Następnego dnia czułam się jeszcze lepiej, przynajmniej zaraz po obudzeniu. Udawało mi się siedzieć bez żadnych problemów, a po zjedzeniu śniadania, przygotowanego dla mnie przez Hiko, udało mi się nawet wstać. Co okazało się bardzo przydatne, bo chwilę potem zrobiło mi się niedobrze i z ledwością dałam radę wypaść z chatki, żeby zwymiotować na śnieg, zaraz przed wejściem. Przynajmniej nie zrobiłam tego w środku, myślałam zażenowana. Mimo zwrócenia wszystkiego co zjadłam, nadal czułam mdłości. W dodatku zaczynało mi się kręcić w głowie. Jednocześnie kostniały mi dłonie i bose stopy, które miałam zanurzone w śniegu. Próbując nie zwymiotować usiłowałam jednocześnie podnieść się, żeby wrócić do środka, bo chociaż byłam pewna, że drugi raz nie uda mi się wypaść na zewnątrz, to wolałam ubrudzić podłogę niż zamarznąć. Zanim udało mi się wstać usłyszałam skrzypienie drzwi i już po chwili Hiko wnosił mnie na rękach do środka. Bez słowa komentarza ułożył mnie na futonie, gdzie od razu zwinęłam się w kłębek, nie płucząc nawet ust. W takiej pozycji spędziłam następne kilka godzin próbując zwalczyć mdłości.

Dopiero kiedy minęły byłam w stanie się skupić. Po tym co się stało nic dziwnego, że się rozchorowałam, ale był to najgorszy z możliwych moment! Musiałam szybko odzyskać siły i dowiedzieć się, co się stało z Kenshinem. Jeśli wyszedł żywy z tej walki musiał się o mnie straszne martwić!

Do wieczora poczułam się całkiem dobrze. Na tyle, żeby bez problemu poruszać się po chatce. Stwierdziłam, że jeśli następnego dnia będzie tak dobrze jak teraz, to wyruszę po wieści. Jeszcze nie byłam pewna jak to zrobię, nie wiedziałam nawet do końca gdzie się znajdowałam, ale postanowiłam.

Jedząc kolację spróbowałam się dowiedzieć co nieco.

- Gdzie my właściwie jesteśmy?

Hiko, z którym tego dnia prawie nie rozmawiałam, spojrzał na mnie badawczo.

- W górach, za Kioto.

- Jak daleko od miasta? – pytałam dalej, nabierając nadziei.

- Za daleko, żebyś się dokądkolwiek wybierała.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Myślał, że kim on jest, żeby mi rozkazywać? Może i mnie uratował i w ogóle, ale to nie znaczyło, że pozwolę mu podejmować za siebie decyzje.

- Nie rozumiesz. Muszę się dostać do Kioto jak najszybciej.

Mężczyzna westchnął.

- Najwidoczniej chcesz się zabić. Tyle rozumiem. Nie możesz się utrzymać na nogach, co chwilę wymiotujesz. Poza tym, w czym masz zamiar podróżować?

Spojrzałam na niego tępo.

- Twoje kimono było całe zakrwawione i musiałem się go pozbyć, butów nie miałaś.

Odłożyłam miseczkę i pałeczki i podciągnęłam kolana obejmując je rękami. Miał rację, ale co to oznaczało? Że aż do lata utknę tu w jednej z jego yukat? Nie był na tyle przyzwoity, żeby pożyczyć mi coś innego, jakieś buty? Z oburzonego zamyślenia wyrwało mnie niespodziewane pytanie.

- Kenshin wie, że jesteś w ciąży?

Spojrzałam na niego mrugając intensywnie.

- O czym ty mówisz...?

Nagle mnie olśniło. Mdłości. To nie była żadna choroba. Poza tym zaczęłam je czuć jeszcze zanim to wszystko się zaczęło. Ciągle było mi słabo, wcześniej też się zdarzało. No i jak o tym pomyślałam, to okres powinnam dostać już ponad tydzień temu, albo jeszcze wcześniej, zależnie od tego jak dużo czasu byłam nieprzytomna.

- Kami-sama – jęknęłam i zaniosłam się szlochem wtulając twarz w futon. Urodzę dziecko Kenshina! Który nie wiadomo, gdzie się podziewa! Który może nie żyć!

