Zastanawialiście się jak przetrwałem ten wybuch? Cóż, podejrzewam, że użyłem czegoś, co w naszej organizacji nazywamy „wejściem w mrok". To takie „pod-wymiary" przez które możemy szybciej podróżować. Pytanie tylko, jak głęboko wszedłem…

Ja tak sobie gdybam, a tu nagle czuję, że ktoś próbuje mnie obudzić:
- Braciszku… Braciszku nic ci nie jest? Braciszku, obudź się!
Braciszku? Od kiedy mam jakieś rodzeństwo? Poza tym, spodziewałem się, że w mojej zbroi, dziecko powie do mnie proszę… pana…

Zerwałem się z miejsca natychmiast. Dotknąłem miejsca, gdzie powinna znajdować się moja maska połączona z hełmem. Przeraziło mnie, bo poczułem… swoją twarz…

Popatrzyłem na osobę, która mnie obudziła. Była to dziewczynka, mająca do dziesięciu lat. Miała brązowe oczy oraz włosy. Była ubrana w dziwny szary materiał. Na ubraniach miała trochę kurzu.
- Braciszku! Obudziłeś się! – Powiedziała radośnie z ogromnym uśmiechem na ustach.
- Gdzie jest mój hełm? – Spytałem lekko przerażony. Walić promieniowanie! Bez tego stracę kontrolę!

Ta popatrzyła na mnie, przechylając lekko głowę na bok, wyraźnie nie rozumiejąc co mam na myśli mówiąc „hełm".
- Czy masz na myśli swoją dziwną maskę?
Kiwnąłem głową w odpowiedzi. Ta natychmiast skoczyła i podeszła do krańca pokoju by po chwili wyciągnąć mój hełm zza materiału, w którym był owinięty. Ogarnęły mnie jakieś dziwne wątpliwości…


Ja, Akeno wraz z kuzynka Suzaku i przybrana córką Kuune, zostałyśmy zakwaterowane do nowego pokoju. Był on bardziej przytulny od poprzedniego – był lepiej oświetlony, jego ściany były pomalowane na zielono, a łóżka były bardzo miękkie.

Jednak nie dane nam było się zaaklimatyzować, gdyż jeden z żołnierzy zawołał nas, byśmy pomogły przy opatrywaniu rannych. Popatrzyłam na Suzaku, której twarz mówiła: „To się zdarza". Następnie spojrzałam na Kuune. Wciąż się trzęsła ze strachu o mojego syna. Doskonale ją rozumiem. Ten wybuch… Sam fakt, że mój syn mógł być w centrum tego wszystkiego… Ale dlaczego on tam został? Czemu nie ewakuował się razem z nami?!

Szczerze mówiąc, byłam bardzo przerażona o mojego syna. W końcu, która matka by niebyła? Jednak Suzaku pocieszyła mnie, mówiąc, że wróci, że jest wytrwały i że skoro tyle w życiu przetrwał, to powrót będzie dla niego pestką.

Rannych było niewielu. Suzaku tłumaczyła, że to tylko dzięki ich treningowi. Byłyśmy w trakcie opatrywania lekko-rannego żołnierza, gdy usłyszałyśmy jakieś wesołe okrzyki:
- Cichociemni! Cichociemni wracają!
W tej chwili nawet część rannych zerwała się z łóżek, by zobaczyć owych „cichociemnych".
- Kim oni są? – Spytałam słysząc znowu tą dziwną nazwę.
- To oddział twojego syna, tak ich nazywają. – Odpowiedziała z uśmiechem moja kuzynka. - Chodźcie, przywitajmy ich. Wiem, że tego chcecie!
Popatrzyłam na Kuune – ta niemal skakała z radości.

Poprowadzono nas do hangaru. W oczy rzucały się dwa pojazdy – Jeden to ogromny opancerzony transporter, a drugi to helikopter dla dwóch osób. Z obu pojazdów wyszło dziewięć osób. Dziwne, ich oddział liczył dziesięć osób… - pomyślałam z przerażeniem.

