Witam:)
Dziękuję Siwiutka85, LadyJully, Natty0, velvetvampire16 za wasze opinie. Jak teraz patrzę na tamten rozdział to wiele bym zmieniła, ale jak to się mówi jest już po ptakach czy jakoś tak (nigdy nie byłam dobra z przysłów);). Zbliżamy się już do finału i epilogu. W zamyśle miało być 12 rozdziałów, ale wyjdzie z pewnością więcej. Kto wie, może czternaście? Mam nadzieję, że odc. 8 wypadnie lepiej niż poprzedni=).
Chapter 8
Musisz odnaleźć nadzieję
i nie ważne, że nazwą Ciebie głupcem.
~Hey: Moja i Twoja nadzieja
PW: Jasper
Noc była wymarzoną porą dla drapieżników. Pozwalała pozostać niezauważonym przez ofiarę. Dawała możliwość usłyszenia najlżejszego zakłócenia sennej ciszy. Blade światło gwiazd było wystarczające tylko dla osobników o wyostrzonym wzroku. Dla mnie, wampira, pora polowania nie miała znaczenia. Potrafiłem zakraść się do ofiary równie dobrze w dzień, jak i w nocy.
Błogosławiłem w myślach tutejszych leśników, którzy wypełniając paśniki sianem zwabili do okolicznych lasów całkiem spore stadko jeleni. Miałem już dość zajęcy, więc z ulgą przyjąłem tę miłą odmianę. Przyczaiłem się na dorodnego samca, skoczyłem i zatopiłem zęby w jego miękkim karku. Moje marmurowe ciało z radością przyjęło nową porcję krwi. Zwierzę niedługo stawiało opór. Pozostawiłem martwego jelenia na leśnej ściółce. Wytropiłem następnego roślinożercę i dalej zaspakajałem swoje pragnienie.
***
Wracałem z polowania zadowolony. Czułem się pełny, nawet aż za bardzo. Nie chciałem zbyt szybko dojść do domu. Od przyjazdu Tanyi Nessie była wciąż nie w humorze, Edward jak zawsze bez zmian, Carlisle martwił się o babcię Jenny, Esme martwiła się o wszystkich, a Alice… Moja kochana Alice z każdym dniem stawała się coraz bardziej zaniepokojona i zamyślona. Tłumaczyła, że nie rozumie swoich wizji, gdyż zamiast przyszłości widziała przeszłość – Bellę w ogniu, choć w nieco innej scenerii. Bella z wizji wcale nie krzyczała, tylko uśmiechała się. Płomienie spowijały całą jej postać, a ona jedynie wpatrywała się w jakiś punkt przed sobą. Mój brat nie potrafił oglądać tych wizji ze spokojem, często wychodził do… Jacoba. Jake chyba jako jedyny pozostał nadal taki sam w ciągu tego miesiąca: w głębi duszy smutny z powodu śmierci Belli, zawsze troszczący się o szczęście Renesmee oraz opanowany i poważny dopóki nie zobaczy ukochanej albo Rosalie. Z tą ostatnią na szczęście nie mógł się zobaczyć. Po dwudziestu pięciu latach wspólnego mieszkania miałem dość wszystkich dowcipów o blondynkach i docinków Rose.
Przystanąłem na jakiejś dzikiej, małej plaży ukrytej między skałami. Ocean tej nocy był bardzo spokojny, delikatny szum działał na mnie kojąco. Potrzebowałem wyciszenia po dzisiejszym wyjeździe Tanyi. Wampirzyca zaraz po polowaniu oznajmiła, że wyjeżdża. Kłębiło się w niej tyle różnych emocji: zdenerwowanie, obawa, niepokój, niedowierzanie i wyrzuty sumienia - takie, które pojawiają się często po wypiciu ludzkiej krwi. Nie wiedziałem, co zrobić z tym ostatnim uczuciem. Denali miała złote oczy, więc nie było mowy o zmianie diety. Choć po głębszym zastanowieniu, doszedłem do wniosku, że owe odczucie zdawało się być jedynie echem, wspomnieniem popełnionych czynów. Na pożegnanie Tanya powiedziała tylko: „ Obserwujcie Jennifer Smith. Może okazać się kimś innym niż myślicie". Nie wiedzieliśmy, co z tym zrobić.
