K 4.1

— Mógłbyś już się obudzić, Smarkerusie!

Natarczywe warknięcie przebiło się to do umysłu Severusa jak przez bardzo gęstą mgłę.

Z syknięciem uchylił powiekę, spodziewając się rażącej bieli skrzydła szpitalnego, choć niebardzo wiedział, jakby miał się tam znaleźć. Jednak okazało się, że otaczał go tylko półmrok. Powoli, oczekując pierwszych fal bólu, zaczął się rozglądać i gdy jego wzrok zatrzymał się na postaci pochylającej się nad nim, zamarł.

Black?, pomyślał zaskoczony.

Otępienie zaczęło mijać i cierpienie schwyciło go w swoje macki. Zmarszczył czoło, zamykając oczy.

— Tylko mi tu teraz nie mdlej! — zawołał mężczyzna, ale niewiele mu to pomogło.

Gdy krzyk nie spowodował kolejnego otworzenia się oczu rannego, mężczyzna sapnął rozdrażniony. Poprawił zdobyczny koc na ciele Snape'a i poszedł dorzucić drew do ogniska. Bez różdżki nie mógł za wiele zdziałać. Zbyt mało wiedział o mugolskiej medycynie, by oddać w jej ręce czarodzieja. To mogłoby się źle skończyć. Natomiast by udać się do Świętego Munga, musiałby mieć właśnie ten przeklęty kawałek drewna, choć też nie przypuszczał, by to był dobry pomysł.

— Mam nadzieję, że tu nie zdechniesz przez kilka godzin. Idę po coś dla ciebie, więc mógłbyś to docenić.

Śpiący, albo raczej nieprzytomny, Severus nie potrafił zareagować na to wyznanie.

Czarny, mocno skołtuniony pies wysunął łeb z gęstych zarośli i rozejrzał się po okolicy. Nie widząc nic niebezpiecznego, wyszedł cały i pobiegł w głąb pobliskiego lasu. Tuż za nim znajdowały się domostwa. Jeśli będzie miał szczęście, znajdzie w nich eliksiry lecznicze, a może nawet zapasową różdżkę. Nie pogniewałby się nawet na dziecięcą. Wszystko jedno, byle tylko zawierała w sobie trochę magii.

Gdy wrócił dobre sześć godzin później, nic w jaskini się nie zmieniło poza wygaśnięciem ognia. Ale za to miał szczęście. Wypuścił z pyska pakunek i zmienił się w człowieka. Wydobył z tobołka różdżkę i odczarował to, co przyniósł.

Spora część małej jaskini została zastawiona pudełkami z przeróżną zawartością. Jedyne, czego nie mógł zmniejszyć, to właśnie eliksiry, bo mogłyby stracić swoje właściwości. Pierwsze, co zrobił, to rozpalił ogień, by mieć choć minimum światła, i podszedł do nadal nieprzytomnego mężczyzny.

Zaklęcie diagnozujące ujawniło wszystkie obrażenia Snape'a, co spowodowało, że Black zbladł.

— W coś ty się wpakował, Smarkerusie?

Najdelikatniej, jak mógł, podał mu eliksiry, które zdobył. Na pierwsze efekty nie trzeba było długo czekać. Twarz przestała być szara i nawet trochę się rozluźniła. Część ran zaleczył prostymi zaklęciami, inne musiał tylko opatrzyć, zanim przygotuje odpowiednie maści. Przynajmniej przyda się wiedza, z której dotychczas korzystał przy Lunatyku.

Kilka kolejnych godzin spędził na przygotowaniu małego laboratorium. Co prawda, wszystko było mocno przestarzałe, bo wyniósł swoje zdobycze z opustoszałego domu, ale wydawały się nadal być użyteczne. Jedyne, co starał się brać świeże, to właśnie eliksiry oraz żywność. To ostatnie na pewno wzbudzi podejrzenia mieszkańców, ale Syriusz miał też nadzieję, że zabrana ilość nie była aż tak duża, by pojawili się aurorzy.

Przez kilka kolejnych dni ranny budził się na krótkie momenty, jednak za każdym razem coraz dłuższe. Tydzień po znalezieniu przez Syriusza Blacka Severus siedział podparty poduszką i obserwował, jak ten drugi przygotowuje dla niego eliksir. Nagle zaklaskał, by zwrócić na siebie jego uwagę.