Jeden z żołnierzy potwierdził to, czego się obawiałam:
- Gdzie jest Revan?
- Kapitanie Ox… - Zaczął jeden z nich. Poznałam go natychmiast, Shiro. Miał lekko spuszczoną głowę i niepewny wyraz twarzy. – Revan zalał reaktor… i… - Przerwał. Zaczęłam drżeć. Nie rozumiałam niczego, poza tym, że mój syn mógł być w epicentrum wybuchu. Byłam przerażona. Kuune i Suzaku także. Ledwo co dowiedziałam się, że mój syn żyje i tu naglę słyszę takie rzeczy. – Jednak wiem, że uciekł w ciemność. Poczułem jego zanik, ułamki sekund przed wybuchem. Uważam, że przeżył.
- Shiro, zabierz swych ludzi, odpocznijcie. Dobra robota.

Uciekł w ciemność? O co mu chodziło... I czemu go nie szukają? Co się dzieje? - pomyślałam, po czym mój oddech zaczął przyśpieszać. Kuune tymczasem zemdlała.
- Dlaczego go nie zabrałeś?! - Zaczęłam krzyczeć z przerażenia o Revana – Czemu go tam zostawiliście?
Taki był jego rozkaz. - Shiro odkrzyknął mi ze złością - Ktoś musiał tam zostać, by zwabić ptery i rozpieprzyć reaktor w pidzu! Myślisz, że było nam łatwo od tak go tam zostawić? Każdy dla nas tutaj jest jak brat!

I przestał.

Suzaku wzięła nas z powrotem do pokoju. Kuune natychmiast po wybudzeniu zaczęła płakać. Przytuliłam ją wraz z Suzaku i Lumi. Siedziałyśmy tak przez godzinę, aż usłyszeliśmy, że ktoś wchodzi do pokoju. Podniosłyśmy głowy - do pomieszczenia wszedł Shiro.
- Mamy do pogadania.
Patrzyłam na niego zdziwiona. On tymczasem zaczął zadawać pytania:
- Ty i Suzaku jesteście spokrewnione?
- Wow, jesteś spostrzegawczy – Odpowiedziałam z Sarkazmem. Wciąż byłam na niego wściekła.
- To wiele wyjaśnia... - Odparł tajemniczo.

Popatrzyłam na niego zdziwiona, nie rozumiejąc, co on ma na myśli.
- W jakiej magii się specjalizujesz? Czy to błyskawice? - Skinęłam głową na tak. - Tak myślałem... Wasze aury są takie same... Al.e to niemożliwe, ty jesteś diabłem, on zaś człowiekiem. A jednak aura nie kłamie. Jak bardzo jesteś z nim spokrewniona?
- Jestem jego matką. - Powiedziałam ze łzami w oczach. Byłam bliska histerii - Powiedz mi, co się z nim stało? Dlaczego mnie nie pamięta? Dlaczego nie pokazuje twarzy?
- I dlaczego on cierpi? - Dodała Kuune ku mojemu przerażeniu.

Chwila przerwy. W końcu Shiro odpowiedział Śmiertelnie poważnie:
- To przez to, co się z nim stało. Nie mogę nic więcej powiedzieć. Tylko on i Kapitan Ox mogą. Ox go znalazł i wychował. Ale to co od niego usłyszysz... Może całkowicie zmienić to w jaki sposób patrzysz na Revana...


Chciałem włożyć swój hełm, jednak coś mnie powstrzymało. Mała dziewczynka trzymała moją rękę i nie pozwalała mi go włożyć.

- Dlaczego zakrywasz twarz, braciszku? Przecież zatrute powietrze jest na zewnątrz? - Zapytała niewinnie – Przecież mówiłam ci, że nie masz się czego wstydzić.

Spędziłem z nią cały poprzedni dzień. Dowiedziałem się, że ma na imię Lily. Jej rodzice umarli pół roku temu, więc mieszkała tu sama. Była naprawdę dzielną dziewczynką.

