Rozdział 10: Lekcja od samego Króla

- W porządku... no i kto miał rację? – powiedział uśmiechnięty Albus w poniedziałkowe popołudnie, lewitując w powietrze zeszyt podczas lekcji zaklęć. Nie miał okazji porozmawiać wczoraj o tym, czego dowiedzieli się od Firenzo, ponieważ Mirra i Rose zaciągnęły go i jego przyjaciół ze Slytherinu do biblioteki na cały dzień. Jednakże teraz, kiedy zwykły hałas panujący na zaklęciach krył ich rozmowę, mógł zacząć interesujący go temat.

- Ty – powiedzieli chórem Morrison i Scorpius, obydwoje wyglądali na bardzo zasępionych.

- Więc nie poszukuję żadnych przygód? Ani zagadki do rozwiązania? – zadrwił.

- Nie – ponownie odpowiedzieli wspólnie.

- Ale jednej rzeczy nie rozumiem – zaczął Scorpius. – Jeżeli ta cała sprawa jest tak niebezpieczna, dlaczego nie ostrzeżono nauczycieli? Przecież centaury wiedzą co się dzieje, nie powinni więc komuś powiedzieć? Znaczy się, przecież to także ich szkoła, co nie?

- No tak, ale nie sądzę, żeby lubili pomagać istotom o zaledwie dwóch nogach. Firenzo nie był chętny do udzielania nam informacji, prawda? – odpowiedział Albus, przenosząc się z lewitowania zeszytu na podręcznik.

- Zamierzasz komuś o tym powiedzieć? – zapytał czerwony na twarzy Morrison. Starał się lewitować w powietrze pióro, a było to coś, czego jeszcze nigdy nie dokonał, i koncentrował się tak bardzo, że wyglądał, jakby miał za chwilę wybuchnąć.

Albus poświęcił tej kwestii wiele przemyśleń w dniu poprzednim, i podjął decyzję, która, jak wiedział, leżała w najlepszym interesie każdej powiązanej ze sprawą osoby.

- Nie – powiedział. – Wtedy wydałoby się, że dowiedziałem się o tym czytając dziennik Rose, a to przyniosłoby by mi więcej kłopotów niż wszystkie niebezpieczne podziemia razem wzięte.

Morrison i Scorpius zaśmiali się z tego komentarza, ale szybko dostali burę od profesora Flitwicka.

- Ależ chłopcy, wasze egzaminy raczej nie są tematem do żartów! – zaskrzeczał ze swojego stosu książek. – Panie Vincent, nie zauważyłem, żeby pan uniósł w powietrze cokolwiek na moich zajęciach! Proszę to lepiej opanować w ciągu następnych dwunastu tygodni! Pamiętajcie, machnąć i poderwać!

Albus poczuł, jak na słowa profesora skręcają mu się wnętrzności. Dwanaście tygodni. Był dopiero luty, a Albus już obawiał się egzaminów, o których wiedział, że mają miejsce na przełomie maja i czerwca. Z pewnością radził sobie lepiej niż poprzednio, ale ciągle wydawało mu się, że na transmutacji wypadnie raczej kiepsko.

Opuścili klasę zaklęć dwadzieścia minut później. Morrison wciąż był czerwony na twarzy, a Albus i Scorpius dyskutowali nieprzerwanie o tym, jak Mirra mogłaby być powiązana z czymś, co wywoływało taki strach wśród centaurów. Wiedział, że dobrze usłyszał słowa Firenza; zarówno podziemia Mirry i te, z których powodu spotkały się centaury, były tą samą rzeczą. Jednak nie rozumiał, co oznaczały słowa Firenza o mgle sięgającej powierzchni. Doszedł do wniosku, że mogła to być po prostu metafora, jednak wcale się nie przybliżył do jej zrozumienia.

- Jak myślisz, bardziej obawiały się samych podziemi, czy tej całej sprawy z mgłą? – zapytał go Scorpius.

- Nie mam pojęcia, ale myślę, że obydwa są groźne – powiedział Albus, kiedy szli przez korytarz. – Ale co Mirra musi z nimi zrobić? Dlaczego miałaby chcieć otwierać coś podobnego? Myślisz, że ona wie...

