do dziesięciu, ale nocami często jeszcze spadała poniżej zera. Podczas tych samotnych wędrówek nie raz widział, że uczniowie chętnie kąpali się w durmstrandzkich jeziorach. Bogdan lubił pływać, ale niekoniecznie w upiornie lodowatej wodzie. A że była zimna przekonał się na własnej skórze, gdy z ciekawości zanurzył w niej rękę, żeby sprawdzić temperaturę. Odpaść mu nie odpadła, ale miał wrażenie, jakby w dłoń wbiły mu się drobne igiełki szronu. Woda musiała mieć zaledwie parę stopni ciepła. Nie do pojęcia było jak te dzieciaki to wytrzymują. Może założyli sobie w Durmstrangu jakiś klub morsa, albo co bardziej prawdopodobne nie tylko przywykli przez lata do takich warunków, ale też dodatkowo wspomagali się zaklęciami rozgrzewającymi.
Hala miała jednak tę zaletę, ze była pod ręką. Nie mógł przesadzić z bieganiem, żeby zbytnio nie obciążać stawów, zwłaszcza prawego kolana, mocno nadwerężonego po wszystkich odniesionych kontuzjach. Zwykle poprzestawał na zrobieniu kilka okrążeń wokół boiska. Kończył właśnie ostatnie, gdy dostrzegł, że ktoś niepewnie uchylił drzwi, zaglądając na halę. Rozpoznał Kruma. Chłopak zauważył trenera, ale zrobił taki ruch, jakby nagle się rozmyślił i zamierzał wycofać. Bogdan jednak dał mu znak, by podszedł bliżej. Przystanął przy linii bocznej boiska i przywołał ręcznik, żeby wytrzeć spocone czoło i kark.
— Siemasz, Witja — przywitał Kruma, gdy ten zbliżył się do niego. — Co cię sprowadza? Odprawę mamy dopiero po południu.
— Ja chciałem porozmawiać — mruknął z miną jeszcze bardziej posępną niż zwykle. Wyraźnie coś go gryzło. Bogdan miał przeczucie graniczące z pewnością, że wie o co chodzi.
— Wczorajszy mecz?
Krum skinął głową.
— Chodźmy do gabinetu — powiedział Bielik. — Nikt nam nie będzie przeszkadzał.
Z boku, pomiędzy rozłożoną bramką do piłki ręcznej a siatką z kaflami i pod szafą stało kilka luźno rozstawionych krzeseł. Bogdan wskazał Wiktorowi jedno z nich. Sam usiadł na drugim, naprzeciwko.
Krum przez chwilę jeszcze wyraźnie bił się z myślami, nim wreszcie nie wypalił:
— Chyba się jednak do tego nie nadaję. Zawaliłem drużynie mecz.
Bielik zmarszczył lekko brwi.
— Ktoś ci powiedział coś przykrego?
Chłopak uśmiechnął się smutno.
— Nikt z drużyny, chociaż wiem, że są bardzo zawiedzeni. To się czuje. Ale wiem, co inni mówią... No i dyrektor...
— Taki już jest przywilej tych, co obserwują wszystko z ziemi — powiedział spokojnie Bogdan. — Mogą pochopnie wydawać sądy i oceniać. Gdy wygrywasz będą cię uwielbiać, ale gdy przegrywasz, o, wtedy na tobie suchej nitki nie zostawią. Ale prawda jest taka, że to porażki są najbardziej budujące. Póki wygrywasz — jest łatwo. Ale dopiero przegrana pozwala coś w sobie odkryć. Mnie zresztą też, jako trenerowi.
Krum poruszył się niespokojnie, jakby obawiał się, że usłyszy coś nieprzyjemnego.
— Obawiam się, że nie wystarczająco dobrze przygotowałem cię do tego meczu.
Wiktor podniósł na niego wzrok, wyraźnie zaskoczony.