Wiedziałem, że ja i Lily nie możemy tu długo zostać. Sprawdziłem stan bunkra - żywność się kończy, woda to szczyny, filtry pokryte pleśnią i niczego, z czego można by zrobić dla niej kombinezon. Ale jednak musiałem z nią wyjść na zewnątrz. Nie mogłem jej tak zostawić.

Zacząłem powoli zdejmować elementy mojej zbroi i nakładałem je na Lily. Przede wszystkim hełm i maska z filtrem i części chroniące najważniejsze części ciała.
- Braciszku, skąd masz te wszystkie blizny na ciele? - Zapytała z troską. Spuściłem wzrok w ziemię, czułem się bezbronny, Nagle poczułem jak coś obwiązuje się wokół mojej szyi. Lily Przytuliła mnie. - Ktoś zadał ci dużo krzywdy? Próbował zrobić z ciebie potwora? Nie martw się, braciszku, nie jesteś sam. Mimo iż spotkało cię wiele złego, to na pewno los ci się kiedyś odpłaci i da ci coś dobrego!

Łzy zaczęły mi lecieć po twarzy. Nie pamiętam, by ktoś powiedział do mnie coś takiego w moim życiu. Odwzajemniłem uścisk, mówiąc przy tym:
- Musimy stąd uciekać. To miejsce jest niebezpieczne.
- Ale braciszku, co z tobą? Przecież wszystko nałożyłeś na mnie! Bez ochrony możesz umrzeć!
Nie martw się. - Pogłaskałem ją po głowie - Twój brat da sobie radę!

Ubrałem się na cebulkę, grubo zakrywając każdą część ciała. Lily chwyciła mnie za rękę i wyszliśmy z bunkra.

Od razu zauważyłem, pomimo tego, że jest późny wieczór, ruiny zniszczonego miasta. Wiele wieżowców upadło, leżąc teraz na ziemi, zostawione jakby przez gigantyczne dziecko, znudzone zabawą nimi. Gdzieś w oddali usłyszeć można było ryki jakiś potworów - lecz były one zbyt daleko, by się nimi martwić. Niebo jest jak zwykle szare, pełne chmur z radioaktywnym pyłem.

Zauważyłem, że trochę ciężej mi się oddycha – wiecie, bycie ubranym na cebulkę nie jest zbyt wygodne. Nagle dziewczynka zaczęła mocniej ściskać moją dłoń.
- Coś się stało?
- Boję się, braciszku... Powiedz, daleko idziemy? - W jej głosie było wyraźnie słychać przerażenie.
- Dwadzieścia kilometrów stąd jest baza Dha Werdy Verdy, Mrocznych Wojowników Cienia. Tam moi przyjaciele się tobą zajmą, więc nie masz się czego bać.

Dziewczynka najwyraźniej się rozluźniła. Zaczęła pytać o rzeczy związane z organizacją, o różne miejsca na planecie oraz... czy mam jakieś moce... Czułem się dziwnie. Z nikim tak dobrze mi się nie rozmawiało - poza Lumi – od... Zawsze. Chyba nigdy nie rozmawiałem tak długo z nikim. Było to przyjemne uczucie.

I tak minęło kilka godzin. Byliśmy w połowie drogi, gdy usłyszałem kroki obok nas. Zobaczyłem kilka postaci – zdeformowane "ludzkie" istoty". Z ich ust toczyła się piana, a niektóre z nich miały nieludzkie postawy ciała. Ich mowa też była nieludzka:
- PoPaTRz. JaKiE PySzNe MiĘsO!
- JAkI JEssteM GŁoooOOODnY!

Zacząłem się rozglądać. Z przerażeniem zauważyłem, że tych mutantów jest więcej. Dwadzieścia... Trzydzieści... Skąd ich tu tyle? I to tuż pod naszym nosem?! Najgorsze było to, że zaczęły wspólnie atakować. Niczym fala... Niczym horda.

