Betowała Lady Lecter. Bardzo dziękuję.

10

W domu państwa Granger słodycze jadało się niezwykle rzadko, a gdy już się to zdarzyło, po każdym spożyciu następowało dokładne szorowanie zębów. Para dentystów odwiodła też swoją jedyną córkę od pomysłu zajadania się słodkościami z dala od ich oczu, pozwalając jej obejść każdy kąt gabinetu i odpowiadając na niekończący się ciąg pytań, by na końcu uraczyć ją szeregiem strasznych historii o borowaniu i próchnicy.

Urodziny jednak były wystarczająco doniosłą okazją, by na ich stole zagościł tort. Hermiona wcale nie była szczęśliwa z tego powodu. Każdemu kęsowi towarzyszyło poczucie winy związane z łamaniem tak ważnej w ich domu zasady, nawet jeśli dziewczynka miała na to przyzwolenie.

Starała się jednak tego nie okazywać. Pani Granger zapaliła woskową jedenastkę na szczycie truskawowego tortu, a Hermiona zdmuchnęła ją z udawanym entuzjazmem. Usiłowała, nieskutecznie, zamaskować swój niesmak wobec przesłodzonego wypieku z pobliskiej cukierni i cieszyć się obecnością ulubionych truskawek. Chociaż brakowało jej talentu aktorskiego, by kogokolwiek przekonać, rodzice nie wytknęli jej nieszczerości. Podobnie przemilczana została sprawa braku jakichkolwiek przyjaciół, których mogliby zaprosić do stołu.

Hermiona cierpliwie obserwowała, jak jej matka kolejno maczała nóż w gorącej wodzie, wycierała go i odkrajała kawałek ciasta. Same cięcia były dość równe, jednak wyraźnie brakowało jej wprawy. Krem szybko okleił rękojeść noża i palce kobiety. Całość traciła przy tym kształt i po nałożeniu na talerze nie przypominała już w niczym trójkącików.

Hermiona zabrała się do jedzenia, gdy tylko dostała swój talerz. Wolała mieć to jak najszybciej za sobą.

- Jak ci smakuje, kochanie?

- Świetnie. Choć starczyłyby mi same truskawki - odpowiedziała Hermiona, pamiętając, by nie mówić z pełnymi ustami.

- Może w przyszłym roku tak zrobimy - zgodził się pobłażliwie pan Granger.

Miała nadzieję, że nie widział, jak starała się powstrzymać się od grzebania w talerzu.

- Dokładkę?

- Dziękuję, mamo, już nie mogę.

Zabrzmiał dzwonek do drzwi. Ktoś długo przytrzymywał przycisk. Pan Granger zmarszczył brwi, zerkając w stronę przedpokoju.

- Zdaje się, że mamy gości - mruknął, nie odstawiając kubka z kawą.

- Zaprosiłaś przyjaciół? - zwróciła się do Hermiony pani Granger ze zdziwieniem. Pospiesznie wytarła ręce i wstała z miejsca.

Dziewczyna zamarła z serwetką przyciśniętą do ust i przełknęła gulę w gardle, która powstała z mieszanki przykrości i nagłej nadziei. Szybko jednak spuściła oczy, a kąciki jej ust opadły w dół. Nie było nikogo, kto mógłby przyjść. Jej rówieśnicy nawet nie wiedzieli przecież, kiedy ma urodziny.

- Nie, mamo.

- Zaraz zobaczymy kto to. Może twoja ciocia jednak zdołała znaleźć chwilę na osobiste złożenie życzeń.

Kobieta poszła do drzwi, a tętno Hermiony powoli się uspokoiło. Ciocia złożyła jej życzenia telefonicznie. To mógł być tylko sprzedawca, może listonosz albo sąsiad potrzebujący szklanki mąki.

-...przyjęcie do szkoły... Szczegóły... - usłyszała pojedyncze słowa. Głosy jednak przybierały na sile. Najwyraźniej, kimkolwiek byli goście, zostali wpuszczeni do środka.

Po chwili mogła zobaczyć przybyszów na własne oczy, gdy pani Granger wprowadziła dwójkę do kuchni.

