Witka wszystkim! To ostatni rozdział przed wyjazdem, więc nie jestem w stanie określić, kiedy będzie następna aktualka... Wstępnie planuję dodawać kolejne rozdziały przynajmniej dwa razy w tygodniu, ale życie to życie - jest nieprzewidywalne ;) Mam nadzieję, że wybaczycie mi wszelkie hiatusy!
Freja: Tyle nowych komentarzy! Dziękuję Ci bardzo :) Harry'ego mam w tej części fanfika ochotę porządnie poddusić, taki jest nieposłuszny i durny – a Remus jest chyba święty, skoro wciąż stara się go zrozumieć i chronić! W tym rozdziale pan Potter trochę się jednak zrehabilituje w naszych oczach :)
Jamie Grant: Dzięki wielkie! :) Szczerze przyznaję, że niełatwo mi było tłumaczyć ten rozdział (jak każdy, w którym jest dużo opisów), ale z drugiej strony bardzo mi się podobał, bo wreszcie akcja ruszyła w nim do przodu!
Porażki
Listopad
- Której części zdania „absolutnie nie wolno ci wykonywać jakichkolwiek obciążających lub fizycznie wyczerpujących czynności" nie zrozumiałeś? - warknęła pani Pomfrey. Harry nigdy wcześniej nie widział jej tak wściekłej i musiał przyznać, że był to raczej niepokojący widok. W głowie wciąż mu łomotało i krzyki prosto w jego podrażnione uszy były ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował. - Naprawdę sądziłeś, że jesteś w stanie się pojedynkować? I to ze Śmierciożercami? Chętnie ci odpowiem – nie, nie jesteś! I właśnie dlatego po raz kolejny wylądowałeś w Skrzydle Szpitalnym - kobieta ze świstem wypuściła powietrze z płuc i tak huknęła fiolkami pełnymi eliksirów, kiedy stawiała je na stoliku obok łóżka Harry'ego, że omal się nie potłukły. - Czy ty naprawdę chcesz zginąć?! - fuknęła.
- Ja... - zaczął chłopiec.
- Nie chcę tego słuchać - przerwała mu szorstko pielęgniarka. - Spędziłam zbyt dużo czasu, by poskładać cię do kupy, żebyś tak po prostu ruszył teraz do walki i skończył jako nieboszczyk - wyciągnęła groźnie palec w jego stronę. - Nie zgadzam się na to, rozumiesz?
Harry, cofający się ze strachem na łóżku, zdołał jedynie kiwnąć głową.
- To dobrze. A teraz wypij to - wskazała stojące na szafce fiolki. Harry wyciągnął rękę, chwycił je ostrożnie i wypił trzema wielkimi łykami. Pielęgniarka, najwyraźniej usatysfakcjonowana, zabrała mu naczynka i ruszyła do swojego gabinetu mamrocząc coś zawzięcie pod nosem.
Zanim Harry doszedł do siebie na tyle, by wybudzić się ze śpiączki, minęły trzy dni. Pani Pomfrey udało się wyleczyć obrażenia, jakich doznały jego płuca; zagoiło się również poparzenie na udzie chłopca, pozostawiając po sobie jedynie prawie niewidoczną, bladoróżową bliznę. Rany i siniaki na jego twarzy zniknęły, a uszy doszły do siebie, jeśli nie liczyć lekkiego dzwonienia, które cały czas się w nich teraz rozlegało, a którego Harry wcześniej nie doświadczał. Jego ciało – wypoczęte, wyleczone i wzmocnione lekarstwami – było bardziej sprawne i pełne energii, niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich tygodni; chłopcu udało się nawet kilka razy dojść do toalety i z powrotem, a to wszystko bez konieczności odpoczynku! Walka o życie najwyraźniej przypomniała jego organizmowi, jak powinien funkcjonować, i Harry po raz pierwszy od bitwy z Voldemortem czuł się prawie zupełnie normalnie – jeśli nie liczyć jednej rzeczy...
Remus wyglądał tak, jakby w każdej chwili był gotów przemienić się w wilkołaka i odgryźć mu głowę; teraz siedział obok i nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w przeciwległą ścianę, a jego dłonie leżały bezczynnie, złożone na kolanach. Odkąd obudził się Harry, nie odezwał się jeszcze ani razu. Chłopiec drgnął nerwowo na łóżku i poczuł w żołądku nieprzyjemny skurcz.