Urwał jednakże, bo nagle pojawiła się osoba, co do której najbardziej się obawiał, że usłyszy tę rozmowę. Mirra pojawiła się zza zakrętu korytarza, zaraz za nią szła Rose.

Albusowi znowu skręciły się wnętrzności. Usłyszała go? A może usłyszały obydwie? Uśmiechała się szeroko idąc w jego kierunku. Jednak nie wyglądało to na złośliwy czy nieprzyjemny uśmiech, raczej na jeden z tych bardziej miłych.

- Więc... – powiedziała, kiedy zbliżyła się do nich.

- Więc co? – odciął się Morrison raczej obronnym tonem. Najwidoczniej on także myślał, że usłyszała ich rozmowę.

Rzuciła mu niedowierzające spojrzenie, po czym powiedziała:

- Więc... nie mogę się doczekać, żeby poznać twojego tatę, Albusie.

Albus odetchnął z ulgą. – Och! Czekaj... co?

- Twój tata w tym tygodniu przyjeżdża do Hogwartu. Może nawet jutro. Ma wygłosić wykład na obronie przed czarną magią. Nie wiedziałeś?

- Nie. A ty kiedy się dowiedziałaś? – zapytał. Główkował, kiedy tata mógł mu powiedzieć, że odwiedza Hogwart, ale nie przypominał sobie niczego takiego.

- Wisiało to u nas na tablicy ogłoszeń w pokoju wspólnym. Powinniście sprawdzić swoją przed następną lekcją. My musimy już lecieć – powiedziała, machając na do widzenia. Rose również pomachała, tylko do dwóch osób, a nie trzech, po czym pobiegły na swoje następne zajęcia.

Albus zachwycony pobiegł do pokoju wspólnego Ślizgonów.

- Hej! Gdzie biegniesz? – zawołał za nim Scorpius. Albus nie odpowiedział, tylko skręcił w stronę korytarza ze schodami prowadzącymi do lochów. Przebiegł przez Irytka Poltergeista, który zrzucał ze ściany łajnobomby, i pospieszył w stronę wejścia do pokoju wspólnego.

- Szmaragdy – wysapał przed pustą ścianą, niemal pozbawiony oddechu. Natychmiast ukazały się kamienne drzwi, przez które wszedł Albus, i skierował się prosto do tablicy ogłoszeń.

Drodzy uczniowie,

Podczas zaplanowanych na ten tydzień lekcji obrony przed czarną magią, Hogwart będzie miał zaszczyt gościć Harry'ego Pottera, „Chłopca, Który Przeżył", sławnego aurora i pogromcę Lorda Voldemorta. Wygłosi on wykład przed każdą klasą, i z przyjemnością odpowie na pytania dotyczące czarnej magii oraz praktycznych metod obrony przed nią. Prosimy o przywitanie gościa z najwyższym szacunkiem i miłe przyjęcie go w naszej szkole.

Albus popatrzył się na ogłoszenie z szerokim uśmiechem. Nie widział ojca od świąt, nie miał też możliwości zapytania go o „EP". Teraz jednak, kiedy z głowy wyleciały mu myśli o podziemiach Merlina, skupił się na tym, żeby usłyszeć w końcu odpowiedź na pytanie, które męczyło go już tak długo.

Następny dzień należał do najdłuższych, jakie napotkał w Hogwarcie. W celu zabicia czasu, Albus, Morrison i Scorpius usiedli w bibliotece kartkując książki, jednak nie te do egzaminów, ale w poszukiwaniu informacji o Merlinie.

- Ach, tu coś jest. – powiedział Scorpius, kiedy zgromadzili się wokół stosu książek. – Merlin, zdecydowawszy, że jego prywatna własność nie powinna trafić w ręce niższych rangą czarodziejów, zamknął swój dorobek w licznych podziemiach, jakie zbudował za życia. Wszystko począwszy od jego kapelusza, a kończąc na księgach z zaklęciami, zostało zapieczętowane wewnątrz tych labiryntów, i opatrzone urokami, które miały przetrwać próbę czasu. – przeczytał.