Najpierw wyciągnąłem swojego SKS'a - zacząłem strzelać, mając nadzieję, że coś takiego odstraszy tych mutantów. Nic bardziej mylnego – mimo iż padło pięciu z nich, zdeformowani wciąż na nas napierali. Najgorszy był fakt, że mieli ze sobą jakieś prymitywne bronie. Nie czekając na dalszy rozwój sytuacji, wyciągnąłem swoje dwa miecze. Następnie użyłem swojej użyłem magii by stworzyć odwrócony pałac gromów wokół Lily.
- Zostań w tym kręgu Lily! Dopóki jesteś w środku nic ci się nie stanie, obiecuję ci to!
Lily kiwnęła głową lekko przerażona.

Musiałem być szybszy od mutantów, jednak w tych ubraniach było to niemożliwe. Walić promieniowanie! Ja i tak jestem już martwy. Przynajmniej uratuje tą dziewczynkę! - pomyślałem pełen determinacji i złości. Użyłem części swojej aury by rozerwać swoje ubrania - na sobie miałem tylko czarne spodnie, wojskowe buty, koszulkę z krótkim rękawem i komin zakrywający moją szyję i i twarz aż do nosa.

Podbiegłem w ich stronę. Użyłem błysku by podskoczyć dziesięć metrów w górę i stanąć w powietrzu. Przyzwałem błyskawicę wokół dłoni i zacząłem atakować. Błyskawicę uderzyły w grupkę - natychmiast umarło pięciu z nich.
- Braciszku! Ratuj! - Usłyszałem głos Lily. Ku swemu przerażeniu zauważyłem, że grupa skoncentrowała się na niej. Atakowali jak horda, więc taka bariera to dla nich nic. Do środka wlazło piętnastu żywych i pięciu martwych.

Natychmiast użyłem błysku by znaleźć się tuż obok dziewczynki – w idealnym momencie, gdyż mutant przymierzał się do zadaniu ciosu w serce. Zamiast tego, jego ostrze przebiło mi brzuch. Zanim jednak wrzasnąłem z bólu, mój lewy miecz przeciął mu szyję. Pozostało czternastu przeciwników.
- Rozdarcie niebios! - Krzyknąłem używając prawym mieczem elektryczny atak, zabijając czterech przeciwników.

Nim jednak dane mi było przeanalizować sytuację, poczułem, że jeden z mutantów wskoczył na moje plecy i zranił mnie sztyletem w prawy bark.
- Ty skurwielu! To bolało! - Wrzasnąłem, gdy uwolniłem z siebie część aury wokół siebie. Poczułem jak ciało przeciwnika zaczyna się gotować.

Ponieważ nie miałem na sobie zbroi, nie miałem także ograniczników, które uniemożliwiały mi użycie pełnej mocy. Ułożyłem dłonie w stylu Kamehameha i wystrzeliłem kulisty piorun, który natychmiast zabił pięciu przeciwników. Następnie skoczyłem kilka metrów w górę. W moich dłoniach zgromadziłem potężne ładunki elektryczne, którymi uderzyłem pozostałych ocalałych. Pojawił się duży wybuch.

Rozejrzałem się we wszystkie strony, upewniając się, że nie ma więcej przeciwników. Poczułem się słabo, więc musiałem uklęknąć na jednym kolanie. W międzyczasie dezaktywowałem pałac gromów, by wypuścić Lily. Ta natychmiast podbiegła do mnie.
- Braciszku! Jesteś ranny! M-Musimy...
- Wskakuj na mój plecy... - Przerwałem jej – Pobiegniemy. O mnie się nie martw. Dam sobie radę.

Po chwili wątpliwości Lily weszła na moje plecy. By dotrzeć szybciej do bazy używałem błysku. Zauważyłem, że Lily kurczowo trzyma się mojego karku by nie spaść.

Przez piętnaście minut nie zwalniałem. W końcu zauważyłem coś czego nie powinno być. Wybuchy granatów. Rozumiem, czyli po prostu nadepnąłem na ogon czegoś większego... A niech was wszystkich diabli wezmą. - pomyślałem z goryczą.


To było dziwne i lekko ironiczne. Zwykle, gdy ludzie uciekają, to nie po to, by znaleźć się w kolejnym gównie. Jestem Shiro i o to właśnie widzę najgorszą zbiórkę w życiu.

