Rozdział dziesiąty: Unia zwycięzców


- Nie żartowałeś, gdy mówiłeś o tym całym „wyższym poziomie".

Irisi otarła pot z czoła, oddychając ciężko i nierówno. Od prawie dwóch godzin trenowała walkę na miecze z Lachlanem. Dziewczyna nie nazywała tego jednak w ten sposób – jak dla niej była to szalona mieszanka szermierki, akrobatyki i czegoś niebezpiecznie graniczącego z parkourem.

- Ja nigdy nie żartuję, gdy w grę wchodzi trening. – odpowiedział Lachlan, uśmiechając się przy tym zawadiacko. – Radzę ci do tego przywyknąć. Już wkrótce będziesz skazana na mnie na długie, długie lata.

Irisi zaśmiała się, rozbawiona tymi słowami. Wywołała tym szeroki uśmiech na twarzy Lachlana. Chwilę później wznowili przerwany na moment trening.

Dziewczyna nie zamierzała okłamywać ani siebie, ani Lachlana – ostatnie dni zbliżyły ją do niego. Wreszcie przestawała uważać go za swojego wroga, a zaczynała traktować jak partnera. On sam z kolei zaprzestał w końcu traktowania jej jak „zwykłą śmiertelniczkę". Niezmiernie przypadło jej to do gustu. Wreszcie czuła, że Lachlan szanuje ją nie za to, kim lub czym jest, ale za to, co faktycznie potrafi.

Irisi uskoczyła zwinnie przed kolejnym atakiem Lachlana. Złapała się pobliskiej poręczy i przeskoczyła ponad nią. Mężczyzna ruszył za nią, z łatwością przeskakując ponad przeszkodą. Irisi dobiegła do ściany i oparła się o nią jedną nogą, jednocześnie obracając się przodem w stronę Lachlana. Następnie z całej siły odepchnęła się od przeszkody i skoczyła na mężczyznę. Zaskoczyła go tym. Lachlan w ostatniej chwili uniósł miecz, blokując szybki atak Irisi.

- Bardzo dobrze. – pochwalił ją. Irisi po chwili odsunęła się od niego i obniżyła miecz. Lachlan zrobił po chwili to samo. Przez chwilę stali w milczeniu, obserwując się uważnie nawzajem. Lachlan z jakiegoś powodu uśmiechał się przez cały ten czas. – Robisz bardzo szybkie postępy. Już wkrótce będziesz gotowa do stawienia czoła Garudzie.

Całkiem nieźle się dogadujemy. – pomyślała dziewczyna, gdy kilka minut później zakończyli już wspólny trening. – Być może jednak to małżeństwo nie zakończy się kompletną katastrofą. Może jednak będzie znośne. Cholera… może nawet będzie bardziej niż znośne. Może wytrwamy w nim dłużej niż te trzy, cztery planowane lata.

Resztę dnia Irisi spędziła w swoim pokoju, czytając zaległe pozycje z listy książek, które chciała przeczytać do końca tego miesiąca. Spędziła na tym resztę popołudnia i cały wieczór. Kończyła właśnie czytać jedną z książek, gdy usłyszała pukanie do drzwi jej pokoju.

- Kto tam? – spytała się, mimo że domyślała się już, kto stoi po drugiej stronie.

- Lachlan. – odpowiedział jej znajomy głos. – Czy mogę wejść?

- Pewnie. – odpowiedziała od razu dziewczyna.

Lachlan wszedł do środka chwilę później. Powoli podszedł do łóżka, na którym siedziała Irisi, i usiadł ostrożnie na samym brzegu.

- Jak się czujesz po dzisiejszym treningu? – spytał się cichym głosem. Irisi zmarszczyła nieznacznie brwi, zdezorientowana, dlaczego Lachlan pytał się jej o takie błahostki, ale po chwili doszła do wniosku, że nie powinna się tego czepiać.

- Całkiem nieźle. – odpowiedziała dziewczyna. – Jestem trochę zmęczona, ale idzie mi coraz lepiej. Ale to chyba przecież już wiesz. – dodała po chwili.

- Faktycznie. – przyznał Lachlan, uśmiechając się kątem ust. – Idzie ci naprawdę dobrze. Jeśli tylko ciągle będziemy tak dobrze współpracować, to Garuda nie będzie miał z nami żadnych szans.

- Do czego dążysz, Lachlan? – spytała się otwarcie Irisi. Widziała, że mężczyzna ewidentnie kluczy wokół jakiegoś tematu, ale nie wie do końca, jak się do niego zabrać. – Mów śmiało. Może cię nie zatłukę. – tu dziewczyna uśmiechnęła się łobuzersko. Lachlan zaśmiał się cicho, słysząc to.

Matko kochana, jaki on dzisiaj jest miły i… normalny. Aż chwilami się tego boję.