Albus popatrzył się na niego tępo. – Myślisz, że to do tego zmuszają ją rodzice? Żeby otworzyła jedno z tych podziemi i zdobyła to coś, co jest tam zamknięte? Wydaje się to dość skomplikowanym zadaniem dla jedenastoletniej dziewczynki...

- Chyba że Mirra ma jakiś szczególny atut, dzięki któremu właśnie ona mogłaby otworzyć podziemia. – odpowiedział Scorpius.

- Można zna jakieś zaklęcie albo coś w tym stylu?

- Przecież to nie ma najmniejszego sensu! – wybuchnął Morrison, zamykając z hukiem czytaną właśnie książkę. – Załóżmy nawet, że potrafi otworzyć podziemia i znaleźć... no, cokolwiek tam zamierza znaleźć... ale gdzie one u licha miałyby się znajdować?

Albus siedział cicho, rozmyślając. Morrison poruszył ważną kwestię. Ojciec kiedyś powiedział mu, że jedyną nieznaną częścią szkoły była Komnata Tajemnic, i że wymagała ona kogoś szczególnego, żeby się otworzyć. I szkołę przeszukiwano dokładnie zanim została ona otwarta, więc było raczej mało prawdopodobne, żeby przeoczono podziemia, a w szczególności jedne tak niebezpieczne.

- Cóż, przypuszczam... mogłyby być poza terenem szkoły, gdzieś w Lesie? – zapytał, mimo że wiedział, że jest to równie mało prawdopodobne. Zakazany Las był ogromny i pełen niebezpiecznych stworzeń, nie ma mowy, żeby ktoś oczekiwał, że dziecko po prostu wejdzie do niego i zacznie czegoś szukać.

Morrison jęknął. – No teraz to po prostu zachowujesz się głupio. Zrozum, czegokolwiek Mirra próbuje, jej się to nie udaje. Gdyby się udawało, już by się coś wydarzyło.

- Ale coś się wydarzyło. – przypomniał mu Scorpius. – A przynajmniej coś zaczęło się dziać.

- Jakim cudem można zacząć otwierać podziemia? – zapytał Albus.

- Przecież to ty wymyśliłeś tę całą sprawę! – przypomnieli mu chórem.

- Och... no tak – powiedział z poczuciem winy Albus.

Mimo że wcale nie posunęli się dalej w odkryciu tego, co knuje Mirra, i porzucając temat jej związków z Podziemiami Mgły Merlina, Albus obudził się następnego ranka uradowany. Nałożył sobie na śniadanie wędzonego śledzia i grzanki, i spieszył się bardzo pracując podczas transmutacji i zaklęć, jakby to mogło jakimś cudem spowodować, że czas będzie płynął szybciej.

Po szybkim połknięciu obiadu pobiegł po schodach na pierwsze piętro na lekcję obrony przed czarną magią, pewien, że jeśli dotrze tam wystarczająco wcześnie, będzie miał czas, żeby pogawędzić z tatą sam na sam. Wparował przez drzwi, i wydusił się z siebie:

- Tato!

Ale jego ojca tam nie było. W klasie znajdowała się tylko jedna osoba, która właśnie ścierała różdżką litery z tablicy. Wysoki, ciemnoskóry i łysy mężczyzna odwrócił się do Albusa z uśmiechem.

- Dzień dobry, Albusie. – powiedział głębokim głosem.

- King... Kingsley? – udało mu się wyjąkać. – Ale gdzie jest mój ta...

Przerwało mu wejście innych uczniów. Koledzy z klasy zgromadzili się za nim, większość z nich szeptała z entuzjazmem między sobą. Widzieli Kingsleya już od drzwi, i teraz mamrotali słowa w stylu: „Czy to nie jest minister magii?" oraz „Łał, na żywo jest znacznie wyższy".

- Wchodźcie, wchodźcie. – powiedział Kingsley, nie przerywając pisania na tablicy.