Morska bryza dotarła do moich nozdrzy, przynosząc ze sobą kuszący zapach. Usłyszałem głos Belli:
- Edwardzie, nie odchodź…
Ten znajomy głos… Czy to możliwe? Dlaczego miałem wrażenie, że tak? Odwróciłem się gwałtownie i pobiegłem w tamtą stronę. Odżyła we mnie nadzieja, głupia wiara, że może moja siostra przeżyła, że ciało, które znaleźliśmy nie było jej… Co za dziwne myśli przychodziły nocą. Zorientowałem się ze swojej pomyłki dopiero widząc przed sobą dom Jenny. No tak. Ten sam głos. Jakie to frustrujące…
- Słyszałeś, co powiedział Laurent. Stwierdził, że James pokona każdego.*(AN: Zmierzch s. chyba 338)
Zamarłem. Znałem te słowa. Bella wypowiedziała je tamtego dnia w Phoenix. Jak Jenny…? Czy o to chodziło Tanyi? Poszedłem na tył domu. Wskoczyłem na balkon, który na szczęście był otwarty i wszedłem do pokoju dziewczyny. Jenny spała pośrodku dużego łóżka, zwinięta w kłębek. Bała się, tak samo jak Bella wtedy… nie o siebie, tylko o moją rodzinę.
- A jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli się przypadkiem rozdzielą?* (AN: Zmierzch s. 338)
Jak to możliwe, żeby ona śniła cudze wspomnienia? Dlaczego mówi dokładnie to, co Bella? Słowo w słowo? Podszedłem do niej bliżej. Przecież to niemożliwe. Jej sen się zmienił, oddech uspokoił się. Po chwili wymamrotała:
- Serwuj, Luke.
Może jednak to nie miało żadnego związku z moją siostrą? Może ona śniła o kimś, kogo znała w L.A. Zacząłem sobie wyobrażać różne możliwości tego snu. Wariantów były miliony, choć nie wszystko pasowało z tą drugą wypowiedzią. Obserwowałem jak na twarzy Jenny wykwita delikatny uśmiech. Kosmyk złotych włosów opadł jej na twarz. Śniąc próbowała go strzepnąć. To było fascynujące i wreszcie rozumiałem Edwarda, który całe noce spędzał na podziwianiu swojej śpiącej ukochanej. Ostrożnie, żeby nie dotknąć moimi lodowatymi palcami jej skóry, odgarnąłem złoty kosmyk. To był błąd.
Jenny obudziła się gwałtownie, prostując do pozycji siedzącej. Nie miałem szansy uciec, bo patrzyła wprost na mnie, mrugając zaspanymi oczami. Co dziwne, nie była zaskoczona. Może myślała, że wciąż śpi?
- Jasper, udało mi się? – spytała.
Patrzyłem na nią zdziwiony. O czym ona mówiła? Zdecydowanie bredziła.
- Przeżyłam, a on nie? – pytała, ziewając.
- Kim jest on?
- Jocham. Nie pamiętasz, Jasper?
Jak mógłbym nie pamiętać? Tylko co ona miała z tym wspólnego?
- Rozpalisz ogień? – spytała cicho. – Zimno tu.
Przymknęła oczy.
- Przecież boisz się ognia.
Wzruszyła ramionami.
- Rozpal coś.
- Nie.
Nie wiedziałem do czego prowadzi ta rozmowa i co Jenny próbuje zrobić, jednak w tej kwestii musiałem być stanowczy. Nie zapomniałem jej ataku ostatnim razem.
- W takim razie, żegnaj Jasper. Dziękuję, że kryłeś mnie i nie pozwoliłeś nikomu przeszkodzić mi w zabiciu Jochama – wymamrotała cicho, poczym opadła z powrotem na poduszki, zapadając w sen.
Nie trzeba posiadać daru wykrywania emocji, żeby dowiedzieć się, co czułem w tamtej chwili. Wiedziałem, że wszystkie uczucia wyraźnie wymalowały się na mojej twarzy. Tak, głęboki szok trudno ukryć. Ostatnie słowa Jenny… one… nie mogły być jej. Przecież była tylko zwykłą nastolatką z wielkiego miasta. Nie miała pojęcia o tym, co działo się siedemnaście lat temu w świecie wampirów. Pamiętałem ten dzień i cały czas zastanawiam się, czy podjąłem słuszną decyzję.
- Jasper? Zapolujemy? – spytała Bella.
- Jasne – uśmiechnąłem się lekko.
- Pójdę z wami – powiedział Edward.
- Nie ma takiej potrzeby – odparła odrzucająco jego ukochana.