- Najlepsze życzenia z okazji urodzin, panno Granger - powiedział mężczyzna z haczykowatym nosem, nie brzmiąc przy tym ani trochę radośnie. Potem zwrócił się do dorosłych: - Nie będziemy państwa powstrzymywać zbyt długo od świętowania. Potrzebujemy...

- Skąd pan wie, że to dzisiaj są moje urodziny? - wtrąciła się Hermiona.

Mężczyzna tylko spiorunował ją wzrokiem i kontynuował:

- .. jedynie omówić pewną sprawę. Proszę mi nie przerywać, panno Granger. Wierzę, że lepiej będzie, jeśli na początek porozmawiamy bez udziału państwa córki.

Spojrzał przy tym wymownie na tort i liczbę „11", a Hermiona spłonęła rumieńcem na swoją niedomyślność. Spuściła głowę, nie będąc w stanie patrzeć mu w oczy po takim upokorzeniu.

- Hermiona na pewno nie będzie przeszkadzać. - Pani Granger założyła ręce na piersi.

- Nie taki jest mój powód, by odradzać jej uczestnictwa w dyskusji. Pewne decyzje powinny być podejmowane przez dorosłych kierujących się rozsądkiem. Nie zaprasza się wtedy dzieci do stołu.

Pan Granger poddał się jego namowom i z łagodnym uśmiechem odprowadził córkę na wyższe piętro, w międzyczasie prosząc żonę o przyjęcie gości.

Hermiona milcząco przyjęła uspokajające „To potrwa tylko chwilę" i przeprosiny za przerwę w świętowaniu, siadając w swoim pokoju i nawet nie sięgając po książkę. Z wojowniczo wysuniętym podbródkiem i skrzyżowanymi ramionami czekała, emanując urazą. Szybko jednak straciła cierpliwość.

Wstała i podkradła się do drzwi, które pan Granger zostawił uchylone. Na schodach nikogo nie było, zaryzykowała więc wysunięcie się na zewnątrz w samych skarpetkach, ponieważ buty od razu narobiłyby hałasu. Stopień po stopniu, cały czas mocno trzymając się balustrady i przytulając do ściany, dotarła na parter.

Z galopującym sercem i palcami ciasno chwytającymi mur, wychyliła się za róg. Zobaczyła blond czuprynę i natychmiast odskoczyła, spłoszona. Cofając się, nadepnęła na kant stopnia i natychmiast głośno ześlizgnęła się z nieznacznej wysokości. Przycisnęła dłoń do ust, tłumiąc okrzyk, ale było już za późno.

- Mamy jej nie widzieć przez siedem lat?! To absurdalne! - zagrzmiał Pan Granger z kuchni.

- Zapewniam pana - cedził w odpowiedzi tłustowłosy jegomość o wiele ciszej, ale Hermiona nie mogła dalej słuchać, ponieważ drugi nieznajomy znalazł się tuż przed nią.

Wyglądał o wiele młodziej, czyściej i nawet się uśmiechał. Mimo to, z ognikami błyszczącymi w oczach wzbudzał nawet mniej zaufania niż jego starszy kolega.

- Panno Granger - mruknął. - Zostałem skierowany do toalety gdzieś na tym piętrze... Ale zdaje się, że nie mogę jej znaleźć...

Milcząco wskazała mu przejście po drugiej stronie pokoju.

- Ah, dziękuję bardzo - powiedział z ukłonem, który zwichrował całą jego czuprynę.

Patrzyła na niego ze zdumieniem, a on odwrócił się, tylko by podążyć za jej wskazówkami. Odgłosy kłótni się wzmogły. Hermiona mogła usłyszeć głos swojej matki, wahającej się pomiędzy formalnością a żywą furią.

- Imperio! - zaintonował nieznajomy w kuchni i w domu państwa Granger zapadła martwa cisza.

Hermiona wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w niewielki fragment pomieszczenia, którego nie zasłaniały półotwarte drzwi. Z jej miejsca widać było tylko odcinek blatu i część okapu. Nie zauważyła, że kroki drugiego mężczyzny też ustały.