Uczniowie zajęli miejsca, wielu z nich ciągle szepcząc o przebywaniu w obecności ministra magii walczyło o siedzenie w pierwszym rzędzie. Może dlatego, że on sam był przyzwyczajony do jego obecności, odwiedzał go nawet w domu podczas Świąt Dziękczynienia, a może dlatego, że oczekiwał swojego ojca, Albus był jednak rozczarowany przybyciem ministra. Po kilku chwilach ciszy, ktoś z tylnego rzędu uniósł rękę i zadał pytanie, jakie cisnęło się Albusowi na usta.

- Przepraszam, ehm... panie ministrze... proszę pana... gdzie jest pan Potter?

Kingsley odwrócił się i uśmiechnął do chłopca, który natychmiast zapadł się w swoje krzesło.

- Po pierwsze – zaczął swoim powolnym, głębokim głosem – możecie zwracać się do mnie per „panie Shacklebolt", ośmielę się powiedzieć, że ciągłe zwracanie się do mnie „panie ministrze" stało się już nieco męczące. A pan Potter niestety nie mógł tu dzisiaj przybyć, ponieważ powierzono mu bardzo ważną misję w Bristolu. Bardzo żałuje swojej nieobecności, a w szczególności jest mu przykro z powodu konieczności opuszczenia tego spotkania bez żadnego uprzedzenia. Całe szczęście, ja nie byłem aż tak zajęty, i z radością przeprowadzę dziś z wami praktyczną lekcję.

Uczniowie popatrzyli po sobie nerwowo, wymieniając spojrzenia pełne zarówno niepokoju jak i zachwytu. Spodziewali się wykładu, a nie nauki zaklęć od samego ministra magii, który, jak większość klasy wiedziała, był poprzednio aurorem. Kingsley odsunął się od tablicy i pozwolił uczniom przeczytać, co było na niej napisane.

Praktyczna magia obronna. Zaklęcia tarczy, osłona i oszałamianie.

- A teraz – powiedział, zacierając ręce – Czy ktoś ma jakieś pytania, zanim zaczniemy? Ufam, że mamy więcej niż godzinę na te zajęcia, więc jeśli ktoś chce o coś zapytać, albo wyrazić swoje zdanie, zanim wystartujemy...

Nikt nie podniósł ręki. Wszyscy wydawali się przerażeni myślą, że minister magii oczekuje od nich wyrażenia opinii.

- Nie? – zapytał. – W porządku, więc od razu zaczynamy. Czarnoksiężnik kieruje w waszą stronę zaklęcie oszałamiające, nie ma zbyt wiele miejsca dookoła. Co robicie?

Klasa nadal się gapiła. Albus pomyślał, że to bardzo możliwe, że jest to pierwsza lekcja, jaką w życiu prowadził Kingsley. Nauka rozbrajania to jedno, ale przywoływanie sytuacji, w której uczniowie mieliby zostać zaatakowani przez czarnoksiężników nie wydawało się zbyt dobrym pomysłem. Wszyscy mieli zaledwie jedenaście, góra dwanaście lat. Albus wątpił, czy ktokolwiek z nich w ogóle wie co to znaczy „oszałamianie".

W końcu, po około minucie, rękę podniósł Scorpius.

- Ehm... robimy unik? – powiedział.

- No cóż... w porządku – odpowiedział Kingsley. – Ale skupmy się może bardziej na pracy różdżką. Przypuśćmy, że nie macie możliwości uniku ani schowania się za czymś, jesteście zbyt ograniczeni ruchowo. Czy ktokolwiek zna zaklęcie, jakie mogłoby być przydatne w takiej sytuacji?

Rose natychmiast uniosła rękę. Wystrzeliła ją w powietrze tak szybko, że kilkoro z siedzących wokół niej uczniów o mało co nie spadło z krzeseł.

- Protego – powiedziała rzeczowym tonem.

- Wyśmienicie – rzekł Kingsley. – A teraz do rzeczy: protego, zaklęcie tarczy, uważa się za nieco zbyt zaawansowane dla czarodziejów w waszym wieku, ale poświęcając mu odpowiednią dawkę praktyki, powinniście być w stanie nauczyć się go na tyle dobrze, żeby móc zablokować mniej poważne zaklęcia. Teraz może dobierzcie się w pary, tak żebyśmy go spróbowali, dobrze?

