Tokio

„Czas płynie powoli, kiedy czeka się na odpowiedź." Éric-Emmanuel Schmitt

Stukot maszyn odbijał się echem od pomieszczeń pracowniczych. Stłumiony dźwięk jaki powstał za drzwiami sprawiał melancholijny nastrój. Spoglądała na pewną kartkę od paru dobrych chwil, gdy usłyszała łomot do drzwi. Automatycznie poprosiła osobnika do środka.

- Przyszła nowa dostawa. Nie dam rady sam go przenieś. – Spojrzała mętnym wzrokiem na Kibę, który widząc jej wzrok chciał znów wycofać się na korytarz.

- Poproś Naruto. Dziś nie powinien mieć dużo roboty z pudełkami. – Skierowała swój wzrok na wiszący na ścianie zegar, następnie wstała, aby sprawdzić grafik. – Po za tym Kakuei będzie za jakieś pół godziny, jeśli znów nie spóźni się do pracy.

- Ach, dobrze, jakby coś to mogę jeszcze jakoś pomóc.

- On i tak śpi, a siedząc tam mam ochotę zabić wszystkich lekarzy – wymamrotała spoglądając ciągle na niego smętnym wzrokiem. Widać było teraz jak bardzo był Takeo dla niej ważny, choć słysząc jego wersję wszystko było takie sprzeczne.

- To idę po nowego i do roboty – powiedział nim wyszedł. Po jej policzkach znów popłynęły łzy. Czuła, że znów straci kogoś kogo kocha. Ledwie przeżyła śmierć Jiro, a teraz straciła wnuka i jego matkę. Miała nadzieję, że Budda będzie łaskawy oraz nie odbierze jej syna.

- Akamaru ty siedzisz tam, a ja wchodzę tam. – Mówiąc „tam" pokazywał leżący na podłodze koc i drzwi za którymi był Naruto. Pies opuścił ogon, jakby coś go denerwowało, ale posłusznie położył się na swoim miejscu.

Naruto tylko podniósł wzrok, a długopis wypadł mu z ręki. Zachichotał, jakby coś go rozśmieszyło, ale Kiba nie chciał tego nawet skomentować.

- Pomożesz mi? – spytał, a Naruto w tym czasie położył pudełko na półce, oparł się pośladkami o biurko patrząc prosto na niego.

- W czym?

- Towar na hale trzeba zanieść. Część także dać pracownikom. Nie powinno to długo potrwać – odrzekł widząc delikatny bałagan, ale wierzył, że Naruto nie podda się jak wcześniejsi pracownicy na jego miejscu.

- Mogę i tego spróbować… Czemu nie… - powiedział zbierając tylko pomiętoszone papierki, które przed wyjściem wyrzucił do kosza.

Akamaru widząc swojego pana podniósł się i radośnie merdał ogonkiem, jednak widząc z kim jest wybiegł schodkami na piętro. Tam też miał swoje miejsce, które uwielbiał. Kiba musiał czasem mocno mu ufać, ale dobrze, że nikt oprócz Naruto na niego nie narzekał. Inaczej musiałby zostawić go samego w domu na kilka dobrych godzin.

„Dlaczego serca biją, papierosy się tlą, a niektóre psy przyjemnie pachną? Są na to odpowiedzi. Są odpowiedzi na wszystkie pytania, pod warunkiem, że dokładnie przyjrzymy się zagadnieniu. " Jonathan Carroll

Oparł głowę o zimną szybę, za którą przyglądał się nowonarodzonym dzieciom. Uświadomił sobie, że nie był przy narodzeniu własnego dziecka, które teraz spokojnie spało w sali obok. Jakoś widząc leżące w łóżeczkach dzieci oraz ich rodziców poczuł, że nigdy nie da swojemu dziecku tyle szczęścia na ile zasługiwało. Obawiał się, że otoczenie wytknie kiedyś jemu, że nie wychował ją w tradycyjnej rodzinie. Takiej, której powinno dziecko znać, kształcić się i rozwijać. Sam czuł, że miłość i wychowanie jest dużo lepsze niż udawany związek w który nigdy nie chciałby wejść. Nawet namowy jego matki nie zmieniły jego światopoglądu.

Poczuł czyjąś dłoń, podniósł głowę, a widząc tylko pielęgniarkę zrozumiał, że tkwił w tej danej sytuacji zbyt długo, niż mu się wydawało.