- Tak nie może być - stwierdził łagodnie, celując w dziewczynkę różdżką. Zacmokał tylko, gdy chciała się odezwać. - Zdecydowania zbyt gadatliwa z ciebie panna. Co poradzić... Obliviate!

Zaklęcie trafiło ją w sam środek czoła. Bezwładnie osunęła się na podłogę. Z wciąż otwartymi oczami i rozchylonymi ustami, miała tak leżeć kolejne kilka minut. Mężczyzna obok zaczął gwizdać, co jakiś czas powtarzając „Co poradzić!".

- Ukróć tę błazenadę, Crouch! - Drugi gość zajrzał do salonu z chmurną miną.

- Nie sądzisz, że zasłużyliśmy na ciasto, Severusie? - zapytał Barty, kończąc nucić zgodnie z prośbą. Swobodnym krokiem przeszedł do kuchni. - I tak musimy to zacząć jeszcze raz. Równie dobrze możemy na tym skorzystać. Sam spójrz - zachęcił - ten tort wygląda całkiem nieźle.

- Zabierzmy smarkulę do Ministerstwa i postawmy przed faktem dokonanym, że jej rodzina pozbyła się całej odpowiedzialności za nią na rzecz czarodziejskiego rządu - zaproponował Snape zgryźliwie.

Barty w tym czasie odkrajał już cienki kawałek tortu dla siebie i po chwili wpychał rozpadające się ciasto palcami do ust. Dopiero gdy pochłonął ostatni okruch z zadowolonym pomrukiem, raczył odpowiedzieć:

- Sam wiesz, że Czarny Pan chciał, żebyśmy załatwiali te sprawy inaczej. Żadnych wyjątków, sam mówiłeś. - Po namyśle dodał: - Może też ci ukroić kawałek? Takiego małego nie zauważą.

- Zostaw - uciął ostro Snape. - Zrobimy to po twojemu.

Niedługo później Hermiona Granger obudziła się na kanapie bez wspomnień z ostatnich trzech godzin i została poprowadzona przez swoją matkę do kuchni, gdzie oprócz ojca, siedziało dwóch nieznajomych mężczyzn.

Kiedy weszła do pomieszczenia, pan Granger zapalił świeczki na jeszcze niepokrojonym torcie, który wydawał się jednak nieco za mały jak na wybrany talerz i wystrzelił serpentyny. Cała czwórka odśpiewała „Sto lat" na jej cześć. Dopiero wtedy pani Granger uznała za stosowne przedstawić gości.

- Pan profesor Severus Snape i profesor Barty Crouch Junior. Mam nadzieję, że nie przekręciłam nazwisk.

- Nie, wymówiła pani wszystko idealnie - odpowiedział Snape z miną, którą Hermiona utożsamiała z ludźmi cierpiącymi na dotkliwy ból zębów.

Dość oniemiała dziewczynka pozwoliła sobie złożyć życzenia, wręczyć prezenty, a wreszcie usadzić się z kawałkiem tortu u szczytu stołu.

- Czy wiesz, dlaczego tu jesteśmy, panno Granger? - zapytał Snape.

- Nie... Przykro mi, ale nie. - Hermiona potrząsnęła głową.

- Nie ma powodu do zmartwień - uspokoił. - Chcielibyśmy zaproponować ci stypendium w szkole dla szczególnie uzdolnionych dzieci. Kontaktowaliśmy się już wcześniej z twoimi rodzicami - dodał Snape, gdy zobaczył nerwowe zerknięcie dziewczynki w stronę matki i ojca - i wyrazili zgodę. Ostateczna decyzja należy jednak do ciebie, panno Granger.

Nie musieli długo czekać na entuzjazm. Wystarczyły sformułowania jak „magia", „ogromna biblioteka", „ludzie tacy jak ty", pokazanie czaru, czy dwóch i nieprzerwany strumień odpowiedzi na nawet najbardziej naiwne pytania. Zdołali przedstawić wszystko w szokująco jasnych barwach, a państwo Granger tylko im przyklaskiwali mimo przyziemnych pytań wtrącanych tu i tam.

- Nasz czas się kończy - stwierdził w końcu Snape. - Jaka jest twoja decyzja, panno Granger?

- Jadę!

