Odsłona IX
Tekstylna
czyli
Radosne Boże Narodzenie Nietoperza


Pieniądze szczęścia nie dają.
Dopiero zakupy.
(Marilyn Monroe)


Severus Snape ocknął się nagle pod wpływem niedającego się odpędzić wrażenia, że jest obserwowany. Otworzył oczy.

– No, nareszcie! – Klasnęła w dłonie kompletnie ubrana Yenlla, stojąc nad nim jak kat nad ofiarą, z czarną peleryną przewieszoną przez ramię niby całun pogrzebowy.

Snape patrzył na nią przez chwilę zbyt zaspany, aby zebrać myśli w rozsądny ciąg logiczny, po czym zerwał się gwałtownie i sięgnął po zegarek. Cholera, która musiała być godzina, skoro ten potwór był już na nogach?

Dochodziła siódma.

Opadł z powrotem na poduszki. Musiało mu się coś przyśnić.

– Sever, wstawaj! – Potrząsnęła nim lekko i po zastanowieniu dodała miękko: – Kochanie.

– Zlituj się, jest sobota.

– Właśnie, właśnie! Spieszę się.

Dopiero teraz dostrzegł, że jej strój był nie tylko kompletny, ale nawet wyjściowy. Peleryna również powinna zaniepokoić go wcześniej. Powróciły wspomnienia z minionej, nieprawdopodobnie ciężkiej nocy i świadomość, że przecież Yen wcale się nie kładła. Biorąc to pod uwagę, wyglądała aż niesprawiedliwie świeżo.

– Wybierasz się gdzieś?

– Głupie pytanie. – Oparła rękę na biodrze i popatrzyła na niego ze zniecierpliwieniem. – A nie widać?

– Gdzie, jeżeli wolno spytać?

– Na Pokątną. Otwórz mi drzwi.

– Po co na Pokątną?

– Do madame Malkin.

– W poprzednim pytaniu zamień „Pokątną" na „Malkin".

– Muszę sobie uszyć nową suknię oczywiście.

Severus przebudził się już zupełnie, usiadł na łóżku i zmierzył ją spojrzeniem doświadczonego wizytatora zakładów psychiatrycznych, któremu wciąż udaje się czasem natrafić na interesujący przypadek.

– Po cholerę ci kolejna sukienka? Codziennie masz na sobie inną.

– To... miło, że zauważyłeś. – Zamrugała szybko oczami kompletnie wstrząśnięta i kontynuowała nieco ostrzej: – Chyba nie spodziewasz się, że będę paradować przed Narcyzą Malfoy w którymś z tych starych łachów? Severusie Snape, wolałabym już iść w szlafroku!

– Więc dlaczego tego nie zrobisz?

– Och, Sever! Nie mam czasu na te gierki. Jest sobota, za tydzień wypada sylwester, więc będę się musiała nieźle nagimnastykować, żeby madame Malkin przyjęła ode mnie zamówienie. Z łaski swojej nie utrudniaj mi tego jeszcze bardziej. Po prostu otwórz drzwi i nie zajmuj się mną więcej. – Zamachała dłońmi w geście tradycyjnie rozumianym jako popędzanie krnąbrnych dzieci.

– Czy naprawdę żadna z nich się nie nadaje?

– Żadna z czego?

– Twoich sukien, Yen, sukien.

Tymczasowa żona spojrzała na niego tak, jakby właśnie zaproponował jej zielone buty do niebieskiej torebki.

– Oczywiście, że nie.

– To po co ci ich tyle? – Ziewnął, zakrywając usta ręką i przymykając oczy. Westchnęła ciężko.

– A ty dalej o tym! Nie pytaj o coś, czego i za tysiąc lat nie będziesz w stanie zrozumieć – natarła na niego, po czym natychmiast złagodziła nieprzyjemny wydźwięk swoich słów słodkim: – Kochanie. Narcyza...

– ... nawet nie zwróci na ciebie uwagi.

– Sever. Po. Prostu. Otwórz. Drzwi.

– Nie.

Zesztywniała niczym nieostrożny królik chwilę po czołowym zderzeniu z psem myśliwskim.

– Sever, nie rób mi tego! – Usta jej zadrżały. – Nie teraz. Nie znowu. Obiecałeś!

– Nie pójdziesz sama na Pokątną.

– Nie... Ale jak to? Przecież Śmierciożercy... – zaprotestowała gwałtownie, ale nie bardzo wiedziała, co w tej sytuacji powiedzieć.

Uciszył ją jednym spojrzeniem.

– Pójdę z tobą.

– Przecież nie zaatakują mnie na środku ulicy... CO?!

– Powiedziałem, że pójdę tam z tobą, skoro to takie nieodzowne. Zadowolona?

Zaniemówiła. Niestety na krótko.

– Och, Severus! Ja... To jest... – Wpatrzyła się w niego zafascynowana, a uśmiech na jej ustach rozszerzał się obłąkańczo. W jej oczach zapłonęły przewrotne ogniki skrupulatnie przysłonięte rzęsami.

§§§

Severus pożałował swojej lekkomyślnej oferty tuż po tym, jak ją złożył. Yen ze spłoszonego królika błyskawicznie przemieniła się w rozradowanego psiaka i skakała wokół niego z nieznośnym szczebiotem, który przy odpowiedniej intensywności potrafił przyprawić o ból zębów. Zwykle tak bywa w przypadku nadmiernego spożycia cukru.

Przed wyjściem z domu zdążyła go prawie otruć niepijalną kawą i z powodu podniecenia omal nie rozdarła na nim szaty, a teraz maszerowała przyklejona do jego ramienia, gniotąc okrutnie najlepszą pelerynę. Nie o to jednak chodziło. Ani nawet o zwieszające się zewsząd pstrokate dekoracje z ostrokrzewu, choinek, jemioły, wstążek i czego tam jeszcze. Ani o kolorowe lampki porozwieszane, gdzie tylko się dało (pomimo zupełnie wystarczającego dziennego światła) i toczące szczególny pojedynek z również jarzącymi się wszędzie elfami. Nie chodziło nawet o gobliny poprzebierane za kolędników czy też kolędników poprzebieranych za gobliny (w czym rzeczywiście ciężko było się rozeznać) ani o to, że obie grupy poprzebierane były za posiadaczy słuchu muzycznego. Nie. To wszystko tak naprawdę nie miało dla niego znaczenia. Dręczyło go za to coś zupełnie innego...

Spacer z Yenllą Honeydell w sobotę po zatłoczonej ulicy Pokątnej stanowił drogę przez mękę. Szelma była w swoim żywiole i w błyskawicznym tempie z powrotem nabywała te nawyki, o których mniemał, że z trudem zdołał jakoś je wyplenić. Niestety. Wszyscy ją tutaj znali albo przynajmniej rozpoznawali i pozdrawiali serdecznie. Wszyscy, dosłownie wszyscy, gapili się na nich i pokazywali sobie palcami. Wrzeszczały za nimi małe dzieci, które absolutnie nie mogły kojarzyć przeklętej aktoreczki, lecz ten fakt nie stanowił widać najmniejszej przeszkody. Yenlla była wniebowzięta, a mistrz eliksirów czuł się jak ostatnia z przychówku sklątek tylnowybuchowych Hagrida wystawiona wbrew woli na widok publiczny – jednym słowem, był zakłopotany, a to, że był zakłopotany i że znakomicie zdawał sobie z tego sprawę irytowało go bardziej niż wszystko inne. Oto szedł pod rękę z Yenllą Honeydell, więc naturalną koleją rzeczy musiał być owym tajemniczym mężem, toteż całe społeczeństwo ściągała ku niemu nieposkromiona ciekawość. Z drugiej strony, miał też swoją błogosławioną reputację, dlatego wszyscy zainteresowani trzymali się na rozsądny dystans i pokornie rozstępowali przed nimi. Jednak szepty za plecami nie ustawały i to doprowadzało go do szału.

Wszak – czego Severus na własne nieszczęście nie mógł nawet przeczuwać – był to dopiero początek. Poza rzeszami fanów na Pokątnej można było również spotkać ludzi, z którymi Yen łączyły zgoła inne stosunki...

Z drzwi sklepu kilka kroków przed nimi wypadło nagle szczególnej urody indywiduum. Miało na sobie rozchełstaną szatę, która w zamierzchłych czasach była czarna i chyba nawet uszyta z dość przyzwoitej skóry, a obecnie przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy, połatana bez ładu, składu i sensu dobranymi z przypadku wielobarwnymi kawałkami szmatek. Nawet najbardziej sfatygowane z ubrań Remusa Lupina mogłoby przy czymś podobnym uchodzić za rzecz wysoce gustowną i nową. Do tego dochodziły prawdopodobnie czerwone spodnie rozcięte po bokach i buty do konnej jazdy z powycinanymi własnoręcznie przez właściciela scyzorykiem bohomazami z przewagą gwiazdek. Całości dopełniał krawat powiewający na nagim torsie, zawadiacko przekrzywiona tiara pomazana na czerwono i zakończona oklapłym pomponem oraz długi do pasa naszyjnik ze smoczych kłów. Mężczyzna stanął na środku ulicy i rozejrzał się ze swadą wokoło, jakby był tutaj co najmniej panem na włościach, a nie człekiem paradującym przez cały boży dzień z transparentem polecającym zaklęcia i eliksiry kuchenne spółki „Babcia Cookie & Merry Widows – ZAWSZE PYCHA", na którym właśnie się opierał.

Na widok tego cudaka Yen pisnęła radośnie, oderwała się od Severusa i pobiegła przed siebie, śmiejąc się i otwierając szeroko ramiona, a długa zielona sukienka powiewała za nią. Zawołała głośno:

.

Tara dotąd nie znała
Irlandia nie widziała
A ziemia nie wydała
Takiego
Czystego
Jak Mael

.

Mężczyzna popatrzył w jej stronę, gwizdnął i natychmiast zripostował:

.

Ja całowałem ukochaną swoją
I nie ma większej słodyczy na świecie...
Innej kobiety, co umie ukoić
Moją gorączkę nigdy nie znajdziecie

.

Piękna Yenlla zaśmiała się i kontynuowała:

.

Ani go śmierć przemieni
Ani zasypią w ziemi
Zostanie pomiędzy swemi
Łagodny
Pogodny
Mael

.

Błyskawicznie jej odpowiedział:

.

Ptaszek z ptaszką małą na gałązce siedzą
Cieszą się śpiewają i tego nie wiedzą
Że jak one razem – tak my rozłączeni
Ze swoją jedyną – tęsknotą stęsknieni

.

Dziewczyno, dziewczyno, tyś słodsza od skrzypiec,
Miodowa jak mleko i słoneczko w lipiec

.

Cudak również zerwał się do biegu, porzucając gdzieś po drodze źródło utrzymania. Chwycił Yenllę w pasie, uniósł wysoko, jakby zupełnie nic nie ważyła, i okręcił z takim impetem, że przez chwilę zaświeciła po całej Pokątnej wszystkim tym, co miała pod suknią – a pomimo mroźnej zimy nie było tego znowu tak wiele.