Zabolały go te słowa, a nas wszystkich zdziwiły. Jednak nie protestowałem. Pobiegliśmy w górną partię lasu, gdzie były ulubione zwierzęta Belli – górskie lwy. Miała do nich szczery sentyment, a poza tym nie smakowały najgorzej. Po zaspokojeniu głodu, chciałem wracać, ale siostra zatrzymała mnie.
- Chciałam z tobą porozmawiać na osobności, dlatego nie pozwoliłam Edwardowi iść z nami – wyjaśniła.
- O co chodzi?
- O przyszłość naszej rodziny.
Każdego dnia myślę, czy można to było rozegrać inaczej. Czy faktycznie istniało tylko jedno wyjście. Jednak nie ma nikogo, kto mógłby mi odpowiedzieć.
PW: Jennifer
Obudziłam się nadzwyczaj wypoczęta. Przez chwilę próbowałam sobie przypomnieć jakiś sen, ale bez skutku. Był chyba o siatkówce… a może o Jasperze? Cóż, im bardziej się wysilałam, tym mniej pamiętałam, więc przestałam się zadręczać. Spojrzałam na zachodnią ścianę pokoju i myślałam, że szlag mnie trafi. Kto normalny zostawia w grudniu otwarty balkon?! Miałam po dziurki w nosie swojego niekontrolowanego zachwytu nad wiatrem i jego usypiających właściwości.
Poranek przebiegł w nerwowej atmosferze. Martwiłam się o zdrowie babci, która coraz częściej miała ataki kaszlu i chwytała się za brzuch, choć nie przyznawała mi się, żeby coś ją bolało. Poza tym denerwowałam się tą sprawą z Jasonem. Niecierpliwie czekałam na wieści od Luke'a, ale nic nie przychodziło.
W szkole zauważyłam, że Matt dziwnie się zachowuje. Był jakiś taki cichy, małomówny. Nie wiedziałam, o co chodzi, jednak miałam dość własnych problemów na głowie. Jedyne z czego się cieszyłam tego dnia to ładna pogoda. Wreszcie świeciło słońce! Chciałam wyciągnąć dokądś Alice i Nessie. Rozczarowana zauważyłam, że oprócz Renesmee, do szkoły nie przyszedł żaden Cullen. Moja przyjaciółka wyjaśniła, iż Jasper z siostrą są chorzy. Cóż, bywa i tak. Na lunchu zaprosiłam Nessie do stolika mojej stałej paczki z Candy, Mattem i resztą.
- Co powiecie na „Noc umarłych"? – zaproponowała Cynthia, przeglądając kinowy repertuar.
- A, słyszałem o tym – ożywił się David. – Podobno niezły horror.
- To co, idziemy? – spytała Betty.
- My nie – odparłam za siebie i Renesmee, która spojrzała na mnie uśmiechając się krzywo. Instynktownie zachowywałam się w stosunku do niej nadopiekuńczo, bardziej jak matka niż przyjaciółka, a przynajmniej tak twierdzili wszyscy, którzy nas znali. Osobiście niczego takiego nie zauważyłam.
- Bez Jenny ja też nie idę – dodał Matt.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Prędzej spodziewałam się, że wymieni imię Nessie.
Cynthia oznajmiła, że w takim razie też nie pójdzie (skrycie podkochiwała się w Macie), a przez to nasze wspólne wyjście do kina spełzło na niczym.
- Co sądzicie o „Klejnot Pandory"? – zaproponowała Betty.
- O czym to jest? – spytał Tom.
- Jakiś przygodowy, podobno fajny. Oo i gra w nim Jackson Cane! – odpowiedziała Cynthia, czytając repertuar.
- W takim razie chodźmy na to – poparła Nessie.
Wszyscy się zgodzili, więc ustaliliśmy, że pójdziemy w piątek.
W domu uderzył mnie radosny humor babci. Krzątała się w kuchni nucąc jakąś starą piosenkę. W takich momentach nie wyglądała na chorą, wierzyłam, że nic jej nie będzie.
***
Dni mijały. Zbliżało się Boże Narodzenie. Z babcią było raz lepiej, raz gorzej. Na święta przyjechali moi rodzice. Strasznie ucieszyłam się z ich wizyty, bo bardzo za nimi tęskniłam. O Jasonie wciąż nie było nowych wiadomości. Cały czas policja znajdywała od czasu do czasu nowe ciała, jednak sprawców nie zdołano namierzyć. Wigilię spędziliśmy bardzo kameralnie, jedynie we własnym gronie. Po uroczystej wieczerzy śpiewaliśmy kolędy. Dużo opowiadałam podczas świąt o szkole, przyjaciołach. Rodzice cieszyli się, że tak łatwo zaklimatyzowałam się w nowym miejscu.