- Znakomicie! - ucieszył się Barty. Gdy Snape podsuwał państwu Granger liczne formularze, które musieli podpisać, on sięgnął przez stół, by podać dziewczynce dłoń. - W takim razie zaczniemy w tym samym roku, Hermiono! Ja jako nauczyciel, a ty uczennica!

- Będzie mnie pan uczył?

- Oczywiście! Nie od razu, ale przez ten czas będziemy się mijać na korytarzach i w wielkiej sali - zapewnił z uśmiechem. - Za to zajęć z profesorem Snape'em możesz się spodziewać od początku pobytu w Hogwarcie.

- Tak, lepiej dobrze przygotuj się do moich zajęć - wycedził Snape. - Ale najpierw zapoznaj się z tym dokumentem i podpisz na dole. - Podał jej rolkę pergaminu.

Ostrożnie odwiązała czerwoną wstążkę powstrzymującą zwój od rozwinięcia się. W następnej chwili dokument sam wymknął jej się z rąk i rozścielił się na stole. Barty podał jej eleganckie, czarne, ptasie pióro.

- Nie potrzebuje atramentu - wyjaśnił od razu mężczyzna. – Jest zaczarowane - dodał z mrugnięciem.

Hermiona zmusiła się do uważnego przeczytania długiego, oficjalnego tekstu od początku do końca. Choć wyjazd na siedem lat wydawał jej się sporym wyrzeczeniem, na końcu bez wahania przytknęła pióro do pergaminu.

Krwawe „Hermiona Granger" pojawiło się na krótko również na jej dłoni i zniknęło niemal bez śladu. Gdyby nie przenikliwy ból, nawet nie zwróciłaby uwagi.

-xxx-

Niechlujnie rzucone zaklęcie pamięci przestało działać po kilku latach i na siódmym roku Hermiona już od dawna wiedziała jak przebiegła pierwsza, niewyreżyserowana część jej urodzin. Z tą wiedzą było jej nawet ciężej znosić docinki dręczycieli jak Draco Malfoy. Dlatego po konfrontacji z nim uciekła do pokoju wspólnego Gryffindoru

Być może nikt w mugolskim świecie już o niej nie pamiętał i nie miała nawet do czego wracać po ukończeniu szkoły.

- Hermiona? - zabrzmiało. Znajomy głos zmusił ją, by zwolniła.

- Nie mam teraz czasu, Neville - odpowiedziała w możliwie obojętny sposób i przycisnęła książki ciaśniej do piersi.

Neville wstał ze swojego miejsca i zdołał chwycić ją za ramię, zanim zniknęła w dormitorium dziewcząt.

- Coś się stało? - dociekał.

- Nie - syknęła i spróbowała strząsnąć jego dłoń. Bezskutecznie. - Puść mnie, proszę.

- Ktoś cię zdenerwował? Może mogę ci pomóc?

Hermiona wbiła paznokcie we wnętrze jego nadgarstka. W końcu ją puścił, a ona wskoczyła na schody wiodące do sypialni dziewcząt.

- To nic. Tylko Malfoy ze swoimi głupimi odzywkami - wyjaśniła na odczepnego, odwracając się już, by zniknąć za najbliższymi drzwiami.

- On cię tak wkurzył? Nie powinnaś się tak przejmować gadaniną tej glisty.

Coś w niej pękło i nie mogła już dłużej powstrzymać potoku gorzkich słów, które od lat uparcie do niej wracały, układając się w myślach w pełne zdania wyrażające długą listę wyrzutów.

- Uważasz, że jestem przewrażliwiona?! - zapytała głosem wyższym niż normalnie, zatrzymując się gwałtownie. - A może też chcesz się ze mną podzielić jakimiś życiowymi radami tak jak on?!

- Coo? - wykrztusił Neville i uniósł ręce w geście poddania. - Hermiono, nie wiem, o czym mówisz...

- No właśnie, nic nie wiesz! - prychnęła jak wściekła kotka. - Nie wiesz, jak to jest być praktycznie własnością Ministerstwa! Nie wiesz, jak to jest być pozbawionym perspektyw! Nic nie wiesz! - Piorunowała go wzrokiem. - Możesz nic nie robić, a po szkole po prostu zniknąć. Mnie czeka tylko jedna rzecz - spłata długu!

