- Karczma „Pod Tłustą Świnią". Nie wiem, czy to ma nasz zachęcić, czy odstraszyć – powiedział Duncan. – Zatrzymamy się tu na noc.
Madeline się nie odezwała. Była cicho odkąd wydostali się z zamku, co trapiło Duncana. Widział w życiu wiele okrucieństw, zdrad, morderstw. Ale nie przeżył nigdy takiego szoku, jak ta dziewczyna. Cały jej świat, wszystko, co znała, wszystko, co kochała – przepadło.
Przyglądał się jej przez jakiś czas na zamku Couslandów. Była energiczna, żywa, radosna, gadatliwa, jej oczy błyszczały, teraz były zamglone. Puste. Martwe. Czy Strażnicy mogli jej dać nowe życie?
Weszli do obskórnej karczmy, przy barze stał stary, gruby mężczyzna. Czyścił kubki, rozmawiając z jednym z niewielu klientów. Duncan rozejrzał się. Poza tym, że nad kominkiem wisiał świński łeb, miejsce wyglądało normalnie, a co najważniejsze – bezpiecznie.
- Szukamy noclegu – oznajmił barmanowi Duncan.
Starzec krzywo spojrzał na Strażnika – zwłaszcza na jego broń.
- Ile osób? – zapytał, pokazując przy tym prawie bezzębną szczękę.
- Tylko dwie – odpowiedział, wskazując głową na Madie, siedzącą przy jednym ze stolików.
Barman krzywo się uśmiechnął.
- Oż ty, staryś taki, a taką młodą dziewkę żeś znalazł! Ładna, porządny cyc! – śmiał się gromko. – Ano jest nocleg, ale – wybacz mi – pojedyncze łóżka. Jeden pokój, więc jakby co, to tarzajta się na ziemi.
- Może być, dobry człowieku. – Duncan wyjął sakiewkę i wcisnął barmanowi dwa suwereny. Starzec otworzył szeroko oczy, niedowierzając. – Gdyby ktoś przyszedł i wypytywał o nią albo o mnie, to ty, niestety, nic nie widziałeś.
Barman wyszczerzył się.
- Ano nic nie widziałem.
- Bardzo dobrze, przyjacielu. W razie, gdyby ktokolwiek nas szukał, poinformuj mnie o tym – położył mu jeszcze dziesięć srebrników na ladzie. – Daj nam teraz dwa kufle piwa. Macie tu coś do jedzenia?
- Potrawka wyszła, ale zostało trochę suszonego mięsiwa.
- Ujdzie.
Barman zadowolony kiwnął głową. Duncan odszedł do stolika, gdzie Madeline patrzyła w przestrzeń. Pomimo kilku większych siniaków, nie zauważył u niej większych obrażeń. Biorąc pod uwagę, jak dużo żołnierzy przedostało się do zamku i jak wielu z nich padło od jej miecza, dziewczyna musiała być świetnie wyszkolona.
- Możemy przez chwilę odsapnąć – zagadnął Strażnik. - Zbierzemy zapasy i udamy się na południe, ku ruinom Ostagaru. Tam stacjonuje armia króla Cailana.
- Czyli tam jest mój brat – szepnęła.
To były jej pierwsze słowa od bardzo długiego czasu. Wędrowali w ciszy od dwóch dni, byli wykończeni, ale może jej stan psychiczny powoli się poprawiał. Duncan miał nadzieję, że przestała się obwiniać za ucieczkę i śmierć rodziców.
- Stwórco, będę musiała mu o tym opowiedzieć – mówiła. Do jej oczu napłynęły łzy. – Biedny Fergus...
Barman przyniósł im piwo i mięso, Strażnik podsunął jej jedzenie pod nos.
- Zjedz coś.
Madeline spojrzała pusto na jedzenie.
- Nie mam ochoty.
Duncan westchnął i wziął łyk piwa. Było gorzkie, ale mało go to obchodziło.
- Wiem, że ci ciężko, wiem, że to było dla ciebie trudne, ale nie możesz się poddać. Obiecałaś walczyć ze złem większym niż Howe! – złapał ją za nadgarstek. – Poddając się, zdradzisz swojego ojca.
Dziewczyna spojrzała na niego zimno i wyszarpnęła rękę. Gwałtownie odsuneła krzesło i wstała.
- Gdzie idziesz?
- Przewietrzyć się – powiedziała zdenerwowana i wyszła.
Duncana pocieszyła teraz jedna myśl – teraz przynajmniej była wkurzona.
Po kilkudziesięciu minutach Couslandka wróciła. Wróciła na swoje miejsce, jak gdyby nigdy nic i zaczęła łapczywie pić piwo. Duncan uśmiechnął się, widząc jak płyn kapie jej z podbrudka.