***
Był 29 grudnia 2033 roku. Mama i tata musieli już wyjechać, gdyż urlop mieli tylko na święta. Wyszłam pospacerować po plaży. Śnieg stopniał akurat przed świętami, a teraz był tylko mróz. Ani śladu białego puchu. Ostatniej nocy nawiedził mnie dziwny sen o mnie i Aniele. Spotkałam go w szkole, ale on mnie nienawidził. Uciekł przede mną i przez długi czas nie chodził na lekcje. Potem uratował mnie przed jakimś samochodem, który chciał mnie staranować. Na koniec pojechałam na plażę i spotkałam pana Blacka, tylko młodszego. Bardzo dziwny sen.
Wróciłam do domu w porze obiadu. Babcia od rana była bardzo blada. Nałożyła mi zupę oraz drugie danie, poczym wyszła z jadalni. Po posiłku, idąc przedpokojem usłyszałam jej kaszel dobiegający z sypialni. Od razu skierowałam swe kroki do tego pomieszczenia. W środku zobaczyłam babcię kaszlącą, plującą krwią do miski.
- Trzeba zawołać doktora Cullena – postanowiłam. Nie ukrywałam, że przeraził mnie stan Ginewry. Chciała protestować, ale nie słuchałam jej. Nie tym razem.
PW: Jasper
Czas mija nieubłaganie. Nawet będąc nieśmiertelnym czuję jego ślady. Doświadczenie przybywa, choć pewne rzeczy pozostają, niestety, niezmienne, na przykład stan Edwarda. Czasami zastanawiam się, czemu mój brat musi przez to wszystko przechodzić. Jakiż bóg jest tak okrutny?
Rosalie z Emmetem przyjechali na święta, jednak nie zostali długo. Obiecali wrócić w Nowy Rok już na stałe, a przez te kilka dni musieli uporządkować jakieś sprawy z Denali. Ich wizyta nieco rozproszyła ponury nastrój w naszym domu. Miałem nadzieję, że wywiążą się ze złożonego przyrzeczenia.
W ostatnim tygodniu szkoły często przyglądałem się Jenny, jednak nie zauważyłem w jej zachowaniu nic dziwnego. Sam nie wiedziałem, co myśleć o tamtej nocy. Wymyśliłem pewną teorię – że duch Belli nawiedził dziewczynę, jednakże wierząc w to, co wierzy Edward – że wampiry nie mają duszy – nie bardzo to pasowało.
Alice w ciągu tych kilku tygodni również się nie rozpogodziła. Wizje cały czas ją nachodziły niezmienione. Próbowałem zajmować ją innymi rzeczami, by odciągnąć uwagę od tych obrazów, choć nie zawsze to działało.
Zszedłem do salonu. Carlisle czytał książkę na kanapie. A Esme z Alice oglądały na komputerze jakieś projekty pokojów. Nagle rozległ się dzwonek komórki doktora. Odebrał go od razu. Usłyszeliśmy nerwowy głos Jenny, która tłumaczyła stan babci.
- Zaraz przyjadę – obiecał Carlisle i rozłączył się.
- Jadę z tobą – powiedział Edward, zjawiając się nagle przed nami.
Zastygliśmy w bezruchu. Umówiliśmy się, że Jen i mój brat już więcej się nie spotkają.
- To była inna sytuacja, Jasper – odpowiedział Ed. – Chyba rozumiesz, że ciężko mi zostać, kiedy Alice ma takie wizje.
- Przepraszam – powiedziała cicho wróżka.
- Nie winię cię – odparł szybko. – Widzę, iż nie potrafisz ich powstrzymać.
- Nie możesz iść do Jake'a albo do lasu? – pytałem podejrzliwie.
- Jake z Nessie pojechali na koncert, a poza tym przydam się Carlisle'owi.
- Dobrze, chodźmy – zgodził się nasz przywódca. – Nie mamy czasu na takie pogaduszki.
Wyszli w wampirzym tempie, nie oglądając się za siebie.
PW: Jennifer
Z babcią było coraz gorzej. Miała rozpalone czoło, a kaszel nie ustawał, tylko wciąż przybierał na sile. Nie wiedziałam, co robić. Czekałam z niecierpliwością na doktora, ścierając babci pot z czoła i trzymają miskę.