– Mael, skarbie!

– Kociaku, to ty żyjesz?!

Oszołomiony cokolwiek Severus wreszcie rozpoznał w Tak-Zwanym-Maelu grajka rzępolącego na pianinie w jakiejś zapadłej dziurze, która wsławiła się tym, że Honeydell pewnego pięknego dnia rozebrała się tam do naga. Właściwie od tego miejsca na dobre rozpoczęła się jej wielka kariera.

– Yen, kociaku, gdzieś ty się podziewała tyle czasu?

– A ty? Co ty tu robisz? W życiu nie spodziewałabym się, że...

– Muzo moja!

– Myślałam, że zdążyłeś wygrać Konkurs Chopinowski albo przynajmniej dostać Nobla!

– Skarbie, złotko, baletnico transcendentalna! – Ściskając ją mocno i wcale nie przejmując się tym, że stoi na środku jednego z najbardziej publicznych miejsc publicznych w czarodziejskim świecie, obsypywał pocałunkami jej twarz, włosy i szyję, podczas gdy ona śmiała się i cały czas coś mówiła, najczęściej o Wiedniu i spirytusie. – Jak mogłaś tak zniknąć? – Zacmokał z niezadowoleniem. – Co się z tobą działo? Dostawaliśmy szału ze zmartwienia!

Dopiero kiedy Mael porwał się na jej usta, umknęła przed nim, odsuwając się i zakrywając je dłonią. Lewą, aby mógł się przyjrzeć obrączce.

– Wyszłaś za mąż?! Moje biedactwo, musiało bardzo boleć. Daj, podmucham – przejął się absolutnie nieszczerze, a dowodem tego by fakt, że przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej i zdwoił awanse. – Stęskniłem się za tobą. Wszyscy się stęsknili. Mała Boe zapiła się na śmierć z rozpaczy. Ech, a teraz mów, kim jest ten nieszczęśnik?

Yenlla wyswobodziła się z jego ramion zaróżowiona i roześmiana, przewracając oczami, zezując komicznie i wskazując na coś za sobą. Mael spojrzał, zamrugał, po czym spojrzał jeszcze raz i roześmiał się szczerze.

– Tylko mi nie mów, że wyszłaś za to... go... niego?

Zrobiła niezadowoloną minkę.

– Coś nie tak?

– Jesteś w ciąży, prawda?

– Co takiego?!

– To musiał być akt najwyższej desperacji, kotek.

Z perspektywy pięknego złotowłosego Maela oto w ich kierunku zbliżał się chyba od dawna niepożywiony wampir powiewający wielkimi nietoperzymi skrzydłami, z włosami jak wysłużona kurtyna z Theatres-des-Prés (której stary sknera Wallet używał czasem jako obrusa przy większych spędach w prowadzonej jednocześnie karczmie „Rozdroże") oraz nosem jak klamka do tegoż przybytku.

– Co to w ogóle jest? – zapytał.

Yen skrzywiła różane usteczka, których przed chwila z taką bezwzględnością mu odmówiła, i udając obrażoną uderzyła go żartobliwie po głowie.

– No wiesz? Mówisz o miłości mojego życia.

– O! – Na twarzy oryginała pojawiła się czujność połączona z chytrością. – Jeżeli to ten motyw... – Błysnął garniturem śnieżnobiałych, idealnie równych zębów. – Co ma? Kasę? Teatr? Wytwórnię?

– Nie pracuję już w branży. To uczucie absolutnie bezinteresowne. – Puściła do niego oko.

– Kociak, ty niczego nie robisz bezinteresownie. Omal sobie żył nie wyprułem, kiedy chciałaś... Pamiętasz tego starego Niemca, cośmy go...

– Cii! – syknęła, szturchając go wymownie łokciem w bok.

Snape zatrzymał się przed nimi i obrzucił takim spojrzeniem, że gdyby razem mieli choć odrobinę przyzwoitości, obróciliby się w kamienie. Niestety, oboje byli artystami.

– Och, kochanie! – Rozjarzyła się Yen i objęła go czule, a wolną ręka wskazała Maela. – To jest...

– Nie jestem zainteresowany zawieraniem znajomości z komediantami – warknął Severus i pociągnął ją za sobą. Nieprzygotowana na to kobieta potknęła się i o mało nie wylądowała nosem na chodniku. Zerknęła jeszcze do tyłu na Maela, wzruszając ramionami i wzdychając wymownie.

Grajek posłał jej wylewnie całusa na pożegnanie i zaczął spacerować ze swoim transparentem, tak udanie naśladując władczy krok Snape'a, że nie mogła powstrzymać chichotu (zresztą nie tylko ona). Obracała się raz po raz, nie zwracając uwagi ani na rosnącą siłę mężowskiego uścisku, ani jego nieustanne posykiwania. Severus przeczuwał, co się odbywa za jego plecami, i purpurowiał z sekundy na sekundę. Nie zamierzał jednak zerkać.

– Musiałaś zrobić z siebie widowisko? – sarknął, trzymając ją mocno za łokieć i ciągnąc za sobą.

– Ja wcale nie... Och, Sever! Jak ty się zachowujesz?!

W reakcji na słyszalną w jej głosie naganę, mistrz eliksirów aż przystanął.

– Jak JA się zachowuję? Zabawne, doprawdy!

– Jak tak można? – ciągnęła swoje, nie zwracając na niego uwagi. – Mael jest artystą, poetą i muzykiem!

– Przypadkiem wiem.

– Bardzo wrażliwym. Zadedykował mi tomik swoich wierszy. Unieśmiertelnił mnie! Czy jest coś więcej, co może zrobić... człowiek dla człowieka?

– Zakładając, że ktokolwiek kiedykolwiek tę grafomanię przeczyta.

– Jesteś okropny!

– Chcę, żeby jedno było jasne. – Chwycił ją za ramiona, zatrzymując potok słów, i pochylił się nad nią. – Nie życzę sobie prezentacji z błaznami, którzy mieli okazję kiedyś zostać twoimi przyjaciółmi, a już najmniej z twoimi byłymi gachami, słońce dni moich.

Na jej twarzy zagościł wyraz skrajnego zdezorientowania. Chyba z opóźnieniem dotarło do niej, jak scena z Maelem musiała wyglądać z perspektywy kogoś, kto obserwował ją z boku.

– Ja... O-oczywiście – wyjąkała.

– I jeżeli mam na każdym kroku wpadać na jakiegoś twojego...

Severus nie skończył, ponieważ, jak na zawołanie, w tej samej chwili zderzył się z małym czarodziejem w podeszłym wieku.

– Pan wybaczy – mruknął, ciągnąc znowu kobietę za rękę.

Mężczyzna skinął mu głową i wtedy dostrzegł jego towarzyszkę.

– Czy mnie oczy nie mylą? To mała Yen!

Ich spojrzenia się spotkały. Yenlla sprytnie wywinęła się coraz bardziej zirytowanemu Severusowi i już była przy staruszku, pozwalając ściskać się za ręce i nadstawiając policzki pod jego wąsy. Czarodziej trzymał się całkiem nieźle – krótko ścięte włosy zaczesane tak, aby przysłaniały łysinę, i twarz z całą pewnością wygładzona zaklęciem sprawiały, że prezentował się całkiem przyzwoicie. Mimo tego Snape obstawiał tutaj wiek godny przynajmniej dyrektora Hogwartu, więc przestał się nerwowo miotać i zamiast tego zastanowił, czy z rodziny Yen mógł przeżyć któryś z dziadków. Zaraz jednak pokręcił przecząco głową. Nie. Nie po decyzji Lorda.

– Mistrzu! – krzyknęła Yen. – Och, zastanawiałam się, co się z Mistrzem stało. Czytałam regularnie periodyk, ale prawie nic nie pisali. To skandal!

– Nie jestem już tym samym człowiekiem. Coraz trudniej utrzymać pędzel. – Zerknął niepewnie na swoje dłonie.

– Bzdura, Mistrzu! Zawsze tak mówisz. – Objęła go i przytuliła.

– Och, już dobrze, dobrze! Gdybym miał znowu portretować takie śliczne stworzenia jak ty, być może...

– Khm, khm. – Mistrza eliksirów wreszcie ostatecznie zniecierpliwiły te wybuchy czułości.

– O, szanownego pana też znam – stwierdził niespodziewanie czarodziej. – Z gazet.

Severus siłą zmusił się do nieprzewrócenia oczami. Starzec wyciągnął do niego rękę. Dłonią kogoś w tak podeszłym wieku nie wypadało wzgardzić, choć fakt zażyłości z Yen świadczył zdecydowanie przeciwko jego odpowiedniej społecznej pozycji.

– Diego Santiago Salvador Salazar Mudejar de Toledo.

Oczywiście! Severusowi udało się wreszcie zlokalizować przestrzennie ten dziwaczny akcent i ciemniejszą karnację.

– Severus Snape.

– Tak, tak, wiem. Ach, szczerze panu gratuluję, jest pan prawdziwym szczęściarzem. Znam wielu nieszczęśników, którzy z powodu tego małżeństwa poważnie rozważali śmierć samobójczą.

– Ja znam tylko jednego.

– Och. Tak?

– Owszem, właśnie stoi przed panem.

Po tych słowach zapanowała chwilowa konsternacja, a Yen zbladła.

– Naprawdę – kontynuował spokojnie Severus. – Niestety, nie udało się. Ale może chce pan zobaczyć blizny?

– O-och, Severusie! – Przebudziła się Yenlla i zaśmiała cokolwiek sztucznie. – Przepraszam, Mistrzu! On zawsze tak... żartuje.

– Ta-ak, rozumiem – szepnął skonfundowany Diego de Toledo. – Brytyjskie poczucie humoru. Tak.

– Zaiste. – Odsłonił groźnie zęby Snape.

– Przepraszamy, Mistrzu, ale musimy już iść.

Zakłopotana Yen teraz sama odciągała swoją obecną gorszą połowę, nadal się uśmiechając i machając na pożegnanie ręką. W wypadku aktoreczki nie chodziło o to, że nie dało się jej poskromić, lecz o to, aby wybrać odpowiednią metodę.

– Sever, jesteś potworem! Co za wstyd! Zrobiłeś to specjalnie! – Mordowała go teraz ślicznymi, wielkimi chabrowymi oczętami, ale on tylko krzywił się kpiąco pod nosem.

– Mistrz jest artystą!

– Kolejnym?

– Tak. Unieśmiertelnił mnie!

– Jeszcze jeden? Podwójne unieśmiertelnienie to chyba więcej niż może znieść... człowiek – przedrzeźniał ją.

– Przestań się na mnie wyzłośliwiać! I tak nie mam zamiaru przepraszać za Maela.

– A czy ktoś cię o to prosi? – zapytał z udanym zdumieniem. Yen była zdecydowanie zbyt bystra.