— Co? — Syriusz obrócił się w jego stronę. — Co tym razem robię źle?

Snape pokroił coś w powietrzu i pokazał wielkość palcami.

— Za duże? Nawet jeśli, to co? Działa.

Severus prychnął.

— Och, nie oburzaj się tak. Liczy się efekt. Jest tak samo dobry jak twój, więc nie grymaś. Gdybyś nie był taki słaby, już dawno wróciłbyś do szkoły, a tam zajęłaby się tobą Pomfrey.

Zmrożenie wzrokiem niewiele pomogło, bo Black odwrócił się do niego plecami, by kontynuować przerwaną pracę.

Harry mógł opuścić szpital tydzień później. Nadal był bardzo blady i nawet eliksiry na krew niewiele pomagały.

— Jesteś pewien paniczu, że chcesz iść na zajęcia? Może jeszcze...

— Draco, proszę, przestań — rzucił ostro Potter, kierując się na transmutację.

Miał dużo czasu, by wszystko przemyśleć, i w duszy gratulował sobie za furtkę w akcie adopcji. Kto by pomyślał, że...

Stop, teraz to i tak już nieważne.

Takie wahania nastrojów miewał ostatnio dosyć często. Chyba sam nie wiedział, jak odreagować nowe wiadomości.

Draco też zachowywał się dziwnie, odkąd dotarła do wszystkich wiadomość, że profesor Snape na razie nie będzie uczył. Wytłumaczeniem były sprawy rodzinne.

Jednak to nie wyjaśniało dziwnego smutku u kamerdynera. Czekali właśnie na nauczycielkę, więc Harry zdecydował się w końcu zapytać.

— Draco, o co chodzi? Jesteś jakiś przygaszony.

Malfoy kucnął przy jego krześle i odparł cicho:

— Mój ojciec martwi się o profesora Snape'a.

— Dlaczego? Znali się?

— Tak. Ojciec był jego kamerdynerem.

— Takim jak ty? Też rodowym?

— Tak i dlatego się martwi.

— Przykro mi — szepnął Harry.

Nie wiedział, jak powiedzieć, że Snape prawdopodobnie już dawno nie żyje.

— Ciągle czuje jego magię, ale jest bardzo słaba. Dosłownie tli się, jakby był poważnie ranny lub chory.

Potter patrzył na niego z szeroko otwartymi oczami.

— On go wyczuwa? — spytał, przełykając dziwną gulę, która utworzyła się w jego gardle, gdy słuchał Draco.

— Tak. Ciągle. Wiesz przecież, kim jest Snape, i ojciec sądzi, że to z tego powodu jest ranny i nie może wrócić.

Blondyn coś przed nim ukrywał, był tego pewien.

— Mówisz o takim połączeniu, jak pomiędzy nami?

— Tak, o tym samym. Zwykła przysięga lojalności, ale u ojca ma ona spory czas działania, więc jest dużo silniejsza.

— Czy tej przysięgi nie rozwiązuje się po uzyskaniu pełnoletniości?

— Można, ale rzadko kto to czyni. W razie niebezpieczeństwa można być pewnym pomocy.

— Czy twój ojciec mógłby dotrzeć do Snape'a tylko dzięki temu połączeniu?

Wszyscy uczniowie zwrócili na nich uwagę, jednak ci nadal szeptali między sobą i nic nie słyszeli.

— Nie. Musiałby mieć kogoś połączonego więzami krwi. Kogoś z rodziny, by móc się do niego aportować.

W tej chwili do sali weszła McGonagall, a Harry się zamyślił. Nawet nie słyszał poleceń, jakie wydawała profesorka. Jeśli jemu udałoby się dotrzeć do Snape'a, to potwierdziłoby to to, co usłyszał. Jeśli jednak nie, zawsze może się tłumaczyć, że chciał spróbować. Napisał polecenie na kawałku pergaminu i podał go Draco. Ten szybko przeczytał. Uniósł brwi ze zdziwienia i spojrzał na swego panicza. Potem ukłonił się i wyszedł z sali. Zajęcia mogli opuszczać tylko słudzy. Uczniowie musieli najpierw poprosić o zgodę nauczyciela. Pewne zasady obowiązywały jak w zwykłej szkole.