Kiedy Albus stanął w parze z Morrisonem, mimo woli przypomniał sobie, co się stało, kiedy ćwiczył z nim zaklęcia ostatnim razem. Rzucił pogardliwe spojrzenie w stronę Charlesa Eckleya, który teraz uśmiechał się kpiąco stojąc ze swoim partnerem.

- A teraz, na trzy, chciałbym, żeby jedna osoba w parze rzuciła zaklęcie – jakieś niezbyt niebezpieczne – na partnera. Osoba broniąca się, musi skoncentrować się całkowicie na swojej obronie, wyciągnąć różdżkę, i liczyć na to, że jej tarcza ochronna będzie wystarczająco mocna. Pewność siebie jest tu czynnikiem kluczowym. Jeśli zrobicie to poprawnie, może uda wam się nawet odbić zaklęcie. Więc na trzy. Raz... dwa... trzy!

Przez klasę przebiegł szum różnych zaklęć.

- Expelliarmus! – zawył Morrison.

- Protego! – krzyknął Albus razem z dziewięcioma innymi uczniami. Rozległo się głośne „BUM", pisk przerażenia, i huk, kiedy ktoś poleciał na ścianę. Uczniowie odwrócili głowy, żeby zobaczyć, kto był tą pechową osobą. Zaklęcie Albusa nie podziałało, i teraz z zakłopotaniem podnosił swoją rozbrojoną różdżkę z podłogi. Jednak obok niego stał Scorpius, różdżkę miał nadal wyciągniętą, i zerkał ponad ramionami innych uczniów.

Bartleby wstał z podłogi i pomacał się po plecach.

- Auć... a niech to szlag – wymamrotał. Klasa roześmiała się. Scorpius nie tylko z sukcesem zablokował zaklęcie, ale odbił je równie idealnie, podwajając jego moc i wysyłając Bartleby'ego w powietrze.

- Świetna robota! – wykrzyknął Kingsley wśród śmiechów. – Więc jak masz na imię, młody człowieku?

Scorpius odwrócił się do niego. – Scorpius. – powiedział. – Scorpius Malfoy.

- Och. – rzekł Kingsley, wyglądając na zdziwionego. – Cóż... oby tak dalej, Malfoy. – wyglądał, jakby nienawidził swoich ust za to, że wypowiedziały słowa „oby tak dalej" i „Malfoy" w jednym zdaniu.

Zajęcia trwały dalej, i były jednymi z najcięższych lekcji, na jakich kiedykolwiek był Albus. Mimo że starał się tak ciężko jak nigdy, tylko raz udało mu się stworzyć tarczę, i nawet wtedy zgasła zanim został uderzony przez Morrisona zaklęciem galaretowych nóg. W gruncie rzeczy nikt oprócz Scorpiusa, nawet Rose, nie zdołał z sukcesem zablokować nadchodzącego zaklęcia.

Kingsley przechadzał się wśród uczniów, udzielając wskazówek i słów zachęty i pocieszenia. W końcu, po tym jak Bartleby'emu zrobiło się niedobrze po tylu uderzeniach w ścianę, minister powiedział Scorpiusowi, aby chodził razem z nim, i pomagał swoim pozostałym kolegom.

- Nie – usłyszał, jak Scorpius nerwowo zwraca się do Rose – Nie możesz tak pchać różdżki do przodu, to zaklęcie obronne, pamiętasz?

Zobaczył, jak Rose rzuca mu wściekłe spojrzenie, twarz miała czerwoną, koncentrując się mocno na zaklęciu i jednocześnie wypowiadając słowa, które, jak Albus był pewien, były kąśliwą i zaciekłą ripostą w kierunku Scorpiusa. Mirra stała z wyciągniętą różdżką, przygotowując się, żeby strzelić w nią zaklęciem.

- No dobra – powiedział Scorpius, chwytając Rose za nadgarstek. – Poprowadzę twoją rękę. Musisz lekko wycofać nadgarstek, tak, żeby tarcza cofnęła się razem z twoim ruchem. – wytłumaczył jej.