– Bo to cię ubodło – stwierdziła pewnie. – Cicho! – ucięła, kiedy już otwierał usta do ciętej riposty i odruchowo je przymknął, wściekły za to na siebie. Sapnął i sarknął buntowniczo.

– Znam cię, Sever.

– Chyba nie uważasz, że mogę być...

– Zazdrosny? Owszem! Przydałoby ci się nawet. Nie musiałeś jednak obrażać Mistrza. Namalował mój portret. To ten, który wisi nad łóżkiem i który bez przerwy chcesz ściągać.

– To? TO jest twój portret?! – Zaśmiał się szczerze, ale upiornie, jak zwykle. – Te kolorowe kwadraty?

Obraz, o którym mowa, pojawił się na ścianie sypialni Severusa już drugiego dnia po tym, jak wpuścił tam Yen, i niewymownie działał mu na nerwy. Była to plątanina przypadkowych linii i figur geometrycznych, które brał za szczenięce dzieło (wydzierankę?) Yenlli wożone wszędzie z sentymentu czy też w roli amuletu (małe dziewczynki mają słabość do takich demonstracji), stąd niechętnie skapitulował po kilku próbach usunięcia bohomazu.

– W jaki sposób odróżniasz w jego pracach portrety od... Hm, na przykład od martwych natur?

– Nie znasz się na współczesnej sztuce, Sever. Za knuta!

– I zamierzam być z tego dumny.

Odwróciła się urażona jego ignorancją.

– Oburzające! Sporo się namęczyłam, żeby go skłonić do namalowania mnie – mamrotała do siebie poruszona. – Było ciężko, ale w sumie co znaczy te kilka nocy? – Machnęła lekceważąco ręką, wędrując myślami gdzieś daleko w czasie.

– Co? – wtrącił Snape. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że ty z nim...

– Spałam? Ależ oczywiście, że z nim spałam! Jak inaczej można zostać Muzą? Na jakim świecie ty egzystujesz, skarbie? Życie kobiety jest usłane trudami.

– Ale on ma... Ile on właściwie ma lat?

– Skąd mam wiedzieć? Przecież o to nie pytałam. Nie chciałam się zupełnie załamać... Ale było warto. – Zadarła dumnie głowę.

– Mam dość – oświadczył nagle Snape. – Dość tej wycieczki. Powinienem to przewidzieć i teleportować się przed same drzwi Malkin.

§§§

Severus Snape początkowo planował upchnąć swoje piękne utrapienie do modystki i uciec, zanim ktoś przyuważy go w podobnym miejscu (Severus sam z siebie unikał przybytku madame Malkin na wszelkie sposoby i przechodził istne męki piekielne, gdy potrzebował nowej szaty i musiał dawać się jędzy mierzyć i oglądać ze wszystkich stron, nie mówiąc już o wbijanych tu i tam przez nieostrożność igłach), jednak scena, która rozegrała się przed jego oczami, skłoniła go do pozostania. Rozsiadł się wygodnie na kanapie dla oczekujących i cieszył przedstawieniem. To faktycznie był jakiś inny, obłędny świat. Prawdziwa alternatywna rzeczywistość.

Obie kobiety najpierw ze łzami w oczach rzuciły się na siebie, ściskając i witając jak przez lata niewidziane przyjaciółki (co zresztą było prawdą, bo Yen nie zajrzała tutaj przy okazji swoich pamiętnych wagarów). Powietrze zapełniło się ochami i achami, kiedy Ariadna Malkin nabrzmiałym z emocji głosem opowiadała o tym, jak to miała ją za umarłą, a potem nagle pojawiły się te artykuły w gazetach i – och! ojejej! – jaka ulga! Krukonka jedną chusteczką na przemian ocierała oczy swoje i modystki, i wzajemnie paplała o bólach, o jakie przyprawiła ją konieczność rozstania z najdroższymi przyjaciółmi na tyle długich lat... etc.

Następnie atmosfera jakby nieco ochłodła, a zaraz potem wręcz zamarzła i rozpoczęły się interesy. Zdaniem mistrza eliksirów określenie „targi" bardziej odpowiadałoby sytuacji. Pełnym żalu i żaru tonem madame Malkin zawzięcie podbijała cenę za usługę, skarżąc się na nadmiar pracy, obolałe palce, zdarty lakier na różdżce, dzień-przed-Wigilią i tydzień-do-sylwestra, straszny zamęt, słabnące oczy i swój ciężki los skromnej sklepowej. Równocześnie Yenlla głaskała ją współczująco po plecach, bezlitośnie targując się o rabat. Im czulsze gesty i słówka, tym ostrzejsze stawały się spojrzenia obu kobiet, a powietrze w sklepie niemal drgało od wyzwalanego w ten sposób ładunku magiczno-elektrycznego. Wreszcie zdołały dojść do porozumienia, ku wyraźnemu zadowoleniu kupującej i mniejszemu sprzedającej, która zmuszona była ustąpić, nie mogąc przycisnąć szczwanej krukońskiej szelmy. Uznała, że mimo wszystko jej się to opłaci. Dawniej fakt, że Yenlla Honeydell nosiła wykonane przez nią szaty, stanowił najlepszą reklamę dla zakładu, czarodzieje i przypadkowo zabłąkani niemagiczni klienci pchani się do niej drzwiami i oknami. Kto wie? Jeżeli Yen planowała powrót, może warto zawczasu zająć dobre miejsce?

Pogodzone i ponownie czule objęte kobiety powędrowały teraz do niewielkiego kantorku, na który Severus również miał ze swego miejsca całkiem dobry widok. Ta część zakupów przywiodła mu z kolei na myśl tajne operacje Biura Logistyki i Materii Militarnej w Ministerstwie Magii, przy Wydziale Wojskowości i Aurorstwa Specjalnego. Yen i Ariadna obłożyły się stertami książek oraz pergaminów i zaczęły na wyścigi rozwijać kolejne brystole z projektami, coś porównywać, kreślić, rysować, poprawiać. Z ust obu dam wylewały się teraz potoki obcojęzycznej terminologii zdolnej wprowadzić Malfoya w stan permanentnej ekscytacji. Zmarszczona marsowo madame Malkin postukująca o dłoń wielką linijką i z różdżką zatkniętą za ucho mogłaby spokojnie uchodzić za generała, a miotająca się tu i tam z podwiniętymi wysoko rękawami i małym nieporządkiem na głowie Yenlla za bardzo zaaferowanego stratega. Jednak naprawdę zdołały go przerazić dopiero wtedy, gdy zaczęły śmiać się upiornie niby diablice na sabacie. Okazało się, że oto Yen, odpowiednio ugłaskawszy i połechtawszy próżność Ariadny Malkin, wydobywała z niej kolejne tajemnice handlowe i teraz obie złośliwie analizowały każdy element projektu kreacji Narcyzy Malfoy. Pani Snape postanowiła zrobić wszystko, aby jej własna suknia w niczym tego nie przypominała.

– Och! – Zacmokała z politowaniem. – Bufiaste rękawy! Biedna madame Malfoy. – Zabrzmiało to tak, jakby żona Lucjusza niespodziewanie legła powalona śmiertelną chorobą. – To przykre, gdy coś podobnego spotyka osobę tak... szacowną.

Szacowna. Nie istnieje chyba większa obelga dla kobiety w przedziale wiekowym, w którym jeszcze znajdowała się Narcyza. Modystka pokiwała współczująco głową.

– I skąd ona wzięła ten wzór?

– Pewnie ze słynnego wzornika Blacków. – Oczy Ariadny Malkin zapłonęły niezdarnie skrywanym pożądaniem.

– Phi! – Machnęła z gracją dłonią Yenlla. – Wzornik Blacków jest przereklamowany. Mogę ci go dostarczyć, jeżeli chcesz, Ariadno.

– Czy ty... mówisz poważnie, droga przyjaciółko?

– Ależ oczywiście, kochanie! Kiedy go ostatnio widziałam, podpierał rozchybotany fotel.

– Och! – Śmiertelnie przerażona modystka zakryła usta dłońmi. – Nie może być!

– Nikt nawet nie zauważy.

– Przyjaciółko! Kochana Yen! Byłaś i będziesz zawsze moją ulubioną klientką. Co ja mówię? Najbliższą mi osobą!

– Ach, jak wspaniale oddajesz i moje uczucia, najdroższa Ariadno!

Kobiety ponownie uściskały się, ucałowały i zachichotały upiornie.

Severus wpatrywał się w nie absolutnie zafascynowany. Wszelkie dokonania Śmierciożerców w ciągu ostatnich trzech lat wydawały się niczym w zestawieniu z pasją tych dziwnych i groźnych kobiet ryjących ostrymi jak szpikulce do lodu ołówkami arkusze pergaminu, żonglujących bez wysiłku belami materiałów i ciachających nożycami wszystko, co im wpadło w ręce. Wprost nie mógł oderwać oczu. Zdezerterował dopiero w trakcie ostatniej fazy operacji – mierzenia i wykrojów – kiedy to wyraźnie dały mu do zrozumienia, że jest im jak najbardziej zbędny. Yenlla usiłowała oczami przewiercić go na wylot, a madame Malkin wyglądała, jakby miała go udusić ściskanym w dłoniach metrem, przy czym obie oczywiście uśmiechały się miło i zachęcająco, zarówno do siebie nawzajem, jak i do niego, chichotały i kokietowały. Biada temu, kto nie był biegły w odczytywaniu aluzji.

To było z pewnością niezapomniane przeżycie i Severus wkrótce doszedł do wniosku, że od tego dnia zupełnie innym, świeżym okiem spojrzy na wszelkie... tekstylia.

Z ulgą opuścił zakład madame Malkin i udał się na wędrówkę we własnych sprawach. Na pierwszy ogień poszły „Esy i floresy". Kręcił się przez pewien czas w dziale eliksirycznym, medytując nad uaktualnioną Encyklopedyją alchemiczną i usiłując się jednocześnie pozbyć natrętnego subiekta, który proponował mu kolejne publikacje z tej dziedziny, w tym jedną, którą Severus sam popełnił. Gdy mu się to w końcu udało, nie mogąc się powstrzymać, przypadkiem zabłąkał się do zakurzonego i pokrytego wieloletnimi pajęczynami, na których zdążyły się odchować całe pokolenia pająków, sektora z poezją. Starając się nie zastanawiać zbyt wnikliwie nad tym, co właśnie robi, przerzucił tony książek, poszukując tej, którą trzymał obecnie w rękach. Mael Bard. Co za idiotyzm!

Sarkając, prychając i do końca uparcie wmawiając sobie, że tylko zerka, Severus przeczytał niewielki tomik od deski do deski. „Najpiękniejszej z wdzięcznych Muz" – brzmiała dedykacja, od której Snape'em aż wstrząsnęło. Zatrzasnął zbiorek. Wiersze Maela nie mogły co prawda powalić swoimi artystycznymi walorami, ale biorąc pod uwagę szczegółowość opisów anatomicznych, całkiem nieźle spisałyby się jako podręcznik na dowolnym kierunku medycznym. Piętnaście erotyków i oda Do natchnienia. Nie należało się specjalnie dziwić. Cóż innego mogłaby zainspirować Yenlla Honeydell? Książkę kucharską?