Cały dzień zajęło przygotowanie obu Malfoyom rytuału, jak go nazwał kamerdyner. Obaj cały czas zerkali na stojącego przy oknie, zamyślonego chłopaka. Lucjusz kilkakrotnie chciał poznać powody ratunku, czy chociażby podejrzenia, dlaczego Potter myśli, że może mu się udać aportacja do Snape'a. Na żadne z pytań nie otrzymał odpowiedzi.

Draco nie pytał. Wykonywał tylko w ciszy wszystkie polecenia ojca.

Po rozmowie z Lucjuszem Harry zdecydował się na wzięcie ich obu, bo nie wiedział, czego się spodziewać.

— Jesteśmy gotowi, paniczu.

Lucjusz stał pośrodku pokoju, w kręgu z tajemniczych dla Harry'ego symboli.

— Co mam robić? — zapytał chłopak, podchodząc bliżej, ale nie przekraczając kręgu.

— Rozetnij serdeczny palec i aktywuj runy swoją krwią. Moja magia już w nich jest. Wtedy czar zadziała.

Draco podszedł do ojca i ujął jego dłoń. Harry patrzył na ten gest dziwnym, trochę tęsknym wzrokiem. Wziął z biurka sztylet do krojenia składników i rozciął sobie palec. Uklęknął w kręgu i roztarł krew wzdłuż symbolu przypominającego mu wodę.

Znaki najpierw zamigotały i w tej samej chwili, w której on poczuł ciepło w piersi, rozbłysły intensywnym blaskiem.

Świat zawirował.

Severus próbował wstać przy pomocy Syriusza. Nigdy by nie uwierzył, gdyby ktoś w przeszłości powiedział mu, że będzie wdzięczny za jego pomoc. Bez odpowiednich eliksirów w ogóle by nie przeżył. Połamane kości zrosły się, ale zmaltretowane Cruciatusami mięśnie nadal nie chciały go słuchać i dlatego potrzebował pomocy, by skorzystać z „latryny" lub, jak kto woli, z krzaczków.

Właśnie wracali z „wypadu", gdy tuż przed nimi rozbłysło rażące światło i pojawiły się nagle trzy osoby. Syriusz szarpnął się, ale nie mógł puścić Severusa, nie narażając go na kolejne kontuzje, co w jego stanie byłoby bardzo niebezpieczne.

— Severusie! — Malfoy senior zareagował pierwszy, wyciągając różdżkę i kierując ją w stronę mężczyzny o bardzo niechlujnym wyglądzie. — Puść go natychmiast! — zażądał.

— Nie mogę...

— Natychmiast...!

— Spokojnie, panie Malfoy. Syriusz niczym nie zagraża profesorowi — odezwał się Potter, wychodząc zza Draco.

— Harry! — Mężczyzna uśmiechnął się na jego widok.

— Połóż go do łóżka.

Black, przy pomocy starszego Malfoya, pomógł dotrzeć rannemu do prowizorycznego łóżka. Potem obaj odsunęli się, odwracając do chłopaka.

Severus nie spuszczał z niego wzroku.

— Cieszę się, że przeżyłeś... — Harry przerwał nagle, ściskając pięści — ...ojcze.

Syriusz warknął coś pod nosem. Lucjusz zbladł, a Draco zmarszczył tylko brwi.

Dziwne milczenie trwało już dłuższą chwilę, ale nikt nie chciał go przerywać.

— Jak się dowiedziałeś, Harry? — zapytał nagle Syriusz.

Harry obrócił się szybko na pięcie i wbił w niego ostre spojrzenie.

— Wiedziałeś? — wyrzucił z siebie.

— Tak, ale nie wolno mi było dotychczas tego zdradzać. Skoro jednak już wiesz...

— Dość! — przerwał mu. — Na razie dosyć! Co robimy? Zabieramy — zająknął się — ojca do zamku czy gdzieś indziej? Nie mogę na razie opuścić szkoły, by się nim zająć, ale pan Malfoy mógłby zorganizować mu jakąś pomoc w jego komnatach.

— Oczywiście. To nie będzie problem. Mogę nawet osobiście mu pomagać...

Ostre warknięcie od strony łóżka przerwało Lucjuszowi.

Harry zbladł trochę, ale podszedł bliżej, stając nad Severusem, a następnie przysiadając na brzegu łóżka.

— Widziałem wszystko. — Snape otworzył szeroko oczy. — Słyszałem, o co cię pytał.