Rzuciła mu kolejne spojrzenie pełne nienawiści, po czym Mirra wrzasnęła:

- Expelliarmus!

- Protego! – odwrzasnęła Rose, a zaklęcie minęło ją o kilka cali. Scorpius pociągnął ją za nadgarstek i poderwał go pionowo. Właściwy ruch różdżką i zaklęcie połączone razem sprawiły, że na końcu jej różdżki pojawił się okrągły pierścień energii, wysyłając zaklęcie rozbrajające prosto w sufit.

- Wspaniale! – powiedział rozpromieniony Scorpius, jednak szybko odwrócił głowę, kiedy Rose spojrzała na niego wściekle zdając się mówić: „Wcale nie potrzebowałam twojej pomocy".

Pod koniec zaplanowanych półtorej godziny, uczniowie spakowali książki i pożegnali się z Kingsleyem, wszyscy z entuzjazmem uścisnęli mu rękę, dziękując za lekcję. Po tym jak trójka z czwórki uczniów dostała jego autograf, wyszli z klasy, zostawiając ministra, aby pozbierał swoje rzeczy.

- Całkiem niezła lekcja. – powiedział Scorpius, kiedy skierowali się w stronę schodów prowadzących do lochów.

- Łatwo ci mówić. – powiedział ponuro Morrison. Jemu, podobnie jak Albusowi, nie udało się wyczarować ani jednej udanej tarczy.

Albus nie brał udziału w toczącej się obok kłótni, jako że Scorpius odparował raczej egoistyczną uwagą na temat niskiego stopnia trudności tego zaklęcia. Zamiast tego, pomyślał o swoim ojcu, zastanawiając się, gdzie mógł być. Dlaczego zawsze wypadały mu jakieś specjalne misje aurorów? Nie przypominał sobie, kiedy ostatnio jego tata tak często chodził do pracy. Nie mógł się doczekać zapytania go o „EP", ale znowu pozbawiono go tej szansy. I wyglądało na to, że tylko jego ojciec był tak często wzywany do pracy. Na przykład Kingsley mógł nadal odwiedzać zamek. A przecież on też był kiedyś aurorem...

Albus zatrzymał się gwałtownie po drodze, Morrison wpadł na niego.

- Ej... czemu stanąłeś? – zapytał, ale Albus już z powrotem wdrapywał się po schodach.

- Muszę z kimś pogadać! – zawołał do nich. Pobiegł wzdłuż korytarza, mając nadzieję, że złapie ministra przed wyjściem. Z pewnością przecież nie opuści zamku od razu, prawda? Przecież ma jeszcze przeprowadzić lekcję z innymi klasami?

- Kingsley! – krzyknął w stronę potężnej sylwetki idącej przed nim na drugim piętrze.

Mężczyzna odwrócił się, i Albus odetchnął z ulgą. To był Kingsley.

- Och, dzień dobry, Albusie. Masz jakieś pytania? – zapytał. Poszli dalej korytarzem, a Albus miał przeczucie, że przydzielono mu gabinet gdzieś na tym piętrze, ponieważ szedł bardzo powoli, żeby Albus mógł za nim nadążyć.

- No... tak, mam.

- Pytaj śmiało. – odpowiedział uprzejmie Kingsley.

- Ehm... Kingsley, czy wiesz może, co oznacza skrót „EP"?

Minister potknął się o pelerynę.

- Słucham? – zapytał, brzmiąc tak, jakby chciał się upewnić, czy się nie przesłyszał.

- „EP". – odpowiedział Albus.

- Gdzie... gdzie usłyszałeś to określenie?

- Mój tata kiedyś o tym wspomniał. – skłamał pospiesznie Albus.

Kingsley rzucił mu bardzo poważne spojrzenie.

- Naprawdę? To... dość niezwykłe. Rzadko używamy go poza biurem. Ale podejrzewam, że to jedyne miejsce, gdzie mogłeś je usłyszeć. Nie ma sensu trzymać cię dłużej w ciekawości.

Albus szedł obok niego, cierpliwie czekając.