- Czy mógłbyś już zacząć na mnie krzyczeć? - wybuchnął w końcu, ale pożałował tego natychmiast, kiedy dostrzegł wyraz twarzy Lupina.
- Chcesz, żebym na ciebie krzyczał?
Harry wzruszył ramionami.
- Nie za bardzo... ale wiem, że ty chcesz.
- Nie zamierzam na ciebie krzyczeć - stwierdził bezbarwnie Remus. Wyglądał na bardzo zmęczonego – zdradzały to ciemne kręgi pod jego oczami. Pani Pomfrey udało się w końcu zaleczyć głębokie rany na jego twarzy, ale mimo to wciąż była pokryta bliznami. - Nie zamierzam krzyczeć, ponieważ podniesienie głosu i tak nie nakłoni cię do posłuszeństwa.
- Przepraszam - mruknął Harry cicho; bardzo chciał, by Remus spojrzał mu prosto w oczy.
- Naprawdę?
Chłopiec zawahał się – chyba lepiej być szczerym...
- Nie.
- Tak sądziłem - usta nauczyciela wykrzywił gorzki uśmiech.
- Ale spójrz tylko – przecież nic mi nie jest, prawda? Wszyscy są cali... - Harry zamilknął na chwilę. - Chyba nic się nie stało Tonks? - spytał nerwowo. - Ani nikomu innemu?
- Odniosła niewielkie obrażenia magiczne; jest teraz w Świętym Mungu. Pozostali też są cali – Poppy udało się ich wszystkich poskładać.
Harry kiwnął głową i wyraźnie się rozluźnił.
- No widzisz – wszystko skończyło się dobrze...
- Naprawdę nie o to chodzi, Harry - powiedział Remus ostrym tonem. - Lekkomyślnie ryzykujesz własnym życiem. Jest w tobie mnóstwo złości i frustracji, które próbujesz rozładować narażając się na jakieś idiotyczne niebezpieczeństwa!
Harry skrzywił się.
- Nie są idiotyczne! - fuknął.
- Nie miałeś absolutnie żadnego powodu, by znaleźć się w Hogsmeade! A ruszając tam naraziłeś również życie innych!
- Żadnego powodu? Remus, przecież Śmierciożercom chodzi o mnie!
- Czego się po nich spodziewałeś, Harry? - warknął Lupin. - Że przestaną walczyć z nami i całą swoją uwagę skupią na tobie? Nie jesteś ich jedynym celem – oni chcą wykończyć nas wszystkich. A kiedy pojawiłeś się nagle w środku tej walki, Zakonnicy musieli skupić się na tobie i przestali myśleć o własnym bezpieczeństwie!
Harry zacisnął zęby, kiedy znaczenie ostrych słów Remusa w pełni do niego dotarło; zrozumiał, że jego nauczyciel ma na myśli Tonks.
- Nie wiesz, jak poradzić sobie z własnymi problemami i uczuciami i w rezultacie zaczynasz zachowywać się egoistycznie, ponieważ bez reszty skupiasz się na swoim pragnieniu zemsty albo pokuty, albo jeszcze czegoś innego, do czego dążysz za wszelką cenę!
- Nie chodzi o to - powiedział cicho Harry czując, jak zalewa go fala wstydu. - Nie chodzi mi o zemstę...
Remus uniósł brwi.
- Nie... no dobrze, może w Hogsmeade tak; działałem pochopnie, ale to przez to, co usłyszałem od Malfoya.
- Malfoya?- powtórzył Lupin, zdziwiony.
- Wiesz, że Malfoy jest Śmierciożercą, prawda? - spytał Harry szybko przypominając sobie swoją rozmowę z Draconem. Nagle poczuł, że musi porozmawiać z kimś o swoim odkryciu. Remus przyjrzał mu się uważnie.
- To bardzo poważne oskarżenie.
- To prawda! - nalegał chłopiec. - Może nie mieć na ręce Mrocznego Znaku, ale na pewno jest jednym z nich. Jestem tego pewien.
- A na jakich dowodach opierasz tę opinię?
- Właśnie od niego dowiedziałem się o ataku na Hogsmeade - odparł Harry. - Usłyszeliśmy z Hermioną, jak przechwala się tą informacją na korytarzu, a potem powiedział mi to właściwie prosto w twarz; skąd miałby to wiedzieć, jeśli z nimi nie współpracuje?