Nie to jednak tak naprawdę poruszyło naczelnego Nietoperza Hogwartu. Severus Snape, Śmierciożerca z wieloletnim stażem, który chyba widział już wszystko, odczuł niezrozumiały niepokój na myśl, że ta dwójka zrobiła przynajmniej połowę opisywanych przez Maela Barda rzeczy. Choć z drugiej strony, chyba nieskończenie bardziej przeraziłaby go wiadomość, że grajek to wszystko zmyślił. Doprawdy, są chyba jakieś granice?!

Unieśmiertelnienie! Też coś! Ciekawe, czy jego również podawała jako swojego etatowego unieśmiertelniacza z powodu rozmaitych eliksirów, które kiedyś dla niej sporządził, a następnie z zyskiem opatentował. Zwłaszcza ten innowacyjny środek na piegi, który sam wymyślił, bo nie sposób było jej wytłumaczyć, że nie jest jej potrzebny. Zresztą, sporo by się tego znalazło.

Upchnął tomik Maela pod szumnym tytułem Jej oddech w najdalszy kąt i tak przez nikogo nienawiedzanego działu księgarni i starannie wytarł dłonie w chusteczkę. Wychodząc, na odczepnego zamówił jeszcze Encyklopedyję w ekskluzywnej oprawie ze smoczej skóry. Tak ekstrawaganckie i kosztowne zamówienie z pewnością odwróci uwagę ewentualnych świadków jego chwilowego upadku. Potem podjął swoją zwyczajową wędrówkę: apteka, zielarski, magiczne stworzenia, Nokturn...

Kiedy wrócił, pod sklepem madame Malkin roiło się od ludzi, a właściwie mężczyzn, czyniących rozpaczliwe wysiłki, aby zajrzeć do środka przez jakąkolwiek szparę. Westchnął, czując jak opadają mu ręce – w sensie mentalnym oczywiście, w fizycznym miał za dużo sprawunków, aby sobie na to pozwolić. Niezależnie od tego, że wspólna wycieczka była całkiem pouczająca, rozsądniej było zostać w domu. Severus niechętnie przybliżył się do zbiegowiska.

– Dzień dobry, panie psorze! – Ryknął mu ktoś prosto do ucha.

Spod brunatnej czupryny spoglądały szczere, choć zawadiackie ciemne oczy.

– Goldman. – Snape rozpoznał młodego chłopaka, który pożegnał Hogwart rok temu, a ten wyszczerzył się do niego dość sympatycznie. Miał prawo. Należał do garstki wybranych, którzy dotrwali do eliksirycznych OWUT-emów. Więcej nawet, przeżyli je.

– Tak, psorze... fesorze.

– Co tu się dzieje? – rzucił mistrz eliksirów, zanim ugryzł się w język.

– Yen Honeydell się tam rozbiera. Słyszał pan o niej?

– Ja...

– Taka cizia ze starych filmów. – Jeżeli ten dzieciak mógł tak swobodnie określać jako „stare" filmy sprzed raptem paru lat, to ciekawe, co myślał o nim. Severus poczuł się niespodziewanie jak człowiek bardzo ciężko chory. Na szczęście trwało to zaledwie chwilę. – Ojciec mówił kiedyś, że prawie została moją matką, ale tylko dała mu w mor... Miała inne plany.

– Szczęściarz.

– Słucham?

– Nie, nic.

– Chce pan popatrzeć?

Mistrz eliksirów jakby nieco zbladł na tę propozycję. Frycek Goldman był szalenie bezpośrednim, cwanym i niepokornym dzieciakiem. Zupełnie zrozumiałe, skoro z powodu chronicznego braku czasu rodziców wychowała go ulica. Goldmanowie prowadzili całkiem dobrze prosperujący sklepik na Pokątnej, odkąd przodkowie obecnych właścicieli uciekli z faszystowskich Niemiec podczas ostatniej mugolskiej wojny dawno temu i następnie tu właśnie się osiedlili.

– Jak ci się wiedzie, Goldman? – zagadnął, zmieniając temat.

– E tam, panie psorze... fesorze. Jest, jak było.

– Czy twój ojciec…?

– Stary ani trochę nie popuścił, jeżeli to chce pan wiedzieć.

Frycek był prawdziwym utrapieniem dla kadry pedagogicznej. Do Hogwartu absolutnie nie pasował, nie potrafił usiedzieć długo w jednym miejscu i bez przerwy pakował się w kłopoty. Niepokorny i samowystarczalny do przesady okazał się jednak nadspodziewanie bystry, choć nigdy specjalnie się o to nie starał. Miał też smykałkę do tego i owego, poza tym interesował się pozyskiwaniem i hodowlą rzadkich gatunków stworzeń magicznych. Jednym słowem, znakomicie ustawiłby się w świecie, gdyby nie stary Goldman, który uparcie trzymał go w sklepie w charakterze chłopca na posyłki i odmawiał dalszej edukacji. Wszak było naturalne, że młody Goldman przejmie w przyszłości sklep, do czego miał zdecydowanie zbyt żywy temperament i teraz tracił czas wałęsając się po Pokątnej.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że profesor Snape nie lubił swoich uczniów... bo tak. Stanowiło to logiczne uzupełnienie faktu, że nienawidził uczyć. Najgorzej chyba przedstawiała się sytuacja dziewcząt, bo Severus zdawał się mieć trwały uraz do uczennic Hogwartu, zwłaszcza Krukonek, ale ogólnie wszyscy studenci nie mieli u niego lekko. Jak jednak zwykle bywa w takich przypadkach, zdarzało mu się całkiem nieźle dogadywać z niektórymi szczególnymi jednostkami, do których zaliczał się też Frycek Goldman. Sympatię nauczyciela zdobył sobie podczas pewnego pamiętnego szlabanu, gdy – jak później stwierdził – z nudów i w porywie inicjatywy uwarzył dla Snape'a kilkumiesięczny zapas eliksiru pieprzowego. Mistrz eliksirów omal nie zemdlał po powrocie do gabinetu. Ze szczęścia. Dostawał mdłości za każdym razem, gdy madame Pomfrey wspominała, że jej ulubiony specyfik jest na wykończeniu. Nie dał oczywiście nic po sobie poznać, ale znamienne było łaskawe pominięcie milczeniem faktu, że Goldman nie zabrał się za wykonanie zadania rzeczywiście mu wyznaczonego. Od tamtej pory nauczyciel i uczeń nie wchodzili sobie wzajemnie w drogę, a skoro Nietoperz komuś odpuścił, nikt w Hogwarcie nie był już w stanie mu zaszkodzić. Severus nigdy nie dowiedział się co prawda, czy cwany smarkacz zrobił to celowo, sobie tylko znanym sposobem dowiadując się o małej, pieprznej słabości Snape'a, czy zwyczajnie miał ochotę poszperać w jego laboratorium, ale akurat w tym wypadku nie miało to wielkiego znaczenia. Profesor miał to gdzieś i z przyjemnością dał się, tylko tym razem!, kupić.

Snape pokiwał w zamyśleniu głową, mierząc Frycka dziwnie rozkojarzonym spojrzeniem.

– Powodzenia, Goldman – powiedział i ruszył przed siebie.

– Dzięki. Ale! – Zatrzymał go. – Jeżeli wybierał się pan do Malkin, nie radzę się tam teraz pchać. To będzie piekło.

– Wiem. Przywykłem.

§§§

– Nareszcie! O słodka, słodka wolności! – zawołał wesoło rudy chłopak, przekroczywszy próg domu przy Grimmauld Plac 12. – Mamo, jesteś tu? Konamy z głodu!

– W tym wieku mógłbyś już pozwolić sobie na odrobinę szczerości, Ron – odezwał się tuż za nim nieco zarozumiały głosik, który bardzo starał się sprawiać wrażenie, że wcale taki nie jest.

– Masz na myśli, Hermiono?

– Tylko ty jesteś bez przerwy głodny.

– A ty drobiazgowa.

– Znowu zaczynacie? – jęknął Harry Potter, ładując zapobiegawczo między nich swój kufer. Westchnął i odruchowo potarł bliznę na czole, ale gdy napotkał rentgenowe spojrzenie Hermiony, natychmiast udał, że tylko bardziej czochra swoje i tak niepokorne włosy. – Nic. Mi. Nie. Jest – zapewnił nieco groźnie. Lubił swoich przyjaciół. Nawet bardzo. Jednak czasami, przypominając sobie niektóre zajścia z ich szczęśliwego pożycia, fantazjował optymistycznie o tym, jak jest z nimi pokłócony i wreszcie ma święty spokój.

– To ona zaczęła! – marudził młody Weasley, krzyżując ramiona na piersi i z zainteresowaniem przyglądając się sufitowi. Oznaczało to wielką obrazę. – Nie może ciągle łapać mnie za słówka. Ani wymagać, żebym je jakoś specjalnie, ze względu na nią, dobierał, gdy przyjeżdżam do domu zmęczony semestrem...

– Ty? TY? Zmęczony?! Niby czym?

– No...

– Wybrałeś sobie absolutne minimum programowe, Ron! Ty nie masz już zajęć, tylko okienka! – zawołała, gestykulując agresywnie trzymanym w ramionach Krzywołapem.

– A co w tym złego?

– Co? Co w tym złego?! Chyba się przesłyszałam! Pomyśl trochę nad swoim życiem, Ron. Co będziesz robił po Hogwarcie?

– Ożenię się bogato.

Prychnęła.

– Z kimś cholernie inteligentnym, żeby zrównoważył moją niewyobrażalną ignorancję – dodał. – Może być?

– Ron. – Przewróciła oczami, po czym popatrzyła na niego, kiwając z politowaniem głową. – Chyba ci się nie wydaje, że TAKA dziewczyna w ogóle by na ciebie spojrzała?

– A co ciebie tak nagle obchodzą moje dziewczyny?

– Dziewczyny in spe, Ronaldzie. I wcale mnie nie obchodzą, ale ja na miejscu takiej hipotetycznej dziewczyny...

– Nigdy nie będziesz na miejscu tej hipotetycznej dziewczyny, Hermiono. Nie zaznaczyłem, że będzie też ładna?

Krzywołap zasyczał, a panna Granger zrobiła się purpurowa na twarzy. Jej brązowe pierzaste włosy aż uniosły się lekko z powodu złości i urazy.

– Ronaldzie Weasley!

– Dobrze, dobrze, wystarczy już – wtrącił się Chłopiec, Który Przeżył, Ale Teraz Naprawdę Tego Żałował. – Czy w ogóle jest ktoś w tym domu? Syriuszu? Profesorze Lupin?

– Coś ci się we mnie nie podoba? – drążyła dziewczyna, a Weasley zaśmiał się teatralnie:

– Masochistka chce posłuchać?

– Ron, proszę.