— W lataniu przewyższasz umiejętnościami niejednego ze swoich kolegów z drużyny. Łatwo przez to zapomnieć, że wciąż masz jeszcze niewiele doświadczenia. Z mniej wymagającymi przeciwnikami sobie poradziłeś, ale Dragograd wysoko stawia poprzeczkę. Twoja porażka jest moją porażką i obydwaj musimy wyciągnąć z tego wnioski.
— Miałem tego znicza na wyciągnięcie ręki... — powiedział Krum cicho. — Mówi trener, żeby wyciągnąć wnioski. Ale ja w ogóle nie mam pojęcia jak to się stało, że Płatkow zdążył przede mną...!
Bielik pokiwał głową. Zdążył już przeanalizować całą tę sytuację, najpierw w pamięci, bo poprzedniej nocy długo nie mógł zasnąć, a potem zaglądając w myślodsiewnię, by potwierdzić swoje przypuszczenia.
— Czego ci zabrakło to wyczucia przestrzeni — powiedział.
— Wyczucia przestrzeni? — zdziwił się Krum i przez jeden krótki moment Bogdan zaczął się zastanawiać, czy użył właściwych słów. Przypomniał sobie, że dla Bułgara rosyjski też jest obcym językiem.
— Najlepiej będzie to obejrzeć. — Wstając z krzesła wskazał na biurko, na którym stała kamienna misa myślodsiewni.
Wiktor przez moment nie ruszył się z miejsca. Sprawiał wrażenie oszołomionego, że trener może zapraszać go do tego, by zajrzeć do jego myśli. Dopiero gdy Bogdan spojrzał na niego wyczekująco, podniósł się szybko i stanął obok niego.
Bielik musnął czubkiem różki powierzchnię myślodsiewni, wyciągając na wierzch srebrzystą mgiełkę z odpowiednim fragmentem wspomnienia. Po chwili zagłębili się razem w jego mlecznoszarą toń.
Wylądowali w strefie technicznej, tuż obok Bogdana z wczorajszego dnia. Krum uśmiechnął się blado, widząc emocjonującego się trenera, który dawał właśnie znaki ścigającym, by dokładniej wymieniali podania.
— Więc tak to wygląda z ziemi.
Jego wzrok prześlizgnął się jeszcze po Meierze, który spokojnie siedział na ławce, nie okazując śladu zdenerwowania i tylko pilnie notując statystyki, a następnie po zawodnikach z drugiego składu, z napięciem śledzących rozwój sytuacji na boisku. Przyglądał im się przez chwilę, a następnie zadarł głowę do góry, szukając wzrokiem swojego wczorajszego wcielenia.
— To będzie zaraz — powiedział Bielik. — W sto sześćdziesiątej minucie meczu.
Zerknął na samego siebie z lekką dezaprobatą i przeszedł kilka kroków, żeby stanąć obok Wiktora.
„Do licha, czy ja naprawdę aż tak wymachuję rękami?" — pomyślał z niesmakiem.
Krum uważnie wpatrywał się w śmigających nad boiskiem szukających. Nie znajdowali się na bardzo wysokim pułapie, więc wszystko było dobrze widać. Krążyli nad murawą niczym dwa ogromne drapieżne ptaki, wypatrujące zdobyczy.
— Jest znicz! — powiedział, dostrzegając złoty błysk piłeczki, która znienacka pokazała się blisko środka boiska. Drugi Krum dostrzegł go pierwszy i w ułamku sekundy zanurkował. Płatkow bez namysłu rzucił się tuż za nim. Z poziomu ziemi wydawało się jednak, że szukający Durmstrangu ma sporą przewagę.
— Widzisz, co zrobił Płatkow? Wiózł się na twoim ogonie i w ostatniej chwili wyskoczył ci zza pleców. Mógł sobie na to pozwolić, bo jego miotła ma dobre przyspieszenie.
— W ogóle nie wiedziałem, że on tam jest — mruknął Krum. — Zniknął mi z pola widzenia, to już nie patrzyłem, co robi. Skupiłem się na zniczu.