Dopiero po wykrzyczeniu tych słów pognała na górę i zatrzasnęła za sobą drzwi tak głośno, że obudziła śpiący portret nad kominkiem. Wylała z siebie zaledwie małą część wiecznie zbierającej się goryczy. Reszta paliła ją wciąż w gardle.

Neville patrzył za nią osłupiały.

- Ale, że... dług za naukę? Mówiła, że to niewiele...- wymamrotał do siebie i wzruszył ramionami.

- Sprzeczka kochanków, Neville? - zawołał Seamus. Dean zagwizdał.

Neville spłonął rumieńcem i zamiast wcześniej zajmowanego fotela wybrał wyjście.

-xxx-

Albus Dumbledore wstał i cała wielka sala ucichła. Odchrząknął i zgarnął swoją brodę z talerza, przeplatając jej koniec przez pas.

- Drodzy uczniowie! - zawołał. - Nadeszła wreszcie chwila, kiedy mogę wam powiedzieć, że będziemy mieć przyjemność gościć w murach Hogwartu uczniów Beauxbatons i Durmstrangu. – Na tę wieść na sali wybuchł gwar, Dumbledore jednak zaklaskał krótko i rozmowy ucichły. - Nie musicie się martwić. Zamek jest gotowy do ich przyjęcia, choć do tej pory trzymaliśmy wszystkie informacje w tajemnicy... Razem, Hogwart, Beauxbatons i Durmstrang jeszcze raz wezmą udział w Turnieju Trójmagicznym. To do tych zawodów was przygotowywaliśmy. Liczę, że znajdziecie nić porozumienia z waszymi rówieśnikami z zagranicy i będziecie się razem dobrze bawić, rywalizując o tytuł zwycięzcy. Przybędą już za tydzień i wtedy też zostanie odczytany regulamin zawodów. - Odchrząknął. - Muszę was przestrzec, żebyście nie pozwolili wprowadzić się w błąd starym zapisom. Ponieważ współpracujące Ministerstwa i rady naszych szkół wprowadziły wiele zmian, tegoroczne wydarzenie znacznie odbiegać będzie od tradycyjnej formuły. To wszystko. Smacznego!

Starszy czarodziej usiadł i zajął się przyjazną pogawędką z profesor McGonagall, a uczniowie wymieniali między sobą podekscytowane szepty. Hermiona długo nie oderwała od niego wzroku.

- Dlaczego mieliby zmienić tradycyjną formułę? - zagadnął ją Neville, który siedział tuż obok i do tej pory przezornie się nie odzywał. Nie wiedział, czy już się uspokoiła po niedawnym wybuchu.

Hermiona westchnęła ciężko i wbiła wzrok w swój talerz.

- Nie wiem. Może nasze Ministerstwo potrzebowało jakoś zaznaczyć, jakiego rodzaju magów faworyzują. Albo ktoś się zatroszczył o sprawę bezpieczeństwa. W końcu Turniej Trójmagiczny został zakazany nie bez powodu.

- Co to był za powód? - zainteresował się Neville, mówiąc na tyle cicho i ze spuszczoną głową, że nikt inny nie mógłby go usłyszeć, nawet gdyby podsłuchiwał rozmowę.

- Uczestnicy Turnieju ginęli - odpowiedziała. Uniosła w końcu głowę i nalała sobie soku dyniowego do pucharu. Potem podparła głowę na dłoni i dłuższą chwilę obserwowała rozochoconych Gryfonów, zbyt podekscytowanych perspektywą nadchodzących zawodów, by nawet myśleć o jedzeniu przed nimi. - Hej - powiedziała głośniej, chcąc zwrócić na siebie ich uwagę. - Powiedzieć wam, dlaczego nie organizowali Turnieju przez tyle lat?

- Pochwal się, Granger! - zawołał nieznany jej szóstoroczny z dalszej części stołu.

Wykrzywiła się na niego, ale odpowiedziała:

- Z powodu śmierci uczestników!

Ron Weasley obruszył się na to.

- Co? Ktoś naprawdę umarł w tym Turnieju?