– No co, Harry? Na nią i stary Snape by się nie połasił, a on musi być nieźle zdesperowany.

– Dosyć! Przegiąłeś! – Hermiona tupnęła nogą i odwróciła się od nich, zadzierając wysoko głowę. – Idę do mojego pokoju. Żegnam.

– Nie, Herm, czekaj… – Potter próbował ją zatrzymać.

– I dobrze! – rzucił mściwie Ron.

Wtem otworzyły się wreszcie drzwi kuchni.

– O, jesteście już! – zawołał Syriusz Black, a idący za nim dyrektor uśmiechnął się do całej trójki. – Wydawało mi się, że coś słyszałem.

– Panie dyrektorze, pan tutaj? – zdziwił się Harry.

– Służba, nie drużba – powiedział. – Wesołych świąt.

– Cześć wszystkim! Harry! – Black podszedł do nich, szczerząc się radośnie, objął wylewnie chrześniaka i również poczochrał jego nieszczęsną czuprynę, Rona poklepał po ramieniu, a do panny Granger puścił zawadiacko oko.

– Jak się macie? Mieliście dobrą podróż?

– Tak. Tonks eskortowała nas tutaj, ale musiała wracać do ministerstwa.

– Tonks? Ach, tak. – Pan domu, mimo wyraźnego entuzjazmu, był też bardzo wzburzony.

– Syriuszu, czy coś się stało? – zapytał czujnie młody Potter.

– Co? Nie. Skąd? Dlaczego?

Jednak był zdenerwowany, a powód tego stanu właśnie ukazał się na scenie. Severus Snape wstępował powoli po schodach na górę, powiewając malowniczo szatami i przywodząc Harry'emu na myśl hrabiego Draculę z jakiegoś filmu, który Dudley oglądał kiedyś na wideo, a on podglądał przez dziurkę od klucza. Wprawdzie aktor z wyglądu bardziej przypominał jego ojca chrzestnego, ale nie dało się ukryć, że Syriusz nigdy nie potrafiłby zrobić z siebie tak upiornego widowiska jak Snape w tej chwili. W hallu natychmiast zapanowała martwa cisza.

– Proszę, proszę – odezwał się zimno mistrz eliksirów. – Rodzinne święta. Urocze. Nareszcie towarzystwo na twoim poziomie, co, Black?

– Zjeżdżaj.

– Z miłą chęcią. Nie myśl, że przebywanie tutaj sprawia mi jakąkolwiek przyjemność. – Snape ruszył do drzwi, wykrzywiając się w swoim ulubionym grymasie. Ron skulił się odruchowo, gdy go mijał.

– Severusie! Pozdrów od nas kochaną Yen – poprosił niespodziewania Dumbedore.

– Oczywiście, dyrektorze – warknął, zamykając za sobą drzwi.

– Kochana Yen? – zdziwił się Harry. – Co to za jedna?

– Jakiś nowy eliksir? – zagadnął Ron z wyrazem obrzydzenia na twarzy.

– Cóż, to raczej długa historia... – mruknął Syriusz.

§§§

Następnego dnia po zakupach entuzjazm Yenlli opadł do poziomu godnego depresji Morza Martwego lub Kotliny Turfańskiej, a jeszcze kolejnego był to już stan naprawdę alarmujący.

Dwudziestego piątego grudnia po południu Yen siedziała w kuchni naprzeciw Severusa, grzebiąc apatycznie widelcem w zawartości talerza. Zasłonięty szczelnie gazetą Snape udawał, że nie widzi, ale niestety nie mógł nie słyszeć.

– Czy musisz to robić?

Yenlla uniosła opartą na dłoni głowę i rozkojarzonym wzrokiem spojrzała na nagłówek w zastępstwie rozmówcy.

– Hm?

– Wzdychasz.

– Naprawdę? – westchnęła. – A to ci przeszkadza?

– Szalenie.

– Więc przepraszam.

Ponownie ciężko westchnęła, wstała i powlokła się do salonu.

Gdy kilka minut później Severus zobaczył, jak siedzi tam z porzuconą na kolanach książką, patrząc przed siebie z nieobecnym wyrazem twarzy, poczuł, że dłużej nie zdzierży i skrył się w pracowni.

Obecnie do laboratorium częściej niż nagły zryw do pracy gnała go chęć na papierosa. Nie palił przy Yen. Nie znosiła dymu, który szkodził jej na głos, cerę i włosy, a poza tym powodował migrenę, bóle duszy, prawdopodobnie raka i choroby serca, a na pewno histerię, albowiem niwelował (jak twierdziła) chęci życiowe i zapach perfum. Severus nawet nie próbował sięgać w jej obecności po papierosa, ponieważ posiadał rzadką umiejętność uczenia się na błędach. Z kolei życie z Yenllą bez tego stymulatora było czymś, na co absolutnie nie odważyłby się porywać. Do tego dzisiaj po prostu nie mógł znieść jej widoku. Nawet tutaj, gdzie jej nie widział, do szału doprowadzała go świadomość, że tylko cienka ściana dzieli go od małej dziewczynki gotowej rozpłakać się z powodu braku choinki bożonarodzeniowej. Doprawdy! Ile ona, do cholery, miała lat?! Sześć?

Niestety, mała Yen, nie ma Mikołaja. Mikołaj właśnie w tej chwili kroi indyka w Hogwarcie – jakże mi przykro. Czas wreszcie wydorośleć.

Po raz pierwszy od lat Severus miał pretekst, aby uniknąć radosnej, kiczowatej uroczystości w szkole, ale ona oczywiście musiała mu to popsuć.

§§§

Yenlla podeszła do okna, usiadła na parapecie i zapatrzyła się na plac i kamienice naprzeciwko domu, w którym mieszkali. Płatki śniegu tańczyły na wietrze w zapadającym zmierzchu, a w oknach zapalały się migające kolorowo światełka. Im ciemniej robiło się na dworze, tym było ich więcej – wesoło rozjarzonych kwadratów, w których przestrzeniach można się było dopatrzeć kręcących się po pokojach ludzi. Dołączenie do tego obrazka wesołych rozmów, śmiechów i przekomarza było już tylko kwestią odrobiny imaginacji, a tej Yenlli Honeydell nigdy nie brakowało.

Tak było wszędzie, tylko nie tutaj.

Na trawniku poniżej rosła niewielka choinka, w przyozdabianie której zabawiało się dzisiaj kilku sąsiadów, podczas gdy ich dzieci lepiły po obu stronach drzewka gwardię przyboczną w postaci bałwanów. W dziennym świetle wynik wspólnych starań sprawiał zaiste żałosne wrażenie, ale szara godzina zmieniała ogólną perspektywę w zaskakujący sposób. Yen przemknęło przez głowę, że wolałaby teraz być choćby i śniegowym bałwanem, niż tkwić tak z nosem przy szybie. Zrozumiała, że jest z nią bardzo źle.

Wczesnym rankiem, tak jak zawsze jej matka, wymieniła drobne upominki ze skrzatami i na tym skończyły się jej święta. Nigdy dotąd tak nie było. Dla zapracowanych na co dzień państwa Honeydellów święta miały jakby zwielokrotnione znaczenie emocjonalno-kulturowo-wypoczynkowe i obchodzono je zwyczajowo z wielką pompą. Przygotowania trwały tygodniami, a pod koniec przeładowany ozdobami ponad wszelką estetyczną tolerancję dom mógłby przypaść do gustu chyba wyłącznie Jankesowi. Choinki, ostrokrzew, jemioła, światełka, bombki, elfy, lodowe rzeźby, wolne skrzaty i gnomy w strojach Mikołajów, dzwoneczki, czapeczki, puzderka ze skradzionym głosem renifera. Świąteczne Krucze Gniazdo w ciągu kilku sekund skutecznie powalało na kolana każdego estetę, ale przecież nie w tym rzecz. Dla Yen było to najpiękniejsze miejsce na ziemi – bajkowe i cudowne! Gdy panna Honeydell budziła się rano, cały pokój tonął w prezentach pakowanych przez niespotykanie złośliwego i dowcipnego Świętego – chyba dlatego, że dziewczynka nie była wzorem grzeczności. Każdy drobiazg, każdy bibelot zapakowany był osobno w wielkie pudło z olbrzymią kokardą, a jeszcze częściej pierwsze pudło kryło w sobie kolejne, upakowane na zasadzie pewnej rosyjskiej zabawki. Mała Yen wśród pisków i chichotów spędzała do kilku godzin na ich rozpakowywaniu, a kolorowy papier i wstążki przez następny tydzień poniewierały się po posiadłości. Później nadchodziła pora na wystawny świąteczny obiad przy stole uginającym się od wyśmienitych, aromatycznych potraw (nad którym doborem Elizabeth Honeydell łamała sobie głowę przez cały miniony rok) i ustawionym w salonie pod gigantyczną choinką. Zasiadało przy nim mnóstwo gości, krewnych i znajomych Honeydellów oraz znajomych tych krewnych i krewnych owych znajomych zjeżdżających z całego kraju. Zabawy, rozmowy i żarty przeciągały się prawie do rana, aby następnego dnia wszystko mogło rozpocząć się na nowo. I tak aż do końca świątecznej przerwy, kiedy młodzież była zmuszona powrócić do szkół, a dorośli do pracy. Yen była wtedy maskotką całej rodziny – wszyscy ją uwielbiali i psuli nieprzytomnie.

Dzisiaj większość z tych ludzi dawno nie żyła, a ona tkwiła za grubą szybą, obserwując, jak świętują inni. Obcy. I było jej z tym bardzo ciężko. Nigdy, nigdy, nigdy dotąd nie przeżyła takich beznadziejnych świąt. Nawet gdy mieszkała sama w swoim dziwacznym, piwnicznym sanktuarium, zawsze hucznie obchodziła Boże Narodzenie z Błyskotką i Newtonem. To było coś, czego nikt nie mógł jej zabronić... Prawie nikt.

Severus nie uznawał świąt. Zresztą dlaczego miałby to robić? Z tego, co wiedziała, nie był członkiem żadnego kościoła. Yenlla mogła się z nim kłócić, awanturować, drażnić, dogadywać i robić na złość przy każdej nadarzającej się okazji, ale tę jedną sprawę musiała uszanować. Znajdowała się w jego domu, była jego gościem, a to było jego życie. Doskonale znała nieprzekraczalną granicę.

Oczywiście oboje zostali zaproszeni na święta na Grimmauld Place 12, a dyrektor równie gorąco namawiał ich do przybycia na ucztę w Hogwarcie, ale Snape zdecydowanie odmówił. Och, Yenlla zniosłaby nawet powrót do szkoły albo wpatrywanie się przez cały wieczór w Syriusza Blacka... Co tam wpatrywanie! Była gotowa nawet siedzieć mu na kolanach i karmić puddingiem, byle tylko być Tam. Tam, gdzie coś się działo, gdzie były kolorowe światła, kolędy i atmosfera, niekoniecznie w tej kolejności. Kiedy pomyślała o tym, że w tej chwili cały świat raczy się indykami, ciastkami, piernikami i żurawiną (a niektórzy szaleńcy po drugiej stronie cywilizacji nawet barszczem i kapustą), że inni ludzie grają w scrabble i monopol albo chociaż oglądają razem tysięczne powtórki starych filmów w telewizji, chciało jej się płakać. W podobnych momentach zazdrościła najmarniejszemu z mugoli. Zrobiłaby wszystko, żeby być teraz gdziekolwiek indziej, na czyichkolwiek świętach, ale obie dostępne opcje odpadały. Przecież nie mogła nigdzie pójść sama. Zwyczajnie nie wypadało. Yen była w końcu mężatką i wiedziała, jak powinna się zachowywać.