Przybyliśmy do bazy "NC-03" jakoś dwa dni temu. Rzecz jasna dowiedzieliśmy się, że mamy pomóc w odparciu hordy mutantów-kanibali.

No więc mija drugi dzień, teraz osłaniam naszych trzech medyków - Akeno, Suzaku i Kuune - które za pomocą magii leczą rannych i pomagają ich przenieść... Też magią.

No więc mamy jeszcze stu... Kanibali... Do pokonania. A skoro mieliśmy pozwolenie na korzystanie z naszych magicznych zdolności, toteż zabawa była przednia. Szczególnie, gdy zauważyłem dwa fakty. Po pierwsze – domniemana matka Revana była sadystką. Sposób w jaki walczyła z wrogiem był... Chory. Dosłownie. Boje się jej. Po drugie - mam wrażenie, że Kuune jest nieco... Nienormalna. Cały czas coś miauczała (ŁAPIECIE?! Bo jest KOTEM! … Ej to było śmieszne...) coś o tym, że w ten sposób dorówna Revanowi, że jeszcze trochę i będą razem już na zawsze. Revan, ale ty masz pojebaną rodzinkę! Współczuję ci. - pomyślałem z lekką... Co ja gadam, myślałem, ze się zesram ze strachu!

Zostało ich pięćdziesięciu. W sumie ciekawa zabawa. Aż nagle poczułem coś, co sprawiło, że zacząłem się Chichrać. Oj tak, ta aura będzie ostatnim, co poczujecie w życiu.
- Co to za aura? - Słyszę pytanie od Akeno.
- Revan! Revan! Revan! - Kuune to wręcz zachowywała się, jakby była na haju.

I rzeczywiście, to był Revan. Odwróciłem się - i w tej chwili miałem ochotę pierdolnąć go w łep:
- Revan?! Co ty odpierdalasz?! Tobie kurwa życie nie miłe, że nago łazisz po... - przerwałem z powodu tego co ujrzałem. Rzecz jasna byłem przerażony, że mój przyjaciel łazi w rozczłonkowanej zbroi, ale zauważyłem coś... Nie, kogoś... Kto był na jego plecach, a mianowicie dziecko, które miało na sobie elementy jego zbroi. Czyli jednak masz serce, co?
- Lily, widzisz tego pana tutaj? - Spytał "pasażera" - To jest Shiro, on sie tobą zaopiekuje. Ja tymczasem zajmię się tymi złymi potworami.
- Ale... Braciszku... Ty jesteś...
- Cichutko, zaraz wracam, Tylko nie patrz, bo będziesz mieć koszmary.

Braciszku?

Meh, nieważne. Ważne jest to, że użył błysku by "pożyczyć" dwa pistolety – i to nimi zaczął przedstawienie. Wyskoczył dziesięć metrów nad ziemię i zaczął strzelac z obu pistoletów. To był wręcz taniec - skakał pomiędzy nich i wykonywał piruety wciąż strzelając. Zabił w ten sposób chyba dwudziestu z nich. Następnie wylądował na ziemi i:
- Niebiańska błyskawica.
Oj tak, ogromna błyskawica zabiła dziesięciu przeciwników. Zostało jeszcze dwudziestu.

I tu postanowił nasz Revan postawić wszystko na jedną kartę. Na jego plecach pojawiły sie ogromne skrzydła stworzone z błyskawic. I w jednej chwili te skrzydła uderzyły o ziemię, powodując ogromny wybuch. Koniec bitwy - zwycięstwo przez śmiertelny nokaut.

Revan wylądował na stałym gruncie. Przez chwilę stał w miejscu. Z nieba zaczął padać deszcz. On zaś uniósł głowę by popatrzeć w niebo. Ciekawe nad czym tak duma...


Popatrzyłam na swojego syna ze zdumieniem w oczach. Byłam ogromnie zaskoczona jego umiejętnościami oraz mocą - z łatwością przewyższa moc córki Rias, Mii.