Podczas mojego wybuchu Hiko milczał. Na początku zupełnie zapomniałam o jego obecności. Dopiero kiedy zaczęłam się powoli uspokajać poczułam, że siedzi przy futonie i głaszcze mnie po włosach. Trochę zdziwił mnie ten gest ale jednocześnie uspokoił. Zdziwiłam się też kiedy uzmysłowiłam sobie, że ktoś taki jak Hiko zajął się mną tak troskliwie. Kiedy przestałam płakać i uniosłam rękę, żeby otrzeć łzy, zabrał dłoń. Gdy siadałam z powrotem, cała zapuchnięta i pewnie także czerwona, Hiko znowu się odezwał.

- Z twojej reakcji wnoszę, że nie wie – powiedział, ale bez sarkazmu, jakby z westchnieniem. Po czym dodał, jakby do siebie, coś takiego, że mnie zamurowało – Baka deshi.

- Nani?!

Spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.

- Nie wiesz kim jestem? Kenshin ci nic nie mówił?

Baka deshi... więc to był mistrz Kenshina?

Na czole Hiko zaczęła pulsować żyła.

- Mówił – dodałam pospiesznie, chociaż zdarzyło się to raptem raz, czy dwa. – Ale nie wspominał, jak się nazywasz.

Teraz pulsowały już dwie żyły.

- Baka deshi! Baka deshi! Baka deshi! – Mamrotał Hiko. Potem się uśmiechnął smutno. – Różne rzeczy słyszałem o moim głupim uczniu, ale nie tego, że się ożenił. Zresztą nawet jakbym usłyszał to bym nie uwierzył.

Zmrużyłam oczy.

- Chociaż akurat w to, że próbowałby mnie zabić gdybym spróbował czegoś z tobą, uwierzyć całkiem łatwo. Z drugiej strony, w takiej sytuacji i tak to ja zabiłbym jego, i byłabyś moja – roześmiał się. Już miałam się oburzyć, kiedy spoważniał. – Ale skoro nie było go z tobą wtedy, to pewnie dał się zabić, ten baka deshi. – Powiedział to jednak bez przekonania, jakby z nadzieją.

Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Znów zaczęło mi się zbierać na płacz i już po chwili ryczałam, tym razem wtulając twarz w pierś Hiko, który w pierwszym momencie cały zesztywniał, ale potem objął mnie i pozwolił mi zamoczyć mu całe gi.

- Jeśli mój baka deshi żyje, to już niedługo, możesz mi wierzyć. Za ten cały kłopot, który mi sprezentował osobiście go zabiję – stwierdził cicho, na co i tak nie zwróciłam uwagi, płacząc dalej. W końcu, ze zmęczenia, zasnęłam.

Budząc się stwierdziłam, że kiedy otwieram oczy każdego kolejnego dnia, robi się coraz gorzej. Od samego obudzenia czułam lekkie nudności, ale nie były takie straszne jak poprzedniego dnia. Kiedy usiadłam na futonie postanawiając doprowadzić się jako tako do porządku zauważyłam, że nigdzie nie ma Hiko. Przyjęłam to z ulgą, bo z zażenowaniem myślałam o tym jaki wczoraj dałam popis. Cały ranek wymiotowałam, a wieczór ryczałam, w dodatku mu w koszulę. Teraz przynajmniej wiedziałam, że mogę za to winić ciążowe hormony.