Podniosła się i otworzyła okno. Wcale nie było zamknięte, Severus kłamał z przyzwyczajenia. Wszak musiałby się chyba wykrwawić, gdyby rzeczywiście chciał obłożyć klątwami wszystkie możliwe drogi ucieczki. Yen jednak nie zamierzała uciekać. Na pewno nie tędy. Połamałaby sobie obcasy.

Wychyliła się poza okienną ramę i nasłuchiwała uważnie.

Nie, ucho jej nie myliło. Ulicą wędrowało stadko młodocianych kolędników. Wykonanie z pewnością nie było powalające, ale co z tego? W kryzysowej sytuacji Yen była gotowa zaspokoić się i taką namiastką. Wyciągnęła się najdalej, jak mogła. Lodowaty wiatr targał jej starannie ułożonymi włosami, a śnieg osiadał na twarzy i nagich ramionach. Była jednak zdecydowanie zbyt podekscytowana, aby przejmować się takimi drobiazgami czy przynajmniej je zauważyć. Nie wspominając o tym, że bywała zdolna do jeszcze bardziej idiotycznych demonstracji, gdy chciała komuś coś subtelnie dać do zrozumienia – a trudno było wątpić, że i tym razem to właśnie miała na celu.

– No proszę. – Rozległ się za jej plecami sarkastyczny ton. – Więc to prawda, że w czasie świąt rośnie liczba samobójstw.

Yenlla posłała mu chłodne spojrzenie, wbrew swojej woli zaszczękała zębami i powróciła do obserwacji podwórka.

– Mógłbyś sobie chociaż dzisiaj darować – stwierdziła.

– Dzisiaj? Gdy i zwierzęta mówią ludzkim głosem?

– Wczoraj mówiły. I to nie w twoim kręgu kulturowym.

Przewrócił oczami, podchodząc i zarzucając jej koc na ramiona. Miał zwyczaj dbania o dobry stan osobistej własności.

– Odejdź od okna.

– Nie.

– Dziewczynko – warknął, lecz ona tylko pomachała na niego ręką, jakby odpędzała się od natrętnego owada.

– Idź sobie. Zagłuszasz.

– Co zagłuszam?

Nie raczyła mu odpowiedzieć, ale przez ten czas zdążył się sam zorientować.

– Na Salazara! Czy ty już kompletnie zwariowałaś? – Zdjął ją z parapetu, nie przejmując się protestami, i zatrzasnął okno. – Ile razy prosiłem, żebyś nie wystawiała na próbę mojej cierpliwości? Zaczynam mieć dosyć kaprysów, tragicznych min i snucia się po kątach. Yen, masz trzydzieści siedem lat!

– Severus, jak śmiesz! Trzydzieści sześć! SZEŚĆ!

– W sześć uwierzę.

– Bardzo zabawne!

– Czym się zajmujesz przez całe dnie? – kontynuował wściekły mistrz eliksirów. – Należałoby to może przemyśleć. Kiedy ostatnio spędziłaś pożytecznie pięć minut? Tylko łazisz i jęczysz z cierpiętniczą miną. Co z twoim doktoratem? Kiedy ostatnio choć przerzuciłaś papiery? Centymetrowa warstwa kurzu i stos gnijących roślin. Mogłabyś to sprzątnąć. Wielki naukowiec!

– Och, bardzo przepraszam, że nie mam do tego głowy.

– Do niczego nie masz głowy.

– Nie jestem maszyną! Zresztą, od kiedy cię to obchodzi? To moja sprawa. Nie miałeś nic przeciwko temu, dopóki zajmowałam się tobą.

– Mną?

– Tak. Dopóki spędzałam ten czas, przymilając się i windując twoje ego.

– Chyba marudząc i kaprysząc.

– A co złego w tym, że jestem wrażliwa i uczuciowa?

– Wrażliwa? – zaśmiał się. – Ty? Jak bazalt!

Oczy jej zapłonęły, a cała twarz wykrzywiła się w nagłym ataku furii.

– Daj mi spokój! – wrzasnęła. – Czego ode mnie chcesz?

– Chwili refleksji.

– Nie mam ochoty na refleksję. Mam ochotę na... ciastka imbirowe.

– Bo mnie zaraz szlag...

– To niech cię trafi! – zawołała rozżalona, odwracając się od niego i owijając szczelniej kocem. – Mnie nic do tego.

Severus już otwierał usta, aby coś na to odpowiedzieć, ale szybko je zamknął. To i tak nie miało sensu. Pieprzona księżniczka! Najwyraźniej w momencie, gdy został uznany za pokonanego, został też pozbawiony wszelkich względów i jedynym, co mu pozostało, były jej humory. Mimo wszystko jakaś, zapewne nieskończenie lepsza od całokształtu, część jego osobowości nie chciała, aby tak to wyglądało. Ta część żałowała Yen jeszcze chwilę wcześniej i nadal nie chciała ustąpić. Poza tym Severus Snape czuł, że potrafi znaleźć lepsze powody do awantury niż brak piernika. Dać się sprowokować czymś podobnym byłoby poniżej godności gumochłona, a on stał chyba na nieco wyższym szczeblu drabiny ewolucji.

Ostatniej mściwej uwagi Yen nie brał oczywiście poważnie. Był w końcu pedagogiem i jako tako znał się na dziecięcych kaprysach. Dopiero teraz w pełni rozumiał, dlaczego przez całe życie intuicyjnie nie lubił dzieci. Miał też świadomość, że wystawanie go na cel humorom małej dziewczynki to czysta złośliwość dążącego do równowagi losu, który chyba właśnie każe go za brak potomstwa. Malfoy miał rację, prychnął w myślach. Po krótkim stażu na stanowisku kochanka, chyba właśnie został ojcem.

A wracając do tematu Yen... Ona przecież nie mówiła tego poważnie. Gdyby na przykład teraz wyszedł, jak zwykle umierałaby ze zmartwienia, a po powrocie znalazłby ją na granicy histerii... Prawda?

§§§

.

Oh, the weather outside is frightful
But the fire is so delightful
And since we've no place to go
Let it snow, let it snow, let it snow

.

Yenlla miała brzydko zarumienione policzki, a jej oczy pałały niezbyt zdrowym blaskiem, więc siedziała z naburmuszoną miną, wydymając usta i racząc się na przemian gorącą herbatą z rumem i paskudnym cierpko-gorzkim eliksirem, którego początkowo nie chciała tknąć, twierdząc, że pachnie jej migdałami. Severus uśmiechnął się do siebie na myśl o tym, jak wspaniałą ma u niej opinię.

Idąc na naprawdę przerażające ustępstwa, resztę dnia spędził, grając z nią w szachy i słuchając Sinatry. Nihil novi sub sole. Pewne rzeczy jednak się nie zmieniają. Na dokładkę Sinatra ze swoim Let it snow docierał do niego dzięki mugolskiemu radiu, które osobiście dla niej przestroił.

W pewnych, bynajmniej nie tak rzadkich, chwilach, które skwapliwie wykorzystywała, Yen potrafiła skłonić człowieka do mnóstwa idiotycznych postępków. O ile oczywiście ten był na tyle niemądry, aby obiecywać szelmie cokolwiek w momencie słabości, a Snape najwyraźniej niemądry... bywał. Stąd bieżącą sesję Franka przyjmował jako słuszną karę za grzechy.

Ogień wesoło trzaskał na kominku, Severus przypadkiem rozlał w pracowni całą fiolkę aromatu imbirowego (ostatnimi czasy przytrafiało mu się zdecydowanie zbyt wiele przypadków) i niespotykanym zbiegiem okoliczności przegrywał w szachy na potęgę.

– Szach i mat – powiedziała obojętnie Yen, przesuwając figurę po planszy. – Naprawdę nie musisz tego robić.

– Hm?

– Nie jestem aż tak głupia, Sever. Poruszałam się wieżą po skosie i królem jak laufrem. I kto tu jest dzieckiem?

– Khm, khm.

– Idę się położyć. Jestem zmęczona.

Mistrz eliksirów zachmurzył się, wodząc za nią wzrokiem. Rozkapryszona i krnąbrna. Co jeszcze miał zrobić? Mogłaby chociaż docenić jego ostatni gest, jakkolwiek faktycznie można by go uznać za nieco naiwny.

Yenlla niespodziewanie drgnęła, zatrzymała się i zanim weszła do sypialni, powiedziała:

– Aha, oczywiście dziękuję ci za te... starania.

„Ostatecznie nie ma się czym przejmować", pocieszyła się w duchu. Odbije sobie z naddatkiem u Malfoyów. O tak! Prawie o tym zapomniała. Uśmiechnęła się do siebie tryumfalnie.

§§§

Następny dzień Yenlla Honeydell-Tymczasowo-Snape w całości przespała i w dodatku, na złość nie wiadomo komu, dostała gorączki. Trzeciego dnia wyglądała okropnie, toteż wpadła w kolejną depresję. W panice okładała się maseczkami i szykowała ziołowe kąpiele. Ucierając kwiat paproci z żółtkiem, aloesem i elfim pyłkiem, Snape powątpiewał w sens swej tak długiej i żmudnej edukacji. Od zapachu wywaru z fiołka trójbarwnego i olejku różanego robiło mu się niedobrze, lecz powstrzymywał się od komentarzy. Gdzieś w głębi duszy, i zupełnie wbrew sobie, zatęsknił za spokojnymi świętami w Hogwarcie, gdzie mógł obawiać się co najwyżej kilku godzin pożywiania się w towarzystwie kilkorga uczniów i ewentualnie bokserek w renifery od dowcipnej profesor numerologii...

Czwartego dnia drzwi sypialni otworzyły się wyjątkowo wcześnie, bo już o jedenastej. Wypadła przez nie zupełnie odmieniona, wypoczęta i zadowolona z życia Yen w przyciasnym czarnym szlafroczku obrzeżonym filigranowym srebrnym haftem i ozdobionym falbankami.

– Dzień dobry, kochanie. – Podeszła do oszołomionego Severusa i cmoknęła go na powitanie w policzek. Widocznie załamania nerwowe w ostatecznym rachunku wychodziły jej na zdrowie.

– Dlaczego tak mi się przyglądasz? – zapytała z zalotnym uśmieszkiem.

– Jesteś...

– Piękna? Czarująca? – Wdzięczyła się.