- Tak, Weasley, ktoś naprawdę umarł. I to więcej niż jedna osoba - potwierdziła Hermiona z rezygnacją. Jej ostrzeżenie nie przyniosło pożądanego efektu, jedynie wzmagając zachwyt nadchodzącymi niebezpieczeństwami i podniecenie ryzykiem. Z irytacją widoczną w każdym gwałtownym geście, zajęła się nakładaniem jedzenia na talerz.

- Chyba żartujesz! - nie dowierzał głośno Ron. Jako jedyny z Gryfonów nie brzmiał na zachwyconego perspektywą narażania swojego życia. Hermiona jednak nie uraczyła go już kolejną odpowiedzią.

- Ej, to po to były eliminacje, tak? - odezwał się ktoś, skupiając uwagę. - Że niby tylko części z nas pozwolą brać udział czy co?

To stwierdzenie wywołało głośną falę protestów. Hermiona osunęła się niżej na krześle i ignorując zatroskane „W porządku?" Neville'a wplotła dłonie we włosy i przyłożyła je do uszu.

- Skoro to turniej, zwycięzca na pewno otrzyma nagrodę! - zawołał ktoś inny, spotykając się z aplauzem.

- Złoto! Sława! Chwała! - wyliczył kolega obok teatralnie.

Hermiona nawet nie umiała udawać, że jej to nie interesuje. W międzyczasie Neville odszedł od stołu. Chwyciła swoją torbę, gotowa pójść w jego ślady i uniknąć ewentualnych zaczepek Draco Malfoy'a. Biblioteka czekała, a w niej książki, które miały podnieść jej szanse na udział i wygraną.

Nie dla wszystkich to tylko zabawa, pomyślała ponuro, gdy wymykała się z wielkiej sali.

-xxx-

- Mam nadzieję, że przygotowałeś Hogwart na przybycie gości - powiedział Voldemort. W jego głosie pobrzmiewało niezadowolenie, a na ustach błąkał się ledwo dostrzegalny grymas. Mężczyzna zajmował jeden z foteli w gabinecie Albusa Dumbledore'a, siedząc z nogą założoną na nogę, w swobodnej pozie i z dłonią podpierającą brodę.

Dumbledore spojrzał na niego znad okularów.

- Oczywiście, że przygotowałem, Tom. Dobrze wiem, jak zadbać o szkołę, by uczniom niczego nie brakowało - zapewnił z dobrotliwym uśmiechem.

Voldemort prychnął w odpowiedzi.

- Nie dałbym za to głowy, starcze. Po żenadzie, jaką odstawiłeś na ostatnim posiedzeniu Międzynarodowej Rady Czarodziejów, zastanawiam się, czy powinieneś być dopuszczony do publicznych występów.

- Ależ Tom, każdemu może zdarzyć się drobna pomyłka na stare lata. Nie doprowadziłem zresztą do niczego, z czym nie dałbyś sobie rady - powiedział Dumbledore z niekrytym rozbawieniem. - Jestem pewien, że polityczną stroną Turnieju zajmie się Ministerstwo i nie dopuści już do żadnych potknięć.

- Tak - potwierdził Voldemort. - Nie odegrasz żadnej roli w witaniu Ministrów. Jednak nie ogranicza to twoich możliwości wywołania skandalu do zera, czyż nie?

- Nie wiem, o czym mówisz, Tom - zapewnił dyrektor. Fawkes zawtórował mu śpiewnym trelem. Zapadła cisza. Portrety łypały na dwóch potężnych magów, nie oferując żadnego komentarza.

- Wybór reprezentacji zostanie powierzony nauczycielom - oświadczył po dłuższej chwili Voldemort.

- Wyborem powinna zająć się czara ognia - odpowiedział Dumbledore ze spokojem, przeczesując palcami swoją długą brodę. - Zawsze tak było i nie widzę powodu tego zmieniać.

- Interesują nas umiejętności czempionów, nie ich poszanowanie dla przestarzałych wartości. Choć wierzę, że nauczyciele nie popełnią błędu i nie wybiorą kogoś, kogo publika uzna szybko za nikczemnika.