— Otóż to. Dobry szukający wie nie tylko, gdzie jest znicz. Wie również gdzie jest jego przeciwnik. Płatkow ciągle cię pilnował. Dragograd musiał śledzić nasze mecze i mniej więcej wiedzieli, jak grasz. No, sztab od rozpoznania przeciwnika to oni mają dobry, tego na pewno nie można im odmówić. Chyba się nawet ciebie trochę obawiali.
— Obawiali się? Mnie? — zapytał wyraźnie zdumiony.
Gdyby Wiktor miał taki sam charakter jak Kierżakow Bielik nigdy mu czegoś takiego nie powiedział. To był jednak skromny chłopak, któremu w dodatku koniecznie należało dodać trochę pewności siebie.
— Sześć razy z rzędu złapałeś znicza. To o czymś świadczy. Tutaj też podjąłeś właściwą decyzję. Gdybyś wiedział, że Płatkow siedzi ci na plecach, to byś go przyblokował albo zrzucił z ogona. To w zasadzie bardziej mój błąd, niż twój, trzeba było jakoś zareagować i spróbować go zmylić. — Przez moment przyglądał zawodnikom Dragogradu, którzy wykonywali właśnie rundę honorową wokół boiska. — Ale to już historia. Teraz trzeba myśleć o kolejnym meczu. Musimy poprawić to, co zawaliliśmy.
— Tylko, że ligi i tak już pewnie nie wygramy...
— Różnie jeszcze może być.
Krum zerknął na niego z nadzieją, ale zaraz zauważył przytomnie:
— My wynieśliśmy z tego meczu dziewięćdziesiąt punktów, oni sześćdziesiąt... Gdybyśmy wczoraj wygrali, to mielibyśmy do nich sto trzydzieści punktów straty, ale teraz jest czterysta trzydzieści. Na tym etapie to za duża różnica.
Bogdan tylko potwierdził te wyliczenia skinięciem głowy, ale nic nie powiedział. Co byłby z niego za trener, gdyby przed ostatnim, decydującym meczem z góry założył, że nie mają nawet najmniejszych szans na wygranie ligi? Szanse zawsze jakieś były, choćby i iluzoryczne.
Przenieśli się z powrotem do gabinetu.
— Myślałeś o profesjonalnej grze? — zapytał Kruma.
Chłopak na moment się ożywił.
— Tak. Bardzo bym chciał — przyznał.
— I masz na to sporą szansę, o ile nie osiądziesz na laurach i będziesz dalej pracować. Ale musisz oswoić się z myślą, że czeka cię jeszcze wiele porażek. Szkolny mecz to nie będzie największa z nich.
Wiktor przez długą chwilę nic nie mówił. Jego wzrok zatrzymał się na miotle wiszącej na ścianie. Bielik zauważył kierunek jego spojrzenia.
— Podoba ci się ta miotła? — zagadnął. Wiktor sam z siebie by o nią nie zapytał. Grzeczny był aż do przesady.
Krum skinął głową.
— To Strzała, prawda? Taka na jakiej lata teraz Kola? To znaczy, to jest na pewno jakiś wcześniejszy model.
— Jedenastka. Latałem na niej jeszcze w reprezentacji młodzieżowej. Potem miałem jeszcze wiele innych mioteł, ale tej pierwszej, na której człowiek uczył się latać, nigdy się nie zapomina.
Krum przez chwilę w milczeniu przyglądał się Strzale. Miała długi, wąski ogon i zgrabny, elegancko wyprofilowany drążek wykonany z jesionowego drewna.
— A teraz? Trener już nie lata?
Bielik pokręcił głową.
— Od lat już nie siedziałem na miotle — powiedział. — Dawna kontuzja. Kolano boli mnie tylko wtedy, gdy zginam je pod jednym, określonym kątem i niestety, jest to kąt jaki przyjmuje, gdy siedzi się na miotle. Magomedyk szczerze mi powiedział, że jeżeli jeszcze raz sobie coś uszkodzę, to on już nie będzie mnie miał jak połatać.