– Jesteś potworem, Yen Honeydell.

– Snape, kochanie, Snape.

Mistrz eliksirów pokręcił nad nią bezradnie głowa i sięgnął po płaszcz. Mimo szczerych starań nie mógł powstrzymać lekkiego grymasu ust... raczej wesołego grymasu ust.

– Och! – Rozjarzyła się znowu. – Poczekaj, będę gotowa za minutę.

– Gotowa? – zdziwił się. – Tylko mi nie mów, że znowu chcesz gdzieś iść.

– No tak. – Spojrzała na jego płaszcz. – Myślałam, że pamiętasz.

– O czym?

– Dziś jest dwudziesty ósmy – rzekła tak, jakby była to odpowiedź na wszelkie jego możliwe pytania i wątpliwości.

– I co z tego? Yen, na litość, wyrażaj się jaśniej.

– To nie dlatego ty... – Posmutniała. – Myślałam, że jakimś cudem pamiętałeś... Gdzie idziesz?

– Nie twoja sprawa. A ty?

– Sukienka. Madame Malkin. Przyjęcie u Malfoyów. – Ostatni równoważnik zdania tylko wyszeptała niepewnie.

– Cóż, w takim razie rzeczywiście będziesz musiała pójść w szlafroku.

– Sever...

– Nie.

– Ale...

– Nie ma żadnego „ale". Mam własne sprawy do załatwienia i nie mogę cię znowu oprowadzać po Pokątnej.

– Naprawdę mogę iść sama.

– Rozmawialiśmy już o tym.

– Nie! – krzyknęła. – O nie! Nie możesz mi tego zrobić. Nie odwołasz chyba wszystkiego? Nastawiłam się na to przyjęcie i nie pozwolę ci tego zepsuć! Planowałeś to od początku, prawda? Wiedziałam, że to zrobisz! Chciałeś iść sam, tak? Dlaczego? Dlaczego mi to robisz, Sever?

– Yen, przestań.

– Nie pozwolę ci na to, słyszysz?

– Więc trzeba było ustalić ze mną termin. Nie mam nieograniczonej ilości wolnego czasu. Nie mogę cię bez przerwy niańczyć.

– A kto powiedział, że musisz? – Złagodniała i przypadła do niego, łasząc się czule. – Poradzę sobie sama. Teleportuję się na Pokątną. Zajmie mi to kilka minut. Nic mi się przecież nie stanie na środku zatłoczonej Pokątnej!

– Nie.

– Dlaczego ty musisz wiecznie wszystko komplikować?! – wybuchła znowu. – Ciągle masz jakieś zastrzeżenia. Lubisz te przepychanki? Dobrze, ale później. Potem mogę się z tobą kłócić całą noc, ale pozwól mi najpierw odebrać sukienkę.

– Powiedziałem coś.

– Dlaczego utrzymujesz blokadę na drzwiach? Lord pobłogosławił twój związek i nie zamierza mnie tymczasowo zabijać, więc o co chodzi? Dlaczego nie mogę iść sama?

Nie odpowiedział. Mierzył ją tylko bardzo dziwnym spojrzeniem, którego znaczenia nie potrafiła odczytać, mimo to coś w jego twarzy sprawiło, że się cofnęła.

– Dlaczego, Severusie?

– Mam swoje powody – warknął.

– Ale...

Snape wreszcie nie wytrzymał.

– Do ciężkiej cholery, Yen, czy ty naprawdę wierzysz na słowo największemu szaleńcowi, jaki obecnie chodzi po ziemi?

Yenlla zamilkła, a jej oczy rozszerzyły się do rozmiaru spodeczków. Początkowo niewiele z tego zrozumiała, ale gdy dotarł do niej sens wypowiedzi Severusa... Zaczerpnęła gwałtownie powietrza.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Ponury, ale i poruszony mistrz eliksirów odwrócił się, zapinając w pośpiechu pozostałe guziki płaszcza.

Słowo Lorda Voldemorta znaczyło mniej niż jego kaprys i miało nawet krótszy żywot. Oficjalne postanowienie może i było dla nich korzystne, lecz nie należało lekceważyć dawnej urazy. Severus był mu potrzebny, ale nie niezastąpiony. Poza tym istniała jeszcze instytucja nieszczęśliwych wypadków. Polecenie szepnięte komu trzeba, drobna sugestia, jedno zbłąkane zaklęcie... Winę zawsze można było zwalić na któregoś z rekrutów, który źle zrozumiał rozkaz. Snape otrzymałaby jeszcze prawo do wyegzekwowania zemsty.

– Dobrze, niech ci będzie. Wstąpię po tę przeklętą kieckę – zaoferował, zamiast odpowiedzi.

– Dziękuję, ale… – Jeżeli chciała ostatecznie go zdenerwować, była na bardzo dobrej drodze.

– Co znowu?

– To nie o to chodzi – zaprotestowała delikatnie, zerkając na niego lękliwie spod rzęs. – Potrzebuję jeszcze ostatniej przymiarki i...

– Nie przeciągaj struny – szczęknął zębami.

– Tylko na mnie nie krzycz! – Zakryła obronnie twarz rękami. – Jeżeli mam iść w kawałku szmaty, która będzie na mnie krzywo leżeć, to rzeczywiście wolę iść w szlafroku. Och, po prostu zapomnijmy o całej sprawie! – Zrezygnowała nagle i powędrowała w kierunku kanapy. – Baw się dobrze, Sever. – Zasiadła w wypróbowanej, wysoce tragicznej pozie i to wznosiła, to załamywała dłonie, potrząsając jednocześnie głową i patrząc smętnie w dywan. – Mną się nie przejmuj, bo i co to kogokolwiek obchodzi? Posiedzę, poczytam, poudaję, że wcale o to nie dbam... Nie, nie, w ogóle nie zawracaj sobie tym głowy. Wiedziałam, że tak będzie. Przecież ty to robisz specjalnie.

Mistrz eliksirów wiedział, że tego pożałuje. Pożałuje już w chwili, gdy to powie. Wiedział, że zbyt często ustępuje, że to absolutnie niepedagogiczne, ale i tak miękł za każdym razem, gdy dobrze się postarała. Tonął, lecz za to w doborowym towarzystwie, jeżeli przejrzeć kronikę jej zakończonych związków.

– Ubieraj się – polecił.

– O nie. – Założyła nogę na nogę i skrzyżowała ramiona na piersi. – Jeżeli to znowu ma być jakiś żart... O nie, nie wierzę ci.

– Lupin z tobą pójdzie.

– Ja... eee… – Urwała nagle i odchrząknęła elegancko. – Remus? Skąd nagle Remus?

– Wyślę go w asyście.

– I on cię posłucha? Sever, czy ty nie masz zbyt wysokiego mniemania o sobie?

– Przecież nie zrobi tego dla mnie. Czyżbyś przestała doceniać swoją urodę, kochanie?

– Ja... Tak. – Wstała niezdecydowanie. – Już. Chwilkę. Ale dlaczego akurat Remus?

– Yen, gdzie znajdę drugiego idiotę, który w obecnych warunkach, przy nawale zajęć zgodzi się jeszcze łazić z tobą po Pokątnej?

Yenlla skinęła szybko głową, ale kiedy tylko przestał taksować ją nieprzyjemnym wzrokiem, wyszczerzyła się radośnie i ledwie powstrzymała nieprzystojny gest zatarcia rąk.

„Sam sobie odpowiedziałeś, Sever. Prowadzając się ze mną do modystki".

Zachichotała wesoło.

§§§

Wychodne w towarzystwie Lupina stanowiło miłą i odprężającą odmianę. Remus nią nie szarpał, Remus na nią nie krzyczał, Remus nie miał bez przerwy o wszystko pretensji ani nie urządzał dzikich scen przy jej dawnych znajomych. Remus spacerował spokojnie u jej boku, Remus uśmiechał się swoim łagodnym uśmiechem rozpoznawczym, Remus zabrał ją na herbatę i ciastka... I przede wszystkim Remus z nią rozmawiał. Naczelny wilkołak Hogwartu nie miał żadnych oporów przed opowiedzeniem jej o swojej pracy („Dorywczej co prawda, ale to zawsze coś"), okazał się fanem sag skandynawskich i całkiem nieźle znał na muzyce jak na przedstawiciela tej czarodziejskiej, amuzycznej dziczy. Słuchał Brahmsa i utworów angielskiego renesansu, a odpowiednio przyciśnięty przyznał się do młodzieńczej fascynacji Trzema Trollami i tym ich niebieskowłosym wokalistą.

Mistrz eliksirów prawie nigdy z nią nie rozmawiał. Potrafił tylko wrzeszczeć i wyszukiwać nowe, abstrakcyjne problemy. Każdy temat automatycznie stawał się tabu: od pozornie mało istotnego zapytania, co zawiera szafka stojąca w kącie, po jego poglądy polityczne – choć w wypadku tego ostatniego zagadnienia Severus Snape faktycznie mógłby mieć pewnie problemy z udzieleniem zadowalającej odpowiedzi. Właściwie Yen i Severus robili wspólnie tylko dwie rzeczy – kłócili się lub równie widowiskowo godzili (wyłącznie w jeden sposób), ale kiedy już się sprzeczali, to o wszystko, o co tylko można. Teraz mogli już tylko albo pozostać idealnym małżeństwem do końca swych dni, albo pozabijać się nawzajem.

Zanim piękna Yen się zorientowała, część tych myśli zdążyła wypaplać Remusowi. Była posiadaczką tak nieznośnie długiego języka, że mogłaby się o niego potykać, gdyby nie bariera z bielutkich ząbków utrzymująca go (czasami) na miejscu. Wszystkie wcześniejsze starania niemal poszłyby w błoto, bo kiedy się nad tym nie zastanawiała, prawiła, co jej ślina na język przyniosła. Uff, było blisko.

Remus był taki miły, tak dobrze potrafił słuchać i zdawał się wszystko rozumieć. Miał ładne, jasnobrązowe i uroczo pofalowane włosy poprzetykane srebrnymi nitkami, które dodawały mu szlachetności. No i te ciepłe orzechowe oczy... Ach, łagodny, wrażliwy, dojrzały mężczyzna. Biorąc wszystko pod uwagę, wilkołactwo wyszło mu tylko na dobre, bo tak bardzo starał się ukryć przed światem swoją przypadłość, że stał się niemal aniołem w ludzkiej postaci.

Gdy tymczasem Severus... Cóż, też miewał dobre momenty i potrafił był uroczy na swój sposób, lecz poza tym... Och, Sever! Zaśmiała się nagle rozmarzona, przypominając sobie to i owo. Sever bywał słodki... Czasami.

§§§

Ostatnie przymiarki przebiegły szybko i sprawnie. Wystarczyły raptem dwa czy trzy dodatkowe zaklęcia i wszystko było gotowe, jednak dla Lupina cała sytuacja okazała się dość stresująca. Może rzeczywiście Yen nie powinna się przy nim rozbierać? Nie pomyślała. Och, no cóż!

