Kiedy po raz kolejny ze snu wyrwało mnie odległe wycie, zrozumiałam pewien określony wzór zachowań sfory. Czułam się tak, jakby mój zegar się wyłączył, a dzień stał się nocą. Usiadłam na łóżku, zastanawiając się, czy pojawił się kolejny nowonarodzony, ale chwilę później uświadomiłam sobie, że Jacob, Quil i Embry poszli tego wieczoru do legowiska pijawek.
Zeszłam z łóżka i szybko wyszłam przez okno. Ledwo zdążyłam ściągnąć ubrania, a już stałam się wilkiem. Chyba uwinęłam się tak szybko dzięki ogarniającej mnie panice. Zresztą nie tylko ja byłam wystraszona. Wyczułam, jak pozostali członkowie sfory też się przemieniają. Z nich także emanowało przerażenie. Ale Jacob, Quil i Embry mieli się dobrze… No cóż, przynajmniej po części.
„Powiedziałeś, że ilu ich nadchodzi, Jacob?!". Sam prawie warczał. Zaczęłam biec szybciej i słuchać ich myśli uważniej, aby wreszcie pojąć, co się dzieje.
„Około dwudziestu jeden", odpowiedział uroczyście Jacob. „Ale wróżbitka powiedziała, że ich liczba spada".
Zadrżałam na myśl o pijawce medium. Słyszałam od innych, że jeszcze dwoje z tej rodziny krwiopijców mają dodatkowe umiejętności - czytanie w myślach i kontrolowanie emocji. Za bardzo się z tego nie cieszyłam.
Z myśli Jacoba dowiedziałam się w końcu, co tak właściwie zaszło. Nadchodziło mnóstwo wampirów, a my mieliśmy ich zabić.
Popatrzyłam niepewnie na Setha, zdenerwowana tym, co potencjalnie mogło mu się stać. Zamachałam smutno ogonem.
„Mają dzisiaj w nocy trening. Te wampiry są młode, a jeden z Cullenów ma doświadczenie w walce z nimi. Powiedziałem, że przyjdziemy".
Co?! Będziemy jedną drużyną z Cullenami? Czy sfora jest do nich w jakiś szczególny sposób przywiązana…? Myśli Jacoba wyprowadziły mnie z błędu – tym nadchodzącym pijawkom chodziło o Bellę. To pewnie dlatego podchodził do tego tak bardzo entuzjastycznie…
Jake zignorował tę uwagę.
„Mamy przecież własny sposób walki. Czy musimy tam iść?", zapytał Paul ze złością.
„To nie będzie boleć", odparł w myślach Sam „Lepiej, jeśli przed walką z nowonarodzonymi zaznajomimy się z Cullenami. W końcu będziemy walczyć po jednej stronie."
Ostatnie zdanie dobitnie zabrzmiało w mojej głowie. Walka tuż przy Cullenach, naszych wrogach?
„Powinniśmy ruszać, jeżeli chcemy dotrzeć na czas", pomyślał Jacob, obracając się w gotowości do opuszczenia miejsca, w którym się aktualnie znajdowaliśmy.
„W porządku, chodźmy". Sam w kilku susach zajął miejsce Alfy, tuż przed Jacobem. Reszta także przyjęła swoje pozycje zgodnie z rangami. Niestety oznaczało to, że miałam biec na tyłach.
Starałam się ukryć moją irytację niezwykle wolnym tempem przemieszczania się sfory i skoncentrowałam się na myślach Setha. Wydawał się być nieco zdezorientowany wiadomością o rychłym spotkaniu z naszymi wrogami…
Nagle w jego głowie pojawił się jakiś obraz. On, reszta sfory wraz z nowonarodzonymi jedzących sobie śniadanie w kuchni naszej kuzynki Emily… Po chwili Seth zorientował się, że to wyłapałam.. „O cholera", westchnął.
„Co to było Seth? I kiedy?".
Nie odpowiedział, ale jego myśli pokazały mi, że codziennie. Co? Codziennie jedli razem śniadanie… beze mnie?
„Pomyśleliśmy, że nie przyjdziesz, Leah", wtrącił się Sam, ale jednocześnie słyszałam myśli innych… Nawet nie starali się ukryć, że mnie tam nie chcieli. Żadnych dziewczyn.
„Daj spokój Leah, to nie tak", zapewnił Sam. Warknęłam. Wiedziałam, że mnie nie lubili, ale nie myślałam, że mogli mnie traktować tak, jakbym nie była częścią sfory. Rozśmieszyły mnie moje naiwne nadzieje, że zaakceptują kobietę wilkołaka. Nie mogłam uwierzyć, że martwiłam się wcześniej o któregokolwiek z nich…
„Chciałbym ogłosić, że pragnąłem cię zaprosić", powiedział dumnie Seth. Został zaatakowany chórem myśli: „Zamknij się, Seth".
Każda część mojego ciała zapragnęła uciec. Byłam taka zdenerwowana, że widziałam wszystko na czerwono. Przecież ja nic nie zrobiłam! To nie moja wina, że byłam dziwakiem. W moich myślach przewinęły się słowa Jacoba z naszego pierwszego patrolu: „Wszyscy musimy z tym żyć, Leah. Najważniejsze, że jesteśmy tu dla innych".
Taa, racja. Nie byli tu dla mnie, nawet mnie nie chcieli. Równie dobrze mogłabym zostać sama…
Żaden z moich towarzyszy nie zareagował, ale w kilku z nich wyczułam wstyd i smutek.
„Leah, naprawdę myśleliśmy, że nie będziesz chciała przyjść, nawet jeśli cię zaprosimy", powiedział smutno Sam. Nie lubił mnie ranić.
Wściekłość zalała mnie po raz kolejny. Wszystko, co mógł robić, to właśnie mnie ranić, obojętnie czy tego chciał, czy nie. Do diabła, powinnam była pomyśleć o odejściu! Ale myślałam, że byłam częścią sfory…
Zablokowałam myśli innych i skupiłam się na nowym zadaniu. Myśleli wcześniej, że byłam zła? No cóż, poczekają i zobaczą, na co naprawdę mnie stać…