Jakiś czas po tym jak się umyłam pojawił się Hiko i przygotował mi jedzenie. Zaraz potem stwierdził, że musi uzupełnić zapas sake i wyszedł. Spojrzałam na pełny dzban stojący na półce, ale postanowiłam nie dociekać. Nie byłam w nastroju. Usiłując mimo wszystko coś zjeść zaczęłam się zastanawiać. Co mam teraz zrobić? Czy Kenshin naprawdę nie żyje? Nie mogłam w to uwierzyć. Dużo za tym przemawiało, wydawało się to całkiem prawdopodobne, a jednak... Czułam, że to niemożliwe. Wiedziałam, że to niemożliwe – nagle mnie olśniło. Przypomnij sobie lekcje historii, baka, powiedziałam sobie. Hitokiri Battousai znika po ostatniej bitwie, po zwycięstwie Ishin-shishi! Nie było jeszcze ostatniej bitwy. Nie w tym czasie kiedy Kenshin walczył o mnie w lesie. Mimo ulgi jaką ta myśl przyniosła od razu naszły mnie wątpliwości. A co, jeśli moja obecność zmieniła bieg historii? Znowu zachciało mi się płakać. Myśl logicznie, powiedziałam sobie, płacz w niczym nie pomoże. To nie pomagało, ale im dłużej nad tym myślałam, tym bardziej wydawało mi się, po prostu czułam, że Kenshin żyje. Bardzo logiczne, stwierdziłam z sarkazmem. Potem jednak zastanowiłam się poważnie nad tym czy rzeczywiście mogłam zmienić bieg historii. Gdyby tak było, to czy moje wspomnienia nie powinny też się zmienić? Przecież moja przeszłość, mimo, że w tej chwili była moją przyszłością, już się dla mnie wydarzyła. Więc jeszcze przedtem, zanim się przeniosłam do tego czasu, cały ten czas się wydarzył, włącznie z moim przybyciem, nawet jeśli nie pamiętałam ze swej przeszłości, żebym wiedziała czegokolwiek o swojej przyszłości w przeszłości, no bo skąd mogłam to wiedzieć. Nie stałam się przecież żadną wybitną postacią, nie wyróżniłam się niczym, nikt praktycznie nie wiedział o moim istnieniu. Nikt kto mógłby to przekazać potomności. Te całe przemyślenia były tak pokręcone, że aż rozbolała mnie głowa, ale wnioski do jakich doszłam pocieszyły mnie na tyle, że nawet mi to nie dokuczało za bardzo. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę się mylić. Wolałam się łudzić niż pogrążyć w rozpaczy. Stwierdziłam, że w takim razie muszę wydedukować, gdzie powinien się teraz znajdować Kenshin. Najpierw spróbowałam określić datę. Trochę trwało zanim przypomniałam sobie jaki był dzień, kiedy ten cały koszmar się rozpoczął. Do tego musiałam dodać jakiś tydzień, najwięcej. Kiedy porównałam datę jaka mi wyszła z historyczną datą bitwy wyszło mi, że wydarzy się ona za kilka dni! Niepokój powrócił, ale nie taki wielki jak wcześniej. W końcu nie było wcale pewne, że Kenshin miał zginąć w tej bitwie. Miał zniknąć z kart historii, a to mogło równie dobrze oznaczać, że po prostu nie zrobił potem nic takiego co mogłoby zostać zapisane w historii. Może po prostu żył sobie gdzieś spokojnie, może wcielił w życie swój zamiar i już nigdy więcej nikogo nie zabił? Ta myśl trochę mnie pocieszyła. Poza tym przysiągł mi, że utrzyma się przy życiu, chociażby nie wiadomo co się działo. Otrząsnęłam się nagle, stwierdzając, że dość już tego mazgajenia. Postanowiłam, że muszę się czymś zająć, żeby nie myśleć za dużo o czymś, na co i tak nie mam wpływu. Czułam się już całkiem nieźle, więc pomyślałam, że powinnam zrobić coś, żeby odwdzięczyć się Hiko, za to, że się mną zajął. Wysprzątanie jego chatki i przygotowanie mu posiłku, wydało mi się dobrym pomysłem, szczególnie, że powinien niedługo wrócić, głodny.

Kiedy pojawił się w chatce czekał na niego gorący ryż i zupa miso, którą udało mi się zrobić ze składników, które znalazłam w domu.

- Okaerinasai – przywitałam go z uśmiechem. Nie odpowiedział, za to uniósł jedną brew i zatrzasnął za sobą drzwi. Odstawił pękaty dzban na półkę, gdzie stało takich więcej i usiadł przy stoliku patrząc na jedzenie podejrzliwie. Usiadłam również i spokojnie zabrałam się do jedzenia. Moim potrawom nie można było nic zrzucić, w końcu gotować uczyła mnie Okami-san. Poszedł za moim przykładem, a na jego twarzy pojawił się wyraz niedowierzania, kiedy przełknął kilka pierwszych łyków zupy. Właśnie zastanawiałam się, czy się obrazić, kiedy powiedział najspokojniej w świecie:

- Mój baka deshi żyje.

- Nani?! – Spytałam tępo. Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Czemu zawsze, kiedy zastanawiam się czy się na niego nie obrazić on wystrzela z jakaś bombą?

- Kenshin żyje.

- Och, wiem. – Palnęłam bez sensu patrząc w swoją zupę. Podniosłam wzrok, kiedy usłyszałam odgłos krztuszenia. Hiko przełknął i spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.