- Czy wszystko z panem dobrze? – usłyszał piskliwy głos, a widząc na szyi pielęgniarki bliznę, zrozumiał, że dla niej mówienie mogło być utrudnione, więc powstrzymał śmiech. Nie wypadałoby się śmiać z czyjegoś nie szczęścia, które oszpeciło w taki, nie inny sposób.

- Tak. Tylko martwię się – odrzekł, ale przyjął z dłoń pielęgniarki malutki kieliszek w którym były dwie białe tabletki. Pewnie jedna na uspokojenie, zaś druga na ból głowy. Podszedł jeszcze do automatu z wodą, wrzucił monetę, po chwili popił zalegające w gardle lekarstwa.

- Każda sytuacja ma rozwiązanie – usłyszał, gdy ktoś wezwał ją do pomocy. Kiwnęła tylko głową na pożegnanie, znikając po chwili z jego oczów. Zmiął kubeczek, wyrzucił go do kosza i wszedł do Sali obok. Widząc tylko jak jego brat przysnął fotelu podszedł do łóżeczka swojej córki. Pogłaskał gorącą główkę, która zdobił mokry ręcznik. Widocznie próbowali wszystkiego, aby zniżyć jej temperaturę, która uporczywie nie chciała zejść do niższych liczb.

Usłyszał szum od strony, gdzie spał jego brat, spojrzał a ten tylko rozciągał się, jakby teraz uświadomił sobie jak spanie w fotelu jest męczące.

- Popilnujesz jej jeszcze kilka godzin? – spytał, bo musiał iść do pracy, bo nie mógł pozwolić sobie na bezpłatne wolne, chociaż korciło go, aby wykręcić numer do kierowniczki.

- Musisz? – usłyszał pytanie, co tylko wmurowało go w podłogę.

Nie, nie musiał, ale każdy jen w jego wypadku był jak kropla deszczu na zeschniętej ziemi. Spojrzał na Małą, a następnie na brata, podjął decyzję, więc liczył, że ujrzy w oczach tego starszego nutkę zrozumienia.

- Muszę. Nie zarabiam tyle co ty. – Odparł najszczerzej jak mógł, następnie wyciągnął swój telefon, który od kilku sekund grał dobrze znaną mu melodię.

- To ja wezmę wolne, a ty idź – usłyszał oraz kontynuował rozmowę kierując się do podmiejskiej kolejki.

„Są pytania, które same sobie wystarczą. Zwłaszcza, że żadna odpowiedź i tak by ich nie zadowoliła. " Wiesław Myśliwski

- Gdzie byłeś? – Usłyszał męski, chropowaty głos, który nijak pocieszał go w tej chwili.

- Idę się przebrać i pomogę wam z tym towarem. – Pominął pytanie, bo nie chciał niczego komentować.

- Naruto zanieść te dwa kartony na halę, a ja w tym czasie przeniosę pozostałe do magazynu. – Odezwał się Kiba, który razem z Naruto przenieśli kartony z wielkiej ciężarówki na chodnik, która przed chwilą odjechała. Teraz musieli to zanieść do Fabryki. Nie było tego zbyt mało, dodatkowo było okropnie ciężkie i śmierdziało świeżą skórą.

- Jestem – usłyszał, po czym ujrzał w oczach Kakueia smutek, jaki zwalił na stan zdrowia Takeo. Każdy był jakiś obcy, nie obecny, w wielu oczach widział strach, że usłyszy z ust Mikoto o zwolnieniu z pracy. Tak, nie wiele brakowało, aby jedna sytuacja pociągnęła za sznurki kolejne. Każdy znał konsekwencje, co mogły doprowadzić do najgorszych scenariuszy.

Po chwili wrócił Naruto, widząc Moriego zamarł na krótką chwilę, a widząc co robi Kiba postanowił im pomóc. Choć już czuł się bardzo zmęczony noszeniem ciężarów.

- Możemy pogadać? – spytał Kakuei, gdy znaleźli się z Naruto sami. Uzumaki tylko podniósł pytająco brew, po czym uśmiechnął się, jakoś lepiej czuł się w jego obecności niż z Kibą, ponieważ chyba obawiał się za bardzo jego psa.

- Zostało jeszcze pięć kartonów, a potem idę do siebie. Możesz wpaść – wyszeptał widząc, że Kiba powoli idzie w ich kierunku.

- No, chłopcy, do pracy… Jak zobaczy was szefowa to będzie po was.