Prawdziwe problemy pojawiły się przy uiszczaniu należności.

– Rachunek został uregulowany – stwierdziła zdumiona Ariadna Malkin.

– Przez kogo?

– No, jak to przez kogo, droga Yen? Twojego męża oczywiście!

– Severusa?

– Tak.

– Snape'a?!

– Znam tylko jednego. Coś nie tak?

– Nie, nie. – Uspokoiła się natychmiast Yenlla. – Po prostu wyszło mi z głowy. Przepraszam za zamieszanie – rzuciła lekko.

§§§

Mistrz eliksirów zdecydowanie odmówił, gdy wieczorem próbowała mu zwrócić pieniądze.

– Nie wygłupiaj się, skarbie, nie musisz tego robić – nalegała Yen.

– Wiem.

– Ależ Sever! – zawołała nad wyraz zakłopotana tą sytuacją. – Nie chcę, żebyś pomyślał sobie o mnie coś niewłaściwego. – Głos jej się zmienił, w jednej chwili stracił typową świergotliwość i stał się bardzo poważny. – Nie planowałam na nic cię naciągać. – Zmięła w rękach sakiewkę. – Nie chcę, żebyś z powodu udawanego małżeństwa poczuwał się do jakichkolwiek obowiązków wobec mnie. Zwłaszcza finansowych. Mam własne środki. – Wsunęła mu ponownie woreczek w dłoń. Odrzucił go.

– Potraktuj to jako prezent – powiedział obojętnie. – Muszę jeszcze popracować, więc jeżeli to już wszystko...

– Nie, nie mogę tego przyjąć. To zbyt kosztowne – upierała się trochę nieskładnie. Nie czuła się pewnie, ponieważ był to grząski temat, szczególnie w rozmowie z mężczyzną.

– Do tej pory utrzymywali cię wszyscy – zaatakował ją nieoczekiwanie. – Dlaczego ja nie mogę robić tego samego?

Skuliła się, jakby ją uderzył.

– Dlaczego zawsze musisz wyciągnąć coś takiego? – Popatrzyła na niego z wyrzutem sarnimi oczami, co tylko bardziej go zirytowało.

– A to nieprawda? – zapytał z kpiącym grymasem.

– Owszem, prawda! – Zadarła dumnie głowę, szykując się do rewanżu. – Ale oni wszyscy byli bogaci, a ty jesteś zaledwie nauczycielem.

Na te słowa zgrzytnął groźnie zębami, dlatego dokończyła łagodniej:

– Nie chcę wykorzystywać sytuacji.

Nie pomogło. Zerwał się z miejsca, dopadł do niej i ujął jej twarz w dłonie. Pociągnął ku sobie tak mocno, że musiała stanąć na palcach, bojąc się, aby przypadkiem nie uszkodził jej kręgów szyjnych.

– Zastanawiam się czasem, co o mnie myślisz, Yen. Co o mnie sądzisz? Uważasz, że mnie na to nie stać?

– Nie, ja tylko...

– Mylisz się, słońce dni moich. Mogę sobie na to pozwolić. Mogę sobie ciebie kupić, jeżeli będę miał na to ochotę.

– Nie obchodzi mnie to! – Wyrwała mu się wreszcie. – Nie dbam o to, czy masz pieniądze, czy nie. To twoja sprawa. Przecież nigdy o to nie pytałam! – krzyknęła. – Nie myślę o tym, kiedy jestem z tobą. Nigdy z tobą! Naprawdę. Nie będziemy się chyba teraz licytować, na miłość boską! To jest chore. Po prostu nie chcę, żebyś cokolwiek mi kupował. To przedstawienie nie było nikomu potrzebne. Ty masz pieniądze i ja też. – Rzuciła sakiewkę na stół i odwróciła się.

Przemowa Yenlli podziałała otrzeźwiająco. Snape nieco ochłonął, ale nie zamierzał ustąpić. Złapał ją za rękę.

– To nie żadne przedstawienie, a najmniej chodzi tu o ciebie i prezenty. – Sakiewka powróciła do niej wciśnięta przemocą w dłoń. Brzegi monet wbiły jej się boleśnie w palce. – Żadna kobieta nosząca nazwisko Snape nigdy publicznie za siebie nie płaciła – powiedział.

– S-severus – wyjąkała. – Nie możesz mówić poważnie.

Nie odpowiedział. Jak zwykle.

– Przecież naprawdę NIE jesteśmy małżeństwem.

– To dla mnie dyshonor. Jeżeli zdążyłaś o tym zapomnieć pośród swoich cudaków, też pochodzisz ze starego i szcownego rodu, a tutaj obowiązują pewne zasady.

– Tak, ale moja matka...

– Przemyśl to sobie w wolnej chwili.

Zostawił ją z kompletnym mętlikiem w głowie.

§§§

Gruntowne przemyślenie sprawy zabrało jej cały następny dzień. Wniosek mógł być tylko jeden, decyzja też. Ostatecznie była tylko małą Yenllą Honeydell, która miała serdecznie dosyć ciągłych kłótni, a do tego cechowała się, doskonale ukrytym w głębi, całkiem dobrym i zgodliwym charakterem.

– Och, Sever! – zawołała go wieczorem, stając na progu laboratorium.

– Co znowu? Mówiłem ci, żebyś tu nie wchodziła.

– Zdaje się, że nie zachowywałam się ostatnio zbyt... grzecznie.

– Nic nowego.

– Nie podziękowałam ci też należycie.

– Z co?

– Och... za wszystko.

– Przestań. Temat skończony. Nie zrobiłem...

– To może wreszcie zrób i popatrz na mnie.

Snape oderwał się od półki z podręcznym zestawem składników do eliksirów i z wrażenia upuścił ołówek. Przeniósł się w czasie o jakieś sto lat i wylądował w samym środku paryskiego burdelu.

– O Boże – sapnął Severus Snape, ateista od urodzenia.

– Nie trzeba tak oficjalnie. – Yen przekrzywiła głowę, zarzucając sobie boa na ramię i obciągając nieco wycięty do nieprzyzwoitości gorsecik. – Nie wiedziałam, czy preferujesz pejcze czy koronki i zdałam się na intuicję. Ośmielam się mniemać, że trafiłam.

– Khm.

– Och, Sever! Byłam bardzo, bardzo, bardzo niegrzeczną dziewczynką – zaświergotała, postępując krok w jego stronę – ale wszystko ci wynagrodzę.

Pstryknęła palcami i Severus usłyszał, jak gdzieś w głębi mieszkania zaskakuje kaseta magnetofonowa. Yenlla otworzyła usta i…

.

I made it through the wilderness

.

– O nie! – jęknął.

– O TAK!

.

Somehow I made it through
Didn't know how lost I was
Until I found you

.

– Yen, błagam, daruj sobie.

Ruszyła w jego stronę krokiem modelki, uśmiechając się słodko i wydymając karminowe usta, rozkołysana niby statek podczas sztormu, lecz nieskończenie groźniejsza od szkwału.

.

I was beat incomplete
I'd been had, I was sad and blue
But you made me feel
Yeah, you made me feel
Shiny and new

.

And quite innocent too. – Mrugnęła, owijając mu boa wokół szyi i przyciągając do siebie powoli.

.

Like a virgin

.

– Litości!

.

Touched for the very first time
Like a virgin
When your heart beats
Next to mine

.

– Yen, skończ z tymi idiotyzmami albo...

– TAK, groźźź mi!

.

Gonna give you all my love, boy
My fear is fading fast
Been saving it all for you
'Cause only love can last

.

Krążąc wokół niego w zmysłowych pląsach, co rusz przeginając się, wyginając, uśmiechając, mrugając i zachęcając na wszelkie znane sobie sposoby (a z pewnością miała zaplecze zarówno teoretyczne, jak i praktyczne), sprawnie jak pająk plotła swoją uroczno-uroczą pajęczynę, a Nietoperz był jedną z niewielu na tym świecie much, której to absolutnie nie przeszkadzało. Co nie znaczyło, że nie miał na ten temat wiele do powiedzenia.

.

You're so fine and you're mine

.

– Nie wyciągałbym pochopnych wniosków.

.

Make me strong, yeah you make me bold
Oh your love thawed out
Yeah, your love thawed out
What was scared and cold

.

W czasie kolejnego refrenu pozwolił wyprowadzić się z laboratorium, niepostrzeżenie przebył salon i ocknął się dopiero na progu własnej sypialni.

.

You're so fine and you're mine
I'll be yours 'till the end of time

.

– Wolałbym nie.

.

'Cause you made me feel
Yeah, you made me feel
I've nothing to hide

.

– W to akurat nie wątpię.

Bezceremonialnie pchnęła go na materac.

– Za dużo mówisz. Wybijasz mnie z rytmu.

.

Can't you hear my heart beat
For the very first time?

.

Opadła z gracją obok niego i wbrew wcześniejszym pretensjom o rozpraszanie z wprawą i czysto dociągnęła ostatnią nutę, zanim zarzuciła mu ramiona na szyję i oplotła się cała wokół niego. W tym momencie sam ściskał ją już tak kurczowo, że doprawdy zdołała zaimponować mu faktem dobycia z przepony jakiegokolwiek dźwięku, nie wspominając nawet o śpiewaniu.

– Koronki – szepnął przy okazji, zanurzając twarz w jej włosach i odsłaniając do swojej dyspozycji szyję. – Zdecydowanie – dodał, szarpiąc się ze sznurówkami gorsetu.

Po chwili Yen zlitowała się i zanim zniszczył jej misterną dekorację, wskazała mu ukryty w falbankach zamek błyskawiczny.

§§§

– Zawsze działa – skwitował Newton, wyjmując kasetę z kieszeni magnetofonu i z pieczołowitością godną insygniów koronacyjnych chowając ją do pudełka.

– Co masz na myśli? – zapytała Błyskotka i gdyby jej towarzysz był uważniejszy, z pewnością dosłuchałby się ostrzegawczej nuty w jej głosie.

– Pamiętasz tego Mahmada Jak-mu-tam? Tego, co myśleliśmy, że nie żyje?

– NIE było żadnego Mahmada.

– Oczywiście, że był. On...

Przedsiębiorcza skrzatka dała mu z rozmachem po wielgachnych uszach.

– Za co? – oburzył się Newton.

– Powiedziałam, że nie ma i nigdy nie było żadnego Mahmada.

– Jak to nie?

– Nie i już! Mężatki nie miewają zadawnionych spraw z Mahmadami. Ani z nikim innym. Trzymaj język na wodzy, bo ci go przeczyszczę płynem do kociołków, zepsuty skrzacie!


* Wszystkie Maeolowe wiersze zostały przetłumaczone na język polski przez Ernesta Brylla i Małgorzatę Goraj. Ukazały się w tomiku Irlandia. Liryki najpiękniejszewydanym przez Wydawnictwo Algo w 2000 roku.

** Gościnne występy: Frank Sinatra [ watch?v=vGRC2LYmHfU] oraz Madonna [ watch?v=s_rX_WL100]