- Obawiasz się, Tom, że czara wskazałaby kogoś, kto by ci się nie spodobał? - zasugerował łagodnie starzec.

Voldemort obrócił głowę w jego stronę z wściekłością jasno wymalowaną na twarzy.

- A może jeszcze gorzej. Kogoś, kto by ci się przeciwstawił na oczach wszystkich? - drążył dalej Dumbledore.

Czarny Pan szybko się opanował. Z drwiącym uśmieszkiem potrząsnął głową niby rozbawiony.

- I co taki głupiec mógłby zrobić? Odmówić mi uścisku dłoni?

- Bunt nie zawsze leży w wielkich gestach - mruknął Dumbledore. - Pozwalasz obawom zaburzyć swój osąd. Uczestnicy wybrani przez czarę byliby najlepsi nie tylko dlatego, że czara niewątpliwie wskazałaby uczniów o najszlachetniejszych sercach, ale też dlatego, że nie umarliby...

- Nie udawaj troski, starcze. Ich życia niewiele dla ciebie znaczą, nie przekonasz mnie do niczego innego. Gdy byłeś potrzebny, by powstrzymać Grindelwalda, wahałeś się długo, pozwalając setkom tysięcy magów umrzeć, tylko dlatego, że miałeś osobistą historię z tym czarodziejem. Czy nie pokazuje to, co ceniłeś wyżej?

- Przykro mi, gdy mierzysz mnie swoją miarą, Tom.

Po raz kolejny zapadła cisza. Voldemort siedział, krzywiąc się tylko, zanim powiedział:

- Możesz użyć czary do wyboru biorących udział w otwierającym wyścigu.

-xxx-

Poprawnie wykonana klątwa patrosząca powinna nie tylko zatrzymać przeciwnika, ale też unieść go co najmniej kilka cali w powietrze, eksponując...

Hermiona zatrzasnęła książkę ze złością. Stare tomiszcze z kartkami tłustymi od setek rąk, przez które przeszło, wydawało jej się z każdą stroną coraz bardziej obleśne i to nie przez swój podniszczony stan. Nie tego szukała.

Zmusiła się jednak do wzięcia głębokiego oddechu i wycelowania różdżki w najbliższą poduszkę:

- Effodio!

Materiał rozerwał się z trzaskiem i kilka kłębów waty wysypało się na zewnątrz. Przez środek, niby błyskawica, biegła poszarpana linia. Jej zaklęcie nie zadziałało ani trochę tak, jak opisywała książka. Rozpoznawała to, nawet jeśli nie testowała go na czymś, choćby częściowo przypominającym człowieka.

Ktoś chrząknął i Hermiona podskoczyła nerwowo. Szybko przybrała zirytowaną minę i odwróciła się w stronę winowajcy.

- Tak? - zapytała.

- Nie idziesz? - odezwała się Lavender, kreśląc stopą kółka na dywanie.

Hermiona zamrugała i przez chwilę usiłowała przypomnieć sobie, co takiego się działo, co miałoby oderwać ją od nauki. Szybko jednak się poddała:

- Gdzie nie idę?

- Oglądać przybycie reprezentacji Durmstrangu. Mieli być trochę wcześniej niż Beauxbatons - wyjaśniła dziewczyna i podeszła bliżej. Uklękła obok Hermiony. - Czego się uczysz? - zainteresowała się, od razu sięgając po stary wolumin.

- Klątw - wyjaśniła krótko Hermiona. - Nie powinnaś brać czyichś rzeczy bez pytania - zganiła.

Lavender wzruszyła ramionami, nawet nie podnosząc na drugą Gryfonkę wzroku.

- To nie tak, że to twoja prywatna książka, nie? Jest z biblioteki. - Ostrożnie otworzyła księgę i zaczęła ją kartkować, co jakiś czas się zatrzymując, by przeczytać tytuł, czy bliżej przyjrzeć się ilustracji.

- I tak! - upierała się Hermiona. - To nieuprzejme tak po prostu brać coś, co jest kogoś innego!

Lavender mruknęła tylko niezrozumiale w odpowiedzi. Dopiero gdy skończyła oglądać „Klątwy na bitwy najcięższe i rzezie najkrwawsze" odezwała się:

- To ci się raczej nie przyda na lekcje Obrony ani Pojedynków. Po co się uczysz tych klątw?