- Przysiągł mi, że zrobi wszystko, żeby przeżyć, cokolwiek się stanie – powiedziałam, bo nie mogłam przecież przyznać, że jestem z przyszłości i wiem, co się wydarzy. Zresztą nie wiedziałam, nie do końca.

- Wczoraj chyba nie do końca wierzyłaś, że to wystarczy – stwierdził z sarkazmem. – Co zmieniło się od wczoraj?

- Wczoraj targały mną hormony – mruknęłam, wciąż zażenowana całym zdarzeniem.

- Co tobą targało?

Zamrugałam, uderzając się mentalnie w czoło za swoją głupotę. Czy ludzie w tych czasach słyszeli już cokolwiek o hormonach?

- Ciąża – powiedziałam wzruszając ramionami. Żeby odwrócić uwagę wróciłam do tematu Kenshina. W końcu zainteresowało mnie skąd Hiko to wiedział i co jeszcze słyszał.

- Skąd ty wiesz, że on żyje?

- Byłem w Kioto, mam swoje sposoby zdobywania informacji.

- Wiesz, gdzie teraz jest? Czy jest bardzo ranny?

- Wyliże się – stwierdził, najwyraźniej chcąc mnie uspokoić. Czyżby obawiał się kolejnego wybuchu płaczu?

Na moje pierwsze pytanie odpowiedział dopiero po chwili, jakby się zastanawiał czy powinien mi to mówić.

- Kenshin wyruszył razem z Choushu do walki, pod Tobę. – zawahał się przez chwilę, po czym dodał – Wszystko wskazuje na to, że mój baka deshi myśli, że nie żyjesz.

Zamilkł, wpatrując się we mnie uważnie. Jeśli oczekiwał wybuchu, to się nie doczeka.

- Więc kiedy bitwa się skończy, Kenshin tu wróci. Wtedy go znajdę. – stwierdziłam po prostu.

- Hai... – powiedział Hiko, jakby się nad tym zastanawiając. Wydawało mi się, jakby nie do końca w to wierzył. Trochę mnie to zaniepokoiło. W końcu był mistrzem Kenshina, znał go o wiele lepiej ode mnie.

- W każdym razie w Kioto nie jest teraz bezpiecznie – oznajmił po jakimś czasie.

- I tak nie miałabym dokąd pójść – mruknęłam patrząc gdzieś w dal.

- Tym bardziej musisz zostać tutaj.

Spojrzałam na niego.

- Nie jestem dla ciebie zbyt wielkim kłopotem? – spytałam prawie cytując jego wcześniejszą wypowiedź.

- Jak się okazuje umiesz gotować. Możesz też sprzątać i dotrzymywać mi towarzystwa. Jak bym chciał popatrzyć na ładną buzię to musiałbym przebyć całą drogę do Kioto, poza tym ty przynajmniej nie pijesz sake...

Taa... Sake wydawała się dla niego najważniejsza. Jego powody nie wydawały mi się zupełnie przekonujące, poza tym z pewnością były obraźliwe.

- Nie mam nic przeciwko sprzątaniu i gotowaniu, jeśli tylko będę w stanie. Co do reszty moich rzekomych zalet – ciągnęłam sarkastycznie – to chyba zapominasz, że urodzę dziecko Kenshina.

Mężczyzna uśmiechnął się złowieszczo. Aż mnie ciarki przeszły.

- To też mi nie przeszkadza. Jak mój baka deshi wróci możemy mu powiedzieć, że bachor jest mój, to może nie będzie tak bardzo chciał mnie zabić, a jak będzie to ja go zabiję i będę miał ciebie dla siebie. Zresztą całkiem możliwe, że baka w ogóle nie wróci.

Mówił to całkiem poważnym tonem, ale nie wydawało mi się, żeby naprawdę tak myślał. Przynajmniej, jeśli chodzi o Kenshina. Co do mojej osoby to nie byłam pewna.

- Wiesz co, jak spróbujesz mnie chociaż dotknąć, to sama cię zabiję, nie będę czekać na Kenshina – oświadczyłam dumnie.

- Wolałbym, żebyś jednak nie próbowała. Ucierpiała by moja reputacja, jako trzynasty spadkobierca tytułu mistrza Hiten Mitsurugi Ryuu, gdybym zabił kobietę – odpowiedział ze śmiechem.

