Severus nie mógł zmrużyć oka tej nocy. Leżał w łóżku i myślał o wszystkim. Długo zastanawiał się nad tym, do czego by doszło, gdyby Minerwa nie wparowała wtedy do jego salonu, gdy Hermiona zaczęła się do niego niebezpiecznie zbliżać, chociaż i tak była już bardzo blisko. Nie miał pojęcia, co ta dziewczyna w nim widzi. Ostatnio się zmieniła. Gdy nie musiała niańczyć już Pottera i Weasleya, stała się taka... paradoksalnie – doroślejsza. Miał wrażenie, że ci dwaj jakoś ją uciskali, nie mogła przy nich być taką, jaką była, a wciąż musiała patrzeć na to, co zrobią oni i się pod tym podpisywać. Przecież to był Potter. TEN Potter. Wiedział, że była dosyć nieśmiała i jednocześnie potrafiła dawać sobą tak manipulować, że był niemal pewien, iż jej przyjaciele to czasem wykorzystywali. Ale już nieważne, co robi ona. To jej decyzja i jej problem w głowie, jeśli chce wdawać się w jakąś pokręconą relację z nim – aroganckim, niemiłym dupkiem. Sęk w tym, że on chyba też czegoś chciał. A koło tego już nie mógł przejść obojętnie i stwierdzić, że to nieważne. Co się z nim działo? Czy to szpiegowanie całkiem go ogłupiło? Przecież to była Granger. Kujonka, wszechwiedząca przyjaciółka Pottera, Gryfonka, przemądrzała dziewczynka, która mogłaby być jego córką. A jednak coś go do niej ciągnęło. A było to takie głupie... Przecież ta dziewczyna nie mogła mieć z nim nic więcej wspólnego, niż było to konieczne, ponieważ: jest między nimi duża różnica wieku, jest jego uczennicą, a on jej nauczycielem, ona jest Gryfonką, on Ślizgonem, ona jest dobra, uczciwa, niewinna, a on jest podłym draniem, który wielokrotnie zabijał. I w dodatku ona teraz walczy w pewnym sensie o życie, o swoją duszę, o siebie, a on jej miesza w głowie... Przecież to on powinien powiedzieć „stop", jest dojrzalszy i bardziej doświadczony, a wczoraj niemal pozwolił, by doszło do czegoś więcej, niż tylko przytulenia... Musiał nad tym wszystkim zapanować. Oni nie mieli prawa się nawet przyjaźnić, a on już jej tyle naopowiadał, że lubi jej obecność i takie tam... Co to w ogóle miało być, do cholery? On komukolwiek przyznał, że lubi jego obecność?! Miał ochotę walnąć z całej siły głową o ścianę i przez chwilę faktycznie to rozważał. Ona na pewno spędza z nim czas z jakiegoś powodu... Zaczął na siłę czegoś szukać w swojej głowie, byleby tylko znaleźć coś, co pomoże mu spojrzeć na to wszystko z chłodniejszym nastawieniem. Szukał czegoś, co wyjaśni jemu samemu, że ona nie lubi go z własnej woli. I bingo! Przecież ona spędza z nim czas, bo próbuje zastąpić nim Harry'ego i Rona. Bo gdyby nie on, prawdopodobnie siedziałaby sama. Wszystko jasne. Gdy już dostatecznie wbił sobie ową myśl do głowy, miał ochotę znów przywalić głową w ścianę, z tego względu, że jeszcze niedawno sobie myślał, że jej intencje są szczere. Nie miał ochoty, póki co, o niej myśleć i obiecał sobie, że jutro się u niej nie zjawi, tak jak się umówili. Niech sobie teraz powykorzystuje tego Lewisa. O. Kolejny powód do negatywnego nastawienia do niej. Już przeszła z tym facetem na „ty". Czy ona miała jakiś cel, by podrywać każdego napotkanego mężczyznę? Idiotka. Cieszył się, że przez najbliższy miesiąc nie będzie widywał jej na lekcjach. Niestety obowiązek pojawiania się u niej i sprawdzania, co z nią, wciąż na nim spoczywał, jednak będzie to robił, jak kiedyś: pojawi się u niej, sprawdzi, czy jest i bez słowa zniknie. Tak. Tak będzie najlepiej.