— Ja nie wyobrażam sobie życia bez latania... — Wiktor urwał, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale nie potrafił ubrać myśli w słowa, albo obawiał się, że wypowiedziane na głos zabrzmią głupio i banalnie.
Nie musiał jednak nic więcej mówić. Bogdan doskonale wiedział, jakie uczucia musiały mu towarzyszyć podczas latania.. O zawodnikach quidditcha mówiło się, że przypominają bardziej ptaki niż istoty ludzkie i niekiedy faktycznie tak było. Absolutna wolność, coś, czego ludzie, których sama myśl o oderwaniu stóp od ziemi napawała przerażeniem, nie potrafili zrozumieć. Szybując wysoko, ścigając się z wiatrem, miało się poczucie, że całe niebo należy do ciebie. Zejście z miotły oznaczało powrót do klatki, do przyziemnego, nudnego świata. Bielik uwielbiał latać. Wszyscy jego koledzy żartowali, że z takim nazwiskiem trudno, żeby było inaczej. Kiedyś żył dla tych chwil. Jeszcze po zakończeniu kariery dość często wsiadał na miotłę rekreacyjnie. Ale niestety, w czasie lotu bardziej niż kiedykolwiek zaczął odczuwać, że nie ma już takiej kondycji jak kiedyś. Znacznie łatwiej się męczył. Zamiast rozkoszować się chłodnym powiewem wiatru na twarzy myślał o tym nieszczęsnym kolanie, zastanawiając się czy dawna kontuzja mu się nie odnowi. Nie mógł też tak sprawnie manewrować drążkiem jak kiedyś, bo miał kłopoty z prawym nadgarstkiem. Ręka dokuczała mu właściwie tylko przy dwóch czynnościach — pisaniu i przy sterowaniu miotły. Trudno się było z tym pogodzić.
Właśnie dlatego parę lat temu odwiesił swoją Strzałę na zawsze. Nie mógł latać tak samo dobrze jak kiedyś, więc wolał wcale tego nie robić. Zawsze był zwolennikiem rozwiązań radykalnych...
— A w bieganiu to nie przeszkadza? — Głos Wiktora wyrwał go z zamyślenia.
Bogdan uśmiechnął się smutno.
— Tylko trochę.
Krum miał taką minę, jakby żywił pewne wątpliwości, ale nic nie powiedział. Zamiast tego wrócił do aktualnie dręczącego go tematu.
— Co jeszcze można zrobić? — zapytał. — Żeby być lepszym szukającym? Nie chcę, żeby w kolejnym meczu znów mnie ktoś wyprzedził.
— Może jakoś temu zaradzimy. Jest nawet pewien manewr, którego dotychczas nie wprowadzałem na treningach... — zawahał się. Nie wprowadzał go rozmyślnie, bo zdrowy rozsądek, pomimo poświęcenia życia quidditchowi, jakoś jeszcze u niego funkcjonował. Chłopak miał przecież dopiero czternaście lat! W profesjonalnym quidditchu zaledwie garstka szukających praktykowała ten manewr. Wymagał nie tylko mistrzowskiego opanowania latania na miotle. Zawodnik musiał też wykazać się znakomitym refleksem i brawurową odwagą. Najmniejszy błąd mógł się okazać tragiczny w skutkach.