- „EP", (WO po polsku*), jest określeniem używanym przez ministerstwo dla opisania zwolenników czarnej magii. Jest skrótem od Wiecznie Obecni.

Albus rzucił mu pytające spojrzenie. – Wiecznie Obecni?

- Cóż, nazywamy ich tak, ponieważ nie popierają konkretnego czarnoksiężnika, ale czarną magię samą w sobie. WO może być każdy, kto kiedykolwiek był zwolennikiem jakiegoś czarnoksiężnika zamierzającego propagować czarną magię. Lorda Voldemorta... Grindelwalda... Nevina Tyrana... i innych czarnoksiężników, którzy pojawili się na przestrzeni wieków. WO może być także osobą, która mimo że ich otwarcie popierała, nie została o nic oskarżona.

- A teraz się spotykają? – zapytał Albus.

Kingsley wydawał się zszokowany. Najwidoczniej nie spodziewał się, że Albus zna tę konkretną informację.

- No cóż... tak... znani ministerstwu zwolennicy czarnej magii byli widziani na zebraniach w różnych miejscach. Zbliżają się coraz bardziej do Hogwartu... jeśli już musisz wiedzieć. Oczywiście wy, uczniowie, jesteście zupełnie bezpieczni! – dodał pospiesznie.

Głęboki i powolny głos Kingsleya zmienił się nagle na bardziej nerwowy. Wyraźnie żałował, że powiedział Albusowi cokolwiek.

- Ale... jeśli oni są tylko zwolennikami, to nie mamy się czego bać, prawda? Znaczy się, nie mają żadnego przywódcy, co nie? – zapytał ministra.

- No i w tym tkwi problem. Przez ostatnie dwadzieścia lat obserwowaliśmy bardzo niewiele czarnomagicznej aktywności. Dwadzieścia lat względnego spokoju. Więc teraz, kiedy znani zwolennicy czarnej magii się spotykają... no cóż, warto zbadać, o co w tym chodzi, prawda? Myślimy... to znaczy, twój ojciec, ja, i niewielka grupa starannie wyselekcjonowanych aurorów... że być może poszukują przywódcy. Że są to swojego rodzaju wybory.

- Więc to dlatego mojego taty tak często nie ma? Jest odpowiedzialny za dowiedzenie się, kogo starają się zwerbować na przywódcę, i ma temu zapobiec?

- Dokładnie tak. – powiedział Kingsley. – Cieszę się, że nadążasz. Ale ufam, że nie masz powodów do zmartwienia, Albusie. Za każdym razem, kiedy pojawiało się wcześniej zagrożenie, dawaliśmy się temu zaskoczyć. Teraz jednakże, kiedy dowodzi tym twój ojciec, będziemy mieli czas, żeby zatrzymać to zagrożenie zanim stanie się bardziej realne. Jest również bardzo prawdopodobne, że WO spotykają się jedynie po to, żeby pogadać o starych czasach... może podzielić się wspomnieniami. Nie mamy żadnego konkretnego dowodu na ich nielegalną działalność. Naszym głównym zmartwieniem jest jednak to, dlaczego tak często się przemieszczają. Słyszeliśmy już o zebraniach mających miejsce w kilku różnych lokalizacjach.

- Może po prostu poszukują większej ilości chętnych – zasugerował Albus. – Chcą się zorientować, kto jeszcze mógłby się do nich przyłączyć.

- Jest to z pewnością możliwe. I nie jest to zagrożeniem. Największy problem byłby wtedy, kiedy mieliby kogoś, za kim mogliby podążać. Myślimy po prostu, żeby nadal prowadzić śledztwo w tej kwestii. Przykro mi, że ta cała sprawa powoduje, że możesz spędzać z ojcem mniej czasu. Mogę tylko się domyślać, jak bardzo chciałeś się z nim dziś zobaczyć.

- No tak... chciałem – powiedział Albus.

- No cóż, to niedługo powinno się zakończyć. Nie okłamałbym cię, Albusie. Radzę ci, żebyś po prostu zapomniał o całej sprawie.