Hermiona próbowała skupić się na czytaniu, ale nie mogła, bo cały czas miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Po raz dziesiąty w ciągu ostatnich kilku minut podniosła głowę znad książki i rozejrzała się po dormitorium. Przełknęła głośno ślinę, bo poczuła dosyć silny strach. Szybko spojrzała na okno, pełna przekonania, że teraz ktoś obserwuje ją właśnie stamtąd. Ale nikogo nie było. Odłożyła książkę i naprawdę zaczęła żałować, że nikogo w tym dormitorium z nią nie ma. Ale była Gryfonką, nie mogła teraz schować się pod kołdrę. Wstała i zaczęła chodzić po pokoju, mając nadzieję, że to tylko głupie wrażenie i że nikt zaraz na nią nie wyskoczy. Zamarła, gdy zasłona się poruszyła. Stała w miejscu i patrzyła na nią. Zorientowała się, że nie ma przy sobie różdżki i nie dostrzegła jej nigdzie, chociaż była pewna, że przed chwilą leżała na łóżku. Stała więc i gdy zebrała w sobie odwagę, by zacząć podchodzić do tej zasłony, poczuła, że nie może się ruszyć. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jej ust. Nie wiedziała, czy to przez jakieś czary, czy po prostu strach i zaskoczenie ją aż tak sparaliżowały. Serce podskoczyło jej do gardła, gdy zza zasłony zaczęła powoli wyłaniać się blada, trupia ręka. Chciała zamknąć oczy, ale tego też nie była w stanie zrobić. Potem zauważyła, że zza drugiej zasłony także zaczęła wyłaniać się ręka i ze zgrozą zauważyła, że była to ręka jej samej – nawet z paznokciami pomalowanymi na dokładnie ten sam kolor, który miała teraz, w swojej normalnej, prawdziwej postaci. Blada dłoń zaczęła sięgać po jej dłoń, tą zza zasłony. Gdy ją złapała, pociągnęła ją w swoją stronę.

- Jesteś moja – przemówił ktoś, a jego głos brzmiał jak syk węża. - Twoja dusza jest moja, Hermiono Granger.

I wtedy zasłony rozsunęły się całkowicie. Właścicielem trupiej ręki był Voldemort, który nie patrzył na prawdziwą Hermionę, a tą drugą – tą, na którą patrzyła także zszokowana, prawdziwa Hermiona, która wciąż nie mogła się ruszyć. Tamta Hermiona nie była jednak tą Hermioną prawdziwą. Była inna. Miała na sobie jakąś czarną szatę, ostry makijaż, a w oczach, które wpatrywały się z uwielbieniem w Voldemorta, dostrzegła jakieś szaleństwo pomieszane z pustką. Nie mogła już na to patrzeć. Nie mogła. Nie chciała. Zaczęła krzyczeć, chciała się wyrwać z tego stanu zszokowania, chciała stąd uciec, próbowała krzyknąć. Nim wszystko zniknęło, Voldemort powoli obrócił głowę i spojrzał na prawdziwą, nieruchomą Hermionę.

Granger gwałtownie otworzyła oczy i krzyknęła. Podniosła się i rozejrzała. Jej wzrok natychmiast powędrował ku zasłonom, które były teraz w normalnym stanie i żadna się nie ruszała, żadna nie była rozsunięta. Mimo strachu, szoku i drżenia całego ciała, podeszła do okna i rozsunęła zasłony. Nie było za nimi nikogo. Poczuła, że z jej oczu wypływają łzy. Wpadła w jakąś wewnętrzną histerię, coś zaczęło się tam w środku ruszać. Z niepokojem obeszła całe dormitorium i dopiero po kilku minutach wróciła do łóżka. Nie przestawała się trząść, więc zrozumiała, że te drgania nie są wywołanie już strachem, a czarną magią. Cholera. Ten sen... Schowała twarz w dłoniach. Nie chodziło już o paraliżujący strach, który wciąż czuła, ale o to, co powiedział Voldemort we śnie. Czy to tylko wymysł jej głowy czy jakiś znak od Voldemorta? Czy on ma jakiś dostęp do jej świadomości? Była przerażona. Stwierdziła, że musi przenieść się do Snape'a i zapytać go, co on o tym sądzi. Ten sen NIE BYŁ normalny. Miewała różne, głupie sny, ale miała wrażenie, że ten nie jest stworzony tylko i wyłącznie przez jej wyobraźnie. Nie miała nawet głowy do tego, by włożyć szlafrok, więc teleportowała się do Snape'a tak, jak stała – w szarych szortach i białej podkoszulce. Pojawiła się w jego sypialni, centralnie obok dużego, dwuosobowego łóżka z baldachimem w kolorze szmaragdu.