— Co to za manewr? — zapytał Krum niezwykle poważnym tonem. Ten chłopak był szalenie wręcz ambitny i doskonale wiedział, czego chce. Nagle Bielikowi nasunęła się niezwykle realistyczna wizja z Wiktorem znacznie dojrzalszym, już nie dzieciakiem, a dorosłym mężczyzną. Ubrany w szaty w barwach Bułgarii, w otoczeniu drużyny, wznosił właśnie nad głowę puchar mistrzostw świata. Dookoła wiwatowały tłumy, spod korony stadionu sypał się deszcz białego, zielonego i czerwonego konfetti, a w niebo strzelały kolorowe fajerwerki, rozświetlając ciemnogranatowe, wieczorne niebo... O żadne zdolności wróżbiarskie nigdy siebie nie podejrzewał, co więcej, nauczycielce tego przedmiotu z Akademii dostarczył sporo zgryzoty, przez większość szkoły jadąc na dwójach, niekiedy z wielkim trudem wyciągając na trójkę. Po egzaminie końcowym nieszczęsna kobieta, starannie upewniwszy się, czy Bogdan przypadkiem nie ma zamiaru mieć z tą dziedziną coś więcej do czynienia i uzyskawszy na to odpowiedź twierdzącą, wystawiła mu dostateczny i z wielką ulgą pozbyła się na zawsze. Teraz jednak podstawiłby wszystkie pieniądze, że Krum kiedyś sięgnie ze swoją kadrą narodową po najważniejsze trofeum. Miał tylko nadzieję, że dożyje momentu, w którym się to spełni. Z trudem wrócił do rzeczywistości. Wiktor wciąż wpatrywał się w niego w napięciu.
— Ostrzegam cię, że jest bardzo ryzykowny — powiedział jeszcze.
— Ja się nie boję — oświadczył chłopak z silną determinacją.
— Słyszałeś kiedyś o Zwodzie Wrońskiego?
Nastroje w drużynie wyraźnie siadły. W przeciwieństwie do meczu z Jełgawą, który jak doskonale zdawali sobie sprawę przegrali na własne życzenie, teraz dali z siebie wszystko. Zostawili serce na boisku, a i tak rezultat był ten sam, co po każdym spotkaniu z Dragogradem. Przegrana. Cóż z tego, że tym razem udało im się nawiązać walkę i urwać im trochę punktów, skoro bezpowrotnie stracili szansę na wymarzoną pierwszą lokatę? Rozmawiali o tym już wczoraj, podczas odprawy pomeczowej. Bielik zrobił wszystko, żeby jakoś na nowo wzniecić w nich ducha walki, ale trudno było oczekiwać, że zawodnicy od razu przejdą nad tym wszystkim do porządku dziennego.
Bogdan zatem przymknął oko na to, że na rozgrzewce we wtorek zawodnicy ruszali się jak muchy w smole, a podczas standardowego dwudziestominutowego meczu piłki nożnej wymienili podania z celnością tylko nieco większą niż gracze mugolskiej okręgówki. Później było jednak jeszcze gorzej. Pałkarze fatalnie się mylili, posyłając tłuczki w trybuny albo gdzieś w kosmos. Oczkow skupił się tak bardzo na wyłapywaniu kafla, że nie zauważył bramki. Ścigającym kafel wypadał z rąk przy najprostszych podaniach. Kiedy Tieriechowa zaczęła się głośno sprzeczać z Kierżakowem, Bogdan nie wytrzymał i przerwał trening. Miał właściwie zamiar poświęcić więcej uwagi Krumowi i zacząć przygotowywać go do ćwiczenia Zwodu Wrońskiego, ale widząc, co się dzieje, zmienił decyzję. Przerwał trening i wezwał wszystkich na ziemię. Nie zeszli do szatni; zbytnio kojarzyła się z pełną przygnębienia atmosferą po niedzielnej porażce. Bogdan wolał urządzić odprawę wprost na stadionie. Część zawodników przysiadła na ławce w strefie technicznej, inni wprost na murawie. Meier oparł się o ściankę zadaszenia osłaniającego miejsca dla rezerwy. Zerkał ciekawie na trenera, najwyraźniej zastanawiając się, jakim sposobem ma zamiar zmotywować zupełnie rozbity zespół.
— Słuchajcie, nie wiem czy o tym pamiętacie, ale mamy jeszcze jeden mecz do zagrania. A skoro tak, to trzeba brać się do roboty, a nie tracić czas na wygłupy. Potraficie grać, więc nie próbujcie udawać, że nagle wszystko zapomnieliście.