- Bardzo chciało ci się pić – zauważył.
Madeline otarła brodę i poprosiła barmana o dolewkę.
- Odczuwam pragnienie, jak każdy – prychnęła i zaczęła pić drugi kufel. Gdy go opróżniła, poprosiła o trzecią kolejkę i zabrała się za jedzenie. Duncan przyglądał się jej z zainteresowaniem. – Wiesz, co? – powiedziała z pełną buzią. – Masz rację. Nie mogę się poddać.
Strażnik kiwnął głową z aprobatą.
- Nie mogę się poddać, bo muszę zajebać tego psa, Howe'a.
Duncan westchnął i wstał od stołu.
- Pierwsze piętro, pokój na końcu korytarza. Przyjdź jak skończysz.
Dziewczyna kiwnęła głową, a Duncan udał się na spoczynek.
Gdy zapiał kogut, Strażnik od razu się obudził. Na posłaniu obok leżała zakopana w pościel Madeline. W przeszłości, gdy był złodziejem nauczył się poruszać niemal bezszelestnie. Nie chciał jej budzić przedwcześnie. Cicho wyszedł z pokoju i zszedł na dół. Na schodzach usłyszał rozmowę.
- Jo żem nie widział, jak Stwórcę kocham. Blondynek to u nas ni ma, niestety. Ta, o której mówisz, panie, wydaje się być ładna. U nas tylko brzydule, zaniedbane wsióry, co dupska nadstawiają przy byle okazji, żadnej szlachcianki.
Gdyby nie to, że Szary Strażnik sam kazał barmanowi kryć go i Madie, to byłby gotów uwierzyć w jego słowa. Najwyraźniej nie robił tego pierwszy raz. Miał nadzieję, że ci, którzy szukają Couslandki dadzą się nabrać.
- Cóż, arl Howe płaci bardzo dużo za znalezienie jej – rzekł człowiek Howe'a
- Howe da mi piniądze, jak wam powiem, gdzie jest i ją znajdziecie?
Cholera, pomyślał Duncan. Położył dłoń na mieczu.
- No, to w tym wypadku, powiem, co panowie chcą.
Duncan powoli schodził. Jeżeli ich zaskoczy, może uda mu się pokonać wszystkich.
- Była tu wczoraj, groziła mnie i żonie mojej. Wredne dziewuszysko, a jam prosty człek, co żyć próbuje w naszym pięknym Fereldenie.
Strażnik się zatrzymał. On dalej blefuje, stwierdził w myślach Duncan.
- Wypytywała o przewoźników, to ja jej, że najbliższy to dziesięć kilometrów na wschód, bo tu zadupie jakich mało. Dziewka zabrała mi konia, którym syn z narzeczoną przyjechał i teraz młodzi mają problem, bo jak tu podróżować mają. Jeszcze ta jego narzeczona, w ciąży. Jak to tak, przed ślubem. No jak, powie mi pan?
Człowiek Howe'a westchnął.
- Ech, jak pan wychował, tak pan ma. – Odwrócił się. – Słyszeliście, Couslandówa pojechała koniem na wschód. Ruchy.
I wyszli, tak po prostu. Duncan chwilę poczekał, aż odjadą, po czym poszedł do barmana.
- Jestem dozgonnie wdzięczny, panie – powiedział wdzięczny Strażnik.
Barman machnął ręką.
- Ludzie Howe'a i ich przywódca to najgorsze ścierwa jakiem w życiu widział. Nawet jakbym was wydał, to by mi nie zapłacili, ale ukatrupili, o! Bom szemrańców trzymom. Ja już nie raz miałem takie sytuacje. No, ale to nie znaczy, że pozwalam wam tu zostać. Nicponie to wy jesteście. Nie wiedziałem, że ta dziewka to szlachcianka, co uciekła przed psami Howe'a.
- Zginęła cała jej rodzina – powiedział Duncan.
Barman złapał się za serce.
- To strata. Wielka strata. Couslandowie to porządni byli. Dbali o lud, dobrze było w Wysokożu i okolicach. Biedna panienka.
Duncan kiwnął głową.
- Pójdę po nią i będziemy się zbierać.
Poszedł na górę. Madeline dalej była zakopana pod pościelą. Do tego pochrapywała.
- Madeline? – powtórzył to kilka razy, aż szlachcianka się obudziła. – Czas wstawać.
Couslandka jęknęła zdenerwowana, dość głośno i zawinęła się ponownie w kołdrę.
- Miałam nadzieję, że to tylko zły sen.
- Zbieraj się, czas wyruszać.
