W czwartkowy poranek Harry Potter był w wyjątkowo dobrym humorze. Nieważne, że poprzedniego dnia zachowywał się jak kompletny obłąkaniec – istotne było to, że do Malfoya wreszcie coś dotarło. Dupek zorientował się, że jest dupkiem. Może wreszcie przestanie się tak zachowywać?

Poszedł wziąć prysznic. Wcierając szampon we włosy, zaczął się zastanawiać, czyje jeszcze życie stanie na głowie dzięki genialnym umysłom braci Weasley. Ludzie zdecydowanie nie doceniali sprytu bliźniaków, a to był duży błąd. Zresztą Fred i George sami się o to prosili, pozując na wesołych błaznów. Tylko ten, kto ich dobrze znał, wiedział, że pod warstwą beztroskich dowcipów kryją się naprawdę tęgie umysły.

Harry wszedł do pokoju wspólnego tanecznym krokiem, tryskając optymizmem i dobrym humorem. Dziś będzie bardzo dobry dzień. Czuł to w kościach.

- Cześć wszystkim! – zawołał.

- Cześć, Harry – odpowiedzieli bliźniacy.

- Jaką mamy dzisiaj herbatkę?

- A taką. – George wręczył Harry'emu pucharek napełniony brązowym, bulgoczącym płynem o zapachu cynamonu. Harry wdychał głęboko przyjemny aromat, popijając małymi łykami, bowiem herbata była dość gorąca. Gdy upewnił się, że nie poparzy sobie języka, wypił resztę duszkiem.

- Pyszna – oświadczył.

- Czyli smak się zgadza. – Fred zapisał to w notesie.

W pokoju wspólnym pojawili się Ron i Neville. Ten ostatni zerknął na Harry'ego z ciekawością, zastanawiając się, jaką herbatę dzisiaj pił.

- Hej, Harry – rzucił.

- Witaj, Neville! – odparł radośnie Harry. – To jak, idziemy na śniadanko?

- Idziemy.

- Umieram z głodu – mruknął Ron, przecierając zaspane jeszcze oczy. – Czemu musimy zaczynać zajęcia tak wcześnie rano? Daliby ludziom pospać…

Harry i Neville wymienili rozbawione spojrzenia i wraz z Ronem opuścili wieżę Gryffindoru, świadomi tego, że Fred i George niemal depczą im po piętach. Byli już piętro niżej, kiedy Harry nagle zatrzymał się i zaczął dygotać. Całe jego ciało opanowało niepohamowane pragnienie. Pragnął, pożądał… och, jak bardzo! Nie, nie wytrzyma. Musi mieć to teraz, natychmiast, inaczej oszaleje! Znienacka wsunął dłoń do kieszeni Neville'a. Ten popatrzył na niego lekko przerażony.

- Eee… Harry, co ty wyprawiasz?

- Jaja na miękko – wymamrotał Harry, a jego dłoń kontynuowała wędrówkę. – Masz tam jaja na miękko. – Gdy poszukiwania okazały się bezowocne, przerzucił się na drugą kieszeń kolegi. – Gdzie je schowałeś? Muszę je mieć, muszę.

- Harry, ale ja nie noszę przy sobie jajek na miękko. Ani na twardo. Żadnych – wyszeptał Neville.

- O! A to czemu? – spytał Harry.

Neville byłby się roześmiał na tak absurdalne pytanie, ale wiedział, że kolega mówi zupełnie serio i zdawał sobie sprawę, że to wpływ kolejnej herbaty.

- No… po prostu nie noszę. Ale na śniadanie dają zawsze mnóstwo jajek. Będziesz mógł się najeść.

- No to super – stwierdził Harry.

Wytrzymał we względnym spokoju dwie minuty, po czym rzucił się na bliźniaków, rewidując im torby i kieszenie.

- Jaja sadzone – mamrotał. – Jaja sadzone. Uch, zabiłbym za choćby jedno…

- Naprawdę mógłbyś kogoś zabić dla sadzonych jajek? – spytał Fred z ciekawością.

Oczy Harry'ego błysnęły zielenią Avada Kedavry.

- A co? Masz przy sobie i mi sępisz?

- Nieeee… - pisnął Fred. Odetchnął z ulgą dopiero, gdy Harry przeniósł swoje poszukiwania na inną osobę. Mało brakowało. Następnym razem trzeba będzie trzymać język za zębami. Wyciągnął notes i zapisał:

Herbata wywołuje mordercze zapędy. Trzeba to koniecznie poprawić.