- Tak, jest panie. Czego pan sobie życzy – zażartował Naruto, a wszyscy trzej się roześmiali. Jakoś szybko uporali się z nowym towarem, więc wrócili do swoich obowiązków.

„Tak naprawdę dla żadnego problemu nie ma po prostu dwóch odpowiedzi, niemal zawsze znajdzie się ich przedział, a "to zależy" jest niemal zawsze najlepszą odpowiedzią na każde większe pytanie. " Linus Benedict Torvalds

Ujrzał przed sobą mężczyznę o dłuższych, brązowych włosach, który przyglądał się na niego swoimi piwnymi oczami. Jakby szukając w nim odpowiedzi, na nurtujące pytania.

- O czym chciałeś ze mną rozmawiać? – spytał.

- To zależy – usłyszał, gdy ujrzał na twarzy kolegi chytry uśmieszek.

- Nie wiele mi ta odpowiedź pomogła, więc… - urwał w pół słowa, bo nie wiedział co ma zrobić. Miał tyle pudełek do sprawdzenia, a nawet zapach drugiego mężczyzny sprawiał, że jego ruchy spowalniały.

- Pójdziemy za tydzień na jakieś piwo?

- Możemy, jeśli będziemy mieli na pierwszą zmianę – odpowiedział, bo nudziło mu się spędzanie czasu albo w tym miejscu, albo z kobietami.

- Załatwię to. Nie martw się.

- Nie, nie martwię się. Dobrze, że ty nie uważasz mnie za dziwaka – uznał, chociaż dziś pamiętał, aby zakryć blizny.

- Nigdy nie oceniam ludzi po wyglądzie – odrzekł przyglądając się jego policzkom, na co Naruto spłonął rumieńcem. Czuł, że Mori się domyśla, albo z tej odległości widzi jego wypustki jakie powodowały te blizny. – Pójdę już do siebie. Ach, i powiem Hinacie, aby ci już dziś nic nie dorzucała. I tak widzę, że z tym do późnej nocy będziesz siedział. – Naruto uśmiechnął się, bo nie zawsze ktoś martwił się o niego. To było takie miłe, wręcz egoistyczne, ale dobrze się z tym czuł.

- Dobrze – odpowiedział, gdy Mori chwycił za klamkę, znikając za drzwiami. Naruto jeszcze dłuższa chwilę uśmiechał się do siebie, choć serce podpowiadało mu, że zrobi najgorszą głupotę życia, lecz bardzo tego w tej chwili potrzebował.

Bał się tylko, że będzie to wielki błąd z jego strony.

Postanowił dziś zrobić zakupy, jakie Karen zostawiła na jego biurku. Tłumacząc się, że musi posprzątać cały dom. Wysiadł z metra stację wcześniej, gdzie znajdował się tańszy Market. Chociaż tyle zapamiętał z wycieczki jaką zaoferowała mu Karen parę dni temu. Wyjaśniając mu, że to nie jest wcale takie trudne, a otrzymane pieniądze od Mikoto można użyć w ten, albo inny sposób. Nie wyjaśniła mu jednak, czym jest to „inne", jedynie uśmiechnęła się promiennie. Dobrze, że umiał szybko zapamiętywać różne rzeczy. Nawet te dziwne z czego był niezmiernie dumny. Widział nad głową wiszące liczby, a ktoś głośno mówił o promocjach na dziesięciolecie sklepu. Teraz wszystko wydało mu się takie logiczne. Czuł, że wyda mniej pieniędzy niż wziął ze swojej skrytki.

Wyciągnął z kieszeni pomiętą karteczkę na której widniała lista zakupów. Przeszedł najpierw na alkohole, których w większości nie rozpoznawał, w sumie trzy czwarte sklepu było dla niego odkryciem. Dobrze, że Karen wyjaśniła mu co czym jest. Widząc na kartce artykuły od razu skojarzył do jakiego działu ma się udać. Po drodze między alejkami skusił się na promocję, choć ciągle liczył w głowie: czy starczy mu jenów.

Stanął w kolejce, która powoli przesuwała się do przodu, gdy tylko zapłacił za towar i spakował je do toreb. Wrócił na stację metra, aby dojechać bezpiecznie do ostatniej stacji jaka była w Tokio. I tak czekało go jeszcze dwadzieścia minut marszu do domu, choć torby jakie dzierżył w swoich rękach nie należały do lekkich, a po noszeniu aż takiej ilości gramów w pracy miał już serdecznie dosyć.