Madie zebrała się w sobie i wstała. Duncan wyszedł z pokoju i pozwolił jej się ubrać. Po kilku minutach wyszła, uzbrojona i gotowa. Zeszli na dół, Strażnik oddał klucz do kwatery barmanowi.
- Panienko – zwrócił się do Madeline – bardzo mi przykro, twoja rodzina – to byli dobrzy ludzie. Mam nadzieję, że dorwie panienka Howe'a i pokaże mu, jak mszczą się Couslandowie.
Dziewczyna pierwszy raz się uśmiechnęła. Delikatnie, niemal niezauważalnie, ale się uśmiechnęła. A w jej oczach pojawiła się iskierka nadzieji.
Szli dość szybko od kilku godzin, nie odzywali się do siebie od opuszczenia karczmy. Podróżowali przez las, by unikać ludzi Howe'a. Wprawdzie trafili na jedną grupkę, ale Madeline okazała się być nawet lepszym kłamcą od barmana. Odżywała, najwyraźniej pragnienie zemsty dało jej nową siłę, ale co potem?
Las był na tyle gęsty, by łatwo ominąć ewentualnych ludzi Howe'a. Oczywiście, wszyscy działali nielegalnie. Howe nie miał wytłumaczenia, dlaczego zaatakował zamek Couslandów i wszystkich zabił. Bryce Cousland wysłał swoje wojska do króla, więc nikt nie mógł powiedzieć, że zdradził koronę. Jeżeli Madeline dostanie się do Ostagaru, to będzie bezpieczna, po zostaniu Strażniczką wpływy Howe'a nie będą miały prawa nic jej zrobić. Dopóki go nie zabije, rzecz jasna.
Usłyszeli szczekane
- Psy – szepnął Duncan. Oboje wyjęli miecze i skryli się w zaroślach. Ujadanie było coraz głośniejsze, jednak wydawało się, że odgłos wydaje jedno zwierze.
- Czekaj, ja znam ten dzwięk – powiedziała Madeline. Wychyliła się z zarośli i zobaczyła idącego w ich strone mabari. Rozpromieniła się w jednej chwili. – Davon! – prawie krzyknęła ze szczęścia.
Pies podbiegł i rzucił się na nią przewracając na plecy. Zaczął lizać ją po twarzy, radośnie merdając ogonem.
- Pierwszy raz cieszę się, że tak robisz – rzekła do psa, jednak po chwili zrzuciła go z siebie i mocno objęła. – To mój mabari z zamku – wyjaśniła Duncanowi.
- Niezwykłe, że cie odnalazł.
Spojrzała z uczuciem w oczy zwierzęcia.
- Bo to niezwykły pies – pogłaskała go po głowie. Po chwili zmarszczyła brwi. – Jesteś głodny, Davon?
Mabari zaszczekał radośnie, gdy Madie wyjęła kawałki suszonego mięsa i dała je psu.
Duncan z uśmiechem przyglądał się dziewczynie, tak szczęśliwej, że nie straciła przynajmniej jednego.
Gdy nastał zmierzch rozbili obóz na skraju lasu.
- Jeżeli się pospieszymy, do Ostagaru dotrzemy jutro w południe – powiedział Duncan. – Tam zobaczysz, jakie są pomioty.
- Mówisz, jakbyś miał obsesję – odrzekła Madeline z ustami pełnymi suszonego mięsta. – Mam nadzieję, że tam lepiej karmią – dodała, spluwając jedzeniem na bok. – Ochyda. To smakuje coraz gorzej.
- To nie obsesja.
Madie wytarła twarz. Davon już się przymierzał do tego, by ją oblizać, ale powstrzymała go ruchem ręki, przez co pies smutno zapiszczał.
- Czyli to normalne u Szarych Strażników? Stwórco – wywróciła oczami – to znaczy, że ja też tak będę miała... – dodała lekceważącym tonem.
- Wydaje mi się, że wolałem cię, jak się nie odzywałaś – powiedział spokojnie Duncan.
- Widzisz, mój nastrój jest tak zmienny, jak strona Howe'a – skrzyżowała na piersi ramiona i znów spojrzała w ten zimny sposób.
Duncan podnósł ręce na znak kapitulacji.
- Nie wszyscy Strażnicy tacy są. Mam najgorsze z możliwych doświadczenia, dlatego uważam problem pomiotów za bardzo poważny – wyjaśnił stanowczo.
- Mianowicie? – Chciała, żeby jej opowiedział. O komendantce, o skażeniu, o tym co się stało w podziemiu. – Duncan?
- Może innym razem. Gdy już będziesz Szarą Strażniczką – dodał.
Madeline westchnęła.
- Trzymam za słowo.