Nareszcie usłyszałam ten wyczekiwany dźwięk. Pobiegłam do drzwi, otworzyłam i stanęłam jak wryta. Mój Anioł. Przyglądał mi się uważnie złotymi oczami, choć z niejakim dystansem.
- Gdzie jest Ginewra, Jenny? – spytał uprzejmie, choć z nieukrywanym zaniepokojeniem lekarz.
To mnie trochę otrzeźwiło.
- Jest w swojej sypialni – odpowiedziałam Carlisle'owi i szybko zaprosiłam ich do środka. Weszłam z doktorem do pokoju babci. Cały czas czułam na sobie wzrok Edwarda. Jednak on nie był w tym momencie ważny. Patrzyłam jak sławny Cullen wyjmuje ze swojej torby strzykawkę z mętną cieczą. Wstrzyknął połowę zawartości w żyłę na przedramieniu babci.
- Sprawdzałaś jej gorączkę, Jenny? – spytał doktor, przykładając dłoń do czoła pacjentki.
- Tak. 38°C.
Zmarszczył czoło, poczym wyciągnął z torby białe opakowanie, z którego wyciągnął dwie kapsułki.
- Raczej nie będzie w stanie ich połknąć – odezwał się Anioł za moimi plecami. Podskoczyłam, na dźwięk jego głosu. Carlisle przytaknął. Zaczął badać klatkę piersiową babci.
- Co jej jest? – pytałam. – Wyjdzie z tego?
- Miejmy nadzieję. Coś jest nie tak z płucami, trochę czasu może minąć zanim ustalę dokładnie.
Kaszel babci powoli zanikał.
- Zastrzyk działa – odparł zadowolony Carlisle.
- Nic.. mi nie jest – odezwała się słabym głosem Ginewra.
- Muszę wiedzieć, co cię boli – powiedział stanowczo lekarz. – Ale najpierw spróbuję ustalić przyczynę tego kaszlu. I zbić gorączkę.
Spojrzał znacząco gdzieś ponad moim ramieniem. Poczym zaczął wyciągać z torby dziwną rurkę. Usłyszałam za sobą głos Edwarda:
- Jenny, pokażesz mi swoje rysunki? Alice mówiła, że pięknie rysujesz…
- Później – mruknęłam, wpatrując się w bladą babcię.
Poczułam na ramionach delikatny dotyk jego zimnych dłoni.
- Teraz? Proszę… - wyszeptał mi do ucha.
Zadrżałam lekko. Odwróciłam głowę w jego stronę. Oszołomiła mnie bliskość naszych twarzy. Gdyby się kawałeczek przysunąć… Odrobinkę… i znów poczuć ten nieziemski smak… Odsunął się ode mnie o krok.
- To jak? Pokażesz mi?
Kiwnęłam głową, niezdolna wypowiedzieć ani jednego słowa. Wspięłam się po schodach. Nawet nie słyszałam jego kroków. Nie powiem, moje też były ledwo słyszalne. Pasowaliśmy do siebie pod tym względem.
Wpuściłam go do pokoju. Stanął przy biurku, a ja wyciągnęłam swój szkicownik. Nie było w nim historii Tanji. Jej nie zamierzałam już nikomu pokazywać. Nie. W nim znajdowały się moje stare rysunki – krajobrazy, portrety, ale też moje nieplanowane dzieła – para w płomieniach, martwy mężczyzna „Charlie", dziewczynka przesypująca popiół między palcami. Tylko szkic Anioła w rozpaczy ukryłam przed Edwardem. Nie chciałam, by wiedział, że rysuję jego podobizny.
Podałam mu prace. Zaczął je przeglądać, a ja nie wiedząc co ze sobą zrobić usiadłam na brzegu łóżka. Obserwowałam go – nie wydawał się wcale taki zainteresowany moimi dziełami, jak wcześniej. Co jakiś czas mamrotał komplementy w stylu: „pięknie", „masz talent". Po kilku minutach przestałam na niego zwracać uwagę. Próbowałam wysłyszeć co się działo na dole. Nic z tego. Nagle coś cicho klapnęło o podłogę. Zobaczyłam swój szkicownik akurat otwarty na obejmującej się parze w płomieniach. Spojrzałam ze zdziwieniem na Edwarda. Miał zamknięte oczy i ten sam wyraz bólu, rozpaczy na twarzy.
- Co się stało? – spytałam szybko, wstając.
Otworzył powoli oczy.
- Mów – rozkazał.
- Co mam mówić? – zdziwiłam się.
- Chcę usłyszeć twój głos. Mów.