- Jeśli kiedyś będę musiała walczyć z wrogiem...

- Zamierzasz skończyć taki pojedynek śmiercią? - przerwała jej Lavender ze zgorszoną miną. Nie dało się ukryć, że magia proponowana przez autora starego tomu miała na celu zadanie obrażeń, których niewielu magomedyków byłoby zdolnych uleczyć.

- Oczywiście, że nie! - zaprzeczyła szybko Hermiona. - To po prostu... Rozumiesz, potrzebuję znać gorsze klątwy, może jeszcze uda mi się wziąć udział w tym Turnieju... Albo jeśli kiedyś znajdę się w sytuacji zagrażającej mojemu życiu...

- Po to były eliminacje, żebyśmy sobie nie robili niepotrzebnie nadziei - zgasiła Lavender. - Sama widziałaś, że są lepsi od nas - przyznała beztrosko.

Mina Hermiony jednak wyraźnie skwaśniała. Dziewczyna sama chciałaby należeć do najlepszych i nie zamierzała poddać się tak łatwo.

- Czytałam, że do tej pory na każdym z turniejów, uczestników wybierał magiczny artefakt, który jest odporny na manipulacje z zewnątrz. Mogę jeszcze mieć szansę! Jeśli ten artefakt uzna, że mogę dobrze reprezentować Hogwart...

- Artefakt? - zdziwiła się Lavender.

- Tak, dokładnie! - potwierdziła Hermiona, energicznie potrząsając głową. - Artefakt spośród zgłoszeń wybiera osobę o najszlachetniejszym sercu jako reprezentanta każdej szkoły.

Lavender wydęła wargi.

- Nie jestem przekonana, wiesz? Ministerstwo będzie chciało, żebyśmy się popisali umiejętnościami po tych wszystkich reformach. Nikt nie będzie patrzeć na cechycharakteru, czy cokolwiek dawniej się liczyło! - Oddała Hermionie „Klątwy" i wstała, otrzepując szatę i poprawiając włosy. - To jak, idziesz ze mną?

Lavender wyciągnęła do niej dłoń i Hermiona pozwoliła podnieść się na nogi.

- W porządku - zgodziła się bez entuzjazmu.

- Musimy coś zrobić z twoimi włosami - zarządziła Lavender. - W końcu chcesz się dobrze prezentować, prawda?

- Naprawię poduszkę. - Hermiona odsunęła się poza zasięg rąk koleżanki i ponownie wycelowała różdżkę w nieszczęsny przedmiot. - Reparo! - Wata uniosła się, po czym znów bezwładnie opadła na podłogę. Hermiona zmarszczyła brwi. - O co chodzi? - mruknęła do siebie pod nosem. Nie oczekiwała też odpowiedzi od Lavender, która już przymierzała się do ułożenia jej włosów w coś „znośnego", co Hermiona okazyjnie tolerowała.

- Może warkocz? Nie trzeba będzie dużo robić - zaproponowała, przesuwając palcami po poplątanych pasmach loków. - Tylko je rozczeszę. Znam dobre zaklęcie, dzięki któremu nie spędzimy na tym pół dnia... Niestety, strasznie się po nim puszą, ale skoro i tak mają być splecione... - nadawała, nie oczekując już nawet odpowiedzi.

- Dlaczego to się nie chce naprawić? - przerwała jej Hermiona. Było coś niepokojącego w tym, że przedmiot nie dawał się przywrócić do poprzedniego stanu prostym, do tej pory zawsze działającym zaklęciem i nie mogła oderwać wzroku od rozerwanej poszewki.

- Hmm? - Lavender położyła jej dłonie na ramionach i oparła brodę o czubek głowy, zastanawiając się, o co chodziło. - Może dlatego, że użyłaś czarnej magii? A może nie. Nie ma co się spinać - dodała.

- Pewnie masz rację. - Spróbowała jeszcze raz użyć „Reparo". Nie uzyskała ani trochę lepszego efektu.

- Po prostu to zostaw.

Nad jezioro dotarły, gdy statek Durmstrangu już się wynurzał.