- GRANGER?! CO DO CHOLERY?

Spojrzała w dół i zobaczyła Severusa siedzącego na łóżku, okrytego kołdrą do połowy torsu. Spostrzegła, że nie miał koszulki, no ale nic dziwnego. Był środek nocy.

- Severusie... - czuła, że zaraz się rozklei. Bała się. Obeszła łóżko naokoło i usiadła w tej drugiej części łóżka, której nie zajmował. - Ładną masz sypialnię – rozejrzała się, jakby chciała choć na chwilę nie myśleć o tym, że musi teraz mu opisać ten koszmar.

- I zjawiasz się tylko po to, żeby mi to powiedzieć?! Wiesz, idiotko, która jest godzina?

Sam nie wiedział, ale mógł się domyślać, że grubo po północy. Spojrzał na zegar. Wskazywał trzecią w nocy.

- Ja... musiałam tu się zjawić – schowała twarz w dłoniach. - Śnił mi się Voldemort.

Z całą dokładnością opisała mu sen i zadała pytanie, czy uważa, że to był jakiś przekaz bezpośrednio od Voldemorta.

- To oczywiste, że on zawarł w twojej przemianie takie sny. To jest już jakby... zaprogramowane, tak, żebyś wiedziała, że jesteś jego.

- Nie jestem! - oburzyła się.

- Ale on chce, żebyś tak uważała. To nie był żaden bezpośredni przekaz. On nie ma dostępu do twojej świadomości. Już wcześniej to wymyślił, wplótł to w twój proces. Nie ma co się przejmować, za niedługo zaczniesz leczenie – odwrócił głowę.

Mówił to wszystko takim tonem, jakby w ogóle go to nie obchodziło.

- Musisz mi dać jeszcze jakieś eliksiry, gdy się obudziłam, znowu się trzęsłam.

- Planowałem podać ci je rano, ale akurat dobrze się składa, że ty się zjawiłaś... - machnął różdżką i z komody wyskoczyła mała torba, a w niej znajdowały się eliksiry przygotowane dla niej.

- Dlaczego? - zdziwiła się.

- Bo i tak bym się nie zjawił – wyjął z torby kilka fiolek, a jedną pustą transmutował w pudełeczko, do której włożył pozostałe, wypełnione fiolki.

- Dlaczego? - tym razem zdziwiła się jeszcze bardziej, ale też trochę zaniepokoiła.

- Bo nie ma sensu, żebyś nadużywała mojego czasu.

- Co ci się znowu stało?

- Nie mam jednak ochoty na twoje towarzystwo – spojrzał na nią, a jego spojrzenie było skute lodem. - Tak trudno ci pojąć, że ktoś nie ma ochoty na twoje towarzystwo? Aż tak wysoko się cenisz?

Gdyby nie to, że była roztrzęsiona, pewnie by już stąd wyszła.

- Dlaczego tak mówisz?

Wyczuł w jej głosie smutek, a w jej oczach zobaczył dziecięcą niewinność i niezrozumienie. Przez chwilę chciał powiedzieć, że żartował, ale potem przypomniał sobie – ta małolata tylko cię wykorzystuje, Snape.

- Bo już nie jesteś mi potrzebna? - rzucił pytającym tonem, jakby dziwił się, że ona o takie coś pyta.

- Przecież sam mówiłeś...