- Uhm… Bardzo martwię się o babcię. Zastanawiam się, czy powiadomić rodziców, jak myślisz? Wiesz, w L.A. mam przyjaciela. Nazywa się Luke. Kilka tygodni temu powiedział mi o moim bracie, który…
W miarę jak mówiłam, podchodził do mnie powoli.
- Myślałem, że mi się to śniło – wyszeptał, zatrzymując się przede mną. – Twój głos… wtedy… Myślałem, że słyszałem Ją w wyobraźni. Nie sądziłem, iż ty naprawdę mówisz Jej głosem. Mów.
Zamrugałam kilkakrotnie zdziwiona jego słowami, jednak spełniłam prośbę. Zamknął oczy, gdy plotłam o głupotach. Wyciągnął ostrożnie ręce i dotknął dłońmi moich policzków. Zająknęłam się na chwilę, a on ponowił swoje życzenie. Zaczęłam mówić o ulubionej muzyce, a on głaskał palcami moją twarz. Pochylił się do przodu i poczułam jego nos na moich włosach. Zaciągnął się moim zapachem i jęknął.
- Coś nie tak?
- Nie pachniesz jak Ona…
- Powiedziałeś, ze smakuję tak samo…
Był tak blisko. Działałam instynktownie. Wspięłam się na palce i dotknęłam jego ust swoimi. W pierwszym odruchu odsunął się, ale w drugiej sekundzie warknął i pocałował mnie zachłannie. Wyczułam w jego zachowaniu jakąś ogromną potrzebę, to było coś więcej niż pożądanie, bardziej jak rozpaczliwa nadzieja na odzyskanie… miłości? Nawet nie wiem kiedy położył mnie na łóżku i zaczął całować moją szyję. Byłam zdecydowana. Teraz nikt nam nie przerwie. Znów przycisnął usta do moich. Przyciągnęłam go bliżej siebie, palce zakopałam w jego lśniących włosach, a nogami oplotłam jego biodra. Oderwał się od moich warg, by obsypać pocałunkami moją twarz.
- Bella… - mruknął.
- Jenny – poprawiłam go i natychmiast tego pożałowałam.
Zamarł. Spojrzał na mnie i wytrzeszczył oczy w zdumieniu.
- Co ja robię?
W oka mgnieniu znalazł się po drugiej stronie pokoju.
- Zdradziłem Ją… Jak mogłem… Co ja myślałem? Zdradziłem Bellę… - szeptał cicho.
- Nic się jeszcze nie stało – mruknęłam, podnosząc się z łóżka.
Zerknął na mnie przytomniejszym wzrokiem.
- Przepraszam, Jenny. Muszę iść.
Wybiegł z mojej sypialni i nie zdążyłam go nawet zatrzymać. Czułam się beznadziejnie. Zeszłam na dół i zamrugałam widząc przed sobą nosze z moją babcią. Drzwi frontowe stały otworem, z zewnątrz dobiegały światła karetki. Otrząsnęłam się. Co się tu stało? Po wypytaniu o szczegóły doktora Cullen, pojechałam razem z nim do szpitala. Bardzo bałam się o zdrowie Ginewry.
PW: Jasper
Odebrałem telefon po pierwszym sygnale.
- Co jest, Carlisle?
- Babcia Jenny wylądowała w szpitalu. Jestem jej lekarzem, zajmę się nią. Nie wiem, kiedy wrócę.
- Dobrze. A Edward?
- Edward powiedział, że idzie na polowanie.
- Aha, w porządku.
Zakończyliśmy tę krótką rozmowę i przekazałem wieści Esme i ukochanej. Nagle ta ostatnia zastygła oglądając jakąś wizję.
- Edward… - wyszeptała. – Nie! Edward… Demetri…
- Alice! Co się dzieje? – zaniepokoiłem się.
- Edward… nie poszedł na polowanie. On chce się zabić. Demetri…
- Chodźmy, szybko! – oznajmiła Esme. – Nie mamy czasu! Musimy go powstrzymać!
- Nie! – krzyknęła Alice. – Nie możemy!
- Nie będę czekać aż mój syn popełni samobójstwo!
- Ale musisz, Esme! Inaczej wszystko będzie stracone…
AN: Wiem, że kochacie takie końcówki xD. Nie wiem, kiedy następny rozdział. (Ha! Nie wiem, czy pani od fortepianu mnie nie zabije, bo znowu nie umiem - zamiast grać, pisałamxP). Pozdrawiam wszystkich czytających i ślicznie proszę o komentarze:*
Lussina