Niektórzy zawodnicy lekko się uśmiechnęli, ale większość dalej miała grobowe miny.
— Wiem, co was gryzie. Daliśmy z siebie wszystko, niestety, jeszcze tym razem przeciwnik okazał się odrobinę lepszy. Porażki zawsze bolą, ale trzeba do nich podchodzić z pokorą. I cierpliwie dalej pracować.
— Nad czym tu pracować? — burknął Kierżakow. — Pierwszego miejsca w lidze już na pewno nie zdobędziemy, a dla mnie była to ostatnia okazja. Dla Lowy zresztą też.
— Jeżeli obydwaj myślicie o profesjonalnej grze w quidditcha to czeka was jeszcze wiele meczów do rozegrania i wiele wyzwań — oświadczył Bogdan zdecydowanie. — Czasami nie można wygrać. Ale nigdy nie wolno się poddawać. Pierwsze miejsce w lidzie może być już poza zasięgiem, ale wciąż mamy o co grać. Jeżeli wyjdziemy na mecz z nastawieniem, że wszystko stracone, to równie dobrze może wcale nie wychodzić i oddać go walkowerem. Szkoda zachodu. Węgrzy na pewno będą walczyć o utrzymanie drugiego miejsca. Są w znacznie lepszej sytuacji od nas, ale wiedzą, że nie poza naszym zasięgiem. Możemy ich dojść i pokonać. Ale żeby to zrobić musimy sobie odpowiedzieć, po co i dlaczego gramy. I zapomnieć o tym, na co już nie mamy wpływu.
— Więc mamy to po prostu tak wyrzucić z głowy? — zapytała Tieriechowa.
— Dokładnie tak. Liczy się tylko to, co jest tu i teraz.
— Ale ten mecz z Dragogradem... — odezwał się Kirjakow. — W ogóle wszystkie mecze z nimi... To jest naprawdę jakaś klątwa! Zawsze z nimi przegrywamy!
— Pięć ostatnich lat to nie jest zawsze — oświadczył Bielik. Statystyki studiował dokładnie i wiedział, że jeszcze piętnaście lat temu układ sił w międzyszkolnej lidze wyglądał zupełnie inaczej. To Durmstrangu się obawiano. Nie przywoływał tego teraz, bo dla tych dzieciaków stanowiło to istną prehistorię, porównywalną do czasów gdy ludzie i smoki żyli obok siebie; części z nich nie było nawet na świecie, gdy Instytut odnosił tamte sukcesy. — A jedyna klątwa tkwi tutaj. — Wskazał na swoją skroń. — W głowach. I tak długo jak będzie myśleć wyłącznie o tym, co może nie wyjść, tak długo nic nie będzie się składać w grze. Rozumiecie?
Chyba zrozumieli, bo gdy wrócili do treningu gra zaczęła im się układać już nieco lepiej. Potrzebowali jednak trochę czasu, żeby na dobre otrząsnąć się po tej porażce i Bogdan zastanawiał się, czy wystarczy im go, żeby dobrze przygotować się do starcia z Poenari. Po półgodzinie, gdy zawodnicy na dobre weszli w rytm meczowy i zaczęli poruszać się po boisku ze zwykłą swobodą, Bielik zostawił trening pod nadzorem Meiera i wezwał do siebie Wiktora. Odeszli trochę na bok, poza linię końcową boiska, odprowadzani zaciekawionymi spojrzeniami pozostałych. Domyślali się, że szukający będzie praktykować coś specjalnego. Bielik udzielił Krumowi krótkich instrukcji, wciąż zastanawiają się, czy dobrze robi. Ufał jednak jego umiejętnością miotlarskim, inaczej nigdy nie proponowałby mu nauki tego manewru. Jeszcze tego samego dnia pod okiem trenera Wiktor zaczął ćwiczyć Zwód Wrońskiego.
c.d.n.