- Chodzi o nasz ślub. – powiedział w końcu mężczyzna. Irisi momentalnie zamarła, słysząc to. Tysiąc myśli przeleciało jej przez głowę, głównie tych złych. Przede wszystkim zaczęła myśleć o tym, że Lachlan chce jednak to wszystko odwołać. – Liczę na to, że wciąż nie chcesz się z tego wycofać. – dodał następnie. Irisi, zaskoczona, zamrugała tylko powiekami. Nie miała bladego pojęcia, co powinna teraz odpowiedzieć. – Bo ja sam, prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie w tej chwili już innej kandydatki na żonę.

Wow. No nieźle. Irisi wciąż nie była w stanie nic z siebie wykrztusić. To wyznanie kompletnie ją zaskoczyło i zdezorientowało.

- Ja… nie, nie planuję się wycofać. – wydukała w końcu słabym głosem. Lachlan uśmiechnął się lekko, słysząc to.

- To bardzo dobrze. Cieszę się z twojej decyzji. – powiedział Lachlan. – Dobranoc. – dodał na koniec. Irisi tylko skinęła głową, wciąż nieco zdezorientowana i zagubiona. Tuż przed wyjściem jednak Lachlan odwrócił się z powrotem do Irisi, spojrzał się na nią uważnie, po czym zrobił krok w jej stronę i nachylił się w jej stronę i pocałował ją delikatnie w czoło. Następnie wyszedł z pokoju szybkim krokiem, zostawiając Irisi na powrót samą.

Dziewczyna jeszcze przez długi czas siedziała nieruchomo, porażona tym, co się właśnie stało. W końcu powoli podniosła dłoń i dotknęła nią swojego czoła.

Co właśnie, do licha, miało tu miejsce?


- I co my możemy jeszcze z nią zrobić, co? – spytała się Bo słabym głosem. Od prawie godziny ona, Dyson, Kenzi i Hale siedzieli w barze Tricka i dyskutowali z nim na temat Irisi. – Coś ewidentnie jest przecież z nią nie tak.

- Trudno się z tym nie zgodzić. – przyznał Dyson. – Tak coś czuję, że jej ojciec coś przed nią ukrył. Po tym, jak Garuda tak nienaturalnie się nią zainteresował, od razu zacząłem podejrzewać, że może ona nie być do końca człowiekiem.

- Też odniosłem podobne wrażenie. – odpowiedział na to Trick. – Dlatego tuż po naszym „spotkaniu" z Garudą zacząłem nieco szperać w starych archiwach. Próbowałem znaleźć coś, co powiązywałoby Irisi z jakimś nadprzyrodzonym rodem lub istotą.

- I co, znalazłeś coś? – spytała się momentalnie Kenzi.

- Niestety, jeszcze nic nie udało mi się znaleźć. – odparł mężczyzna. – Udało mi się tylko znaleźć informację o tym, że jej matka zniknęła w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach, gdy Irisi miała niespełna rok. Ale… w sumie lepsze to, niż nic. – dodał po chwili. – Zawsze to jest jakiś punkt oparcia. Być może kryje się za tym coś więcej.

- Sugerujesz, że to właśnie jej matka może mieć jakieś koneksje z naszym światem? – zapytał się Dyson.

- Jestem tego prawie w stu procentach pewien. – odpowiedział mu na to pytanie Trick. – Sądzę, że ta kobieta posiada wszystkie odpowiedzi na pytania dotyczące prawdziwego pochodzenia Irisi.

- Trudno będzie ją znaleźć, skoro zaginęła tyle lat temu. – zauważył słusznie Dyson. – Być może trzeba będzie poszukać odpowiedzi na te pytania u nieco innego źródła.

- Innego, to znaczy jakiego? – spytała się Kenzi. Dyson i Trick spojrzeli się po sobie, nim nie odpowiedzieli w tym samym czasie.

- U jej ojca. – powiedzieli razem.

- Fajnie, cudnie. – mruknęła Bo. – Wiemy, gdzie gość się teraz znajduje. Pozostaje tylko kwestia wyduszenia czegoś z niego.

- Zostawcie to mnie. – powiedział niespodziewanie Dyson. Bo uniosła wysoko brwi, zaskoczona jego nagłym entuzjazmem w tej sprawie. – Sam się z nim rozmówię. Zrobię wszystko, co tylko się da, aby odkryć prawdę na temat Irisi.

- Łał, Dyson, aleś ty się zawziął na to. – zażartowała Kenzi. – A czemuż to tak bardzo chcesz to z niego wyciągnąć?

Wilkołak tylko chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią na to pytanie.

- Bo chcę ją ochronić przed niebezpieczeństwem, jakie czyha na nią ze strony Garudy. – powiedział. – Bez względu na to, czego on od niej chce… wiem, że muszę ją przed nim obronić. Czuję, że tak trzeba. I że to właśnie ja muszę to zrobić.