- Tak, Czarnemu Panu też wmawiam, że jestem po jego stronie. Wiele rzeczy ludziom wmawiam i często nie ma w moich słowach ani garstki prawdy. Myślałaś, że jesteś taka wspaniała, że aż ja ci uległem? Jaka ty jesteś naiwna... Cholernie naiwna...

- Jak możesz...? - powoli podniosła się z łóżka i stanęła. Jej oczy były zmrużone, ale dostrzegł w nich to, co zamierzał – cierpienie.

- Mogę. Po prostu – uśmiechnął się delikatnie, ale nie był to dobry uśmiech.

- Tak?

Podeszła do niego i usiadła na skraju łóżka po tej części, po której siedział on. Zbliżyła swoją twarz do jego twarzy.

- W takim razie powiedz mi, że te wszystkie gesty i słowa naprawdę kompletnie nic nie znaczyły. Wyśmiej mnie. Powiedz, że jestem pieprznięta, że ci uwierzyłam. Powiedz, a przestanę brnąć w coś, co mnie tylko niszczy. Ale się zdecyduj. Bo jeszcze nie uwierzyłam w twoje słowa. Sądzę, że znów sobie coś ubzdurałeś i ze względu na swoją pieprzoną dumę, próbujesz mnie okłamać. Jeśli jednak teraz przytakniesz, odejdę i nasze spotkania już nigdy nie przybiorą innej formy, niż ta formalna. Żegnamy się? - zapytała i przy ostatnim pytaniu załamał jej się głos.

W milczeniu patrzył jej w oczy i próbował spojrzeniem przekazać jej, że nie, nie chce, żeby odeszła, że jest jedyną osobą, na której zaczyna mu zależeć, że jeśli ona teraz tego nie zrozumie i pójdzie, to on prawdopodobnie znów przestanie czuć, że ma jakiekolwiek uczucia i będzie liczył się dla niego tylko alkohol. Ale ona nic nie mówiła. Nie zrozumiała. Nie mógł jej tego wszystkiego powiedzieć, mimo że tak bardzo chciał...

- Po co żegnać się z czymś, czego nie ma? - zapytał beznamiętnie.

Teraz zrozumiała. Ale nie tak, jak on chciał. Nie mogła jednak zrozumieć inaczej, niż tylko tak, że faktycznie ją oszukiwał. Mimo że na początku nie potrafiła tego do siebie przyjąć, teraz już wiedziała, że przecież to jest Severus Snape. Człowiek, który przecież zawsze był nie do przyjaźni, nie do miłości, nie do czegokolwiek. Dlaczego usilnie próbowała to zmienić? Ale teraz nie miało to już znaczenia. W takim razie go nie zmieniła. Przegrała. Machnął różdżką i drzwi od jego sypialni otworzyły się, nie czekając więc na więcej, odwróciła się i powstrzymując łzy wyszła przez nie, później przez kolejne i w końcu znalazła się na korytarzu. Puściła się biegiem przed siebie. Modliła się, by nie natknąć się na żadnego nauczyciela, chociaż szczerze wątpiła, by patrole o takiej późnej godzinie ktoś odbywał. Biegła, a z jej oczu ciekły łzy. Zaczęło jej zależeć na tym pieprzonym manipulancie. Miała tyle osób do wyboru, a wybrała właśnie jego. Mogła przecież zacząć przyjaźnić się nawet z Neville'm, ale chciała przyjaźnić się z nim. Z dupkiem z lochów. Gdy teraz o tym pomyślała, po tym wiadrze zimnej wody, którą sam na nią wylał, miała ochotę się zaśmiać. Faktycznie, była przy nim naiwna. Ale obiecała sobie, że to się więcej nie powtórzy. Jeśli jej nie chciał, to nie będzie miał. Cieszyła się, że udało jej się tak szybko opanować. Już niedługo rozpocznie proces leczenia duszy, będzie więc miała czym zająć swój czas. A on? Niech tkwi w tej swojej pieprzonej samotności, jeśli nie chce inaczej.