Tymczasem Harry dopadł Rona, obmacując jego kieszenie i ubranie. Robił to z takim zapałem, że przyjaciel aż kwiknął.

- Cooo…. Co ty… hi hi, przestań... robisz?

- Jajecznica na boczku. Jajecznica. Na. Boczku. – Harry mamrotał nową mantrę.

Fred i George zagryzali wargi, obserwując, jak Harry rzuca się na wszystkich w pobliżu, obmacując ich w poszukiwaniu jajek. Wystraszył przy tym panicznie jednego drugoroczniaka z Hufflepuffu, grożąc rozebraniem do naga, jeśli nie odda mu ukrytego w odzieży kogla-mogla. Gdy dotarli do Wielkiej Sali, Harry zachowywał się już jak narkoman na głodzie.

Na nieszczęście właśnie ten moment wybrał Draco Malfoy, aby wejść do sali na śniadanie. Na jego widok oczy Harry'ego zapłonęły, a on sam rzucił się na Malfoya, zwalając go z nóg i przewracając na ziemię.

- Co do cholery… Potter! – Draco był przerażony. Sądził, że po wczorajszym dniu nic gorszego nie może go już spotkać. Najwidoczniej się pomylił.

- Jaja. Muszę mieć jaja – mamrotał Harry.

- Jaja? – Draco zamrugał, niepewny, czy aby się nie przesłyszał.

- Tak, jaja. Malfoy, masz jaja?

- Czy ja mam… jasne, że mam. – Draco uśmiechnął się szyderczo. – Jak każdy Malfoy. Zazdrościsz?

- Miałbym na nie ochotę – wyznał Harry.

Twarz Dracona oblała się rumieńcem.

- C… CO? – ryknął.

- Dasz mi spróbować? – poprosił Harry.

- Nie! Co ty wygadu… NAWET SIĘ NIE WAŻ!

- Ale ja chcę! – upierał się Harry.

- Mam gdzieś, czego ty chcesz! – Draco umierał z zażenowania. Wszystkiego mógłby się spodziewać po Potterze, ale nie czegoś takiego.

- Proszę! Tak bardzo chciałbym poczuć ich smak! – zawył Harry.

- Poczuć… ich… - głos Draco uwiązł mu w gardle. Nie, to nie może się dziać naprawdę.

Zdesperowany Harry zaczął obmacywać ubranie i ciało leżącego Ślizgona. Gdzie on schował te jaja? Na miękko, na twardo, sadzone, jajecznicę – obojętnie jakie.

- POTTER! – Draco nawet nie zapiszczał, kiedy dłonie Harry'ego przesunęły mu się po żebrach. Malfoyowie nie mają w zwyczaju piszczeć. No i nie miewają łaskotek.

- Gdzie one są? – załkał Harry.

- Może chowa je przed tobą w gaciach – podsunął usłużnie George.

- Racja! Tam jeszcze nie szukałem! – Harry cały się rozpromienił, a jego wzrok powędrował w kierunku, gdzie powinny się znajdować bokserki Draco.

Ślizgon zamarł z przerażenia. Bokserki. Nie, chyba Potter nie zamierza tego zrobić? Przecież nie wsadzi mu łapy w… Zanim zdążył się zorientować, czy to, co właśnie odczuwa, to panika, obrzydzenie czy (o dziwo) zaintrygowanie, Potter runął jak długi na podłogę, trafiony Drętwotą przez Neville'a Longbottoma.

- Kolega źle się poczuł – wyjaśnił spokojnie Neville, machnięciem różdżki unosząc Harry'ego w powietrze. – Lepiej zabiorę go do pani Pomfrey.

- Cholercia – skomentował Fred. – Tak chciałem zobaczyć, jak daleko sięgnie jego desperacja.

Draco, do którego dotarła ostatnia część tej wypowiedzi, spojrzał na Freda z urazą.

- Że co? Twierdzisz, że Potter musiałby być naprawdę zdesperowany, aby mnie dotknąć? – warknął. Nie, żeby go to obchodziło w najmniejszym stopniu. Naprawdę. Zaraz, zaraz, dlaczego więc poczuł się obrażony?

- Ależ skąd – odparł wymijająco Fred.

Draco podniósł się z ziemi i z płonącymi policzkami uciekł do stołu Ślizgonów. Co do cholery chodziło po głowie Potterowi? Zamierzał go obmacać? Fu, ohydne. Nie życzył sobie być dotykanym przez tego gryfońskiego głąba, nawet palcem. Nie, nie, jeszcze raz nie. Nawet odrobinę.

No dobrze, dobrze, może ewentualnie… odrobinę?