- Revan, co ty kurwa robisz?! Czemu stoisz na radioaktywnym deszczu jak idiota?! Życie ci nie miłe? - Oderwał mnie z moich myśli Shiro.
- Shiro, ja od dawna jestem martwy. Powiedział Revan, odwracając się od nas.

Mocno się przeraziłam, bo zobaczyłam na jego ubraniach duże plamy krwi. Plamy te wciąż się poszerzały. Podbiegł do niego oddział medyczny, jednak on wycelował w nich pistolet i powiedział:
- Najpierw dziewczynka.
Medycy oglądnęli dziewczynkę ubraną w elementy jego zbroi.
- Zbadamy ją w środku. - Odpowiedzieli.
Tymczasem Revan upadł na ziemię. Wokół jego ciała pojawiła sie kałuża krwii.
- REVAN! - Krzyknęłam jednocześnie ja, Suzaku i Kuune. Chciałyśmy do niego podbiec, jednak zatrzymał nas oddział medyczny:
- Stójcie, jest napromieniowany! Nie podchodźcie do niego!

Wzięli go na nosze i czymś dziwnym zatykali jego rany. Biegłyśmy przez kilka minut, aż dotarłyśmy do wejścia do bazy. Nas wzięli do normalnego pokoju gdzie kazano nam ściągnąc kombinezony. Z Revanem oddział jechał gdzieś dalej.
- Co z nim zrobicie? - Spytałam.
- Nie wiem. Musimy zrobić kilka transfuzji... Nie raczej wylać kilka razy całą skażoną krew, potem kuracja jodyną. Problemem są otwarte rany... Kurwa nie zdążymy.
- Mogę leczyć Revana za pomocą Senjutsu. - Wyskoczyła nagle Kuune. Mądra dziewczynka. W ten sposób uratujemy go w mniej niż godzinę. - Pozwólcie mi tylko do niego-
- Nie. - Przerwał stanowczo Shiro. – W ten sposób sama się skazisz i tym samym będziesz mu dawała więcej skażonej energii, czytaj przyśpieszysz jego śmierć. - Zamyślił się po czym dodał. - Ile macie środków przeciwbólowych?
- Mało, większość zużyliśmy na rannych w bitwie i tych, których nam przywieźliście. - Stwierdził jasno medyk. - Czekaj... Ty chyba nie mówisz o...
- Posól i spal...

Wprowadzili go na salę. Nie wiem co się działo. Siedzieliśmy niespokojne, aż usłyszeliśmy przeraźliwe krzyki:
- AAAAAAAAAARRRGGHYHHHAAAAAAA!
Łzy napłynęły mi do oczu, bo usłyszałam przeraźliwy krzyk spowodowany bólem. Ogromnym, przeraźliwym bólem, który powodował, że miało się wrażenie, że słyszy się tortury. Najgorsze było to, że to był krzyk mojego syna.

Kuune gdy tylko to usłyszała, pobiegła w stronę drzwi prowadzących do sali. Kilkoro strażników próbowało ją powstrzymać, jednak bezskutecznie. Dopiero Shiro, używając części swojej mocy dał radę ją uśpić.
- Co oni mu robią?! - Krzyknęłam gniewnie. Krzyki mojego syna nie ustawały, powodują u mnie niemal zawał serca. - Co mu robicie dranie?!
- Nie mamy już środków przeciwbólowych, a z powodu promieniowania, nie możemy go dotknąć! - Shiro w tym momencie wybuchł. - Jedynym sposobem by go uratować jest wypalenie jego ran! Dopiero później będziemy mogli go normalnie leczyć. Miejmy nadzieję, że do tego czasu przeżyje.

Ostatnie słowa były dla mnie jak cios w serce. Ledwo co dowiedziałam się, że mój syn żyje. Teraz pojawiło się zagrożenie, że go stracę.


Proszę, wróć do mnie!

Obudziło mnie białe światło. Dość szybko zorientowałem się, że jestem w szpitalnym pomieszczeniu. I znowu ten pieprzony głos - pomyślałem z goryczą.