Czuł jak bardzo drżą mu ręce, a gdy ujrzał rozświetlony ganek, aż zrobiło mu się cieplej na sercu. Szkoda, że jak nie był dzieckiem nie mogło go coś takiego spotykać po szkole. Stanął na pierwszym schodku, który cicho chrupnął, jakby pękł. W sumie obiecał Mikoto, że pomoże jej z remontem, który nie skończył Jiro.

- Już jestem – krzyknął w głąb domu, usłyszał tylko: „ Dobrze!", zdjął buty i skierował się do kuchni, z której wydobywało się światło.

Karen z Mikoto spoglądały na niego, a następnie Witt zabrała jego siatki, aby je rozpakować.

- Co chcesz do jedzenia? – spytała starsza kobieta, która podniosła się oczekując jego odpowiedzi.

- Jeśli to nie problem to zjadłbym Ramenu – Mikoto tylko uśmiechnęła się, bo właśnie dziś zrobiła domową wersję tej potrawy. Liczyła, że zasmakuje mu tak samo jak kupione.

- Jadłeś domowe?

- Dawno. Chętnie przypomnę sobie ten smak – odparł myjąc dłonie w zlewie, a następnie nalał sobie pomarańczowego soku do szklanki siadając na krześle przy stole.

- Już ci podaje – odparła, spoglądając pytająco na Karen, która kiwnęła głową.

- Też zjem – odparła siadając obok Naruto. Mikoto wyciągnęła trzy miski, następnie nalała parującego naparu i dorzuciła gotowane pulpety. Liczyła, że ta wersja będzie smaczna, choć sama dawno jej nie przysądzała, lecz teraz miała dla kogo. Podła jeszcze pałeczki, co by zjeść zawartość, a resztę wystarczyło wypić jak z szklanki.

- Smaczne – skomentował Naruto, który oblizał usta, obie panie na to roześmiały się. Uzumaki, jednak widział, że w oczach Mikoto tli się smutek, wprawdzie cieszyło go, że przez chwilę nie myśli o minionej tragedii.

To znaczyło dla niego więcej niż przypuszczał…

Konoha

„Dla nich jestem tylko reliktem z przeszłości który chcą wymazać! Więc dlaczego powinienem wciąż istnieć? Myślałem nad tym, lecz nie mogłem znaleźć odpowiedzi. Ale każdy potrzebuje powodu do życia. W przeciwnym wypadku to tak samo, jakby być martwym. - Gaara " Masashi Kishimoto

Spotkali się na rynku, wśród kupców i małych dzieci, które bawiły się w różne gry. Gdy nagle Gaara zatrzymał się w pół kroku. Jeden z kupców wydał mu się podejrzany. Jego ruchy, wzrok, musiał coś ukrywać, bo inni radośnie go witali, tylko ten jeden był dosyć milczący. Na dodatek ukrywał coś pod lnianym kocem.

- Czy mógłbym zobaczyć twoje skarby? – spytał patrząc na ten zakryty stolik. Nara i Neji tylko stali u jego boku przyglądając się, gdy Shikamaru przypomniał sobie, że ten sam kupiec wskazał im drogę do ich kolegi.

- Boże, to on… - wymamrotał szeptem Nara, Gaara spojrzał na niego i zrozumiał wszystko, chwycił kant koca a pod nimi pokazały się grzyby.

-No, nie wiem, czy mam ciebie już zabić, czy pozwolić moim ludziom trochę się tobą zająć nim nie wrócę z Wioski Liścia – mówił formując kulę z piasku, tylko, aby nastraszyć, nie chciał się aktualnie brudzić, więc tylko chytrze się uśmiechał.

- Kazekage – głos mężczyzny załamał się, a łzy popłynęły z jego policzków. – Ja… Ja… Nie… ee… Chciałem… - Mamrotał leżąc głową w piasku. Gaara w takich chwilach żałował, że nie został w Konoha. Możliwe byłoby, że nie miałby aż takich problemów z ludźmi, jakie miał teraz.