Kilka następnych dni było okropnie nerwowych. Strasznie martwiłam się o Kenshina, chociaż wiedziałam, że taka bitwa może trochę potrwać, a na wieści będzie trzeba poczekać pewnie jeszcze dłużej. To samo powtarzał mi Hiko, kiedy nie mógł znieść mojego wiercenia. Starałam się myśleć o tym jak najmniej. Rankami i tak byłam zbyt chora, żeby skupić się na czymkolwiek, a popołudniami robiłam wszystko, żeby tylko się czymś zająć. Niestety nie było tego wiele. Wysprzątałam porządnie chatkę, że stała się tak czysta, jak chyba nigdy od samego swojego powstania. Przy okazji znalazłam trochę starych ubrań, na tyle małych, że musiały należeć do Kenshina. Kiedy to sobie uzmysłowiłam mój niepokój o niego wrósł, ale przynajmniej wynikło z tego coś dobrego, bo ubrania zagarnęłam dla siebie. Pasowały o wiele lepiej niż yukata Hiko, w której byłam cały czas. Wyprałam je wszystkie razem z rzeczami Hiko, czym dostarczyłam mu powodów do narzekań, bo to on musiał przynosić do chatki wodę, a potem ją podgrzewać. Potem, gdy ubrania wyschły mogłam się przebrać w hakamę i gi, co przyjęłam z wielką ulgą.

- Wolałem cię w mojej yukacie – skomentował Hiko, kiedy mnie zobaczył w nowym stroju. Wywróciłam na to oczami.

- W końcu i tak musiałabym ją wyprać – stwierdziłam rozsądnie nie pomyślawszy, że przysporzę mu tym sposobności do droczenia się ze mną.

- Nie miałbym nic przeciwko, gdybyś przez jakiś czas pozostała naga.

Prychnęłam.

- Jasne, a potem dostałabym zapalenia płuc, grypy i czegokolwiek jeszcze, albo najzwyczajniej w świecie zamarzła.

- Znam parę sposobów, dzięki którym mógłbym cię rozgrzać – powiedział, po czym szybko dodał – Co ci jest?

Poczułam jak robię się zielona. Zemdliło mnie.

- To samo powiedzieli ci, których zabiłeś wtedy w lesie...

- Kuso – zaklął tylko i nie powiedział nic więcej.

Jakiś tydzień potem Hiko zniknął na cały dzień, żeby jak podejrzewałam, udać się do Kioto i czegoś się dowiedzieć. W dodatku czułam się gorzej niż zwykle i od samego rana nie mogłam powstrzymać się od płaczu. Nawet nie wstałam z futonu. Zerwałam się dopiero, kiedy do pomieszczenia wpadł Hiko. Wpadł prawie dosłownie, w dodatku wydawał chwiać się na nogach. W ręku trzymał baniasty dzban z sake. Biorąc pod uwagę wygląd mężczyzny, naczynie było puste. Trochę się zdziwiłam. Mimo, że samurai pił prawie na okrągło, jeszcze nigdy nie widziałam, żeby był pijany.

Serce podskoczyło mi do gardła.

- Co się stało, co z Kenshinem?!

- Nie do wiary, że mojemu baka deshi się udało – mruknął Hiko, zwalając się na swoje ulubione miejsce pod regałem. Niczego nie wyjaśniając przechylił dzban, żeby się napić, ale kiedy okazało się, że jest pusty, rzucił go na podłogę i nieporadnie zaczął szukać innego. Zanim zdążył się odwrócić, czy podnieść, żeby sięgnąć po następny, klęknęłam przy nim i chwyciłam go mocno za ramiona. Praktycznie wbiłam mu w nie paznokcie, ale nie wydawał się w ogóle tego zauważyć.

- Mów! Co się dzieje?

- Uspokój się dziewczyno. Udało im się, wygrali tą durną bitwę. Baka deshi będzie miał tą swoją nową erę...

- Ale co z nim? Żyje? Jest cały?

- Powiedziałem, żebyś się uspokoiła! Daj mi się napić sake w spokoju. Z tego co wiem to żyje, ale nie wrócił jeszcze do Kioto. Prawdę mówiąc zaraz po bitwie nikt go już nie widział.