Za każdym razem, gdy byłem na skraju śmierci, zawsze słyszałem ten głos. Głos, który przywracał mnie do życia, nawet gdy po prostu chciałem umrzeć.

Próbowałem wstać. Poza ogólnym zmęczeniem, poczułem jeszcze ogromny ból w okolicach brzucha i prawego barku. Natychmiast przypomniałem sobie tego powód. Chroniłem Lily...

Lily?

Niemal wyskoczyłem z łózka, gdy przypomniałem sobie o małej dziewczynce, którą zabrali na badania. Muszę ją znaleźć. A ponieważ każdy krok sprawiał mi ból, musiałem wspomóc się kulami znajdującymi się obok łózka, przy małym stoliku. Na owym stoliku znajdował się list, a pod nim – ubrania.

Wziąłem do ręki list. Natychmiast rozpoznałem styl pisma OX'a:

Revan,

Jeżeli Czytasz ten list, znaczy to, że masz kompletnie w dupie zalecenia lekarzy i całkowicie ignorujesz fakt, że jeszcze wczoraj byłeś umierający.
Przewidziawszy taką sytuację, postawiłem obok ubrania oraz kominiarkę, które zakryją twoje blizny.
Dobry Wujek OX
PS.
Za tą akcję powrotną powinienem skopać ci dupsko, gówniarzu. Tym razem ci się upiekło.

Przewracając oczami, pomyślałem o Ox'ie: Cały on. Ale przynajmniej mnie rozumie jak nikt inny.

Gdy się ubrałem, natychmiast wyszedłem z sali. Większość ludzi wciąż była zmęczona po bitwie, toteż ci bez żadnej konkretnej roboty po prostu odpoczywali w swoich kwaterach.

Po pięciu minutach znalazłem się przed salą dla wszystkich nowoprzybyłych gości. Badano tu ludzi, którzy dopiero co dołączyli.
- Revan, czy ty pojmujesz znaczenie słowa odpoczynek? - Zapytał mnie ktoś lekko cynicznie. Natychmiast się odwróciłem, by zobaczyć Kai'a w lekarskim kitlu oraz gipsem na prawej nodze. - Nie odpowiadaj. I zanim spytasz, dziewczynka jest w środku.

Wszedłem do pokoju. Lily siedziała na łóżku, odwrócona do drzwi. Miała na sobię typowe dziecięce ubrania z bunkra, jednak była owinięta w lekarski kitel. Wokół szyi miała stetoskop, a w rękach trzymała misia. Gdy tylko się odwróciła i mnie zobaczyła, zeskoczyła z łózka. Rozpoznała mnie pomimo kominiarki.
- Braciszku! Jesteś cały!
Mówiąc to przytuliła mnie.

Gdy mnie puściła, ukląkłem na jedno kolano i spytałem:
- Lily, gdzie moja zbroja?
- Oh, Oh, ten lekarz powiedział, że wszystko jest już w twoim pokoju. Wszytko oprócz tego hełmu.

Podała mi go. Ściągnąłem kominiarkę i nałożyłem hełm. Następnie zwróciłem się do niej:
- Chodź. Jest ktoś, kto chciałby cię poznać...


Siema! Z tej strony Czechus! Jak widzicie mamy dwa rozdziały w ciągu jednego miesiąca!

Tak jak zwykle pod koniec, informuję was, że 11 Rozdział jest w trakcie tworzenia. Powiem jedno - będzie się działo!

A tak przy okazji, zrobię coś, czego dotąd nie robiłem - odpowiem na komentarze!
Ależ proszę cię bardzo, oto nowe rozdziały ;D
ShiroKaosu: Dzięki przyjacielu za laika. Jednak tu jest mały problem - ty mi w ogóle nie płacisz (trzeba to zmienić ;D)

Także to by było na tyle. Rwijcie sobie włosy z głowy, by domyśleć się, co się może dalej stać.
To by było na tyle, więc tym samym żegnam się z wami.
Do zobaczenia!
Czechus