Snape wiedział, że już na pewno tej nocy nie zaśnie, nawet jeśli weźmie najsilniejszy eliksir. Zamiast tego postanowił się upić i miał już w nosie to, że rano ma lekcje. Pił z butelki, siedząc na skraju łóżka i żałośnie przeklinając co jakiś czas. W myślach błagał Merlina, żeby się nad nim zlitował i pozwolił mu zatrzymać ją przy sobie. Pragnął wtedy, kiedy patrzyła mu w oczy, żeby pozwoliła mu już nic nie mówić, żeby zrozumiała, że tak – jest ważna. Ale jak niby miała to zrobić, jak powiedział jej takie okropne rzeczy?! Kurwa mać. Jak mógł spieprzyć coś takiego? JAK?! Czy ta dziewczyna miała w sobie cokolwiek, co pozwoliłoby jej kogokolwiek wykorzystywać? Może się pomylił? Może zmarnował miłą relację z piękną, cholernie bystrą dziewczyną – która była bystra nawet przed chwilą, gdy powiedziała, że nie wierzy w jego słowa, bo przecież nie były i tak prawdziwe – ze swojej własnej głupoty i dumy?! Chyba jedyne co pozostało, to wmawiać sobie, że to nie było nic ważnego, że ona nie była ważna – będzie przezabawnie. Przeproszenie jej i chęć wrócenia do tego wszystkiego byłaby równoznaczna ze zrobieniem z siebie totalnego pajaca, a na to bynajmniej nie miał zamiaru się zdobyć.

Gdy rano Hermiona obudziła się, spostrzegła na swojej szafce nocnej liścik. Miała ochotę spoliczkować samą siebie za to, że przez jedną chwilę miała nadzieję, że to od Severusa. Szybko jednak rozpoznała pismo Dumbledore'a. Z listu dowiedziała się, że ma stawić się o godzinie dziesiątej w kwaterach Thomasa, które znajdowały się – tu Hermiona aż zachłysnęła się powietrzem – w lochach. Miała jeszcze sporo czasu, postanowiła więc, że zejdzie na śniadanie, gdy Wielka Sala będzie pusta, bo uczniowie będą już na lekcjach. Ubrała się w czerwoną bluzkę z dekoltem i czarne, dopasowane spodnie. Nie będzie się przejmowała, że dała się wykorzystać i jeszcze pokaże Snape'owi, co stracił. Co za palant! Walnęła pięścią w poduszkę, gdy ścieliła łóżko. Jak mógł powiedzieć jej wprost, że ją wykorzystywał? Była wściekła. To doprawdy jedno z najgorszych prawd, jakie może usłyszeć kobieta od mężczyzny. Gdy usiadła na łóżku z książką w dłoni, poczuła mdłości, a jej pięści mimowolnie zaczęły się zaciskać. Na początku ją to przeraziło, bo trudno było się przyzwyczaić do czegoś takiego, ale od razu wstała i podeszła do swojej komody, w której trzymała torbę z eliksirami. Wypiła te przeznaczone na dziś i poczuła się lepiej. Wróciła więc na łóżku i przeczytała kilka rozdziałów książki. Gdy zegarek wskazywał za dwadzieścia dziesiątą, usiadła przy lusterku i zrobiła lekki makijaż, a włosy wygładziła i związała w wysokiego kucyka. Miała nadzieję, że jeszcze dzisiaj spotka Snape'a i przejdzie koło niego z najpiękniejszą obojętnością, na jaką było ją stać. Czekał ją wspaniały miesiąc bez przejmowania się zajęciami i chociaż na początku był to dla niej dramat, teraz z uśmiechem spojrzała na słońce za oknem i była wdzięczna, że mogła choć trochę od wszystkiego odpocząć. Cóż. Te eliksiry naprawdę działały. Z pogodnym nastawieniem zeszła do Wielkiej Sali, która była pusta. Usiadła przy stole i zjadła kilka kanapek, po czym popiła je pospiesznie herbatą i zeszła do lochów. Stanęła przed kwaterami Lewisa dokładnie o dziesiątej. Zapukała.

- Witaj, Hermiono – Thomas otworzył drzwi, uśmiechnął się i zaprosił ją gestem do środka.

- Cześć – odwzajemniła uśmiech i weszła.