— Harry, o czym ty...? — Syriusz zaczął się zbliżać, ale powstrzymała go dłoń na ramieniu.

Sekundę później Draco zdjął ją i pokręcił przecząco głową.

Harry popatrzył na tę scenę, ale nic nie powiedział na dziwne zachowanie lokaja. Poczuł nagle uścisk na swojej dłoni. Obrócił głowę. Severus trzymał go za rękę.

— Chcesz wrócić do zamku? Czy pani Pomfrey jest w stanie przywrócić ci język?

Wzruszenie ramion niebardzo było tą odpowiedzią, którą oczekiwał.

— Ale chcesz wrócić do zamku?

Severus potwierdził, ściskając jednocześnie mocniej dłoń syna.

Ten nie zareagował. Wolną dłonią potarł nasadę nosa, omal nie strącając okularów.

— Co z tobą, Syriuszu? Jak uciekłeś? Nie wydaje mi się, aby sami cię wypuścili — odezwał się do Blacka Harry, wstając i wysuwając rękę z dłoni Snape'a.

— Uciekłem. Miałem już dość odsiadywania kary za nieswoje czyny. Poza tym widziałem Petera, i to całkiem żywego. Glizdogon żyje.

— Glizdogon? — Harry próbował sobie przypomnieć, skąd kojarzy tę ksywkę.

— Peter Pettigrew, czwarty Huncwot — podpowiedział Syriusz.

— Gdzie go widziałeś?

— W Hogwarcie. Na zdjęciu z twojej adopcji. Możesz mi wytłumaczyć, coś ty wymyślił? Czego chce od ciebie stary Potter?

— Teraz to nieważne. Wracajmy do zamku. — Harry stanął koło Draco. — Poradzicie sobie sami? Musimy wracać, by nie wzbudzić podejrzeń. Powiadomię panią Pomfrey o profesorze.

Kiwnął głową w stronę kamerdynera i położył dłoń na jego ramieniu. Zniknęli z towarzyszącym temu dźwiękiem aportacji.

— Ktoś mi w końcu wyjaśni, o co tu chodzi? Severusie, o czym mówił Potter? — zaczął dopytywać się Lucjusz.

— Severus nie może mówić. Obcięto mu język — odezwał się zamiast rannego Black, zaczynając zbierać niektóre rzeczy. — Znalazłem go na wrzosowiskach kilka godzin po mojej ucieczce z Azkabanu. Był w fatalnym stanie. Ledwo przeżył.

— Znając Severusa, to „fatalny" jest łagodnym określeniem — stwierdził sucho Malfoy. — A co z paniczem?

Severus zmarszczył brwi, a Syriusz zaśmiał się krótko.

— Myślisz, że nie wiedziałem? Przejrzyj na oczy, Smarkerusie. Miałeś romans z moją siostrą i sądzisz, że tego nie zauważyłem? Raczej trudno młodej dziewczynie ukryć ciążę. Poza tym to ja zaproponowałem jej, by oddała dziecko Potterom. Tam było bezpieczniejsze. Nikt wtedy nie przypuszczał, że tak to się skończy. Dziwi mnie jednak, że nie zabrałeś syna od Dursleyów. Co ty sobie myślałeś? — zaczął nagle krzyczeć. — Przecież spotkałeś kiedyś Petunię. Ale potem nagle się zmieniła i pomyślałem, że przemówiłeś jej do rozsądku. Harry nawet ją kochał. Nadal jednak nie rozumiem, czemu go nie zabrałeś, przecież obiecałeś Annie, że zajmiesz się synem. — Odetchnął nagle, uspokajając się. — Wiem, nie możesz teraz mówić, ale jak wyzdrowiejesz do końca, to sobie porozmawiamy — obiecał mu i zwrócił się do Lucjusza. — Zabierz go do zamku, ja muszę się ukrywać, ale znajdę sposób, by się skontaktować.

Na koniec zniknął, zabierając spakowane rzeczy ze sobą.

Malfoy nie mógł aportować się bezpośrednio do zamku, nie był aurorem, więc musiał pojawić się w okolicach bramy. Potem lewitował Severusa pod zaklęciem kameleona, by nie wzbudzać sensacji. Potter i Draco czekali już w skrzydle szpitalnym. Po ich twarzach widać było, że chwilę wcześniej zażarcie o czymś dyskutowali. Byli wyraźnie na siebie wściekli.