- Jak to nikt go nie widział? Nie mógł się przecież tak po prostu rozpłynąć w po... – nie dokończyłam, bo przyciągnął mnie do siebie jedną ręką chwytając za poły gi i pocałował. Tak mnie to zaskoczyło, że osłupiała pozwoliłam się całować, nawet nie próbując się wyrwać. Było zupełnie inaczej, niż kiedy całował mnie Kenshin. Smakował sake i widać było, że musiał mieć dużo praktyki. W końcu przestał, odrywając się ode mnie. Nadal trzymając poły mojego gi i nie odsuwając zbytnio głowy, powiedział:

- Myślałem, że nigdy się nie zamkniesz.

Patrzyłam na niego osłupiała i dopiero, kiedy puścił moje gi i zaczął się odsuwać dotarło do mnie, co właśnie się stało. Poczułam wściekłość.

- Hentai – syknęłam i zanim zdążył się podnieść rzuciłam się na niego, usiłując uderzyć go w twarz zaciśniętą pięścią. Prawie w tej samej chwili leżałam na ziemi, a on skutecznie mnie unieruchamiał przytrzymując ręce w nadgarstkach.

- Hentai – powtórzyłam mierząc go wyzywającym spojrzeniem.

- Nigdy nie twierdziłem, że jest inaczej – zaśmiał się, po czym wstał gwałtownie, puszczając mnie. Zanim zdążyłam zamrugać siedział pod regałem pijąc sake. Kenshin cię za to zabije, pomyślałam. Myśl ta sprawiła, że znowu zaczęłam się martwić. Przenosząc się z zimnej podłogi na futon i zakrywając się całkiem kocem, po głowie chodziło mi już tylko pytanie; Kenshin, gdzie jesteś?

Po tym zdarzeniu miałam zamiar więcej się nie odzywać do Hiko. Ale następnego dnia zachowywał się jakby zupełnie nic się nie stało. Zastanawiałam się nawet czy nie był na tyle pijany, że nic nie pamięta. Szybko odrzuciłam tę możliwość. Nie wydawało mi się to prawdopodobne, a on nie wykazywał nawet najmniejszych oznak kaca. W końcu musiałam przyznać, że fochy w niczym mi nie pomogą. Na dworze nadal było za zimno, żebym mogła podróżować. Szalejące śnieżyce skutecznie to uniemożliwiały, a dodatkowo bałam się, że nabawiając się jakiejś choroby zaszkodzę dziecku. Mogłam więc liczyć jedynie na to, że Hiko będąc w Kioto czegoś się dowie.

Długo jednak nie wybierał się do miasta i siedziałam wieczorami coraz bardziej przygnębiona, kiedy w pewnym momencie Hiko zaczął mi opowiadać różne historie.

Właściwie dotyczyły tylko dwóch tematów. Jednym były podboje Hiko. I to bynajmniej nie te dokonane mieczem. Nie wierzyłam nawet w połowę tego co opowiadał. Mimo, że nie wątpiłam w jego zalety i to, że potrafił uwodzić, oczywiście jeśli na przeszkodzie nie stanęło jego ogromne ego i arogancja, to było po prostu fizycznie niemożliwe, żeby niektóre z jego opowieści zaistniały naprawdę. Drugim tematem był Baka deshi, czyli Kenshin. Samo wspomnienie o nim powiększało z początku mój niepokój, ale z drugiej strony nie mogłam przestać o nim słuchać. Kenshin może nie byłby zadowolony jakich rzeczy się o nim dowiaduję (na przykład, że ostatni raz zmoczył łóżko jak miał 12 lat) ale chciałam o nim wiedzieć jak najwięcej. Poza tym, że Hiko właściwie ciągle mu wymyślał i nazywał baka deshi, jakby zupełnie już zapomniał jak ma na imię, to nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna jest jeszcze bardziej o niego zaniepokojony niż ja. Musiał być bardzo przywiązany do swojego ucznia, mimo, że usilnie starał się to ukryć. To trochę podniosło moją opinię o Hiko. Jakkolwiek zarozumiały i arogancki mógł być, jednak zależało mu na swoim uczniu, nawet gdy ten się od niego odwrócił i odszedł.

Chociaż te opowieści odwracały trochę moją uwagę od upływającego czasu, i tak wydawało mi się, że mija wieczność od momentu, kiedy Hiko był w Kioto po wieści. Samurai wybrał się tam ponownie dopiero po upływie tygodnia i znowu nie przyniósł żadnych wiadomości. Nikt nic nie wiedział o Kenshinie, nikt go nie widział w mieście po bitwie, nikt go nie widział nigdzie. Chłopak zapadł się pod ziemię. Jeśli żyje.

5