Thomas ubrany był w szarą koszulkę i ciemne jeansy. Naprawdę zdumiał ją jego styl ubierania się. Inaczej go sobie wyobrażała, zanim go pierwszy raz zobaczyła. Musiała jednak przyznać, że spotkało ją miłe zaskoczenie, ponieważ ten facet był naprawdę, naprawdę przystojny. Przejechał dłonią po ciemnych włosach i wskazał jej fotel. Salon był mały, ale gdyby nie to, że nie było tu okien, w ogóle by zapomniała o tym, że są w lochach. Znajdowało się tu dużo roślin, ściany były jasne, było ciepło.

- Dzisiaj tylko pogadamy, a do działania przejdziemy jutro, w porządku?

- Jasne.

Zajął fotel naprzeciw niej, a po chwili z innego pomieszczenia przyleciały filiżanki z herbatą i ustawiły się na stoliku, który ich dzielił.

- Chciałbym zacząć od tego, że musisz mi wszystko mówić. O każdej głupiej objawie, dziwnej myśli, która, według ciebie, nie była jakby twoja. O wszystkim, co robi w tobie czarna magia.

- To już w sumie mam, co opowiadać. Miałam dzisiaj w nocy dziwny sen...

I opowiedziała mu o tym samym śnie, który opowiadała Severusowi.

- I co z tym zrobiłaś? Jak zaczęłaś się trząść, gdy się obudziłaś?

- Ja... - przygryzła wargę. - Poszłam do mojego profesora, który daje mi eliksiry. Opowiedziałam mu to wszystko i poprosiłam o eliksir, chociaż gdy się tam pojawiłam, to już mi wszystko minęło, byłam jedynie trochę... roztrzęsiona. A eliksiry zażyłam dziś rano, ponieważ znowu nie czułam się najlepiej.

- Wolałbym, żebyś to do mnie przychodziła po takich snach, ponieważ ja te eliksiry jeszcze dzisiaj będę miał i chciałbym mieć kontrolę dokładną nad tym, co zażywasz, dlatego od dziś ja ci je będę podawał.

- Chętnie na to przystanę – ucieszyła się, że nie będzie musiała prosić o te eliksiry Snape'a.

- Z profesorem Dumbledore'em ustaliliśmy, że za jakiś czas przez kilka dni będziesz mieszkała tutaj, u mnie, ponieważ będzie to taki etap badań, kiedy będę musiał cię mieć całą dobę pod obserwacją. Może od razu cię oprowadzę? Jest już przygotowany pokój dla ciebie – uśmiechnął się zachęcająco i wstał.

Pokiwała głową i uśmiechnęła się, chociaż nieco zaskoczyło ją to, że tu będzie trochę mieszkała. Także wstała i za Thomasem udała się do drugiego pomieszczenia, który był małą biblioteczką z biurkiem w jednym rogu, i kręconymi schodami w drugim. Wspięli się po nich na górę i znaleźli się w małym korytarzu, który prowadził do trzech różnych pomieszczeń. Weszli do pierwszego, w którym znajdowała się łazienka. W kolejnym była sypialnia Thomasa, a w ostatnim – Hermiony.

- Całkiem przyjemnie tu wszystko urządzone – przyznała.

- O, tak. Też mi się podoba – powiedział, gdy schodzili na dół. - No i na górze, w sypialniach, są okna, czego zdecydowanie brakuje mi tutaj – zaśmiał się, wracając do salonu.

- W takim razie musisz spędzać więcej czasu w sypialni niż tutaj – wypaliła i miała ochotę zapaść się pod ziemię, gdy pod wpływem jej słów, Thomas spojrzał na nią dwuznacznie.

- Dzięki za radę, dobry pomysł – puścił jej oczko, co spowodowało u niej lekkie zaczerwienienie się.

Zajęli z powrotem fotele i napili się herbaty, która zdążyła już nieco wystygnąć.

- Teraz opowiem ci o przebiegu badań, jak to wszystko będzie wyglądało, jak będziemy to z ciebie ściągać – powiedział i spojrzał na jej bluzkę.

Znów się zaczerwieniła i spuściła wzrok, na co on uśmiechnął się.