Remus milczał przez kilka chwil.
- Ta informacja nie powinna się rozprzestrzenić - powiedział w końcu zdecydowanym tonem. - Kto jeszcze o tym wie?
- Wszyscy, którzy byli ze mną w Hogsmeade.
- W porządku. Porozmawiam z Severusem, ale tobie nie wolno z kimkolwiek poruszać tego tematu, rozumiesz?
- Dlaczego? Ludzie powinni wiedzieć! Nie zamierzacie go aresztować albo chociaż wyrzucić ze szkoły?
- To nie takie proste, Harry!
- Nie takie proste? - powtórzył chłopiec z oburzeniem. - On jest Śmierciożercą i przebywa w zamku! Kto wie, jakich szkód może tu narobić?
- Posłuchaj mnie, Harry - przerwał mu Remus ostro. - Tu chodzi o coś więcej, niż niechęć do szkolnego kolegi. On może potrzebować ochrony, zupełnie tak samo, jak ty! Draco nie ma jeszcze szesnastu lat, a po tym, co stało się z Lucjuszem, i zniknięciu Narcyzy, być może został wbrew sobie uwięziony w świecie czarnej magii! W takim razie potrzebuje zapewne pomocy, by utrzymać się przy życiu – tak, jak ty.
- Stajesz po jego stronie? - Harry nie wierzył własnym uszom. Remus wbił w niego wzrok.
- Na razie tak.
- Dlaczego?
- Ponieważ każdy zasługuje na drugą szansę - odparł nauczyciel. - Jego umysł był od najmłodszych lat przyzwyczajany do wiary w słuszność przekonań i działań Voldemorta i jego popleczników; jeśli teraz zaczyna je kwestionować, to czy udzielenie mu pomocy nie jest naszym obowiązkiem?
- A dlaczego uważasz, że zaczyna kwestionować przekonania Śmierciożerców? - spytał Harry z ciekawością.
- To, że powiedział ci właściwie prosto w oczy o bitwie; nie sądzisz, że to o czymś świadczy?
- Co? Nie – co najwyżej o tym, że chciał, żebym się do niej przyłączył i zginął - odparł Harry ze zmarszczonymi brwiami.
- Może będziesz w stanie spojrzeć na fakty z odpowiedniej perspektywy, kiedy w końcu przestaniesz pochopnie podejmować decyzje i uporasz się ze swoim gniewem - zauważył Remus.
- Nie jestem rozgniewany! - wrzasnął chłopiec... i darował sobie oglądanie pełnej sarkazmu miny profesora. - No dobra, jestem rozgniewany cały czas – w każdej sekundzie każdego dnia, ale nie dlatego chcę walczyć.
- W takim razie dlaczego?
- Ja... ja po prostu muszę pomóc; siedzi we mnie jakaś natrętna, fizyczna potrzeba pomagania wam w walce. Mogę pomagać ludziom – i mogę ich uratować.
- Nie masz obowiązku uratowania wszystkich ludzi - wcześniejszy ostry ton zniknął z głosu Remusa. - Nie rozumiem, czemu odczuwasz taką desperacką potrzebę albo pragnienie ratowania ludzi...
- Ponieważ inaczej sprowadzam na nich śmierć!
Remus zamilknął na moment.
- Co dokładnie masz na myśli? - spytał w końcu.
- Zginęło przeze mnie już czterech ludzi - wymamrotał chłopiec. - Nie potrafiłem uratować Syriusza ani Cedrika ani Dumbledore'a, ani nawet Rona... ani setek innych ludzi, którzy zostali zamordowani, bo Voldemort chciał mnie dopaść.
W oczach Remusa pojawił się ból.
- Rozmawialiśmy o tym, Harry; to, co się z nimi stało, nie jest twoja winą – nic z tego, co się wydarzyło, nie jest twoją winą!
- Wiem, wiem! - fuknął chłopiec, sfrustrowany. - Nie bezpośrednio. Nie przystawiłem im różdżek do głów; ale przez przepowiednię, przez to, że ja żyję, oni już nie żyją. Ta świadomość prześladuje mnie każdego dnia.
Remus przesunął się na krześle tak, by usiąść na wprost Harry'ego.