- W porządku, Kingsley. – powiedział, mimo że miał dziwne przeczucie, że minister wie, że będzie o tym rozmyślał dopóki nie dowie się czegoś więcej. – No to pewnie jeszcze zobaczymy się gdzieś w zamku. Do widzenia. – odwrócił się, i poszedł w przeciwnym kierunku, z powrotem do korytarza prowadzącego do lochów, odwracając się, żeby zobaczyć jak Kingsley przyspiesza kroku, tak jakby miał nadzieję uniknąć jakiejś innej krępującej rozmowy.

Albus pobiegł do pokoju wspólnego, rozmyślając o tym, co przed chwilą usłyszał. Z pewnością wyjaśniło to, dlaczego jego ojca dziś nie było... i to, dlaczego ostatnio był taki zajęty. Pomyślał o tym, co powiedział profesor Ares kilka miesięcy wcześniej... że WO nie są zagrożeniem. Czy miał rację? Czy możliwe, że jego ojciec, i sam minister magii, mieli po prostu jakąś obsesję?

- Szmaragdy – powiedział do kamiennej ściany. Ukazały się drzwi, przez które prześlizgnął się, i natychmiast zobaczył Scorpiusa i Morrisona. Siedzieli za jednym ze stołów pogrążeni w głębokiej dyskusji. Wyglądali na zaniepokojonych.

- Hej... co się dzieje? – zapytał Albus, kiedy do nich podszedł.

Wymienili spojrzenia. – Cóż – zaczął Scorpius – po drodze do łazienki zobaczyliśmy Mirrę... która potknęła się o swoją szatę.

- No dobra... więc... zraniła się, czy co? – odpowiedział Albus, niepewny, dlaczego wyglądają na tak zdenerwowanych.

- Kiedy ona się wywróciła i upadła... my coś zauważyliśmy.

Albus patrzył się na niego tępo. Nie rozumiał, czemu robią z tego taką aferę. Poza tym chciał im opowiedzieć, czego się dowiedział od Kingsleya.

- No i co zobaczyliście? – zapytał.

Teraz odezwał się Morrison.

- No więc... udało nam się zobaczyć ten srebrny naszyjnik, który zawsze nosi... wiesz, o który chodzi?

- Taak... no i?

- To nie jest tylko łańcuszek, stary – powiedział ponuro Scorpius. – Na jego końcu wisi jasny srebrny klucz.

UWAGI OD TŁUMACZA

* Mam nadzieję, że czytelnicy wybaczą mi zamianę skrótu "EP" na "WO". Tłumaczę po jednym rozdziale, i mimo że wiedziałam, że ten skrót sprawi mi później kłopoty, zostawiłam go w oryginale, planując później zamienić. Oczywiście mogłabym w poprzednich rozdziałach również zamienić EP na WO, ale skrót pojawił się w tak wielu miejscach, że po prostu - powiem szczerze - nie chce mi się go wszędzie szukać ;) Od tego momentu jednak konsekwentnie będę trzymała się skrótu WO.

Będę wdzięczna za recenzje, sprawiają, że chce mi się dalej tłumaczyć, szczególnie dziękuję za przydatną recenzję Dagulcowi :) Główna zasługa leży jednak w talencie Vekina87, jego historie tłumaczy się z przyjemnością. Sposób, w jaki naśladuje styl J.K. Rowling jest wręcz wspaniały, właściwe Polkowskiemu sformułowania same cisną się na usta (klawiaturę?). Sama mogę zapewnić, że kolejne części są coraz lepsze, dlatego anglojęzycznych zapraszam do oryginału, a tych, którzy jeszcze nie opanowali dobrze języka, zapewniam, że planuję przetłumaczyć wszystkie części. Staram się jak mogę, żeby były jak najbardziej zbliżone do oryginału. Z każdym rozdziałem wydaje mi się to coraz łatwiejsze.

Obecnie tłumaczę szybko, bo mam wolne ;) Od października wracam na studia i do pracy, wtedy będę dodawać kolejne rozdziały nieco rzadziej. Ale będę!

Pozdrawiam wszystkich, których zainteresowało moje tłumaczenie oraz moją siostrę, dla której zaczęłam to pisać :) Następny rozdział pojawi się prawdopodobnie koło niedzieli.