- Więc czarną magię, będziemy ściągać – znów uśmiech z jego strony – w następujący sposób: od jutra zacznę różnymi sposobami badać aktualny stan twojej duszy, twój umysł, twoje myśli, twoje reakcje. Gdy będziemy już wiedzieli, w jakim stopniu rozwoju jest w tobie czarna magia, przejdziemy do działań i stopniowo, różnymi zaklęciami i czarami będziemy ją usuwać. Następnie będą czekać cię pewne testy psychologiczne, które pozwolą nam stwierdzić, czy ona faktycznie znika albo zniknęła albo czy jest jednak coś jeszcze, czego nie wykryliśmy. Później, gdy się okaże, że czarna magia się cofnęła bądź cofa, zaczniemy regenerację twojej duszy. Chodzi po prostu o to, żeby była taka, jaka przed przemianą. Usuniemy wszelkie śmieci, które mógł zostawić ten proces, w postaci jakichś niepokojących stanów, snów, wizji.

- Wszystko brzmi dosyć banalnie – mruknęła.

- Teraz tak, ale to wcale nie jest takie proste. Szczerze, najtrudniejszy jest ten pierwszy proces – badanie. Ale nie mogę ci powiedzieć, jak to będzie wyglądać, ponieważ to musi być bardziej z zaskoczenia. Te badania będą trwały najdłużej, inne etapy nie są takie czasochłonne. Właśnie w jakiejś połowie tych badań się tutaj wprowadzisz.

- I na to wszystko wystarczy miesiąc?

- Tak, wystarczy. I nawet powiem więcej – MUSI wystarczyć. Inaczej możemy później już tego nie odwrócić. Ale spokojnie – uśmiechnął się, gdy w jej oczach zobaczył niepewność i strach. - Na pewno zdążymy. Obiecuję. I to w sumie wszystko na dziś.

- Dziękuję bardzo za informacje i herbatkę – wstała i odstawiając filiżankę na niski stolik, pochyliła się do przodu, a jego oczy znalazły się na równi z jej wyeksponowanym dekoltem, który z tej perspektywy wyglądał kusząco.

Sama nie wiedziała dlaczego, ale odczuła jakąś satysfakcję, gdy czuła na sobie jego wzrok.

- Oprowadzisz mnie wieczorem po zamku? - zapytał i również wstał, gdy się wyprostowała.

- Czemu nie? - uśmiechnęła się. - W takim razie będę po ciebie około dwudziestej. Całe szczęście, że Prefekt Naczelna i członkini tajnej organizacji, o której profesor Dumbledore na pewno ci powiedział, mam pewne miłe przywileje u nauczycieli i nie muszę wracać tak wcześnie do wieży.

- Moja droga, dzięki naszym badaniom nakaz wracania wieczorem do dormitorium jest z ciebie całkowicie zdjęty przez najbliższy miesiąc. Dyrektor wie, że są sytuacje, w których będziesz musiała się u mnie znaleźć, jak na przykład te sny i objawy, nawet w nocy.

- Och, to wspaniale. Takie przechadzki po Hogwarcie w nocy i to legalne... To na pewno jest coś. Ale nie mogę niestety sama ich sobie urządzać, profesor Dumbledore i profesor McGonagall by mnie chyba zabili. Nie mogę się narażać. Zawsze może mnie ktoś zaatakować, a jestem celem Voldemorta.

- To zrozumiałe, że nie możesz – odprowadził ją do drzwi. - Ale jeśli pospacerujesz sobie ze mną, będziesz raczej bezpieczna – uśmiechnął się.

- No tak... Raczej będę – odwzajemniła uśmiech. - Naprawdę jestem tobą zaskoczona. Jesteś niezwykle miły dla mnie.

- Trudno, żebym nie był, dla tak pięknej, młodej, inteligentnej damy... - zachichotał.

- Spadam, póki całkiem nie spłonę i nie zamienię się w chodzącego pomidora! Do zobaczenia wieczorem!