- Ile ja rzeczy nie chce, a muszę – wyszeptał a ruchem ręki kula, która powstała rozprysła się, uderzając tylko w twarz kupca. Gaara tylko pstryknął palcami, wokół nich pojawili się strażnicy. Wskazał palcem na mężczyznę, który czując dotyk zaczął drzeć się, że to nie tak. Gaara tylko poprosił, aby go nie zabili, po za tym nie chciał go teraz słuchać. Musiał iść ratować, tych których mentalnie nazywał rodziną. Tak, Wioska Liścia była dla niego domem. Nie bał się nawet mówić, że idzie do domu. Nawet Sunagakure było dla niego tylko jakby miejscem pracy. Ciągłe obowiązki w tej Wiosce sprawiały, że miewał dni, kiedy nie spał. Cieszył się, że przez kilka godzin odpocznie od nadmiaru powinności jaka spoczywała na jego ramionach.

- Zabiłbym go… A nie dał żyć… - Mówił Hyuuga, który widać było jak na dłoni, że nie zrozumiał podstawy Gaary, choć sam nie użył własnej chakry.

- Mogłeś, ale chciałbym wydobyć z niego prawdę – odezwał się Gaara, kiedy biegli do Konohy, aby ratować tych, którzy jeszcze przeżyli epidemię.

- I co to zmieni? Uratuję tych, którzy zginęli, Gaara? Wyjśnij mi to! – Wrzasnął w jego kierunku, a ten tylko spiorunował go wzrokiem. Zwykle wydawał mu się on dużo spokojniejszy. Musiał mocno przeżyć Wojnę i teraz to zatrucie, chociaż samego jego to nie dotyczyło. Nadal żył, miał się dobrze, widać, jednak było, że brakuję mu tych co zginęli.

- Neji, opanuj się! To co się stało, nie powróci! Żyj dniem dzisiejszym! – Odezwał się Nara, a Gaara uśmiechnął się do nich ze zrozumieniem.

- Przepraszam. Masz rację. Nie chciałem nikogo atakować – wymamrotał przyśpieszając kroku. Chciał już być w Wiosce, a głównie pogadać z pewną dziewczyną o różowych włosach. Tęsknił za jej obecnością, poważną miną, gdy zajmowała się pacjentami. Może czasem nie wychodziła jej jakaś technika, ale znała się na wszystkim, co jego samego bardzo imponowało.

W tle było widać Wzgórze, aż poczuł mocniejsze bicie serca. Wspomnienia zaatakowały w obrazy tego co widział i słyszał, choć po części czuł się winny. Nie musiał robić tych gorszych rzeczy pod czas Wojny. Czuł, że nie każdy będzie zachwycony jego widokiem. Wyczuwał też, że coś się wydarzyło.

Weszli do Wioski, starsi owszem krzywo patrzyli się na Gaare, dzieci jednak były zachwycone jego wzrokiem i włosami, a kobiety spoglądały w jednym kierunku mówiąc coś do siebie.

- Wróciliśmy – Odezwał się Nara, który też wyczuł niepokój, który sprawił na jego ciele dreszcze, co było dosyć specyficzne. Neji czując blisko Namiot, bez słowa udał się w tamtym kierunku, zostawiając Shikimaru i Gaare samych sobie.

- Czy masz wrażenie... czegoś złego? – spytał Gaara, a Nara tylko pokiwał głową, weszli do Ichiraku Ramen. Pustka oraz zepsuty bar, aż boleśnie przypomniały im o minionych miesiącach. Nawet nie skupili uwagi, gdzie weszli, po prostu coś silniejszego kierowało nimi, aby się schować.

- Muszę to miejsce naprawić oraz poprosić Kurenai, aby przejęła stery w tym punkcie – wymamrotał Nara, przejeżdżając palcem po blacie, który był bardzo brudny, aż było widać ślad jaki na nim zostawił.

- Chodźmy na budowę – zarządził Gaara, nie pozostało im nic innego jak to zrobić.

Gaara szedł obok Shikamaru, spoglądał na Wioskę i zmianach w niej. Tylko Szkoła była jak dawniej, lśniła swoją potęgą, która od lat sprawiała w nim strach. Był ciekawe czy miejsca treningowe były jednakowe. W sumie najbardziej uszkodzone zostały domy mieszkających tutaj shinobi. Jakby to wszyscy byli winni tego kim są oraz w jakiej sprawie zginęli. Mimo tego ilu ludzi przeżyło, to podobna ilość wylała swoją krew, aby zapanował spokój.

- Gaara! – usłyszał głos i podniósł głowę, którą od kilku chwil utkwił w ziemi, myśląc o tym i o tamtym, najchętniej wróciłby już do Sunagakure.