- Ci ludzie nie żyją przez Voldemorta – a ci, którzy żyją, żyją dzięki tobie - powiedział delikatnie. - Walczyłeś, by pokonać człowieka, który zamordował twoją rodzinę i przyjaciół, nie zważając na własne zdrowie i los. Cierpisz z powodu tych strat, Harry, i poczucie winy jest naturalnym elementem tego procesu. Pewnego dnia, kiedy będziesz starszy, zrozumiesz to, co teraz nie daje ci spokoju, i dojdziesz do wniosku, że ani ty, ani nikt inny nie mógł zrobić nic, by zapobiec śmierci ich wszystkich.
Harry wpatrywał się w ścianę pozwalając słowom Remusa przepędzić huragan gniewu, który w ciągu ostatnich dni niemal cały czas krążył w jego sercu; kiedy usłyszał, że to wszystko nie było jego winą, kiedy usłyszał to z ust Remusa, poczuł się lepiej – ale potrzeba było czegoś więcej, niż przyjaznych słów, by ta myśl nie pojawiła się więcej w jego głowie.
- Co wydarzyło się wtedy w lesie, Harry? - spytał mężczyzna. - Co tak bardzo przeraziło cię tej nocy?
Czując, że to prawdopodobnie jedyny raz, kiedy nie czuł wewnętrznego oporu przed mówieniem o walce z Tomem Riddle, Harry postanowił opowiedzieć o niej Remusowi.
- Prawie się poddałem - szepnął niemal niedosłyszalnie. Nie była to najwyraźniej odpowiedź, jakiej oczekiwał Remus, ponieważ zmarszczył brwi w totalnym niezrozumieniu.
- I to cię przeraża? - spytał. - Dlatego czujesz taką złość?
Harry przytaknął.
- Prawie się poddałem, ponieważ to było łatwiejsze, niż walka - dodał i poczuł, że na jego szyję wpływa krwistoczerwony rumieniec wstydu. - Po tym wszystkim, co powiedziałeś mi o walce dla Rona i rodziców, ja po prostu... pozwoliłem, by on przejął nade mną kontrolę.
- Ale zwyciężyłeś - powiedział Lupin łapiąc chłopca za kolano i potrząsając nim lekko. - Pokonałeś go, więc jednak się nie poddałeś.
- Wiem, ale przeraża mnie sama myśl o tym, co by było, gdybym z nim nie walczył; gdyby opanował moje ciało i znalazł jakiś sposób, by się wskrzesić – co by się wtedy stało?
- Harry, wiem, że uznasz to pytanie za idiotyczne, ale czy myślenie o tym ma jakikolwiek sens?
Harry pokiwał głową.
- Tak - stwierdził. - Ponieważ to mi przypomina, że nie mogę poddać się w ten sposób już nigdy więcej – nie wtedy, kiedy polegają na mnie inni ludzie.
Remus popatrzył na niego smutno.
- Jesteś tylko człowiekiem, Harry; ocalenie całej czarodziejskiej społeczności naprawdę nie jest twoim obowiązkiem.
Chłopiec odwrócił się do niego.
- Więc dlaczego czuję się tak, jakby było?
Na to Remus nie miał żadnej odpowiedzi.
Harry miał wiele racji; po ataku na Hogsmeade czarodziejski świat znów uznał w nim swojego wybawcę i oczekiwał, że chłopiec zrobi coś, by powstrzymać Śmierciożerców. Remus poczuł, jak rodzi się w nim złość – kto dał im prawo wymagać tak wiele? Harry prawie zginął uwalniając świat od Voldemorta; teraz czarodzieje po raz kolejny chcieli, by narażał swoje życie walcząc o ich bezpieczeństwo? To nie zadanie dla nastoletniego chłopca, tylko dla armii, pomyślał mężczyzna z goryczą. W tym momencie wpadł mu do głowy pomysł tak dopracowany, że omal nie puścił się natychmiast biegiem do gabinetu McGonagall. Klepnął Harry'ego po ramieniu i wstał prawie trzęsąc się z niecierpliwości.
- Muszę zająć się przydzieleniem szlabanów tobie i twoim przyjaciołom - odezwał się.
- Wszystkim? Masz zamiar dać szlaban Hermionie? - spytał chłopiec z niebotycznym zdumieniem.
- A mam inne wyjście?
- O rany... dostanie szału!
- Chociaż mam dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewności, że namówiliście ją do tej eskapady, to jednak wzięła w niej udział. Mam wrażenie, że przez najbliższe kilka miesięcy będziecie często się widywać z profesorem Snape'em.