Ucałował jej dłoń i otworzył drzwi. Z uśmiechem wyszła z jego kwater i udała się do swojej wieży. Miłe słowa Thomasa i jego zachowanie trochę łagodziły ból, jaki zadał jej Severus. Po prostu lał miód na jej serce! Wiedziała jednak, że może się również i na nim zawieść, więc postanowiła sobie, że na razie da sobie spokój z szukaniem osób, które będą przy niej. Po prostu musi radzić sobie sama. Często czuła się samotnie, nawet gdy miała u boku Harry'ego i Rona, więc to nie powinno jej robić większej różnicy. Ale nie. Stop. Oni jednak byli. Po prostu byli obok. A teraz ich nie ma. I nadal nic nie wiadomo.

Severus w podłym nastroju wyruszył na patrol korytarzy. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta, więc teraz tylko jeszcze jakieś dwie godziny łażenia tymi ciemnymi korytarzami i rozmyślania nad wszystkim. Raz w miesiącu wypadał mu patrol, a mimo wszystko nie cierpiał tego. Co prawda miał okazję do odejmowania napotkanym osobom punktów, ale takie chodzenie bez większego celu bardzo go nudziło. Zawsze podczas takich przechadzek jego myśli uciekały gdzieś daleko i często dochodził do jakichś dziwnych refleksji. Bał się, co też wymyśli dzisiaj. A bardzo dobrze wiedział, o czym będzie myślał. A raczej – o kim. Hermiona cały dzień siedziała w jego głowie. Widział dzisiaj, że była uśmiechnięta, wyglądała olśniewająco. Naprawdę w ogóle nie przejęła się tym, że zakończyli znajomość? Czy po prostu tak świetnie to ukrywała? W sumie to sam zaczął się zastanawiać, czego oczekiwał i co chciał osiągnąć. Może przez swoją jedną z okrutniejszych odsłon miał nadzieję, że zobaczy ją płaczącą gdzieś w kącie? Wiedział jednak, że nie byłoby to w jej stylu. Nawet jeśli teraz tą dziewczyną targała silna, czarna magia, nie zapomniałaby o swojej dumie i chęci pokazania, że tak naprawdę nic ją nie boli. I tego był pewien. Na pewno cierpiała, ale nie chciała mu tego okazać. Przynajmniej przez chwilę był tego pewien, dopóki...

- Naprawdę? - usłyszał znajomy śmiech, który ostatnio często dźwięczał w jego kwaterach. - Ale chyba nie poszedłeś z tym do niej?

- Proszę cię! - rozpoznał głos Lewisa, z którym miał przyjemność porozmawiania dziś rano. - Musiałem. Nie mógłbym wytrzymać z taką teściową. Musiałem powiedzieć jej, że po prostu nie dam rady tkwić dalej w związku, w którym czołową pozycję zajmuje jej matka.

- Och, zmarnowałeś taką szansę na miłość – odparła Hermiona. - Mogłeś po prostu na spokojnie to wyjaśnić...

- W sumie... Tak teraz myślę, że i tak nic z tego by nie wyszło. Dobrze, że tak to się skończyło. Gdy ją zobaczyłem pierwszy raz, nic mnie do niej nie ciągnęło, a wiesz... Jak widzi się kogoś pierwszy raz, to powinno już coś przyciągać. I sam się o tym przekonałem.

Snape wyłonił się zza rogu i zobaczył Hermionę, uczesaną w koka, w czarnej spódniczce i białej koszulce oraz Thomasa, ubranego w koszulę i skórzaną kurtkę. Opierali się o parapet i patrzyli przez okno.

- Przekonałeś się? - odwróciła głowę w jego stronę. Stali bardzo blisko siebie.

Severus nie chciał dłużej na to patrzeć. Odwrócił się i szybkim krokiem odszedł. Jak tchórz, który woli zostawić kobietę, na której mu zależy, obok innego mężczyzny. Dlaczego? Bo sam zawalił i nawet nie miał odwagi się do tego przyznać i ją przeprosić. Patrolując korytarze jeszcze kilka razy słyszał jej głos. Była taka zadowolona. Cały czas się śmiała. Może ta decyzja o odsunięciu jej od siebie nie była taka zła? Zdumiało go jedynie to, że tak szybko i łatwo dała radę go zastąpić.