- Witam – odezwał się, czując narastająco gulę w gardle, nie spodziewał się jednak, że jego dawni przyjaciele zaczną go przytulać, jakby wstał z martwych. – No, starczy już… - Westchnął czując co rusz przyciskające ciało do swojego, aż czuł, że ktoś go przewróci. Kątem oka ujrzał na skale Saia, która kreślił coś na kartce, jakoś przez chwilę przykuło go jego smutne oczy.

- Zjesz coś? – spytała Yuuki, która właśnie przyszła z wielkim garnkiem.

- Zaniosę najpierw Sakurze leki, ale mogę wam nawet coś pomóc.

- Glina nam potrzebna – zaśmiał się Rock Lee, który nakładał sobie gulaszu.

- Wolę piasek, niż glinę, ale mogę spróbować – odpowiedział Gaara, ale nie czekając na odpowiedź skierował swoje kroki do Namiotu.

Czuł, że to w tej chwili jest najważniejsze.

„Dla odpowiedzi, której sformułować się nie da, nie da się także sformułować pytania. " Ludwig Wittgenstein

- Jak to Dźwięcioogniasty? – wrzasnął Nara, któremu ze strachu, aż nogi się ugięły.

- Nic nam nie zrobi – odezwał Danzo, który usłyszawszy w szkole, że przybył jakiś chłopak o czerwonych włosach od razu zdał sobie sprawę o kim mowa.

- Jak NIE ZROBI?!

- Uchiha go uspokoił i tak wygląda na osłabionego – odpowiedział zachowując spokój, jakby nie był Hokage to Nara był chętny go uderzyć za to co właśnie powiedział. Ścisnął nerwowo dłonie, pieronując go nerwowo wzrokiem.

- Wiesz doskonale, że my nie mamy tego czegoś co oni mają. Nie obawiasz się, że cała nasza praca pójdzie na marne? – pytał zaostrzonym głosem, a chodziło mu tylko tyle, że dużo czasu poświęcili na to, aby odbudować Wioskę.

- Kurama bardzo słucha się swojego Jinchūriki i właśnie klanu Uchiha, od zawsze tak było, co wiesz... I trudno mnie samemu integrować w to co się dzieje. Myślałem w nocy co mógłbym w tej sytuacji zrobić, ale poważnie mówiąc jestem bezradny.

- Też to wiem, ale jakoś źle mi z tym, że on jest tak blisko nas – wymamrotał biorąc na swoje ramiona zepsute drewno, aby przerzucić go na stos, który wieczorem mieli podpalić.

- Miejmy nadzieję, że z czasem wszystko wróci do normy.

Po chwili ujrzeli Chizuko, który wołał Danzo do Namiotu, jakby stał się cud, aż Nara postanowił z nimi pójść. Biegli mijając innych shinobi, a wchodząc do Namiotu mijali uzdrowionych ludzi. W środku było coraz mniej chorych, a Sakura aż płakała ze szczęścia.

- Udało się! – krzyknęła w ich kierunku, a Gaara i Neji podawali napar z Solis Fungus. Sakura tylko oceniała, czy chory może już wrócić do domu. Niektórzy przez epidemie stracili jakiś narząd, albo byli nadal osłabieni, ale nadawali się, aby wrócić do Wioski; do swoich domów, czy szkoły, bądź na budowę.

- Jeśli wszystko w porządku to ja wracam do Szkoły – odezwał się Danzo, który po chwili opuścił Namiot.

Shikamaru tylko przysiadł się obok Sakury spoglądając na swoich przyjaciół. Zauważył, że co rusz Neji spogląda na Sakurę z podziwem oraz tym czymś co tylko mógł się domyślić w danym momencie. Sam pragnął porozmawiać z Ino i Hanabi, choć nie cieszyło go to tak, jak patrzenie młodego Hyuugi na Haruno.

„Życie mężczyzny kręci się zawsze wokół jednej, jedynej kobiety, w której zawierają się wszystkie kobiety świata, szczyt wszelkich tajemnic i klucz do wszystkich odpowiedzi. " Arturo Pérez-Reverte

Ci, którzy musieli zostać w Namiocie kładli się spać, a reszta odeszła do domu. Sakura dolała tylko wody do garnka, a potem miała wrócić do swojego domu. Mogła na noc zostawić kogoś mniej doświadczonego. Nawet Manami, jakby chciała przyuczyć się w praktyce na to co los ją przygotowywał. Przekazała jej, aby za dwie godziny poszła spać, ale czuwając czy ktoś nie będzie wzywać pomocy. Liczyła, że rano będzie musiała iść do szkoły. Jednak sama potrzebowała odpoczynku. Lecz czuła, że z nadmiaru emocji będzie jeszcze długo leżała nim zamknie oczy oraz odpłynie do krainy snu.

Nie spodziewała się, że obok Namiotu będzie siedział Neji. Podeszła spokojnym krokiem ku niemu. Wstał otrzepując spodnie z ziemi, następnie otrzepał dłonie o siebie, potem podniósł dłoń, aby schować różowy kosmyk za ucho. Jakby było jasno, zapewne ujrzałby rumieniec na twarzy swojej przyjaciółki. Była dla niego całym światem, choć nie wiedział czy te uczucia były podobne. Wątpił w to wszystko, pragnął wrócić do domu, tylko coś trzymało go, żeby stać naprzeciwko niej spoglądając coraz bardziej nieśmiało na jej twarz, która uśmiechała się promiennie w jego stronę.

- Jesteś głodny? – spytała mimo, że oboje wiedzieli jak bardzo marną jest kucharką. Jedno zastanowiło Hyuuge fakt, że tym przekonał się jak bardzo jest dla niej ważny. Martwiła się o niego, co było dobrym znakiem do zrobienia kolejnego kroku.

Nachylił się bardziej jej, a potem złożył delikatny pocałunek na jej zamkniętych ustach, odsunąwszy się od jej ciepłego ciała ujrzał zaskoczenie. Liczył na uderzenie w twarz, bądź w tors, jednak nic z tych rzeczy nie poczuł. Sakura tylko spojrzała jeszcze na jego usta, ale chwyciła jego dłoń kierując ich do jej domu.

- Wolę, gdy mówisz – odezwał się, zwykle słyszał jej głos, a teraz zapadła grobowa cisza, jakby obydwoje czytali sobie w myślach, co nie byłoby prawdą, bo nie posiadali takich zdolności.

- Dla ciebie nie muszę mówić, bo wiesz o mnie wszystko – wymamrotała trzymając nadal jego dłoń, choć teraz splecioną między ich palcami.

- To racja, ale podoba mi się twój głos.

- I co ci się jeszcze we mnie podoba? – spytała odważając się spojrzeć na jego twarz, która teraz spoglądała na jej całą sylwetkę. Aż zarumieniła się znowu na ten drobny gest. Musiała się opanować, ponieważ zachowywała się tak nie codziennie, aż zrobiło jej się głupio.

- Charakter, aparycja; powaga, gdy zajmujesz się chorymi; twój uśmiech, gdy wyjdzie ci poprawnie technika; uwielbiam spoglądać na ciebie, gdy rozmawiasz z innymi, bo wtedy widzę twój zapał. – Sakura, aż zatrzymała się, otwierając buzię z niedowierzania, puściła jego rękę. Neji tylko przystanął naprzeciwko niej, żeby móc bardziej ją podziwiać. Nigdy nie zastanawiała się co robi, w danym momencie. To było urocze, jeśli ktoś z marszu umiał o tym opowiedzieć. – Wszystko w porządku, Sakura? – spytał, widząc jej skoncentrowaną twarz, poczuł się chwilowo winny. Nie musiał jej tego wszystkiego mówić.

- Och, tak… Proszę nie mów już więcej mi o takich rzeczach.

- Ale to prawda.

- Właśnie, dlatego, że jest to prawda jest mi trudno coś takiego słyszeć – odezwała się z naburmuszeniem, jakby ktoś zrobił coś złego. Nie, nic tutaj nie miało powodów, aby wywoływać gniew.

Dobrze, że po chwili znaleźli się w jej domu. Zaparzyła herbatę, gdy kładła na stolik filiżanki, ujrzała na futonie śpiącego przyjaciela. Zastanowiła się chwilę ile mógł spać i uznała, że nie wiele. Postanowiła go nie budzić, więc przykryła go kocem. Gdy wypiła herbatę spoglądając na niego poszła się umyć oraz spać do swojej sypialni. Nie chciała rano źle wyglądać i tak czekało ją jutro dużo pracy. Jaką mimo wszystko kochała, poświęcała jej każdą wolną chwilę, by rozwijać wszelkie zdolność. Pragnęła nigdy nie poddać się temu jakie miała przeznaczenie. Nawet w stosunku do tego co miało się wydarzyć…